środa, 31 sierpnia 2011

Ekonomika (i nie tylko) życia wiejskiego – cz. 1.


Ten blog od czasu do czasu dryfuje w różnych kierunkch, w zależności od tego, co mnie akurat najbardziej zajmuje. Efektem są serie, a czasem nawet – cykle – publikacji na ten sam temat. I tak mamy tu cykl o historii koni achałtekińskich (kanibalizujący moją pracę podyplomową dla Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu), cykl o trójpolówce, płodozmianie, pańszczyźnie i uwłaszczeniu, czy też – cykl o przygodach różnorakich.

W tej chwili zajmuje mnie tyle rzeczy naraz, że po prostu nie mam czasu na pisanie. Że teraz właśnie siadłem do końputera, to czysty przypadek. Wyjechałem ci ja bowiem ściąć trochę drewna na opał. Skończyłem właśnie oprawiać młodą sosenkę, która przeszkadzała mi w dobraniu się do sąsiedniej brzózki i właśnie kończyłem nosić jej pocięte na kawałki zwłoki do przyczepy, kiedy zadzwonił Radek, druh mój serdeczny. Za chwilę zaś – pojawił się na horyzoncie, bo w ogóle to przejeżdżał obok i dlatego postanowił do mnie zadzwonić. Za czym pogwarzyliśmy trochę – a kiedy Radek odjechał, piła już nie odpaliła. Podejrzewam że świeca – ale nie wypadła, na zewnątrz żadnych niepokojących śladów nie ma, po prostu nie zapala i już.

Znakiem tego, mam wolne popołudnie, a jutro popłaczę sobie oddając piłę do warsztatu w celu naprawy. Spróbuję jeszcze potem, jak ostygnie – może stanie się cud i sama się naprawi?

Na razie zaś, chciałbym podzielić się z Państwem kilkoma refleksjami na temat wyżej określony. Tak sobie bowiem myślę, że spora część z Państwa zagląda tu właśnie dlatego, że interesuje się życiem wsi – czy to chcąc się na wieś przeprowadzić, czy to już tej życiowej zmiany dokonawszy i szukając teraz bratnich dusz w przestrzeni internetu. Myślę też sobie, że od dawna Państwa zaniedbuję, niczego ciekawego na temat naszej wsi nie pisząc… Żeby było nam łatwiej, skoncentruję się na jednej tylko tezie, która wydaje się oczywista – ale czy jest aby na pewno do końca zrozumiana?

Nikt tu nie jest anonimowy

To oczywiste! Ludzi jest o wiele mniej – nie sposób nie znać wszystkich przynajmniej z twarzy. Albo chociaż z nazwiska, bo jeśli nawet ktoś tam wyjechał na trochę (na studia, do pracy…), to przecież pochodzi z jakiejś z dawna w tej okolicy osiadłej rodziny i byle się nazwiskiem i nazwą swojej wsi przedstawił, a zaraz da się dojść wspólnych krewnych lub chociaż znajomych. Moja matka, która przez wiele lat pracowała w komórce ewidencji ludności w naszym rodzinnym miasteczku, znała wszystkich mieszkańców miasta i gminy z imienia, nazwiska, imion rodziców, daty urodzenia i numeru dowodu osobistego – na pamięć! Raptem 2 tysiące rekordów do zapamiętania…

Ponieważ ostatnio poznaję okolicę głównie poszukując naszych zaginionych koni, mam świeże tej prawdy ilustracje. Onegdaj w zeszłym tygodniu stado zawędrowało za kanał odwadniający, który do tej pory stanowił nieprzebytą barierę wszystkich ucieczek – przebiega on w odłegości niespełna kilometra od południowo – zachodniego krańca naszych włości, równolegle do naszej piaszczystej drogi i razem z linią kolejową oraz zabudową wsi wzdłuż asfaltowej drogi, do tej pory wyznaczał trójkąt, po którym – jak mi się wydawało: w miarę bezpiecznie, bo nie ma wewnątrz tego trójkąta takiego miejsca, gdzie mogłyby się zaplątać czy połamać, poruszały się konie zarówno podczas większości wycieczek legalnych, z państwem na grzbiecie (prawdę pisząc, do momentu przybycia Zbyszka wyjeżdżaliśmy poza ten trójkąt incydentalnie…) – jak i nielegalnie. Niestety – mit ten, jak wiele przed nim, upadł właśnie w zeszłym tygodniu. Konie przeszły kanałek. Albo go ominęły, bo i to jest możliwe, jeśli przechodzić polną drogą opodal stacji kolejowej w Strzyżynie…

W każdym razie znalazłem stado i przeprowadziłem je w bród na naszą stronę kanałku. Wszystkie przeszły grzecznie. Poza Maleństwem. Maleństwo zostało na drugim brzegu. I oczywiście wpadło w panikę. Cóż było robić? Zaprowadziłem stado do domu, a potem wróciłem po Maleństwo. Którego naturalnie nie zastałem przy brodzie. Po śladach jednak, trafiłem za nią do Augustowa. Tam znalazła się, u pewnej zacnej kobiety w zagrodzie. Zacna ta kobieta, bardzo miła, oczywiście wdała się ze mną w rozmowę, pytając skąd jestem. Ponieważ nie potrafiła zidentyfikować mojej twarzy jako należącej do mieszkańca Boskiej Woli (w końcu mieszkamy tu ledwo trzeci rok…) – zapytała o nazwisko. W domyśle – zakładając, żem pewnie jest potomkiem którejś z dawna tu osiadłych rodzin, którego dawno nie widziała, bo gdzieś tam po świecie bujał i teraz dopiero wrócił. Dopiero gdy i tu się rozczarowała, pozwoliła sobie wyjaśnić, że ziemię w Boskiej Woli kupiłem i wprowadziłem się niedawno.

Jest to zjawisko typowe. Ilekroś nieznanej osobie mówiłem, że jestem z Boskiej Woli – padało pytanie albo z kim się tu ożeniłem, albo czyim jestem synem lub wnukiem. Dopiero gdy wyjaśniałem obok kogo i po kim kupiłem ziemię, ciekawość była zaspokojona, a identyfikacja – pełna.

Drugi przypadek ilustrujący tę samą prawdę, wydarzył się wczoraj wieczór. Poszedłem zebrać konie z padoku na kolację – i zastałem tylko Glusia. Nie mogły być daleko – 20 minut wcześniej widziałem je dobrze wszystkie po właściwej stronie ogrodzenia. Nauczony jednak doświadczeniem poprzednich gonitw po ciemku, wróciłem po uwiąz i latarkę. W świetle latarki, bo raptownie robiło się ciemno, łatwo znalazałem ślad (naprawdę widać, gdzie dopiero co przeszło 10 koni…). Szedłem sobie za tym śladem i doszedłem właśnie do naszej piaszczystej drogi, gdy od strony wsi przyjechał samochód – Koni pan szuka? Tak! To my do pana – wsiadaj pan, zawieziemy…

Gdzie były konie? Ano nie w gospodarstwie nawet, bo tam zabudowań za bardzo nie ma, tylko na ogrodzonej działce – w zasadzie: letniskowej – na samym skraju wsi, tuż przy kanałku. Działka ta, w całości ogrodzona, ma tylko jedno wejście – od strony asfaltu… To i drugi mit właśnie padł: do wsi konie też wejdą! Zaiste, wolałbym się nie przekonywać, że i przez tory kolejowe się przedostaną – chętnie wierzę, że mogą to zrobić, naprawdę nie muszą mi tego udowadniać!

Działeczka należy do bardzo sympatycznych, starszych państwa (odwiedzili nas dzisiaj, obejrzeć sobie konie w świetle dziennym), którzy nie tak dawno się tutaj osiedlili – i których może ze dwa razy minąłem przejeżdżając obok ich posesji wierzchem, bo tam wypada „kółko w lewo“, od naszej ujeżdżalni przez długą drogę wzdłuż kanału, z powrotem na ujeżdżalnię. Wiedzieli jednak, że jeśli konie – to pewnie „koniarz“ ich szuka i do niego, czyli do mnie, trzeba z taką wieścią jechać!

Jak więc widać, nie-anonimowość stosunków wiejskich, ma wiele zalet. Można się czuć bezpiecznie: może i upadły mity o tym, że konie nie przejdą kanału, czy nie wejdą do wsi – ale dalej można jeszcze przynajmniej liczyć na dobrych sąsiadów, którzy o ich obecności poza ogrodzeniem w czas doniosą i pomogą sprowadzić ze złej drogi.

