niedziela, 31 lipca 2011

Czy konie mają prawa?


Oczywiście że tak. Są przecież zwierzętami stadnymi – a nie są w swoich zachowania tak bezwzględnie zdeterminowane instynktami jak mrówki czy pszczoły. Mają więc z konieczności swój język[1], mają też i prawa którym się pod groźbą kary[2] muszą podporządkować.

Powiększenie naszego stada spowodowało konieczność modyfikacji praw rządzących jego zachowaniem. Po pierwsze – trzeba ustalić na nowo hierarchię władzy w stadzie. Tu informacja dla Wiernych Pensjonariuszy przede wszystkim: wygląda na to, że panowanie Melona Złowrogiego, etc., etc., po niespełna 48 godzinach od przybycia nowych koni, dobiegło końca – już się nie wyrywa z objęć miłującego pokój stada i nie atakuje przybyszy modo Thartarico. Próbuje natomiast takich rajdów Iwar Dzielny – o tyle mu kiepsko wychodzi, że jednak miłujące pokój stado ma nad nim przewagę szybkości. Dystans między obu grupami zmalał jednak do ok. 20 – 30 metrów, praktycznie pasą się w tej chwili obok siebie.

Od ustalenia hierarchii zależy kolejność korzystania z wodopoju (wody dla wszystkich wystarczy, ale nieobyczajnym jest, jeśli koń niżej w hierarchii stojący, pije przed stojącym wyżej!), a także cała masa praktycznych rzeczy łącznie z tym, że ja muszę wiedzieć, kto jest ważniejszy na wypadek (tfu, tfu!), gdyby nawiały poza ogrodzenie i gdybym musiał je łapać – złapanie przewodnika stada gwarantuje, że reszta za nim podąży, gdziekolwiek by nie poszedł.

Pod kategorię „praw końskich“ podciągnąć można też i utrwalone w grupie zwyczaje. Na przykład dotyczące pór karmienia. Miłujące pokój stado jest przyzwyczajone do owsa o 6.00, 15.00 i 20.00. Wczoraj kolacji nie było – pani doktor, spóźniona o dwie godziny, bo zabłądziła, przyjechała tuż przed 20.00, a badanie trwało tak długo, że konie w końcu poszły sobie na pastwisko, było już ciemno, padał deszcz i potwornie, jak to po zmroku, cięły komary – a jeszcze Frontier po „głupim Jasiu“, którego dostał dla skutecznego przeprowadzenia bronchoskopii, nie powinien był jeść owsa, a byłoby mu przykro gdyby widział, że inni jedzą, więc odpuściłem. Poza tym, obecność przybyszy sprawia, że wszystkie konie ogólnie chętniej przebywają na padoku – mają tam więcej miejsca do manewrów, które w ciasnej, bo ledwo półhektarowej przestrzeni padoku zimowego z wiatą pośrodku mogłyby być niebezpieczne (jak widać i przy ustalaniu hierarchii obowiązuje BHP!) – więc w efekcie nie przyszły dzisiaj na śniadanie, musiałem po nie pójść. Zwykle jednak, kłębią się pod wiatą co najmniej od 5.00, czekając na owsik (pod tym względem wszystkim koniom „spieszą się zegarki“…) – przychodzą też, nie wołane, na dwa pozostałe posiłki. Nowi będą musieli się tego nauczyć. Zwłaszcza, że za tydzień wszyscy przechodzą na Wielki Padok, a tam będę miał trochę więcej do chodzenia, jeśli tego nie zrobią…

Zauważyłem też, że nowi przybysze nie potrafią jeść w grupie. Każdy z naszych koni jest nauczony, że kiedy dostaje swoje wiaderko, ma w nie włożyć pysk i jeść, aż zje do końca. Oczywiście – wiaderko sąsiada zawsze kusi, stąd czasem trzeba przywrócić dyscyplinę, ale ogólnie nie ma z tym większego problemu. Natomiast czwórka „nowicjuszy“ krąży od wiaderka do wiaderka, pojadając to z jednego, to z drugiego. Pies ich trącał, póki robią to we własnym gronie, ale 11 koni kłębiących się pod wiatą i podgryzających w przelocie kęs tu, kęs tam, to wizja absolutnie nie do przyjęcia! Od obiadu zatem, zaczniemy naukę – jak się nie uda, wbiję haki w ścianę wiaty i nowi będą do posiłków wiązani. Akurat dla każdego po jednym słupie starczy.

