niedziela, 25 września 2011

Piękny dzień by umrzeć

Nasz wierny przyjaciel Gluś młp z właściwą dla siebie klasą (nie od parady mówiliśmy czasem do niego Panie Hrabio!) wybrał piękny dzień by umrzeć. Jeszcze rano z apetytem zjadł śniadanie - i tu pierwszy niewytłumaczalny fenomen: od wczoraj, od obiadu, na 24 godziny przed jego śmiercią, Dalia wlkp, z którą od nieco ponad dwóch lat, odkąd wszyscy mieszkamy w Boskiej Woli, dzielił jedno korytko budowlane podczas każdego posiłku - odmówiła jedzenia razem z nim i wolała pościć, niż schylić się do stojącego przed nią korytka, które Gluś we właściwy sobie, niespieszny i systematyczny sposób opróżniał, naśliniwszy uprzednio owies do postaci bezkształtnej paciajki.

Po śniadaniu zaraz go wypuściłem na Pierwszy Padok, gdzie od kilku dni chodził sam - bo wypuszczony ze stadem demolował ogrodzenia, przypominam, a nie dlatego, że nie dawał rady za młodszymi nadążyć. Pasł się tam do ok. 11.00, kiedy to przyszedł i poprosił, by wpuścić go pod wiatę, gdzie napił się wody. Tej wody - pozostałej w pani Beaty baseniku - mimo, że dolaliśmy potem do pełna, konie które dwie godziny później same poprosiły o zebranie z Wielkiego Padoku, widać bardzo spragnione - za nic pić nie chciały. To drugi niewytłumaczalny fenomen. Napiły się dopiero, gdy wylaliśmy wodę i wyszorowaliśmy basenik...

Gluś, który wrócił wcześniej na pastwisko, w tym czasie już leżał na swoim ulubionym miejscu, na skraju piaskownicy przy słupie elektrycznym w rogu Pierwszego Padoku. Dokładnie w tym samym miejscu zrobiłem mu pierwsze zdjęcie po przeprowadzce do Boskiej Woli:


Przed obiadem próbowaliśmy go podnieść - ale nawet we czworo się nam to nie udało. Miał przyspieszony oddech i tętno, rzęził. Płakał - nigdy nie wierzyłem, że konie płaczą przed śmiercią, ale teraz wiem, że to prawda. Wypił jeszcze pół wiadra wody, którą przyniosła mu Lepsza Połowa, ale podnieść się nie miał siły. Cóż było zrobić? Dodzwoniłem się w końcu do dr Wnuka, który akurat miał do nas po drodze, wracając spod Chynowa. Około 16.30 Gluś zasnął ukojony Morbitalem - na zawsze.

Pod wysokim, błękitnym niebem, w promieniach gorącego wciąż słońca, na swoim ulubionym miejscu - cicho i dyskretnie, nikomu nie sprawiając kłopotu. Czyż może być piękniejsza śmierć?

Chętnie bym go w tym właśnie miejscu zakopał. Uważam, że na to zasłużył. Niestety, przepisy na to nie pozwalają. Na razie leży przykryty plandeką - a jutro spróbuję się dogadać z gminą. A nuż się uda?

Jego poprzednia właścicielka, do której zadzwoniłem z tą wieścią, pani Gosia z Rudej pod Rawką, zapamiętała Glusia jako wyluzowanego dżentelmena ze słomką w pysku i słomianym kapeluszem na głowie. Myśmy go raczej pamiętali jako nieco upierdliwego, upartego i momentami złośliwego starszego pana, który jednak miał wielką klasę - i, mimo swoich lat, a dobrze po trzydziestce miał na karku, co jak na konia jest wiekiem zacnym zaiste (dokładnie nie wiemy, bośmy go dostali bez żadnych zgoła dokumentów) - dawał sobie radę.

Na przykład pierwszej jesieni w Boskiej Woli dorobił się przydomka "górnika przodowego", bo rył w naszym podówczas pod wiatą złożonym zapasie siana:


Zimą był najbardziej obrośniętym koniem w naszym stadku:


I najwolniej zmieniał futro, paradując z długimi kłakami także wiosną:
Był przy tym prawdziwym "koniem roboczym" naszej małej stadninki, obwożąc regularnie gości:




Gluś co najmniej od pół roku odchodził - trochę jak Bilbo Baggins: stawał się przezroczysty, niemal niewidzialny, nie brał udziału w życiu stada, tylko spędzał czas w swojej ponurej samotni gdzieś na uboczu:
albo izolował się pod wiatą:
podczas ostatnich ucieczek regularnie udawało się i stadu i mnie - Glusia gubić. Potem się odnajdował gdzieś we wsi, w jakimś gospodarstwie lub pod płotem zgoła...