Tu mała dygresja: tematem tego wpisu NIE SĄ ucieczki naszych koni. To temat na całkowicie osobny wpis! Problem niestety się zaostrzył odkąd trawa na Wielkim Padoku, której bynajmniej jeszcze nie brak i której długo jeszcze nie zabraknie – została już w większości choć raz przegryziona. Stado szuka sobie lepszego pastwiska, a że takiego w okolicy nigdzie nie ma, stąd te coraz dłuższe wyprawy. Nie wiem też, czy aby Melon, który tej anarchii przewodzi, nie ma jednak jakiegoś problemu z nawigacją w terenie – bo skoro wczoraj wlazły w otwartą bramę ogrodzonej działki, to najwidoczniej, zmierzały po prostu… do domu, pod wiatę, zniecierpliwione oczekiwaniem na kolację – a tylko prowadzący je Melon pomylił się tak mniej – więcej o dwa kilometry w linii prostej, co do lokalizacji tej wiaty…

Nie-anonimowość stosunków wiejskich, ma jednak także i dalsze konsekwencje. Nie jestem pewien, czy Państwo P.T. Czytelnicy z Wielkich Miast jesteście w stanie to w ogóle pojąć. Ja się urodziłem i wychowałem w małym miasteczku, w którym żyło się tak samo jak w Boskiej Woli – pod tym względem i pod wieloma innymi. Jest to więc dla mnie sprawa oczywista i musiałem się dopiero uczyć innego sposobu postępowania, gdy trafiłem na studia do Warszawy.

Otóż, skoro wszystkie stosunki międzyludzkie są co do zasady nie-anonimowe, to i stosunki gospodarcze też. A co to oznacza w praktyce? W praktyce oznacza to, że każdy rzemieślnik czy usługodawca zna swoich klientów – i niektórych lubi bardziej, a niektórych mniej. Ci, których lubi bardziej, mogą liczyć na lepsze ceny, szybsze terminy, itp. Ci, których lubi mniej – nie mogą liczyć na takie fory. Jeśli zaś pojawi się przypadkiem jakiś obcy, nieznany człowiek – to naturalnym jest też i to, że traktuje się go jak łowną zwierzynę, którą należy co prędzej ubić i oprawić…

P.T. Państwo liberałowie będziecie zaraz protestować. Jakże to tak?! Przecież sam Adam Smith pisał, że nie dobroczynności czy cnocie piekarza zawdzięczamy świeże bułeczki o świcie, tylko jego chęci zysku – nieprawdaż? Jak więc możliwe, aby ktoś traktował swoich klientów niejednakowo – i dalej prosperował? Przecież ci potraktowani gorzej, gdy tylko się o tym dowiedzą – natychmiast pójdą do konkurencji i puszczą takiego sobiepana z torbami..?

Niekoniecznie! Po pierwsze – nie zawsze jest do kogo pójść, bo nie w każdej dziedzinie wiejski czy małomiasteczkowy rynek jest na tyle duży, aby mógł na nim przetrwać więcej niż jeden dostawca takiej usługi. Kiedyśmy się wprowadzali do Boskiej Woli, były tu dwa sklepy spożywcze – i jeszcze jeden w nieodległym Bożem. A teraz taki sklep został już tylko jeden. Jak się komuś nie podoba – musi jechać najbliżej do Augustowa lub do Grabowa.

Po drugie – wszyscy są ze wszystkimi spokrewnieni lub zaprzyjaźnieni (albo też – pokłóceni). Tak więc przyjaciele i krewni zawsze będą korzystać z tego warsztatu samochodowego, który prowadzi ich przyjaciel lub krewny. Z innego zaś, nie skorzystają – raczej, bo oczywiście nie jest tak, że konkurencja w ogóle nie działa i jeśli krewny lub przyjaciel „przegnie“ z cenami czy terminami, to się jednak publika nie przeprosi z ewentualnym outsiderem (który jednak musi się starać tak ze dwa albo trzy razy bardziej!).

Oczywiście – warto po prostu dobrze żyć z sąsiadami i dać się lubić, o ile tylko jest to możliwe. W ten sposób, życie staje się o wiele lżejsze i tańsze.

Nie warto jednak, dawać po sobie jeździć jak po łysej kobyle. Jak już pisałem kiedyś, prestiż jest bardzo ważny w życiu wiejskim i jak ktoś nie ma szacunku, to mu żadna uprzejmość czy uczynność nie pomoże. Dlatego, odziedziczywszy po 20 latach bezrządu bodaj 4 czy 5 przypadków poważnego przesunięcia granic działek na moją niekorzyść, odsunąłem moje ogrodzenia od linii ponownie wytyczonej przez geodetę tylko o metr, w porywach do dwóch – a nie o 10 metrów. A o wyorany słupek zrobiłem awanturę. I nic mi nie wiadomo, abym w tej chwili miał jeszcze jakieś spory graniczne..?

Te dwa cele: sympatię sąsiadów i prestiż – trzeba jakoś wypośrodkować, bo ich równoczesne osiąganie bywa niekiedy trudne. Dla sympatii – warto pójść z sąsiadami na wódkę. Ale żeby przy okazji nie stracić szacunku – trzeba najpierw wiedzieć, z kim na wódkę chodzić wypada, a z kim nie…

Dla sympatii – warto szczerze i obszernie odpowiadać na wszelkie pytania i niczego nie ukrywać (np. budowanie szczelnych, wysokich płotów to 100% pewny sposób zantagonizowania całego sąsiedztwa!). Dla prestiżu jednak – odrobina tajemniczości z całą pewnością nie zaszkodzi.

Trudne? A kto twierdził, że ma być łatwo? To jest sztuka, proszę Państwa, tu prostych recept nie ma!

Jeśli zaś chcemy prowadzić w środowisku wiejskim jakąkolwiek działalność gospodarczą, to trzeba pamiętać o tym, że sama tylko jakość świadczonych usług czy oferowanych towarów i same tylko ceny i terminy – to nie wszystko. Bo to nie jakość, nie ceny i nie terminy – ale ich wytwórca będzie oceniany przez potencjalnych klientów.

A poza tym, po prostu trzeba być przyzwoitym człowiekiem. Ludzie na wsi mają czas. Jeśli pomylą się w ocenie nowego sąsiada za pierwszym razem – zawsze zdołają zweryfikować swoją opinię potem. Dlatego należy oddawać pożyczki, pamiętać o zaciągniętych „długach honorowych“ w postaci przysług, pomagać jak ktoś ma kłopoty – i nie lenić się, ani nie wynosić ponad innych.

Wyniosłość jest tu kompletnie nie na miejscu. Jeśli nie z innego powodu to dlatego, proszę Państwa, że wszystko to, co napisałem powyżej, to są typowe objawy „moralności klanowej“ w działaniu – a więc takiego systemu etycznego, który za wartość najwyższą ma dobro własnej wspólnoty krewniaczej. Jest to najstarszy ze wszystkich występujących na ziemi systemów moralności. I najtrwalszy. Dla „rodowców“ żadne poczucie wyższości kogoś obcego po prostu nie ma znaczenia – dlatego, że obcy są w ogóle istotami w ramach tego systemu „bezetycznymi“, których normy moralności nie dotyczą. A jak ktoś, kto egzystuje poza systemem wartości, może z sensem uważać się za lepszego..? No nie może! Strosząc zatem piórka, taki obcy tylko się wystawia na pośmiewisko – i może być pewien, że mu się koło pióra natychmiast: i to w poczuciu słusznej prawości i spełnionego obowiązku moralnego! – narobi.

Trzeba to spróbować pojąć. Nepotyzm proszę Państwa, to nie jest w ramach „moralności klanowej“ grzech, tylko wprost przeciwnie: moralny obowiązek, którego wypełnienie przynosi chwałę i poczucie spełnionej słuszności. Podobnie zresztą jest z kradzieżą (pewnego rodzaju – gdy jej ofiarą padają „istoty bezetyczne“, a więc – obcy…) i paroma innymi czynami, o których może jeszcze w przyszłości napiszę w kolejnych odcinkach tego cyklu…
Cezar Borgia - postać, którą można uznać za ikonę nepotyzmu -  zabijając i grabiąc dla dobra swojej rodziny - postępował słusznie i moralnie. Przynajmniej - we własnym mniemaniu.

Nie możecie Państwo tego zrozumieć? No co ja na to mogę poradzić, że nie możecie..? A czy to pierwszy tekst, w którym próbuję się z tą Państwa niemożnością pojęcia tak oczywistej rzeczy zmierzyć? Będziecie Państwo potem okraszać ten tekst komentarzami pełnymi poczucia wyższości wobec „wieśniaków“ – jak to się na stronie „Najwyższego Czasu“ przydarzyło? Pewnie będziecie – to jednak, moim zdaniem dowodzi tylko tego, że nic po prostu z życia wiejskiego zrozumieć nie chcecie. I to kiedy? W czasach postmodernizmu i wielokulturowości..! J

A – i konie nam dziś (tfu! tfu! tfu!) nie nawiały. Może dlatego, że zamiast trzymać je na pastwisku do ostatniej minuty – pozwoliłem im zejść pod wiatę gdy same tego chciały, już o wpół do ósmej, na pół godziny przed kolacją – i przed zmrokiem?

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Pragnienie

Jeśli wydaje się Wam, że Was suszy, że piaski Sahary zasypują Wam usta, a za chwilę umrzecie z pragnienia - to nic jeszcze nie wiecie o tym, jak może się NAPRAWDĘ chcieć pić! Naprawdę chce się pić dopiero, gdy nie przeraża Was taka wielkość kubka:
I naprawdę - nie ma się z czego śmiać:
O!

niedziela, 28 sierpnia 2011

Stąd do ujścia Radomki i nieudana sesja

Zbyszek przysłał mi zdjęcia które zrobił dziś w najdalszym punkcie swojego rajdu - u ujścia Radomki do Wisły. Proszę bardzo - tak się w Boskiej Woli jeździ:

Niestety, dzisiaj bez gospodarza (czyli beze mnie) - nie wyrobiwszy się w ciągu tygodnia, spędziłem dziś dzień przed końputerem, tłumacząc.