Ogólnie rzecz biorąc takich praw konie przestrzegają bardzo pilnie, z upodobaniem wręcz. Nie tylko konie zresztą. Nasze oba kociambry również mają swoje ustalone rytuały, których pilnują wielce skrupulatnie. Oprócz stałych pór karmienia, istotne są też i takie drobiazgi jak to, że Sylwestrze najlepiej się zasypia u pani, w ostateczności u pana pod pachą – i dlatego nie znosi, kiedy siedzimy wieczorem dłużej, zamiast kłaść się do łóżka przed 22.00. Nie mamy może wielkiego doświadczenia z dziećmi, ale wrażenie mam takie, że zwierzętom i małym dzieciom skrupulatne przestrzeganie raz ustalonych rytuałów daje po prostu poczucie bezpieczeństwa: jest jak zwykle, a zatem – jest dobrze!

Jak widzimy, prawa i zwyczaje tego rodzaju w świecie zwierzęcym nie są dramatycznie różne od praw i zwyczajów w świecie ludzkim. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego. Osobowość, a za tym również i indywidualne upodobania, gusty i inklinacje, których istnienie wymaga ustalenia jakichś reguł ich zaspokajania tak, aby to nie szkodziło ogółowi, niezależnie od tego, czy jest to stado koni, czy też mieszana gatunkowo „grupa“ złożona z takich czy innych zwierzaków i ich opiekuna – poprzedza pojawienie się jakiegokolwiek rozumu. Mrówki czy pszczoły osobowości nie mają, ale już kury? Rozmawialiśmy o tym ze Zbyszkiem wczoraj czekając na panią doktor – bywa, że kura, choć inteligencją z całą pewnością nie grzeszy, jakoś sobie upodoba gospodynię na przykład i chodzi za nią krok w krok po obejściu. Cóż to innego jest, niż indywidualność, osobowość właśnie..?

Gorzej z „prawami człowieka i obywatela“. Oczywiście, do miejsca w hierarchii stadnej przypisane są pewne przywileje i obowiązki. Jak już pisałem, alfa pierwsza korzysta z wodopoju – za to rzadko się wysypia (w przypadku naszej Dalii wlkp, jest to wręcz pocieszne, bo nie honor jej się położyć do snu, a że swoje lata już ma, to bywa, że wali pyskiem o glebę, gdy się jej przednie nogi podczas drzemki na padoku rozjadą…), bo jej obowiązkiem jest strzec bezpieczeństwa stada. Są to jednak zawsze przywileje i obowiązki konkretne – namacalne, rzeczywiste, wynikające ze zmiennej sytuacji, jaka może się w życiu zdarzyć. Czy da się z tego wywieść jakieś ogólne „prawa konia“..?