Tym niemniej, jeszcze miesiąc temu - choć nie przybierał na wadze i nie zaokrąglał się, jak powinien na zimę, co już wtedy mnie martwiło - wyglądał bardzo dobrze:
Ba! Nawet ledwo dwa tygodnie temu (ostatnie zdjęcie zrobiłem Mu 10 września) - wcale jeszcze nie wybierał się do grobu:
Nie ukrywam, że trochę czuję się winny: może, gdyby nie było tych wszystkich pensjonatowych koni, gdyby Gluś tak, jak to było w zeszłym roku, aż do śniegu mógł 24 godziny na dobę skubać trawę i gdyby nie miał problemu z dopchaniem się do siana i wody pod wiatą - to przeżyłby jeszcze jeden sezon? Może tak - może nie. Trudno powiedzieć.

W każdym razie: rozkleiliśmy się z Lepszą Połową przy panu doktorze całkiem nie po kociewsku - kompletnie, z beczeniem i smarkaniem. Bardziej chyba nad sobą, niż nad Panem Hrabią, który tak po pańsku - odszedł...

piątek, 23 września 2011

Z pamiętnika czabana 1

Juhasowanie się nie podoba, hej! - To będę od tej pory czabanił. Jeden pies. Znaczy się - jeden koń, bo psa, prawda, nie mamy (i może lepiej, Dalia wlkp uwielbia bawić się pieskami - tylko one potem takie trochę zużyte są...).

Rano miałem farta o tyle, że Frontier dał nogę przez ogrodzenie zaraz przy wypuszczania - ale stado za nim nie poszło, tylko płot zdemolował. No to go uwiązałem do brzózki - i mogłem dzięki temu, zerkając tylko od czasu do czasu gdzie pasie się reszta, posprzątać pod wiatą i porąbać drewno. Popełniłem jednak błąd, bo puściłem ze stadem Glusia - i właśnie gdy prowadziłem już Frontiera do stada, wszystko co było do zrobienia przy domu zrobiwszy, stado było już w szkodzie, tj. na gruszkach (na szczęście - dzikich, to mam nadzieję, że nikt się nie przyczepi...) po sąsiedzku. W efekcie wszyscy wrócili pod wiatę.

Po południu dało się przez chwilę rozmarzyć i rozluźnić:
Nie tylko Buba się rozluźniła (ją zresztą właśnie dotknęła Wola Boża - co swoją drogą dowodzi, że niewykształcone te nasze kobyły - dzień coraz krótszy, a im jak się chciało seksu, tak dalej się chce - regularnie co trzy tygodnie... - widać książek o właściwym zachowaniu koni nie czytały!). Pan też. Wierna wierzchówka aż go musiała obudzić trącając nosem, bo przysnął w trawie:
W samą porę, bo zaraz potem Etatowy Rozbójnik rozpędził się i kłusem zaszarżował wprost na płot, oczywiście przerywając wszystkie sznurki. Na szczęście - dobiegłem, nim poszła za nim reszta stada. Wracając, bo złapać się za ogrodzeniem nie dał - rozerwał sznurki w tym samym miejscu jeszcze raz.

Frontier to naprawdę fajny koń. Rozpiera go ogromna siła życiowa, witalność - dzięki której nie widać jego dość istotnych fizycznych ułomności. Jednak sytuacja w której z radości życia koń celowo, świadomie i z premedytacją rozrywa ogrodzenie (rozerwać ogrodzenie zdaży się czasem i Maleństwu i Bubie - ot, pasą się obok, wystawią łeb za płot, naprą kłodą i sznurki pękają... ale to się dzieje - umówmy się - przypadkiem, a nie tak jawnie złośliwie i bez grama szacunku...) - nie może być tolerowana. Nie ma w tym nic zgoła śmiesznego.

Co miałem z nim zrobić? W końcu koń musi jeść, nie mogłem go już dłużej trzymać przy brzózce. Toteż resztę popołudnia pasł się na powrozie:
Miałem wielką ochotę napisać długi, filozoficzny tekst o państwie i prawie, na kanwie ostatnio założonego wątku na moim ulubionym historycznym forum. Darujcie jednak Państwo - jako czaban po prostu nie mam czasu, a teraz to już mi się tylko spać chce...

czwartek, 22 września 2011

Juhasowanie na Dzikim Zachodzie

Konie odkryły dziś bujne, zielone, dzikie trawy Dzikiego Zachodu. Tylko komórkowo, ale pochmurno było, więc nie było wielkiego sensu dźwigać aparatu, a przy tym - atakowały ogrodzenie mimo wszystko wiele razy i po prostu miałem co robić:
Niełatwe jest życie juhasa. Czego najlepszym chyba dowodem jest to, że nie mam Państwu nic więcej do powiedzenia - po prostu nie mam sił.

środa, 21 września 2011

Dobre samopoczucie Lepszej Połowy

Kiedy skończyłem wypasać Szacowne Stado i wróciłem do chatki, konie pierwej zapchawszy pod wiatę - Lepsza Połowa zaraz po podaniu fenomenalnej wątróbki drobiowej z grzybami i ziemniaczkami, z bardzo tajemniczą miną posadziła mnie przed komputerem. 
- Chwaliłeś się na blogu, że zakochałeś się w pewnym ogierze. Znajdź ten wpis. A potem zajrzyj na stronę Stawropola...