W przerwie wsiedliśmy na chwilkę z Lepszą Połową na tekinki. A poza tym, wpadłem na pomysł, żeby może Państwu opisać w jaki sposób nasze czterokopytne dbają o utrzymanie właściwego stanu naszego sztucznego lasostepu, skutecznie eliminujący młode drzewka i krzaki, które mogłyby kiedyś zamienić go w las.

Wpadłem na ten pomysł obserwując jak Iwar radzi sobie z kilkoma młodymi brzózkami. Niestety - nie udało mi się zrobić zdjęć, bo kiedy wróciłem z aparatem jedynym, którego jeszcze interesowały brzózki (używane przez czterokopytne głównie w celu usuwania z ciała nadmiaru owadów - tudzież: podrapania się, gdy swędzi...), był nasz emeryt Gluś:
Jednak jego zainteresowanie nie było ani w ćwierci tak widowiskowe, jak wcześniejsze działania tego samego rodzaju innych koni!
Mogę zatem jedynie pokazać efekt tych działań - tu, jeszcze widać, że coś tam sobie odrastało:
A tu już efekt ostateczny - czyli brzózki "podkasane" i zero poszycia:
Zapewne do końca sezonu owo "podkasanie" jeszcze się trochę powiększy - i bardzo dobrze: brzózki urosną w górę!

Jedna nam co prawda choruje. Skorzystałem z niej więc, przywieszając lizawkę - jej to już chyba nie zaszkodzi:
Stada miałem nie fotografować, w końcu mieliśmy już prawie dwa tygodnie temu profesjonalną sesję - nieprawdaż? Że jednak żadnych efektów tej sesji na razie nie dostałem, to pocykałem trochę fotek - czekając, aż może ktoś zechce zapozować z brzózkami - a że nikt nie chciał..?
Melon
Główny bohater dzisiejszego dnia, Frontier "70 km w 6 godzin" - z przyjaciółkami
I przyjaciółki z bliska
Iwar z bliska
I w całej okazałości
Na koniec: Dalia z przyjaciółmi.

sobota, 27 sierpnia 2011

Dzień gorącego lata

Nareszcie nadeszło lato! W tym roku przypomina to litewski dowcip o Estończykach. Pytają Litwini Estończyka czemu taki blady, przecież lato było? No tak - odpowiada Estończyk - lato było, ale ja tego dnia akurat nie miałem urlopu...

Bo też i lato w tym roku jednodniowe. Jutro ma już być chłodno, czyli normalnie - a wkrótce: jesień.

Dziś w każdym razie było gorąco, parno, duszno i słonecznie. Koniom też. Tu akurat stadko pani Beaty podczas południowej sjesty przed obiadem:
Przepraszam, że dawno nie pisałem, ale jak nie naprawiałem ogrodzeń, to akwizowałem, a jak nie akwizowałem, to tłumaczyłem, a jak nie tłumaczyłem, to uzupełniałem tabelki - mózg mi się zlasował w każdym razie kompletnie. W przyszłym tygodniu, mam wrażenie, nadrobię z nawiązką...

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Zaćmienie

Burze grzmiały wszędzie dookoła, ale na nas nie spadła ani kropla. Oczywiście: tym razem zdążyliśmy ściągnąć konie pod wiatę, gdy tylko na horyzoncie pokazały się pierwsze błyskawice. To oczywiste. Gdybyśmy nie zdążyli - na pewno zlałoby nas do suchej nitki!

Fakt, że nie spadła na nas ani kropla nie przeszkodził w dwugodzinnej (tym razem) przerwie w dostawie energii elektrycznej. To niemożliwe, żeby przy KAŻDEJ burzy drzewo spadało na linię, lub piorun trafiał w transformator - znakiem tego, ktoś nas po prostu odłącza gdy zbliża się front burzowy. Co jest racjonalną praktyką o tyle, że przy słabej fizycznie sieci, trochę zmniejsza ryzyko jej uszkodzenia (raz, że przewody bez napięcia nie wytwarzają pola elektromagnetycznego, które przyciąga pioruny - a dwa, że w razie przerwania linii, przewody bez napięcia się przynajmniej nie palą...) - ale, jeśli ktoś ciągle jeszczy żywi złudzenia o nieustannym i triumfalnym pochodzie postępu w XXI wieku, to winien się właśnie obudzić...
Trochę mi się wczoraj zrobiło słabo gdy przed Augustowem, już w drodze powrotnej znad Radomki Zbyszek oznajmił mi całkiem poważnie, że zrobiliśmy za dzień ponad 70 km. Buba ma obtarty grzbiet - i przynajmniej kilka dni wolnego. Pod koniec tygodnia, jeśli siły, czas i pogoda pozwolą, spróbujemy się przynajmniej wybrać do odnalezionej po drodze stajni z dwoma sympatycznymi wałachami - mamy do tych sąsiadów góra 7 km łatwej drogi, grzech byłoby nie pojechać.

Wycieczka była fajna, choć fajniejsza w tamtą stonę niż z powrotem. Widzieliśmy piękne miejsca, spotkaliśmy ciekawych ludzi - niczego nie sfotografowałem, więc w Epoce Obrazków, nie ma się czym Państwu chwalić. Dzisiaj, "dzień po", wszyscy troje, tj. Buba, Frontier i ja, próbujemy się jakoś wyleczyć z zakwasów.

Buba poleguje w piasku, a ja odkąd okazało się, że nie muszę dziś jechać do Warszawy - próbuję się nawodnić. Na różne sposoby.

Kłopot w tym, że dostawa piwa do naszego wiejskiego sklepiku będzie najwcześniej jutro. Bo - uważajcie Państwo - przedstawiciele browarów mają urlopy! No też mi coooo....

Gruda powoli się cofa. Pęciny Neptuna wyglądają już całkiem dobrze. W tej chwili najbardziej "zagrudzonym" koniem w stadzie jest Dalia wlkp, a po niej - chyba Melon, który zagrudził na obie prawe nogi. Wszyscy posmarowani, środki do walki z chorobą kończą się, ale jutro wyprawy do Warszawy nie uniknę, to spróbuję się w coś zaopatrzyć.

sobota, 20 sierpnia 2011

Dlaczego eugenika nie działa?

Sponsorem dzisiejszego wpisu jest blogerka Riannon oraz literka „E“ jak „eugenika“. Oczywiście: ze względu na długi i ciekawy komentarz pod przedpoprzednim, „gastronomicznym“ wpisem.

Tak się przypadkiem składa, że i w ostatnim numerze „Najwyższego Czasu!“[1] pan Marek Skalski wypowiada się dość obszernie na temat hitlerowskiego programu eugeniki, podając przy tym podstawowe fakty odnośnie jej genezy. W zasadzie mógłbym na tym odnośniku poprzestać, bo po cóż powtarzać po kimś? Wiedza zawarta w tym artykule zupełnie wystarczy – jeśli ktoś z Państwa poczuje się nieodoinformowany, można też w ostateczności wygooglać.

Od razu zastrzegam, iż NIE TWIERDZĘ, jakoby Riannon popierała, zalecała czy pochwalała w jakikolwiek sposób eugenikę i ten tekst w żadnym razie nie jest zamierzony jako atak, polemika czy krytyka. Nic z tych rzeczy! Po prostu, bardzo ciekawy komentarz Riannon natchnął mnie przemyśleniami jak poniżej – i tyle.

Sami też się nie rozmnożyliśmy i wątpię, abyśmy mieli się rozmnażać – i również nie uważam tego za jakąś stratę dla ludzkości J.

Chodzi tylko o kwestię motywacji: bo decyzja o tym, czy ktoś chce mieć dzieci, czy nie chce ich mieć – to sprawa całkowicie prywatna, do której nic nikomu. Owszem – można dyskutować na temat METOD zapobiegania rozmnożeniu się, albowiem tutaj, w zależności od pewnych dość subtelnych definicji, może wchodzić w grę „strona trzecia“ – jeśli się jej istnienie w takim momencie uznaje. Ale o tym teraz dyskutować nie będziemy.

Dlaczego zatem eugenika nie działa? Ależ to proste! Ze względu na brak możliwości sformułowania sensownego celu hodowlanego. Już w hodowli zwierząt cel hodowlany to dość nieostre, trudne do precyzyjnego zdefiniowania pojęcie. Właśnie dlatego, hodowla zwierząt to sztuka -  a nie księgowość. Wprawdzie od wielu dziesięcioleci próbuje się przy pomocy różnych systemów bonitacji (być może napiszę kiedyś o tych, używanych dla oceny koni?) sparametryzować cechy zwierząt – ale nie jest to ani proste, ani jednoznaczne.