Prawdę pisząc i ogólne „prawa człowieka“ wcale nie są tak oczywistym pomysłem, jak mogłoby się to po 200 latach indoktrynacji wydawać. Dla naszej tradycji prawnej ważniejsze bodaj od pomysłów różnych owiniętych w prześcieradła filozofów starożytności były instytucje praw „barbarzyńskich“ wczesnośredniowiecznej Europy[3], z „ceną krwi“, czyli materialnym ekwiwalentem za życia człowieka na czele. Owa „cena krwi“, „wergeld“ dość precyzyjnie określała miejsce każdego pojedynczego człowieka w hierarchii społecznej – dlatego ma znaczenie nie tylko wówczas, gdy rzeczywiście mówimy o zabójstwie, wartość wergeldu bowiem w prosty sposób przekładała się na zakres przywilejów i obowiązków człowieka jak najbardziej żywego. Podobnie jak w przypadku członka stada, były to przywileje i obowiązki konkretne – namacalne, rzeczywiste, wynikające ze zmiennej sytuacji, jaka może się w życiu zdarzyć. Określały m.in. kto i ile pól może wykarczować i obsiać, w jakim stopniu może przy tym korzystać z pomocy sąsiadów i jak ma się im za tę pomoc odpłacić, w jaki sposób wolno mu korzystać z lasów, łąk i rzek na terenie zajmowanym przez wspólnotę, jakie miejsce zajmuje w szyku bojowym w razie wojny i jakie ma obowiązki względem wspólnoty (plemienia/konfederacji plemiennej/lokalnego kultu). Z czysto praktycznych powodów, ponieważ społeczności ludzkie są wielokrotnie liczniejsze od stad jakichkolwiek zwierząt poza mrówkami i pszczołami (które już wcześniej z naszych rozważań wykluczyliśmy), wysokość wergeldu była określona na kilka, co najwyżej kilkanaście progów (najmniej „wart“ był cudzy niewolnik – no bo własnego można było zabić bezkarnie – najwięcej „wolny wojownik“ lub, to już w czasach gdy poczęły się kształtować państwa – władca). Jednak już owe praktyczne przywileje i obowiązki były w każdej ze wspólnot dla każdego z jej członków inne i jest dość wątpliwym, czy w związku z tym udałoby się znaleźć dwóch takich ludzi, których pozycja społeczna była pod każdym możliwym względem dokładnie taka sama i którzy w związku z tym cieszyli się dokładnie takimi samymi prawami i takie same dokładnie wypełniali obowiązki. Droga od tej sytuacji – która jest przecież sytuacją rzeczywistą – do abstracji „powszechnej deklaracji praw człowieka i obywatela“ jest dość długa, skomplikowana i jej przebycie ma swoją cenę. Tak bowiem, jak nie ma konkretnego człowieka poza konkretnym miejscem i czasem – tak też i nie ma go już w owej „deklaracji“: miejsce człowieka z krwi i kości zajmuje tam byt czysto filozoficzny, odrealniony, pozbawiony m.in. żołądka (no przecież nie jest prawdą, że „wszyscy mamy takie same żołądki“..!), narządów płciowych (odkąd poczęto „walczyć o równouprawnienie“ – przynajmniej) i wielkiej części rzeczywiście nim kierujących pasji.

Czy coś takiego można z sensem robić w przypadku zwierząt? Istnieją pewne, dla każdego gatunku inne, normy pomagające określić optymalny sposób utrzymania i wykorzystania tych zwierząt. Owe normy są oczywiście tylko pewną wskazówką. Na ten przykład w każdej książce o koniach jest napisane, że dębowe liście i kora oraz żołędzie to dla koni trucizna. Moja Dalia wlkp jednak najwyraźniej żadnej z tych książek nie czytała, bo rzuca się na dęby z wielką pasją – i jakoś nigdy nic złego jej z tego powodu nie było! Normy te, jeśli są napisane z sensem, to podsumowanie doświadczeń hodowców – doświadczeń praktycznych. O tyle też – warto się do nich stosować, pamiętając naturalnie o możliwych indywidualnych odstępstwach (nie zamierzam wypasać Dalii wlkp w dąbrowie – ale też na spokojnie podchodzę do problemu, skoro do tej pory nigdy nic złego jej się z tego powodu nie stało – i jeśli ogrodziliśmy rosnącego na padoku zimowym dębczaka, to nie dlatego, że konie mogą się potruć, tylko dlatego, że drzewa nam było szkoda!). Ale „prawa zwierząt“..? Ja i wobec „praw człowieka“ mam poważne wątpliwości – to w najlepszym razie „pożyteczna fikcja“, jeśli nie po prostu – zawracanie głowy – to jak niby miałbym na serio traktować „prawa zwierząt“?

Myślę, że to po prostu przejaw braku wyobraźni. Skoro jakaś tam pani od muzyki, jakaś tam egzaltowana siksa z TOZ, czy inny absolwent prowincjonalnego wydziału ogrodnictwa nie potrafi sobie wyobrazić rzeczywistej złożoności i bogactwa życia w stadzie zwierząt – a jego najpierwotniejsze wyobrażenia na ten temat biorą się z debilnych kreskówek o „różowych kucykach“, które mieszkają sobie w słitaśnych domeczkach z ogródkami i zaplatają złociste grzywy z kokardkami – to o czym my w ogóle możemy rozmawiać..? Szkoda mi na to czasu po prostu…

Pora zresztą kończyć. Lepsza Połowa obiecała omlet z grzybami na śniadanie, muszę zatem nazbierać grzybów (to chyba jedyna dobra strona tej wrednej, jesiennej pogody…). Nie chce mi się ganiać na padok z aparatem po mokrej trawie – ale proszę bardzo, mam ilustrację dla rytuałów naszych milusińskich: Krystyna złapała ptaszka. A jest zwyczajem wśród naszych koćkodanów, że ptaszki zjada Sylwestra. Krystyna przyniosła więc ptaszka, zainkasowała w nagrodę kocie chrupki, a konsumpcją zdobyczy zajęła się starsza koleżanka:



[1]Monty Roberts, który badaniem tego języka się zajmuje od ponad półwiecza twierdzi, że zidentyfikował już wiele dziesiątków sygnałów jakimi posługują się konie – nie jest to oczywiście język akustyczny, albowiem zdolność artykułowania dźwięków przez końską krtań jest mocno ograniczona – jednak nie da się ukryć, mogę to potwierdzić z własnego doświadczenia, że konie w sposób stały i powtarzalny używają pewnych gestów i postaw ciała, które modyfikują zachowania innych koni, muszą być zatem „komunikatem“. Co więcej, jest to język wprawdzie bardzo głęboko osadzony w instynktach (Monty, podróżując po całym świecie, nie dostrzegł żadnych śladów „różnic językowych“ u koni które nigdy w życiu się nie widziały) – ale koń, który nie został w dostatecznym stopniu „zsocjalizowany“, bo nie miał od źrebięctwa kontaktu z innymi końmi – co się bardzo często zdarza na polskiej wsi i co jest prawdziwym sk…syństwem w stosunku do zwierzęcia stadnego (ale żeby to wiedzieć, nie wystarczy być panią od muzyki, czy egzaltowaną siksą z TOZ-u, która marznie jak jej pod kieckę podwiewa, albo absolwentem prowincjonalnego wydziału ogrodnictwa, któremu wymarzają zimą pomidory i dlatego wyobraża sobie, że koniom przeszkadza zimno!) – nie wykazuje tego rodzaju zachowań. Jest zatem „niemy“, nie potrafi porozumiewać się z innymi końmi. Co w zasadzie wyklucza możliwość każdego, nie tylko opartego na spostrzeżeniach Monty’ego treningu takiego konia, albowiem i tzw. „jeździectwo klasyczne“ także wykorzystuje – jakkolwiek „naturals“ powiedziałby, że nieświadomie, a „klasyk“, że „bez ideologicznego zadęcia“ – te same, naturalne zachowania koni, które są też podstawą ich wzajemnego porozumienia się. Koń trzymany od źrebięctwa w pojedynkę jest zwierzęciem wyłącznie mięsnym, przy tym często – bardzo niebezpiecznym i dla siebie i dla otoczenia.
[2] Podobnie jak w przypadku ludzkich „wspólnot pierwotnych“, jest to oczywiście kara „społeczna“, oparta na bojkocie, wykluczeniu z grupy jako „karze głównej“ – w warunkach naturalnych równoznacznej właściwie z karą śmierci, bo dziki koń w pojedynkę długo w naturze nie przetrwa…
[3] o których czytałem w znakomitej pracy Karola Modzelewskiego „Barbarzyńska Europa“, stanowczo Państwu polecam!

sobota, 30 lipca 2011

Tym Państwu już dziękujemy, czyli Deklaracja Niepodległości


Dziękujemy tym Państwu: członkom „parlamentarnego zespołu przyjaciół zwierząt“. Pełna lista owych Państwa dostępna jest na stronie Sejmu, nie sądzę zresztą, aby ktokolwiek z nich wstydził się swoich faszystowskich poglądów – owszem, są z nich dumni, czują się dzięki temu, czego właśnie dokonali lepsi, doskonalsi i więcej warci od „bezrozumnej tłuszczy“, która tylko patrzy, by obcinać bezbronnym pieskom uszy i katować delikatne koniki mrozem i głodem!