No więc: pamiętacie Państwo jak się chwaliłem, że spodobał mi się wygrzebany przez Lepszą Połowę w necie ogier Bastion?

Był wtedy na sprzedaż, za jedyne 15 tysięcy euro.

To już nie jest. Przyszedł drugi na derby. Właściciel chyba nie wie teraz, przez ile pomnożyć tamtą, jak się okazuje - bardzo okazyjną - cenę.

Lepsza Połowa przypomina przy tej okazji jak nasza przyjaciółka Kasia opowiadała, że chcąc kupić konia, trzeba go sobie wyrzeźbić rękami - żeby każdy mięsień i każde ścięgno właściwie poczuć i na swoim miejscu postawić. Wychodzi na to, że udało się jej wyrzeźbić Bastiona przez internet...

Na zdjęciu (ze strony Stawropolskiego Konzawoda) - na pierwszym planie zwycięzca, Żemczug, po lewej za nim - Bastion:
Lepsza Połowa przyznaje się, że ta informacja znacznie poprawiła jej samopoczucie!

Acha - tor w Piatigorsku, jak widać na zdjęciu - odnowiony. Pamiętam, że Wiktor Popow wspominał, że Francuzi go przejęli i przebudowali, ale pierwszy raz widzę nowy...

wtorek, 20 września 2011

Wielki łup Krystyny

Krystyna przyniosła nam dziś w prezencie bardzo ładne zwierzątko:
Przy pomocy cioci Wikipedii zidentyfikowaliśmy zwierzątko jako młodą łasicę:
Pod ścisłą ochroną. Kociambry konsumpcją zdobczy nie były zainteresowane:
Ciocia Wiki podaje, że we wczesnośredniowiecznej Europie łasice zajmowały miejsce kotów (skądinąd, miejsce kotów zajmowały wtedy - jako domowe zwierzątka tępiące gryzonie - także zaskrońce...). Podejrzewamy zatem mord na tle zazdrości: łasic chciał się wprowadzić do naszej chatki, a Krystyna temu zapobiegła...

Żeby nie było tak słitaśnie (choć czy o mordzie można pisać słitaśnie?): kolejny dzień pod znakiem łapania niesfornego stada - mimo, że pół dnia rozbudowywałem tylną ścianą Wielkiego Padoku. Już nawet sąsiedzi zaczynają się wkurzać. Skończyło się to w ten sposób, że po południu po prostu pasłem konie - siedząc z nimi póki były na trawie. Jeśli tak to ma wyglądać w przyszłości, to czarno to widzę - chyba, że Państwo P.T. Pensjonariusze zgodzą się na znaczną podwyżkę stawki, boż siedząc z końmi całymi dniami, niczym sensownym już się nie zajmę!

Co się dzieje? Oprócz tego, że ogrodzenie Wielkiego Padoku nie jest jakoś zamczyste (ale, Dalibóg, rok temu było jeszcze lżejsze, a konie nawiały nam przez cały sezon może trzy razy - z czego dwa przy okazji przeprowadzania w ręku spod wiaty - bo wtedy nie było przepędu!) i że u niektórych członków Szacownego Stada występuje trwały syndrom braku szacunku dla jakichkolwiek ogrodzeń - zidentyfikowałem trzy problemy:
a) Glusia dopadła demencja starcza. Zawsze był uparty i złośliwy (i za to go kochamy!). Teraz upodobał sobie świeżo wzeszłe zboże naszego sąsiada i lezie nań per fas et nefas.
b) Szacowne Stado zasmakowało w kukurydzy, której dwa nieskoszone pola są jeszcze w okolicy.
c) Drogą za Wielkim Padokiem dwa razy dziennie pędzone są krowy. Szacowne Stado pragnie podążać za krowami - co miałem okazję zaobserwować pasąc je dzisiaj.

Cóż zrobić? Będę dalej umacniał ogrodzenie, zwłaszcza tylnej ściany. Gluś na razie nie będzie wychodził na trawę razem ze stadem - jest co prawda bardzo nieszczęśliwy gdy zostawiamy go na Pierwszym Padoku i głośno daje temu wyraz, ale nic na to się nie da poradzić. Dopóki kukurydza nie zostanie skoszona, nie widzę też innej możliwości, jak tylko stały dozór nad ruchami stada - nie można ich spuścić z oczu. Na szczęście da się przy Wielkim Padoku pozyskiwać drewno na opał, czym planuję się zająć jutro.