Cel hodowlany, a więc wizja tego, jakie zwierzęta chcemy w wyniku celowego doboru par do rozpłodu otrzymać, niezależnie od prób parametryzacji, niezależnie od całej, nader drobiazgowej wiedzy o koneksjach rodzinnych, osiągnięciach sportowych czy pokazowych rodziców, dziadków, stryjów i stryjenek, wujów i wujenek, tudzież kuzynów z obojga stron i starszego rodzeństwa – to w dalszym ciągu jest w 50% intuicja hodowcy. Intuicja, która dopiero całość tej drobiazgowej wiedzy scala i obdarza sensem.

A hodując zwierzęta, tak naprawdę bierze się pod uwagę dość ograniczony zestaw cech. Mało tego! Najszybszy i największy skces oferują programy w których bierze się pod uwagę… jedno i tylko jedno kryterium! W ten właśnie sposób Anglicy wyhodowali swoje znamienite konie pełnej krwi angielskiej – najważniejszą od 200 lat rasę koni, bez których nie jest w ogóle możliwa jakakolwiek hodowla współczesna (są one bowiem używane do ulepszania znakomitej większości pozostałych ras – bezpośrednio lub pośrednio – pośrednio także: zimnokrwistych koni roboczych czy mięsnych!). Konie te były selekcjonowane ze względu na jedną tylko cechę: szybkość w galopie (w wyścigach płaskich). Cel hodowlany tych zwierząt, był więc – można by napisać – bardzo „ubogi“. Hodowcy nie musieli popisywać się tu wyobraźnią.

Większość z nas nie ma jednak tak łatwo. Celem hodowli koni czystej krwi achałtekińskiej jest utrzymanie i doskonalenie specyficznego typu budowy tych koni (a więc utrzymanie – a nawet, o ile to możliwe: dalsze doskonalenie takich cech jak długie i specyficznie ukątowane szyje, małe, szlachetne głowy o prostym lub garbatonosym profilu, sucha i lekka budowa ciała, długie, proste kończyny o wąskiej pęcinie, itd.) oraz stała poprawa ich użytkowości w bardzo szerokim zakresie parametrów. Są to bowiem konie używane zarówno do gonitw płaskich, jak i do skoków, do ujeżdżenia, do rajdów, crossu, do polowań, do cyrku – i do wielu innych jeszcze rzeczy, użytkowania zaprzęgowego bynajmniej nie wykluczając. Ponieważ jest absolutnie niemożliwym doskonalenie konia we wszystkich tych kierunkach jednocześnie (jak coś ma być dobre we wszystkim, to nie jest dobre w niczym) – mimo, że rasa jest liczebnie niewielka, doszło do ukształtowania się w jej obrębie specyficznych pod-typów, doskonalonych w rozbieżnych kierunkach.

I tak np., należąca do Lepszej Połowy Melesugun, która obustronnie, po ojcu i po matce, pochodzi z linii Sere (jest jednocześnie wnuczką i prawnuczką tego wybitnego ogiera) – jest koniem „predystynowanym“ do tzw. „sportów jeździeckich“ – czyli do skoków, względnie do ujeżdżenia. Konsekwentnie też, próbowaliśmy ją wystawiać do zawodów ujeżdżeniowych, z dość miernym rezultatem (opisałem jej karierę w artykule dla „KT“ kilka lat temu).
Melesugun na rozprężalni przed zawodami w klubie Bajardo

Osman Guli i Margire dla odmiany, należą do linii i rodzin głównie używanych albo do pokazów, albo do gonitw płaskich. Osman Guli jako roczniaczka startowała w czempionacie świata w Moskwie. W porównaniu do swoich starszych sióstr, z których jedna została czempionką świata, druga wiceczmpionką – kompletnie zawiodła, zdobywając tylko „dyplom III stopnia“. Dzięki temu, możemy się cieszyć jej posiadaniem – ceny jej starszych sióstr były sześciocyfowe (w euro).
Osman Guli zimą

Margire zaś, oddaliśmy trenerowi Kozłowskiemu na kilka miesięcy, przygotowując ją do gonitwy w Pardubicach. Niestety – gonitwa się nie odbyła na skutek zbyt małej liczby chętnych. O ile mi wiadomo, nigdzie indziej w tzw. „Jewropie“ gonitw dla achałtekińców się nie organizuje, więc wraz z naturalną śmiercią tej inicjatywy w Pardubicach, chwilowo możliwości odbywania prób wyścigowych dla koni tej rasy nie ma.
Margire w Krasnem,  z folblutami

A wszystkie trzy i tak chcę kryć Germesem Petry Marešovej. Gdzie tu sens?
Germes w Pardubicach

Sens leży właśnie w tej intuicyjnej wizji – jednokrotnie, skutecznie kryjąc wszystkie trzy tym samym ogierem (podkreślam słowo: skutecznie – bo jak na razie nasz wysiłek nie został doceniony przez Trzy Gracje…), mam szansę skonsolidować stado – i zwłaszcza interesowałyby mnie córki Germesa, obojętnie od której z naszych panienek taką córkę dałoby się uzyskać! Dopiero na tej podstawie można by snuć dalsze wizje, w przyszłości korzystając z szerszej oferty dostępnych na terenie Europy ogierów.

O ile Germes dożyje w dobrej kondycji wiosny (a swoje lata już ma…) – i o ile tym razem któraś jednak łaskawie raczy zaciążyć…

Mętnie się tłumaczę z tego Germesa prawda? Ale co ja poradzę – skoro to właśnie czysta intuicja jest, nie umiem tego sparametryzować. Jak na razie intuicja o tyle jest przy tym błędna, że już dwa razy z kobyłami u niego byliśmy – bez rezultatu, bo się nie zaźrebiły. W dodatku zatem do intuicji, dochodzi tu jeszcze i ośli upór – prawda?

Wiedząc powyższe, wróćmy do eugeniki. Czyli – mówiąc najogólniej – do idei „hodowli ludzi“. Potrafimy sformułować „cel hodowlany“ dla hodowli gatunku homo sapiens?

Na czym nam najbardziej zależy? Na zdrowiu? OK – piękny cel. Tylko – czy jesteśmy aby w stanie jednoznacznie określić, co to znaczy „człowiek zdrowy“ – a co nie? Przypomnę choćby o Murzynach z Gwinei, cierpiących na chroniczną anemię, którzy jednak wykazują zadziwiającą odporność na endemiczną w tych zakomarzonych dżunglach malarię.

Przy tym: czy zdrowie jest wartością absolutną? A jeśli dziecko o którym z góry możemy powiedzieć, że będzie chorowite i bez wsparcia naszej technicznej cywilizacji długo nie pożyje – będzie za to genialnym uczonym lub artystą?

Nie możemy tego wiedzieć z góry. Nawet owe manipulacje genetyczne, o których w kontrokomentarzu wspomniał kolega Woody_90 na razie wykonujemy „na ślepo“, pożądany rezultat osiągając tylko dzięki prawu wielkiej liczby: bo jeśli manipuluje się genami kukurydzy, używając jako próbki badawczej miliona nasion, to z owego miliona uzyska się dość osobników o żądanych parametrach, by taka operacja była opłacalna. W przypadku „hodowli ludzi“ – statystyczna poprawa zdrowotności społeczeństwa dzięki np. wyeliminowaniu u 65% jego potencjalnych nosicieli genu warunkującego podatność na próchnicę – ani o gram nie umniejszy bólu zębów wśród pozostałych 35%, którzy dalej będą musieli uczęszczać do dentysty. Oczywiście, inaczej to wygląda z punktu widzenia dentystów (katastrofalnie zgoła!) – a inaczej z punktu widzenia NFZ, który chętnie by za taką manipulację zapłacił, bo niewątpliwie oszczędza…

Nie zamierzam atakować eugeniki (ani manipulacji genetycznych…) od strony wątpliwości moralnych – jak chcecie takiej dyskusji, Mili Czytelnicy, idźcie z tym do Ojca Knabita, ja już zadeklarowałem, że umoralnianie nie jest moim hobby!

Bardzo trudne do usunięcia wątpliwości są bowiem już na poziomie czysto technicznym. A więc, jako się rzekło – przede wszystkim na etapie definiowania celu takiej hodowli.

Pomysł Hitlera hodowli „czystych rasowo Aryjczyków“ – na gruncie teorii i praktyki hodowlanej był absurdalny. Bo kto to niby ma być, ów „czysty rasowo Aryjczyk“? Jaka intuicja przyświecać miała jego hodowli – wedle jakich cech selekcjonować miano pary do rozpłodu? Owszem, podobnoż uczeni, skądinąd jak najbardziej akademiccy i z profesorskimi tytułami, rozmiary i ukątowanie „aryjskich“ czaszek potrafili odróżnić od rozmiarów i ukątowania czaszek „niearyjskich“. Między nami jednak mówiąc: bzdura to była na resorach. I tak w praktyce o tym, kto jest, a kto nie jest Aryjczykiem – decydowały względy polityczne, tudzież zwykłe kumoterstwo.