Otóż: pluję na Państwa! Pluję na Państwa fałszywą dumę, na Państwa faszystowskie przekonania, na Państwa niczym realnym nie uzasadnione poczucie własnej wartości i – co oczywiste – na całą Państwa szkodzliwą i pasożytniczą, „parlamentarną“ działalność! Nikt z Państwa mi nie pomagał gdy na 20-stopniowym mrozie odkuwałem przymarznięte do lodu końskie gówno, żeby moi podopieczni zawsze mieli sucho. Nikt mi nie pomagał, gdy ciągnąłem na sankach 50-kilowe worki z owsem przez półmetrowe zaspy śniegu, bo naszej piaszczystej drogi i tak nikt zimą nie odśnieża. Nikt mi nie pomagał, gdy nosiłem zimą drewno na opał na plecach, bo mi odpadło kółko od taczki. Nikt z Państwa pomagać mi nie zamierza – ja o taką pomoc zresztą wcale nie proszę, nie jest mi ona do niczego potrzebna. Tak samo do niczego mi nie jest potrzebna „troska“ kogokolwiek z Państwa. Ja sobie poradzę. I moim koniom – nie „pomimo tego“, ale właśnie dzięki temu, że stosuję „zimny wychów“, którego Wasze zglejowane bełkotliwą mieszanką taniej czułostkowości i mieszczańskich przesądów móżdżki nie są w stanie zrozumieć – niczego nie brak i lepiej niż jest, być nie może. Z ogromną przyjemnością obrzuciłbym Was gównem, kamieniami lub czymkolwiek, co by mi wpadło pod rękę. Że raczej nie będę miał po temu okazji – to sobie przynajmniej ulżę słownie. I wielką by mi sprawiło satysfakcję, gdyby ten fakt do bodaj jednego z Was dotarł… Przyznaję bowiem szczerze, że nic mnie bardziej nie irytuje, niż czyjeś poczucie „misji“ i przekonanie o możliwości „naprawy świata“ – zaiste, nie ma niedorzeczniejszego poglądu!

Zanim jeszcze faszystom z Sejmu udało się przepchnąć przez „połączone komisje“ swój poroniony projekt (z jego pierwotną wersją można się zapoznać tutaj) – zadałem dwojgu z nich, tj. posłance Magdalenie Kochan, przewodniczącej podkomisji ds. nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, oraz posłowi Pawłowi Suskiemu, który najwyraźniej na tej właśnie sprawie zamierza zbudować swoją kampanię wyborczą tej jesieni, bo najgłośniej i najczęściej się o projekcie wypowiadał dla mediów, trzy pytania (swoją drogą, jak widać, o sposobie utrzymania zwierząt gospodarskich w Polsce decydują... pani od muzyki i ogrodnik!):

Jako stały współpracownik miesięcznika "Koński Targ" oraz tygodnika "Najwyższy Czas!" przygotowuję materiał informujący czytelników ww. pism o przygotowywanej nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt. W związku z publikacją "Gazety Wyborczej" z dnia 26 lipca 2011 roku (por. http://wyborcza.pl/1,75248,10013501,Walka_o_nowelizacje_ustawy_o_ochronie_zwierzat.html), uprzejmie proszę o udzielenie odpowiedzi na następujące pytania:
1. Pan Poseł Paweł Suski, przedstawiony w ww. materiale jako "promotor ustawy" raczył skomentować pytanie dotyczące pastwiskowego utrzymania zwierząt (w tym m.in. bezstajennego chowu koni) w następujący sposób - cytuję: "Słyszałem argumenty, że są rasy, które są do tego przystosowane. Ale jeśli jakąś rasę można trzymać pod gołym niebem w Holandii, to nie znaczy, że także w Polsce, gdzie są przecież surowsze warunki klimatyczne" W związku z powyższym uprzejmie proszę o informację:
- czy jest to oficjalne stanowisko Podkomisji, czy tylko prywatna opinia pana posła Suskiego?
- jeśli jest to oficjalne stanowisko Podkomisji - to na podstawie jakich ekspertyz/opinii doradczych uznanych ekspertów w zakresie utrzymania zwierząt - stanowisko to zostało oparte?
- jeśli natomiast jest to jedynie prywatna opinia pana posła - to czy Pan Poseł zechciałby jednak swoje stanowisko uzasadnić nieco obszerniej? Jest to bowiem z całą pewnością zupełnie nowe i wcześniej nie znane odkrycie, o którym nie słyszałem studiując hodowlę koni na wrocławskim Uniwersytecie Przyrodniczym - i ciekaw jestem, jakiż to luminarz Akademii Rolniczej w Koszalinie doszedł do tak rewolucyjnego odkrycia, zaprzeczającego tysiącletnim doświadczeniom hodowców koni nie tylko z Polski - ale i z Syberii, gdzie warunki są jeszcze surowsze..?