Ogólnie jednak - jest to upadlające. I zaiste - nic się nie da poprawić szybko. Na razie sukcesem jest, że udało się nam zabezpieczyć przynajmniej ściany padoku zimowego (Lepsza Połowa nie wywiązała się z obietnicy obfocenia tej inwestycji - ale miejmy nadzieję, że jeszcze to zrobi: na razie jest pochmurno i szaro). Dzięki temu możemy przynajmniej spać w nocy nie martwiąc się, dokąd to Szacowne Stado właśnie wędruje. Teoretycznie możemy to zrobić także ze ścianami Pierwszego Padoku (przynajmniej tymi zewnętrznymi - od naszej piaszczystej drogi i od strony wsi: że i tak planowałem wybudować nowe ogrodzenie od strony pustyni i nawet zacząłem już gromadzić na ten cel słupki - pozostałe ściany nie mają znaczenia, są zresztą solidne...), choć wymaga to kosmicznych długości przedłużaczy i - jak szacuję - ok. 100 kg drutu 3,5 mm (na padok zimowy użyliśmy 37 kg - i trochę zostało).

Wielkiego Padoku w ten sposób ogrodzić się nie da. Jedyne co mi przychodzi do głowy to użycie cieńszego drutu (o wiele cieńszego) - który zamontujemy tak, aby dało się nim puścić prąd. Co też trochę potrwa - te ściany mają łącznie ciut ponad kilometr długości - na szybko mogę co najwyżej dowiesić jeszcze kilka belek i do czwartej sizalowej linki powieszonej dzisiaj, dodać ewentualnie piątą i szóstą. Obawiam się jednak, że Frontiera ani prąd, ani druty, ani nawet i dziesięć sizalowych linek - i tak nie zatrzymają...

Odnosząc się do komentarzy pod poprzednim postem (skoro już jestem przy głosie...): Saudyjczycy odkryli podobno i to, że ropa naftowa nigdy się nie skończy, bo wytwarza się spontanicznie w skorupie ziemskiej i nic nie ma wspólnego z żadnymi karbońskimi lasami. Na tym tle odkrycie jakichś (jakich konkretnie?) dowodów na hodowlę koni w okolicach rewolucji neolitycznej, w której - co wiemy na ogół dość dobrze - Półwysep Arabski akurat jakoś szczególnie nie przodoował - nie wygląda aż tak sensacyjnie, jak to Onet przedstawiał. Poczekamy - zobaczymy. Na razie nie ma tematu...

Aniu B.: ujawniłaś się, Twoja historia wydaje się ciekawa i życiowa, mam przy tym wrażenie, że potrafisz ją zajmująco opowiedzieć. W imię walki ze słitaśnością i nieuzasadnionym optymizmem, apeluję: zacznij blogować!

Pozdrawiam :-)

poniedziałek, 19 września 2011

Zdjęciowo

Powrót do pracy umysłowej po (w sumie) czterech dniach ciągnięcia druta nie jest łatwy! Piję już drugą kawę, a jak widać, zamiast kompilować notatkę o leczniczych właściwościach kombinacji lasera, podczerwieni, światła czerwonego i pola magnetycznego w praktyce weterynaryjnej - zawracam Państwu głowę. I to dobre, bo jak widać, ostatni raz nawet do takiego tylko wysiłku zdolny byłem onegdaj w czwartek, a poniedziałek już mamy. Stęskniliście się Państwo? Może ktoś jednak..? Wiedziałem, że nie... :-(

Oba weekendowe poranki gościliśmy w Boskiej Woli uroczą panią fotografik, Edytę Trojańską - Koch, która też rezultaty tych sesji zamieściła już na swojej stronie. Ja dodam tylko, dla ilustracji, jedno zdjęcie z zadziornym irokezem naszego Kwiatuszka i Bubą:
Przypominam, że jeszcze w sierpniu gościliśmy też dwie sympatyczne re-voltowiczki z wielkimi aparatami - i widzę, że jednak pewne efekty tej sesji gdzieś tam się pojawiły, tylko do nas na razie żadno zdjęcie nie dotarło, co mam nadzieję, uda się wkrótce nadrobić.

Chyba koniec końców zacznę od tego, że pójdę posprzątać pod wiatą. Ten rodzaj medytacji zawsze mi pomagał w uruchomieniu szarych komórek, to może i tym razem pomoże?

czwartek, 15 września 2011

Наказание преступников albo - nie jest łatwo ciągnąć druta!

Ucieczki naszych milusińskich w ciągu ostatnich kilku dni straciły bardzo na fantazji i frekwencji (duże konie generalnie olewają sprawę - ile można? biegać? przełazić przez ogrodzenia? nieee...) - za to z nawiązku nadrabiają to częstotliwością.

Dobrana parka: Frontier z Maleństwem atakują ogrodzenia w każdym kierunku bez przerwy. Złapie się je, wypuści - a te nim jeszcze nawet zdążymy się odwrócić już przełażą w nowym miejscu. A że przy okazji rozrywają i demolują, to za nimi idzie koleżeństwo. Wczoraj poczułem się wręcz upodlony, bo ściągałem je z kukurydzy sam już nie wiem - pięć, czy sześć razy? Drewnem trzeba się zająć, inaczej zamarzniemy zimą, pracy mam też dużo umysłowej do wykonania - ale nic nie da się zrobić, bo przez cały dzień bez przerwy łapiemy uciekinierów.