Dowód? A proszę bardzo, chociażby taki:
Było to możliwe, ponieważ tak naprawdę nie ma żadnych fenotypowych czy genotypowych cech, które pozwalają na 100% odróżnić „Aryjczyka“ od „nie-Aryjczyka“ – bo samo założenie istnienia takich „jednostek taksonomicznych“ w obrębie gatunku homo sapiens okazało się w toku dalszych badań błędne (co oczywiście nie znaczy, że ludzkości nie dzieli się na rasy – ależ dzieli się, tylko inaczej niż to sobie w XIX wieku wyobrażano, poza tym – nie ma zgody co do ostatecznego kształtu tego podziału).

Zresztą, ja też nie umiem na podstawie samego tylko wyglądu (i samego tylko rodowodu) odróżnić od siebie koni ras – dajmy na to: hanowerskiej, holsztyńskiej, KWPN i Selle Français. Wyglądają tak samo, mogą mieć identyczne rodowody, a kwestia przypisania do określonej rasy jest tylko pewną konwencją.
koń holsztyński
koń hanowerski
koń Selle Français

OK – pomysł Hitlera był głupi. Są jakieś lepsze pomysły?

Cóż – jaki pierwszy wymyślił racjonalną hodowlę ludzi Platon. Choć niewątpliwie – nie za ten akurat pomysł go lubimy!
Platon

Pomysł Platona cechowała pewna wewnętrzna logika, i jak to zwykle bywa, jego koncepcja była ze wszystkich tego rodzaju jeszcze najbliższa rzeczywistości. Platon bowiem w ramach swojej socjalnej utopii, postulował ścisłą specjalizację – „strażnicy państwa“ (jego siła zbrojna, policja i władcy), mieli być celowo selekcjonowani a potem wychowywani tak, aby dać państwu władze o najwyższej możliwej jakości.

Otóż wreszcie mamy „cel hodowlany“! Produkcja „najlepszej możliwej elity“. Sam Platon uznał, że może się to udać tylko na stosunkowo niewielką skalę – i dlatego wyłączył ze swojego „programu hodowlanego“, ogromną większość społeczeństwa, któremu – za cenę rezygnacji z aspiracji do rządów – wolno było żyć po swojemu, żenić się i płodzić dzieci jak chcieli. Restrykcji polegać mieli tylko „strażnicy“. Restrykcja owa była podwójna. Z jednej strony – nie wolno im było tworzyć stałych związków, ani dochodzić pochodzenia swoich dzieci. Co miało ich zabezpieczyć przed pokusą nepotyzmu i przed korupcją (skoro nikt nie wie, kto jest jego dzieckiem, to nie może swojego dziecka faworyzować, a skoro nie może przekazać swojego majątku w spadku, bo nie wie komu – to nie ma potrzeby aby go gromadzić…).

Z drugiej zaś strony – do elity miały być zaliczane tylko dzieci pochodzące z kierunkowej, celowej hodowli, polegającej na dobieraniu optymalnych par do rozpłodu. Pod jakim kątem? Pod kątem zdrowia i tężyzny fizycznej – to oczywiste: pierwszym obowiązkiem „strażników“ miała być bowiem wojna. Oraz pod kątem… zdolności matematycznych! Które Platon uznał za najwyższe ze wszystkich zdolności intelektualnych człowieka i tym sposobem – utożsamił je ze zdolnością do sprawowania najwyższej władzy. Realistycznie, Platon założył przy tym, że taki talent może się trafić i wśród poddanych (wówczas należy go porwać i włączyć w skład „straży“) – i że strażniczka może urodzić kalekie, słabe lub nieuzdolnione dziecko (i wówczas należy je zabić).

To by się nawet może i udało. Mielibyśmy w ten sposób gdzieś na świecie społeczność jak znalazł nadającą się do uprawiania nowej, popularnej podobno w Niemczech rozrywki: walk szachowo – bokserskich (gdzie przeciwnicy na przemian rozgrywają partie szachów i naparzają się na ringu…). Czy byłaby to jednak społeczność najlepiej na świecie rządzona?

Bardzo wątpię. Władza wymaga mnóstwa kompromisów, realizmu i przyziemnego podejścia do życia. Raczej nie kojarzymy tego z matematykami, prawda?

A czy w takim razie udałoby się sformułować ów platoński „cel hodowlany“ lepiej, tj. tak dobrać kryterium selekcyjne, żeby rzeczywiście ową wcieloną doskonałość władzy uzyskać? Nie wiem. Może Państwo coś zaproponujecie? Pamiętajcie tylko – że im więcej kryteriów selekcyjnych, tym wolniejszy będzie postęp hodowlany. Konie pełnej krwi angielskiej udało się wyhodować w ciągu około stulecia. Konie achałtekińskie – to produkt jakichś 3 tysięcy lat w miarę konsekwentnej selekcji – a daleko jeszcze temu „programowi hodowlanemu“ do zakończenia!

Przy tym, następstwo pokoleń u koni jest wielokrotnie szybsze niż u ludzi (choć nie tak szybkie jak u psów na przykład). Obawiam się więc, że nawet, gdyby udało się ów cel hodowlany sformułować i kryteria selekcyjne dlań dobrać – to czekalibyśmy na akceptowalny jakościowo produkt tak długo, że jest to kompletnie niepraktyczne!

Tym samym – eugeniką, a więc świadomie sterowanym rozrodem ludzi – po prostu nie ma sensu się zajmować. Nie doczekamy jakichkolwiek praktycznych rezultatów przyjęcia takiej polityki…

Wyłącznie dla porządku należy wspomnieć, że bardziej współczesna wersja eugeniki, wiążąca się z nazwiskiem tępawego – jak sądzę – kuzyna Darwina, Francisa Galtona – nie zasługuje na tak szczegółową dyskusję. Z punktu bowiem, jest to pomysł uwikłany w wewnętrzną sprzeczność.

Jak wiemy, teorii ewolucji daleko do matematycznej precyzji właściwej teoriom fizycznym. W walce o byt zwycięża najlepiej przystosowany. A kto jest owym „najlepiej przystosowanym“? Ten kto zwycięża w walce o byt… „Survival of the fittest“ to klasyczny przypadek logicznego błędnego koła. Pojęcie to stanowi dla nas pewną ilustrację, pewien punkt odniesienia – niczego jednak zaiste nie wyjaśnia!
Tępawy kuzyn Darwina - Francis Galton

I oto bierze takie pojęcie tępawy kuzyn sir Charles’a – i co z nim robi? Ano – dodaje mu kolejne piętro antynomii!

Na ludzi bowiem – konstatuje tępawy kuzyn – dobór naturalny już nie działa, bo dzięki cywilizacji przeżywają i rozmnażają się nawet najgorzej przystosowani. Zastąpmy więc ów dobór naturalny i dokonajmy selekcji zamiast niego…

Na rany Chrystusa – jak??? Przecież nie ma żadnego obiektywnego kryterium pozwalającego określić kto jest „fit“, a kto „non – fit“ – już nie mówiąc o owym „the fittest“: nie ma żadnego kryterium poza takim, że komu się udało, ten się cieszy i żyje – a komu nie, tego już z nami nie ma i nie musimy się o niego więcej troszczyć…

Reasumując, powtórzę co już na wstępie napisałem – decyzja, czy się rozmnażać czy nie, to prywatna sprawa i nikomu do tego nic. Nie uważam jednak za poważną motywację – obawy o zdrowie potomstwa. Ostatecznie, nasza wspaniała cywilizacja techniczna jest dla nas tak samo naturalnym otoczeniem – jak dla naszych odległych przodków, była nim pierwotna puszcza, nieskażona przemysłowymi alergenami i GMO.


[1] Który przestudiowałem dość pilnie, nabywszy go w czwartek w Warce – ze względu na gwałtowny rozwój po części już Państwu z tego bloga znanej polemiki pańszczyźnianej – o czym może innym razem…

piątek, 19 sierpnia 2011

Pomroczność ciemna

Zacząłem już pisać dla Państwa dłuższy esej - będzie jutro. Trudno i darmo: dziś już nie dam rady! A to po pierwsze za sprawą posłów, którzy wczoraj jednak ów zakaz pastwiskowego utrzymania zwierząt gospodarskich (w slangu z ul. Wiejskiej zwany "zimnym wychowem") uchwlili. Jeszcze tylko bardzo mało prawdopodobna niezgoda Senatu lub weto prezydenta mogłyby coś w tej sprawie zmienić. W każdym razie zrobiłem co mogłem: tj. napisałem o tym i do "KT" i do "NCz!". Reszta - w rękach Najwyższego

Po drugie zaś: za sprawą gwałtownej burzy, która rozpętała się nad Boską Wolą ok. 16.15. Konie z Wielkiego Padoku ściągaliśmy już pod strugami deszczu - zresztą, nasza akcja nie napotkała zrozumienia i kiedy już nawet udało się nam je zapchać na padok zimowy, jeden tylko Gluś schronił się pod wiatą, reszta wolała wystawić tyłki do wiatru i stać na zewnątrz. Przemokliśmy jednak do suchej nitki (do końca nie było wiadomo, czy nas ta burza aby nie ominie...). No i oczywiście prąd wyłączył się. Na 3 godziny.