2. W związku z pozostałymi propozycjami dotyczącymi zmian w zakresie utrzymania zwierząt gospodarskich, uprzejmie proszę o informację, czy propozycje te zostały oparte na opiniach ekspertów? Jeśli tak, to uprzejmie proszę o wskazanie nazwisk i stopni akademickich tych osób, a w miarę możliwości - także ułatwienie kontaktu w celu uzyskania opinii tych osób. Jeśli nie - to na czym w takim razie proponowana legislacja jest oparta? Prosiłbym też o krótki komentarz wskazujący, które z proponowanych zmian są Państwa zdaniem najważniejsze i jakie jest ich uzasadnienie moralne - pamiętając, że mamy tu do czynienia z ingerencją państwa we własność prywatną, w znacznym stopniu ograniczającą swobodę dysponowania tą własnością?

3. Czy - niezależnie od dalszych losów tego konkretnego projektu - planujecie Państwo promować podobne rozwiązania także w następnej kadencji parlamentu? Jeśli tak, to czy każde z Państwa Posłów mogłoby krótko uzasadnić swoje zainteresowanie tym tematem i racje moralne, jakie Państwa zdaniem przemawiają za promowaniem tego rodzaju legislacji..?

Oczywiście nie doczekałem się odpowiedzi. Nie spodziewałem się zresztą żadnej. Prawdę pisząc – żadna odpowiedź ze strony tych Państwa nie jest mi do napisania stosownego artykułu potrzebna. Starczył mi ten bełkot, który ongiś wydobyłem od inicjatorów akcji „uregulowania“ pracy dorożkarskich koni. Jeśli ktoś na tym stracił, to nie ja i nie tekst, który przygotowuję, tylko raczej ci państwo – bo nie będą mieli szansy udowodnić, że nie są ostatnimi kretynami. Tylko np.: świadomymi swojej roli i zadań, jakie wykonują sabotażystami i szkodnikami..?

Jak Państwo, moi wierni Czytelnicy doskonale wiecie, polityka mnie nie interesuje. Właśnie ze względu na takie pomysły jak ten – których wcielenie w „dorobek prawny“ niemiłościwie nam panującego gosudarstwa jest w dłuższej perspektywie i tak niechronne, ponieważ trend ku złośliwemu kretynieniu bytów pławiących się w nadmiarze dobrobytu jest zjawiskiem zgodnym z kierunkiem przyrostu entropii we Wszechświecie. Tak samo jak skretyniały potężniając zwałami tłuszczu dinozaury, tak też skretynieć musi potężniejąc zwałami martwych i niewykonalnych przepisów współczesne gosudarstwo – a jego koniec będzie tak samo gwałtowny jak koniec dinozaurów. Żadne ludzkie działanie nie jest w stanie ani tego procesu zatrzymać czy odwrócić – ani też przyspieszyć. To się musi stać samo.

W tej sytuacji zainteresowanie polityką jest rodzajem wymyślnego samobójstwa. Przecież, gdybym nie zajrzał na stosowny wątek na Re-Volcie i nie przeczytał o tym kretyniźmie – to bym się od kilku dni bez sensu nie denerwował! Ani nie mam i mieć nie mogę najmniejszego nawet wpływu na los tego idiotycznego projektu (a tylko mogę bezsensownie nagromadzony stres publikacją rozładować, sobie a Muzom pisząc…) – ani też ani nie mogę, ani – co o wiele ważniejsze – NIE CHCĘ niczego zmieniać jak chodzi o sposób utrzymania moich koni. Albowiem ten właśnie jest najlepszy, nie żaden inny i nawet, jeśli kiedyś wybuduję stajnię – to przecież przemocą do niej czterkopytnych nie zagonię, a mam poważne wątpliwości, czy dobrowolnie często będą tam szukały schronienia…

Dlatego też na przyszłość deklaruję – i jest to z mojej strony Deklaracja Indywidualnej Niepodległości – pracami Sejmu, ani też jakąkolwiek inną legislacją tego lub innego szczebla, dobrowolnie się nie interesować. Po co mi to..? Ja i tak będę robił… swoje..?