Dlatego dziś powiedzieliśmy: basta! Po pierwsze - koniec z liberalizmem i pobłażaniem. Od dziś obowiązuje księga ustaw wojennych. A w niej pisze co słowo: stryczek, Sybir, knuty! I dlatego większość dzisiejszego dnia oboje państwo мятежники spędzili uwiązani na krótko do brzózek w Lasku - trafiali tam za każdym razem, gdy opuścili wyznaczoną strefę zamkniętą i tak dzień zeszedł.

Po drugie - dzisiaj żyjem, jutro gnijem - wydałem wszystkie pieniądze, jakie miały nam starczyć do końca miesiąca i kupiłem drutu, wierteł i innych niezbędnydch akcesoriów. Po całym dniu bardzo mozolnego ciągnięcia druta, udało mi się tenże nawlec w wywiercone wcześniej dziurki w większości słupków padoku zimowego. Drut jeszcze nie naciągnięty jak należy i nie zabezpieczony na końcach - ale mamy nadzieję, że chociaż da to do myślenia żądnym kukurydzy i nocnych przygód dzikusom.

Jeśli patent się sprawdzi i uda się zorganizować wiertarkę akumulatorową oraz jeszcze trochę drutu - zrobię tak wszędzie gdzie się da, czyli z całą pewnością wokół Pierwszego Padoku i na krótszych ścianach Wielkiego.

Jutro kończymy inwestycję, Lepsza Połowa obiecała zrobić zdjęcia. Przebudujemy też nieco istniejące ogrodzenia na Wielkim Padoku.

Nie jest łatwo ciągnąć druta, zapewniam Państwa! Ostatni raz tak się narobiłem bodaj obijając wiatę deskami ze dwa lata temu - a wiele jeszcze przed nami...

środa, 14 września 2011

Ostateczne rozwiązanie

Ostatecznie nikt z Grajewa się w sprawie przybłąkanego drobiu nie odezwał. Próby wygonienia tegoż nie dały rezultatu, bo maniakalnie wracał. Cóż było zrobić? Zapakowaliśmy go do kociego kontera i wywieźliśmy do Warki. Pan Adam bardzo się ucieszył z nabytku!

Zanim jednak do tego doszło, nadeszła ta nerwowa chwila rozstania. Obie miłośniczki gołębi pocztowych pragnęły czule przytulić odjeżdżającego gościa..:
Swoją drogą jak patrzę na to jak się naszym kociambrom (ciągle jeszcze letnie!) futra błyszczą - to się nie dziwię, że i gołąb chciał się do nas adoptować. Coś chyba za dobrze tym naszym zwierzakom jest, oj za dobrze...

wtorek, 13 września 2011

Selekcja

Gołąb jest z Grajewa. A, jak się dowiaduję z gołębiarskiego forum - wypuszczono go, żeby do Grajewa wrócił, gdzieś w warmińsko - mazurskim. To nielicho pobłądził! Zgadzam się, że test selekcyjny oblał i nadaje się wyłącznie do wybrakowania.
Wygląda tylko na to, że wyszedłem na totalnego kretyna opiekując się tym drobiem. No bo skoro do tej pory - a doba mija, odkąd pierwszy raz zadzwoniłem do miejsca pochodzenia gołębia - nikt się w jego sprawie nie odezwał..?

Państwo P.T. Czytelnicy: wniosek jest prosty - przybłąka się Wam zaobrączkowany gołąb - do garnka z nim! Gołębiarzy to i tak nic nie obchodzi, wszak zwierzę niniejszym przez sam fakt zabłądzenia test selekcyjny oblało - i jego wartość spada do zera. Czy słusznie rozumuję..?

Z koni to przynajmniej jakieś konkretne mięso może być...

poniedziałek, 12 września 2011

Gość nr PL-014-2011-6185

Wyładowywałem drewno z przyczepy, kiedy nagle spostrzegłem, że ktoś mi się przygląda. Był to gołąb:
Nie ukrywam, że w pierwszej chwili pomyślałem - acha! Rosół przyleciał.

Ale potem zauważyłem, że ma na prawej łapie obrączkę z numerami jak w tytule wpisu. Jest skrajnie wyczerpany i ranny - na zdjęciu nie widać, ale brakuje mu trochę piór na piersi. Dałem mu wody i owsa. Wypił i zjadł. W tej chwili siedzi na strychu, gdzie sam wleciał. Jeśli rano będzie chciał odlecieć - to go wypuszczę oczywiście. Na razie musi być zamknięty, bo inaczej zajmą się nim dwie doświadczone, profesjonalne i bardzo zaaganażowane miłośniczki gołębi pocztowych: Krystyna i Sylwestra. Czego jednak wolałbym uniknąć. 