Co poza tym? Poza tym - bez zmian. W każdym razie: bez jakichś wstrząsających zmian na lepsze. Seria pięciu zastrzyków dla Frontiera, które mu pracowicie aplikowałem, skończyła się wczoraj: nie dostrzegam żadnych zmian w jego zachowaniu. Dalej ma gluta, dalej dziwnie rzuca głową po jedzeniu i od czasu do czasu kaszle.

Gruda u Neptuna chyba ani się nie powiększyła, ani nie zmniejszyła - za to przerzuca się na resztę: dziś miały grudę już Dalia wlkp, Maleństwo i Buba. Cóż: trzeba to po prostu przejść. Z godnością. Jak ospę czy inną szkarlatynę...

Przy okazji moich zajęć "energetycznych", poznałem w Warce bardzo sympatycznego pana Stanisława, jak się okazuje, wiernego czytelnika "Najwyższego Czasu!". Jeśli pan Stanisław i tu zagląda, o co nie pytałem - to serdecznie pozdrawiam!

A teraz idę wyrzucić na Wielki Padok Glusia i Melona. Panowie nie poszli za stadem po kolacji. Uparli się, że zostaną pod wiatą. No to ich zostawiłem. Myślę jednak, że już przemyśleli to zagadnienie i teraz patrzą na nie z zupełnie innej strony...

środa, 17 sierpnia 2011

De gustibus…


Trudno mi podjąć wprost polemikę z kolegą Racjonalnie Oszczędzającym w kwestii restauracyjnej – mam dość niewielkie doświadczenie jak chodzi o „jadanie na mieście“, nawet podróżując swego czasu po Polsce z ziółkami, częściej „stołowałem się“ w Pierdonce, niż w najsympatyczniejszych nawet knajpkach (których skądinąd nie brak: mam nadzieję, że Wojtek i Maczeta zgodzą się ze mną, że bar w Grudziądzu, gdzieśmy się po raz pierwszy w realu spotkali, karmił bardzo smacznie..?).

Jest to jednak bardzo dobra okazja do tego, żeby wrócić do od dawna zapowiadanego wpisu o estetyce. Albowiem gros przeszkód, które tak zniesmaczają Kolegę do jedzenia w restauracjach – to Jego estetyczne odczucia odnośnie takich czy innych zachowań kucharzy i obsługi. Takie przynajmniej mam wrażenie…

Bo i co z tego, że kucharz napluje klientowi do zupy? Że kelner gila z nosa wpuści do budyniu? Że się w mięsie jakiś karaluch – desperat żywcem upiecze? Prawdopodobieństwo szkody na zdrowiu z tego wynikłej nie jest aż tak wielkie. W żołądku mamy jednak słaby, bo słaby, ale zawsze – roztwór kwasu solnego, a i trochę innych, dość zjadliwych substancji się znajdzie. Można karaluchy żywcem łykać: nie ma obawy, takiej kąpieli nie przeżyją!

Grunt, żeby sobie smaku takimi dywagacjami przedwcześnie nie psuć…

Owszem, groźne mogą być bakterie i wirusy. Jeszcze chyba podczas I wojny światowej czerwonka, dur brzuszny i tyfus (pospołu z grypą „hiszpanką“, choć ta chronologicznie już poza czas wojny wybiega) zebrały więcej ofiar niż wszystkie, z wielką starannością i nakładem sił czynione wysiłki, by w taki czy inny sposób uśmiercić bliźniego swego. Podczas II wojny też tak by zapewne było, ale po raz pierwszy człowiekowi udało się zabójczością zakasować mikroby: dzięki masowemu mordowaniu ludności cywilnej i jeńców wojennych (przez obie strony zresztą – bo los jeńców niemieckich i japońskich w ZSRR godny pozazdroszczenia nie był…).

Tych jednak, da się uniknąć stosunkowo prosto – choć niewątpliwie, wymaga to od personelu kuchni niejakiego samozaparcia. Trzeba bowiem myć ręce (nie twierdzę, że przed i po każdej czynności – tego, jak się okazuje, nie robią nawet chirurdzy – ale przynajmniej: raz na jakiś czas…) i w miarę dbać o czystość. W miarę. Bez przesady.

Przesada jest bowiem wrogiem zdrowego rozsądku. We wszystkim! Wiele miesięcy temu toczyliśmy polemikę z Kresową Zagrodą o wyższości WC nad „sławojką“ lub odwrotnie – i w kontraście do ostatniego wpisu Racjonalnego Oszczędzania, ówczesny pean Kresowej Zagrody na cześć sławojki, tudzież na cześć „specyficznego“ podejścia do higieny kresowiaków – wskazuje, że jak zwykle, znalazałem się sam jeden na pustawym środku polu, odgryzając się na obie strony.

Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że tzw. „kultura współczesna“, serwowana ludności przez telewizję i inne mass media, przesadza ze swoją obsesją sterylności, czystości i bezzapachowości. Przesadza w sposób ewidentnie szkodliwy i niebezpieczny! Że powtórzę za JK-M, którego Vademecum ojca właśnie zaczęli drukować w odcinkach w „NCz!“ (podobnoż z uzupełnieniami): małe dziecko w ciągu dnia powinno wyglądać jak świnka i pachnieć jak świnka. Bo tylko ubrudziwszy się dostatecznie, wystawi swój młody i chłonny wiedzy organizm na działanie możliwie najszerszego spektrum najprzeróżniejszych mikrobów i alergenów występujących naturalnie w jego środowisku życia – i zyska na nie odporność…

Nie mam w tej chwili do dyspozycji żadnych konkretnych danych liczbowych – choć nie wątpię, że stosowne badania istnieją i że gdybym nie był trochę zmęczony po całym dniu pracy fizycznej i gdyby mi się chciało, to bym je wygooglował stosunkowo łatwo – sądzę jednak, że nie można wątpić o tym, iż plaga alergii bierze się właśnie z przesadnej dbałości o higienę, sterylności w jakiej utrzymywane są mieszkania i inne przestrzenie w których przebywają ludzie, posiłki które spożywają, woda, ubrania itp. Organizm nie przyzwyczajany od małego do kontaktu z wrogimi substancjami, reaguje na nie przesadnie – i stąd: alergia.

Tradycyjnie, przez wszystkie te dziesiątki wieków które minęły od rewolucji neolitycznej, gros populacji ludzkiej pędziło osiadły i dość nieruchawy tryb życia. Jednocześnie, ci sami ludzie, dbali o higienę o tyle o ile – i raczej mniej niż bardziej. Nie tylko małe dzieci i nie tylko w dzień wyglądały jak świnki i pachniały jak świnki. Dotyczy to zresztą także i kultur wedle gimnazjalnej wiedzy uchodzących za „czyste“ – jak grecka czy rzymska. Źródła z epoki zgodnie podkreślają „sowity“ aromat miejskiego powietrza Rzymu czy Aten! Albowiem łaźnie łaźniami, kloaka rzymska kloaką – a i tak większość nieczystości płynęła otwartymi rynsztokami (o ile takowe były – bo mogły też płynąć po prostu: ulicą…). Płynęła, gdy padał deszcz. Bo jak nie padał – to raczej: sączyła się, ciekła, ciurkała – wysychając po drodze i zostawiając sterty stałych odpadków.

Zwyczajem miejskim od starożytności po oświecenie było zawołać głośno przed opróżnieniem nocnika – wprost z okna na ulicę przed frontem domu. Kto nie wołał – był chamem i złośliwcem, bo prawie na pewno trafiał zawartością w przechodnia. Kto wołał – był dobrym sąsiadem i człowiekiem godnym, bo przechodnie mieli szansę uskoczyć…

W takich warunkach bakterie i wirusy miały się dobrze – i nikt nie mógł narzekać, że brak mu z nimi kontaktu. Nic też nam nie wiadomo o występowaniu takiej jednostki chorobowej jak „alergia“ w tamtych, odległych czasach.

Jak to możliwe, że w tak radykalnie niesprzyjających warunkach higienicznych (a pamiętajmy, że mówimy tu o cywilizacjach żyjących pod cieplejszym niebem, gdzie też i wszystko gnije szybciej niż u nas i gdzie litościwy śnieg nie skrywa swoim białym całunem ludzkich nieczystości przez pół roku – i że do owej mieszanki zapachowej, sowitym powietrze Aten czy Rzymu czyniącej, dodać też trzeba wszechobecną, zawiestią woń potu, cebuli, czosnku i sosu rybnego…) ludzie jednak żyli – i że marli jak muchy w zasadzie tylko w trzech przypadkach:
-       gdy byli akurat kobietami w połogu,
-       gdy jakiś wędrowiec (np. szczur) zawlókł do miasta „morowe powietrze“, czyli jakąś egzotyczną dla mieszkańców chorobę,
-       gdy wybrali się w podróż lub zostali zmobilizowani do wojska?

Co do śmiertelności kobiet w połogu, a też i noworodków – rzecz nie wymaga szerszego komentarza: jest przy tym charakterystyczne, że im lepszą opieką starano się otoczyć położnicę, tym bardziej prawdopodobnym było, że zejdzie. Obecność przy porodzie lekarza zamiast babki – położnej, o ile dobrze pamiętam, prawdopodobieństwo zgonu zwiększała dwukrotnie[1]: lekarz miał szansę zarazić swoją pacjentkę szerszą gamą chorób, niż owa, w samych tylko porodach (no, jeszcze w okazjonalnym spędzaniu płodu…) wyspecjalizowana „babka“. Dzięki temu aż do połowy XIX wieku ludność miast na całym świecie mimo braku pigułki i mimo wielkiej ochoty na prokreację, miała ujemny przyrost naturalny, który tylko imigracja ze wsi zamieniała w przyrost.

Epidemię w takim mieście też łatwo sobie wyobrazić, jakoż i mamy nader plastyczne opisy, od Tukidydesa zaczynając, a na Camus kończąc.

O co chodzi z tą podróżą i mobilizacją? Ano – o to samo dokładnie, co z alergiami: populacja ludzi zamieszkujących dany teren i populacja mikrobów na tym samym terenie, w dłuższym horyzoncie czasowym dążą do równowagi. Nadmiernie zjadliwe mikroby, zabijające swoich żywicieli – same giną. Ludzie podatni na czynniki chorobotwórcze są eliminowani z populacji – rzadziej udaje im się dochować potomstwa niż ludziom na te same czynniki odpornym. Z czasem działanie lokalnych, oswojonych mikrobów staje się dla stale w tym samym miejscu zamieszkałych ludzi niezauważalne. Zatem przemieszczenie się na terytorium zasiedlone przez innych ludzi i inne mikroby – jest dokładnym rewersem epidemii: w przypadku epidemii nowy czynnik chorobotwórczy dostaje się do środowiska, kosząc nie przygotowane na jego przyjęcie organizmy – a przypadku podróży na odwrót: z dawna osiadłe mikroby dostają nowego nosiciela, na którym mogą się wyżyć.

Stąd zwyczajowa biegunka na początku podróży do egzotycznych krajów: wraz z wodą i pokarmem przyjmujemy nieszkodliwe skądinąd mikroby, które normalnie wchodzą w skład flory bakteryjnej tambylców – ale my ich do tej pory nie mieliśmy i tak właśnie na ich pojawienie się reagujemy…

Mobilizacja, jeśli gromadziła w jednym miejscu mężczyzn pochodzących z różnych obszarów, miała dokładnie ten sam skutek – tyle, że chorowali dokładnie wszyscy, bo każdy stykał się z nowymi dla siebie mikrobami, przywleczonymi przez kolegów. Przekonali się o tym boleśnie Amerykanie podczas swojej wojny o niepodległość, gdy ich połączone milicje stanowe podjęły oblężenie zajmowanego przez Brytyjczyków Bostonu: natychmiast niemal wybuchła w szeregach epidamia, która skosiła wielokrotnie więcej ofiar, niż kule brytyjskich armat i karabinów! Niczego takiego nie było – póki milicje z poszczególnych stanów operowały oddzielnie, nie łącząc się z innymi.

Populacja ludzi współczesnych, mieszkańców miast stosujących się do zasad nowoczesnej „kultury higienicznej“ przypomina populację wiecznych nomadów: nie mają swoich bakterii, bo je nieustannie tłuką detergentami, a wszystko co piją i jedzą jest sterylnie czyste. Dlatego każdy mikrob jest dla nich śmiertelnie niebezpieczny, bo każdy jest obcy – tak, jakby nieustannie byli w podróży i wciąż na nowo zmieniali florę bakteryjną – zjawisko z niczym w dziejach nie dające się porównać (boż i prawdziwi nomadzi nie wędrują w coraz to nowe miejsca, tylko mają swoje stałe szlaki – a przy tym ich kontakt z populacją osiadłą niekoniecznie jest aż tak intensywny, by za każdym razem musiała z tego koniecznie biegunka wynikać – w swojej zaś grupie, mają własne mikroby…).

Nic jednak na ową przesadę poradzić się nie da. Moda jest tu silniejsza od zdrowego rozsądku – i to też jest zjawisko ze wszystkim jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Zawsze tak było. Nic też nie wskazuje na to, aby kiedykolwiek mogło być inaczej.

Już kilka razu, zdaje się, Państwu wspominałem: córeczka naszego przyjaciela z Warszawy nie zdołała wejść do Radkowej obory – bo zapach bydlęcego moczu i potu był dla niej paraliżująco odstręczający i tak wielką powodował fizyczną dolegliwość, że mimo wielkiej ochoty by zobaczyć co jest w środku – nie zdołała się przezwyciężyć. Skądinąd i jej ojciec a nasz przyjaciel, cierpiący na wiele rozmaitych alergii (między innymi) – na wsi nudzi się od pierwszego łyku naszego (poniekąd upojnie orzeźwiającego!) powietrza. Ani zbieranie grzybów, ani jazda konna, ani pieczenie kiełbasek – nic go nie jest w stanie od tej nudy, z braku miejskich zajęć i rozrywek wynikłej, oderwać.

Są to reakcje może skrajne – ale co w takim razie jest reakcją „typową“..? Większość naszych znajomych nie-koniarzy boi się koni. Samochodów jakoś się nie boją! Po prostu: świat się zmienił. Świat współczesny JEST miejski, higieniczny, aseptyczny i – pod wieloma względami – nomadyczny. Czy można się temu dziwić? Od rewolucji neolitycznej aż do czasów bardzo niedawnych, życie ludzkie upływało najczęściej od narodzin aż do śmierci w tej samej wsi, przy oraniu, bronowaniu, sianiu i żęciu tych samych wciąż zagonów. Nie można zaprzeczyć, że BYŁO to nieco monotonne… Od półwiecza mniej – więcej (czy od 100 – 150 lat w krajach wcześniej zindustrializowanych) – już tak nie jest. Zamiast pasjonować się wycieleniem Mućki – karmicielki, ludziska pasjonują się życiowymi perypetiami Dody czy innego telewizyjnego k…wiszona. Zamiast plotkować o nowej garderobie dziedziczki czy o prowadzeniu się młodej żony sołtysa – plotkują o wielkiej polityce czy o światowych rynkach…

Życie miejskie jest estetyczne. Bo czyste. Życie wiejskie – nie. Bo brudne. Jedzenie w restauracjach też jest nieestetyczne. Bo te plwociny kucharza w zupie czy gil kelnera w budyniu, a może nawet – karaluch..?

A my z Lepszą Połową kibicujemy Ukrainie. Żeby NIE weszła do Jewrosojuza! Dlaczego? Dlatego, że jeśli wejdzie, na pewno zamkną maleńką, ormiańską cukierenkę tuż obok ormiańskiej katedry we Lwowie, w której to cukierence lata temu, zwiedzając zimą tak zaśnieżone miasto, że trzeba było tunelami w śniegu chodzić, a Mickiewicz stał nie na cokole, tylko na powierzchni pokrywy śnieżnej – raczyliśmy się pierwszy raz w życiu koniakiem „Ararat“ i cudownymi wypiekami. Zamkną cukierenkę, bo jest tak mała, że nie zmieści się w niej żadną miarą, obowiązkowa wedle przepisów Jewrosojuza, toaleta dla gości!

Lepsza Połowa przypomniała jakeśmy siedzieli w tej kawiarence i sączyli nasz „Ararat“, rozgrzewając się z wolna (Lepsza Połowa w dodatku prawie ślepa, bo w autobusie coś jej się na oczy rzuciło – to tak a propos „nomadyczności“…), aż tu wtoczyła się do środka jejmość wypisz wymaluj jak ze scenografii komedii o lwowskich kupcach – tak objętościowa – i zadziwiła nas zamawiając wypieków i ciasteczek całą półeczkę, a potem zaraz racząc się nimi z wielkim zadowoleniem… Jejmość też – wedle „współczesnych“ standardów – nieestetyczna. I co Państwo proponujecie..? Jej, mam wrażenie, całkiem było dobrze tamtej zimy nad wypiekami i „Araratem“ – dlaczego niby miałaby się współczesną estetyką przejmować?

Poza tym: jedliśmy najróżniejsze rzeczy. Pielmieni kupione od ulicznej przekupki wprost z wiadra zawiniętego w szmaty dla utrzymania ciepła w Kerczu (robactwa w hotelu było tam tyle, że spać się nie dało żadną miarą! Tym bardziej, że armatura łazienkowa przy każdym odkręceniu wody wylatywała z impetem nadanym jej przez strumień wody wprost na odkręcającego, dostarczając niezapomnianych wrażeń…). W Teodozji – szaszłyk z byczych jąder. W gruzińskiej knajpie w Krasnodarze wołowinę i pyszny chlebek, który nam potem, choć wcale o to nie prosiliśmy, zapakowali do domu – życie nam uratował, bośmy przez następne trzy dni wychodzili z porwanej z Temriuka marszrutki tylko po to, żeby konie oglądać – na kupowanie jedzenia nie było czasu!