Stąd jeśli właściciel gołębia (a mam wrażenie, że nie mieszka daleko - skoro gołąb aż tak jest wyczerpany, to chyba u końca swojej podróży..?) czyta ten wpis, proszony jest o jak najszybszy kontakt. Jeśli w nocy nie będę odbierał telefonu - proszę o sms lub maila. Wypuszczę gołębia dopiero po sprawdzeniu poczty rano.

Jak stwierdziła Lepsza Połowa: takie przygody to tylko nam się zdarzają...

niedziela, 11 września 2011

Aroniówka

Przy okazji prac leśnych kilka dni temu odkryłem zdziczałą aronię:
a Lepsza Połowa w ciągu tych kilku dni wyczarowała z jej nieco już przywiędłych owoców taki oto trunek, barwy szlachetnego burgunda:
że sparafrazuję znanego komentatora sportowego: szkoda, że Państwo nie czujecie tego smaku!

Obok znalazłem zresztą dorodne i obsypane owocami drzewo czeremchy:


Lepsza Połowa już się szykuje na kolejny błyskotliwy sukces (aroniówki będzie zresztą druga edycja, jak ktoś chce się załapać - musi do nas zawitać w ciągu najbliższego tygodnia, bo nie gwarantuję, że zdołamy się powstrzymać i zachować na zapas...).

Poza tym - po raz kolejny spędziłem upojne 6 godzin w rozprażonym samochodzie na giełdzie w Słomczynie. Czy z rezultatem? Okaże się w czwartek. Trzymajcie Państwo kciuki!

Za to na pewno - z przygodami. Paliwa mi zabrakło 200 metrów przed wjazdem do giełdy i musiałem zasuwać na stację benzynową i z powrotem, żeby ten dystans przejechać...

Mam też nieodparte wrażenie, że jakaś mafia rządzi giełdą. Za pierwszym razem - życzyłem sobie 6 tysięcy i byłem gotów sprzedać za 5. To wszyscy mi mówili, że Passaty "chodzą" po 4 tysiące (aczkolwiek Ojcu za ten konkretny egzemplarz dawano 7!). Jak obniżyłem cenę i życzę sobie 5, a gotów jestem sprzedać w ostateczności nawet i za 4,5 - to teraz wszyscy mówią, że maksymalna cena na taki samochód to 3 tysiące. Za chwilę się dowiem, że powinienem Wielce Szanownemu Nabywcy dopłacić za to, że chce mnie łaskawie uwolnić od tej maszyny..? Strata czasu ta giełda - i tyle. Ale co zrobić? Odzewu na ogłoszenie na otoMoto też nie ma absolutnie żadnego. A podobno - to jeden z najpopularniejszych modeli samochodów w Polsce..?

Po południu odwiedzili nas Przyjaciele z Warszawy, oddając swoje potomstwo w moje sadystyczne ręce. Po rozluźniającym wstępie:

mogłem zatem przymusić nieletnich do wystawiania pupy do słońca:

przy czym, nie wiem czy Państwu zauważyliście, ale w roli konia rekreacyjnego zadebiutował Wielki Straszny Zwierz (a właściwie: Zwierz Tak Tłusty, Że Nie Ma Już Sił Być Straszny!):

W której to roli Dalia wlkp sprawdziła się dobrze. Jakkolwiek - zastrzegam - nie zamierzm otwierać szkółki jeździeckiej. Nie mam uprawnień, a przede wszystkim - upodobania, a w najbliższej okolicy i tak nie ma rynku na tego rodzaju usługi - nie widzę zaś najmniejszego powodu, aby ktoś miał do nas tak, jak nasi Przyjaciele, z Warszawy dojeżdżać?

Potem jeszcze nisko lecący i bardzo hałaśliwy motolotniarz spłoszył nam stado i przed samą kolacją trzeba je było zbierać po krzakach, gdzie wlazły (nikomu nic się nie stało, a Maleństwo wręcz się rozochociło, bo jak siedzę i piszę tego krótkiego posta, dwa razy opuściła wyznaczoną strefę zamkniętą - na szczęście, za drugim razem odkryłem, jak to robi i przeciąłem jej tę drogę...).

Tak czy inaczej, jeszcze raz: Państwa zdrowie!

sobota, 10 września 2011

Straszny Dziadunio

Nie pisałem kilka dni z różnych przyczyn - ale wczoraj to głównie dlatego, że znowu koniowate dały nam w kość. Łącznie w ciągu doby przekroczyły gremialnie (w większym lub mniejszym gremium) granice wyznaczonej strefy zamkniętej cztery razy. Przy czym w zasadzie były to przekroczenia niedalekie, łagodne, bezpieczne - a że wczoraj rano, przy pierwszym z serii zdarzeń, ganiałem za nimi przez dwie godziny to tylko dlatego, że zamiast uwierzyć własnym oczom i iść po śladach, zapytałem stojącego przy drodze staruszka, dokądże to konie pobiegły. Oczywiście - pokazał mi kierunek dokładnie przeciwny rzeczywistemu - na szczęście potem dobrzy ludzie sprowadzili mnie ze złego tropu...

Nie byłoby problemu gdyby nie fakt, że nie skoszono jeszcze całej kukurydzy w okolicy. A jest na tyle wysoka, że można być o 20 m od koni, a jeśli są po przeciwnej stronie łanu kukurydzy - nie widać ich i nie słychać. I tak się można ganiać w kółko jak wilk i zając z kreskówi.

Męczące to, nudne już trochę i wręcz nieciekawe. W tej chwili stado stoi zamknięte na padoku zimowym - wyjdzie na Wielki Padok jak wrócimy z targu i poprawię zniszczone zaraz po śniadaniu na znacznej długości ogrodzenie.

Okoliczności w jakich doszło do zniszczenia tego ogrodzenia pozwoliły przy tym rozwikłać zagadkę tak częstych ucieczek.

Otóż wykopałem ci ja stado na Wielki Padok zaraz po porannym owsie - wykopałem, bo lazły tam jak do rzeźni a nie jak na trawęę: ospale, sennie, leniwie (w ogóle całe stado jak jeden mąż to w tej chwili spasłe, tłuste, rozmamłane leniwce są!). W końcu jednak przelazły.

Zamykam ci ja (krakowiaczek jeden...) bramę i co widzę? Widzę jak nasz Gluś, w wieku bliżej nieznanym, ale około 30-tki, czyli jak na konia - Matuzalem - podchodzi do ogrodzenia i napiera z całej siły piersią. Ogrodzenie nie puszcza. To wycofuje się - i napiera na następne przęsło. I tak dalej, i tak dalej. Z robocią, mechaniczną, monotonną regularnością. Stawiając nogi rozważnie i powoli, jak na starca przystało.

Taki regularny, stały nacisk dobrych 450 kg Glusia swoje w końcu musiał zrobić: i kiedy tak stałem i patrzyłem skamieniały z niedowierzania - w końcu któraś kolejna linka puściła. Pobiegłem łapać zwierza i łatać ogrodzenie. Zawrócony i odprowadzony na środek padoku wrócił do przerwanej czynności dokładnie w tym miejscu, w którym go od niej oderwałem. Nie zdążyłem jednocześnie łatać ogrodzenia i łapać Glusia - przerwał w końcu za którymś kolejnym razem obie linki i raźnym, acz z lekka powłóczącym (jak na starca przystało) kłusem podążył w stronę wschodzącego nieopodal zboża, pożerać świeże kiełki.

Nim go przywróciłem cywilizacji, stado zauważyło co się dzieje - i płotu już nic nie mogło uratować.

Cóż: wzmocnię ogrodzenie na tym odcinku i będzie dobrze. Ale że w takim wieku koniowi takie psoty w głowie..?

środa, 7 września 2011

Urodzaju ciąg dalszy

W związku z gotowaniem zupy, Lepsza Połowa wykopała też dwa z pięciu naszych pyrków. Efekt wykopek okazał się następujący:

Przy czym:
1. Oba zdjęcia przedstawiają pyrki PRZED umyciem - po prostu wsadzone wprost w guano naszych koni - nie pobrudziły się ziemią...
2. Wsadziłem łącznie tuzin pyrków (wsadzałem połówki ziemniaków kupionych w Pierdonce) - wyrosło pięć z tym, że nie w tym samym czasie, a ponadto - część z nich została potem stratowana albo przez koniowate podczas którejś z ucieczek, albo przez jakąś dziką zwierznę - Lepsza Połowa wykopała właśnie te stratowane i w konsekwencji - zwiędłe.
3. Guano w okolicy pyrka uległo rozkładowi do czarnoziemnej pruchnicy.

Eksperymentalna grządka pyrków i fasoli wyglądała w lipcu tak (przypominam):

W sumie, eksperyment uważam za rewelacyjny sukces! W przyszłym roku zasadzimy całe pole pyrków. Najprawdopodobniej wykorzystam w tym celu całość przysypanej guanem pustyni tam, gdzie jej jeszcze dzika trawa nadmiernie nie porosła. Zaś ogródek dla fasoli, bobu, grochu i innych pożytecznych roślin - założymy bliżej chatki tak, aby można go było szlauchem podlewać.

wtorek, 6 września 2011

Urodzaj

Lepsza Połowa zebrała dziś naszą fasolę. Z dwóch krzaczków wyszła miseczka nasion:
Mało? Jeśli porównać to do kapitału początkowego:
rolnictwo przestaje wydawać się tak beznadziejnym sposobem pomnażania bogactwa?

Oczywiście: manipuluję. W rzeczywistości "kapitał początkowy" trzeba liczyć inaczej - wsiałem na pustyni nie dwa, a dokładnie tuzin ziarenek, z czego pozostałe albo w ogóle nie wzeszły, albo rychło zmarniały.

Jednak nawet porównanie tej miseczki do tuzina ziaren fasoli (litewskiej! z okolic Ignaliny - nawet jeszcze elektrownia atomowa działała, gdy te nasionka wyrosły...), daje całkiem przyzwoity "zysk" prawda?