A kiedy w Spindleruv Młynie, po czeskiej stronie Karkonoszy, raczyliśmy się gulaszem z knedlami w knajpie dla drwali (bywaliśmy tam z reguły jedynymi turystami jesienną porą – aż nam miejscowi ze zdziwienia piwo stawiali…)? Lepsza Połowa co i raz przypomina garnek muli w Bretanii, czy potrawkę z królika duszonego w piwie gueze w znamienitej À la bécasse w Brukseli. Jej doświadczenia, jako że dłużej podróżowała po Bliskim Wschodzie, są zresztą o wiele bogatsze… Ech – rozmarzyłem się smacznie!

Miałbym z czegoś rezygnować? W imię czego? W imię jakichś tam zasad? I to – zasad, w gruncie rzeczy estetycznych? A niedoczekanie..!


[1] Sprawdziłem: pamięć mnie nie zawodzi – porównanie, z Superfreakonomii, str. 151, dotyczy wiedeńskiego Allgemeine Krankenhaus, gdzie obok oddziału położniczego obsługiwanego przez lekarzy, był też drugi – tańszy – z samymi tylko położnymi. Rodzenie w domu, bez fachowej pomocy – zwiększało szanse przeżycia rodzącej aż 60 razy – w porównaniu do rodzenia przy pomocy lekarza…

wtorek, 16 sierpnia 2011

Bez fotografii

Dzisiaj fotografii nie będzie: przyjechały ładne dziewczyny, zrobiły masę pięknych zdjęć koniom na Wielkim Padoku, czekamy teraz na maile ze zdjęciami od nich i nie będziemy psuli Państwu zabawy własną nieudolnością w tej mierze.

Dzień poza tym był kompletnie do bani. A to głównie za sprawą niedoszłej sprzedaży Wunderbauma - mimo wszystko wierzyłem jednak, że adres na który mam go odstawić, zostanie mi objawiony. Nie został, a numer telefonu, który był moim jedynym z potencjalnym nabywcą z Sochaczewa kontaktem (którego poza tym ani z imienia, ani z nazwiska nie znam...) - milczy.

Znakiem tego, pewnie bym dostał bez łeb i jeśli nawet z życiem, to bez Wunderbauma i bez pieniędzy wyszedł, gdybym w niedzielę jednak za nim do tego Sochaczewa pojechał..? No cóż: smutna to prawda, że człowiek człowiekowi wilkiem, po raz kolejny została udowodniona.

A ja od jutra nie mam już ani jednego samochodu z ważnym ubezpieczeniem. Per pedes przyjdzie się przemieszczać od teraz!

Zbudziły mnie dziś dokładnie o 4.56 pierwsze krople spadającego deszczu. Co prędzej pobiegłem na Padok otworzyć przepęd: jakoż koniowie bardzo skwapliwie schronili się pod wiatą - okazuje się, że jeśli nie liczyć Melona, który nigdy się tam nie mieścił, wchodzi pod dach całe, powiększone przecież ostatnio stado.

Za to potem miałem cztery taczki do wywiezienia...

Przed 8.00 deszcz ustał i konie wróciły na Padok. Poza tym, nic dzisiaj nie zrobiłem: byłem tylko w Warce po drobne zakupy - cały czas próbowałem się dodzwonić do Sochaczewa. Jak już wiemy: bezskutecznie.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Test na fanatyzm

Szanowna Redakcja, skompilowawszy z dwóch wcześniej jej przesłanych tekstów jeden (który tym sposobem różni się nieco od wersji Państwu już z tego bloga znanej), na koniec zamieściła też i moją "Pochwałę pijaństwa". Przezornie dodając do tytułu słówko "humorystyczna" - co jednak nic a nic nie pomogło: jak widać, wśród Komentatorów aktywnych na stronie "Najwyższego Czasu!" łatwiej o sztywniaka, niż w niejednej kostnicy!

Co umacnie mnie w stanowczym postanowieniu nie chodzenia na wybory. Bardzo mi przykro: fanatyk jest fanatykiem. Lewicowy czy prawicowy - wszystko jedno.

Bezwzględnie i niezmiennie wolę "rządy łagodnych nepotów" (jakkolwiek niemiłościwie nam panujący nepoci nie są bynajmniej łagodni - co poniekąd może wynikać z faktu, że zbyt wiele mają gąb do podziału..?).

Jeśli ktokolwiek z Państwa, P.T. Czytelników spodziewa się po tym blogu moralnego rygoryzmu, moralizatorstwa czy umoralniania - to może się jedynie rozczarować. Zaiste, moralność nie jest moją ulubioną dyscypliną: zauważcie zresztą Państwo, że ja się przecież tak naprawdę zawodowo zajmuję hodowlą luksusowych koni. Luksusowych - podkreślam. Dla bogatych snobów i dla zakochanych w pięknie miłośników. Piękno i moralność to nie są bynajmniej wartości sprzężone, a nawet jakby - wprost przeciwnie... A że mi na razie niezbyt ta hodowla wychodzi? Nie od razu Kraków zbudowano!

Stąd zresztą nie powinniście się Państwo dziwić, że wszelki fanatyzm i wszelki moralny rygoryzm, moralizatorstwo czy umoralnianie wywołują u mnie reakcję alergiczną. Prawicowy fanatyzm, reprezentowany przez Komentatorów ze strony "Najwyższego Czasu!" - niezależnie od tego, czy jak w przypadku wcześniej opublikowanego materiału o pańszczyźnie, jest to fanatyzm "indywidualnej wolności" - czy też, jak w tym przypadku, fanatyzm "chrześcijańskiej ascezy i samoopanowania" - mam w dokładnie tym samym miejscu co anarchizm, komunizm, socjalizm i wszelkie w ogóle "izmy", jakie się tylko na ludzkie nieszczęście zmówiły, co by nam życie uprzykrzyć, usmutnić i usłać kłodami. Jakbyśmy sami sobie nie dość owych kłód pod nogi rzucali - i jeszcze koniecznie musi nam ktoś z zewnątrz, w patetycznej pozie Robespierre'a przebranego za "Istotę Najwyższą" stojąc - kolejne dokładać..?

Stosunek do prostych przyjemności życia - takich jak jedzenie, picie, dobre towarzystwo, śmiech i zabawa - to najprostszy test na fanatyzm. Fanatycy nie cierpią ludzi szczęśliwych! Bo sami są nieszczęśliwi i nie spoczną, póki wszystkich na swoją smutną modłę nie przerobią...

Ale mniejsza z tym. Na szczęście, nie musimy się tym przejmować - jak chodzi o Komentatorów ze strony "Najwyższego Czasu!" bynajmniej, albowiem szansa, że dadzą swoim fobiom i lękom ujście w praktyce, stając się kolejnym wcieleniem niemiłościwie nam panującego gosudarstwa - jest żadna. Niestety zaś: nic nas nie uchroni przed rządami takich właśnie, smutnych panów - niezależnie od tego bowiem, kto jakie kartki do urny wrzuci, to oni właśnie stanowią podstawową kadrę wszystkich (rządzących i nierządzących) partyj...

Chyba powinienem o tym dla "NCz!" napisać - nie sądzicie Państwo..?

Wracając zaś do naszych prostych przyjemności życia. Konie były dzisiaj grzeczne i zdyscyplinowane. Rano wszystkie zastałem na padoku, po właściwej stronie ogrodzenia. Przyszły na gwizdnięcie i z apetytem oraz w wielkim porządku zjadły śniadanie. Trochę trudniej było z wyrzuceniem ich z powrotem na Wielki Padok, bo chciały spać i nogi im się rozchodziły na boki, a w konsekwencji na boki rozchodziły się też i całe końskie osobowości, osobliwie: Frontier i Maleństwo, które musiałem, każde z osobna, za kantar zaprowadzić.

Ok. 11.00 wpuściliśmy je z powrotem pod wiatę: nam było duszno i gorąco, a co dopiero lepiej ofutrzonym czterokopytnym! Jakoż i napiły się do woli. Korzystając z okazji zrobiliśmy sobie mały spacer "do kamienia" na tekinkach - czysta przyjemność! Przed 13.00 trafiły wszystkie z powrotem na Wielki Padok - same chciały tam pójść.

Teraz stoją pod wiatą, bo na nas właśnie, dopiero co, powrót tam wymusiły, tłumnie okupując okolice frontowego wejścia. Przy okazji Frontier dostał swój zastrzyk, Neptun miał posmarowaną grudę, a reszcie - opatrzyliśmy świeże ślady po szczękach kolegów i koleżanek.

Na Wielkim Padoku został osamotniony Gluś, który opuszczenia pastwiska czynnie odmówił. Zostawiliśmy mu otwartą bramę. Jest wystarczająco dorosły, żeby samodzielnie przechodzić przez drogę! Jak będzie chciał się napić, czy soli polizać - sam przyjdzie.

Sprawa sprzedaży "Wunderbauma" - dalej nie rozstrzygnięta. Adres pod który mam dostarczyć samochód, ma mi być objawiony jutro między 10.00 a 11.00. Hmmm... Pozwolicie Państwo, że tak na wszelki wypadek, adres ów, jeśli go w ogóle otrzymam, oczywiście - tutaj zamieszczę? Będzie wiadomo, gdzie zacząć poszukiwania moich zwłok...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...