Zabawne jest to tylko dlatego, że wsadziłem tej fasoli tak mało. Cóż: to był eksperyment. Wsadziłem też nasiona bobu kupione w Obi - nie wzeszło ani jedno. W przyszłym roku wsiejemy o wiele więcej fasoli, grochu i bobu - starając się ściągnąć nasiona - jak widać: szczególnie odporne na zwariowaną pogodę i apetyty najprzeróżniejszych szkodników - właśnie z Litwy.

A z miseczki odłożyliśmy tuzin najdorodniejszych ziarenek - właśnie na siew w przyszłym roku. Resztę zjemy jutro w zupie :-)

poniedziałek, 5 września 2011

Wierne Sługi Szatana

Nie, tym razem nie chodzi o komunistów, działaczy ekologicznych czy innych nawiedzeńców (choć i o tym niejedno miałbym Państwu do opowiedzenia nowego - będzie na to jeszcze czas...).

Stado nam się podzieliło na trzy grupy: grupę przyjaciół Dalii, do której należy Gluś, a ostatnio coraz częściej i Melon, z Glusiem wręcz przy tym zaprzyjaźniony, a także, na ogół - Neptun, grupę przyjaciół Szafranki - do której zasadniczo należy Ramzes (zwany także ostatnio "faraonem"...) - oraz na Wierne Sługi Szatana właśnie.

Dlaczego "Wierne Sługi Szatana"..? Dlatego:
Wierne Sługi Szatana w komplecie - drugi raz dzisiaj w szkodzie, czyli poza wyznaczoną kwaterą na pastwisku. Na szczęście - nie poza pastwiskiem jako takim, bo to ciągle jeszcze nasz teren, a i rozgraniczenie kwater jest prowizoryczne - wolę zresztą, żeby to prowizoryczne rozgraniczenie pruły, niż zewnętrzny płot.

Co nie zmienia faktu, że jest w tym wiele podejrzanego. Na ten przykład - cała piątka miała nosy umazane na pomarańczowo:
Czyżby Szatan wymagał od swoich sług wtykania nosów... w purchawki..?

niedziela, 4 września 2011

Sprzedam VW Passat Kombi 1,9 TD 1995 rok

301.000 km przebiegu. Do zrobienia: prawa tylna lampa zespolona, klamka od drzwi kierowcy, olej i filtry do wymiany, opony zimowe, lewa przednia felga lekko zósemkowana, ślady korozji na wewnętrznej powierzchni lewego tylnego nadkola. Silnik ma ładny dźwięk, samochód był bardzo zadbany nim pół roku temu Ojciec mi go podarował. Zawieszenie - JESZCZE - w stanie dobrym, luz na kierownicy minimalny, biegi jak to w volkswagenie - wymagają odrobiny cierpliwości. OC i przegląd - do zrobienia.




Jak widać (a może nie?) próbowałem nawet go umyć, co przy stanie naszej piaszczystej drogi jest syzyfowym zajęciem. Cena: 5.500 zł (pięć tysięcy pięćset złotych) - do delikatnych negocjacji.

sobota, 3 września 2011

Porno prujki

Łagodne ciepło wrześniowego słońca nastraja Szanowne Stado lubieżnie, zmysłowo, erotycznie... Zresztą: zobaczcie sami!







Przepraszam za ewentualne zgorszenie, ale cóż zrobić - natura! Tym razem widać wyraźnie, że całej męskości Iwara jest wszystkiego góra 30% tego, co by było potrzebne, żeby chociaż sięgnął do sromu - nie mówiąc o penetracji (zresztą, co tu się dziwić że nie sięga? Przecież to kucyk jest!). W sumie jeden Ramzes (od pewnego czasu zwany także "faraonem" - ale mniejsza o to...) miałby szanse - ale i on nie wyciąga więcej niż 50% wzwodu prawdziwego ogiera - jest to zatem bezpieczny seks. W miarę bezpieczny. Ale dziewczyny są dorosłe, noszą kolegów na swoich grzbietach na własną odpowiedzialność...

Żeby nie było, że się po krzakach skradałem i podglądałem - cała akcja miała miejsce tuż przy płocie, o proszę bardzo:
No i jeszcze: co w otwierającej wpis scenie robił Frontier? Ano nic - węszył, czy aby nie przyjdzie i jego kolei. Tym bardziej, że chętnych do handlowania d...ą nie brak:
Aczkolwiek, skądinąd nie zaobserwowałem, aby ta namiętność owocowała czymś więcej niż czułością:

Poza tym, Szanowne Stado z pasją oddaje się swojej drugiej namiętności zaraz po seksie - pruciu płotu! Prujemy grupowo:
oraz indywidualnie:

oraz w parach:
bo przecież nie mają co jeść, chudzinki biedne, nieprawdaż..?

Cóż - dość leniuchowania na dzisiaj, pora porżnąć trochę, skoro piła już sprawna!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...