Melon Złowrogi

Drodzy moi Czytelnicy i Wy, Wierni Pensjonariusze: nastała Era Krwi i Kwiku, Kopyta i Kurzu, Zęba i Szramy. Oto mija bowiem 20 godzin odkąd do naszego miłującego pokój stada dołączyła czwórka przybyszów. Stan zastany na padoku przed śniadaniem i utrzymujący się aż do tej pory wygląda tak, że przybysze, podzieleni na dwie grupy i rozdzieleni płotem, zostali zagnani w kąt i tam pokornie i bez protestu czekają co będzie dalej:
Teren wokół wiaty, gdzie nasze miłujące pokój stado pruje siano i byczy się, patroluje zaś Melon Złowrogi, Okrutny i Krwawy Hegemon, Chan i Władca, Bez Którego Woli Nawet Ptaki Nie Ośmielają Się Latać:
Filuterne panienki zerkają co jakiś czas zza węgła w stronę postawnych i przystojnych przybyszów:
 Jednak Melon Złowrogi, etc., etc. - nie dopuszcza do żadnej z przybyszami poufałości:
Melon Złowrogi, etc., etc. dokonał tego aktu terroru szarżując na przybyszów iście tatarską metodą: startował z miejsca i w pełnym galopie gryząc i rozganiając obcych zataczał koło, tym samym tempem wracając do miłującego pokój stada. Nowo przybyła ciężka jazda западного строя na razie nie ma najmniejszego pomysłu, jak sobie z tym utrapieniem poradzić (choć Iwar Dzielny próbował się czasem odgryzać - nie nadążał jednak za tempem narzuconym przez zwinniejszego przeciwnika!) - pozostaje więc tylko pokornie spuścić głowy i tkwić biernie w swoim kącie czekając, aż miłujące pokój stado pójdzie sobie wreszcie na trawę..:
Szarży Melona Złowrogiego, etc., etc., nie udało mi się uchwycić aparatem - po prostu nie musi tego robić zbyt często, jako że przybysze są już dostatecznie sterroryzowani. Ostatni raz zaszarżował gdy zbierałem naczynia po śniadaniu - ale wtedy, jak łatwo się domyślić, nie miałem możliwości pstrykania zdjęć.

Może jeszcze Lepszej Połowie w ciągu dnia uda się ów fenomen uwiecznić. Nim się skończy. Bo skończyć się - oby nie nazbyt boleśnie dla samego Melona Złowrogiego, etc., etc. - wcześniej czy później musi...

Lepszą Połowę najbardziej zastanawia postawa naszej alfy, Dalii wlkp: nawet nie spojrzała do tej pory na nowe konie, w ogóle jej ten temat nie obchodzi!

Najwyraźniej uważa, że panowie muszą pewne sprawy rozstrzygnąć w męskim gronie...

środa, 27 lipca 2011

O śledziach i nie tylko…


Właściwie, skoro w tym blogu opublikowanych jest ponad 600 postów – to czy jest jeszcze coś, co mógłbym dodać? Fakt faktem – życie codziennie przynosi jakieś niespodzianki, o czym wczoraj się przekonałem, gdy Lepsza Połowa chichocząc w kułak kazała mi zajrzeć na nowy wątek na forum Re-Volty: jakiś idiota wymyślił… ZUS dla koni! Aż nie chce się z czymś takim dyskutować – i to właśnie tak mnie pesymistycznie nastraja: pora umierać, ten świat przestaje się nadawać do życia…

Mieć dzieci – strach: gosudarstwo w każdej chwili może je obecnie rodzicom odebrać pod byle pretekstem. Blogować w internecie – strach: w każdej chwili na naszej piaszczystej drodze może się zakopać kolumna wozów ABW czy innego Gestapo. Teraz i konie trzymać strach będzie – bo ZUS-em dowalą!

Jedno jest pewne: zgodnie stwierdziliśmy z Lepszą Połową, że autorzy takich pomysłów jak ten, najwyraźniej pochodzą od jakiejś innej małpy. Bo wysilamy się jak możemy, a jakoś kompletnie nie udaje się żadnemu z nas pojąć, jakiż to ciąg myślowy mógł był kogokolwiek do „ZUS-u dla koni“ doprowadzić? I jakiż to ciąg myślowy długi szereg użytkowników Re-Volty skłonił do podpisania się pod tym pomysłem bodaj sztampowym stwierdzenim „pomysł dobry, ale nierealny“. Jaki dobry? Gdzie dobry? W czym dobry..?

Wracajmy jednak do naszych baranów. Obiecałem ongiś wpis o estetyce: musi jednak poczekać do lepszej pogody, chciałbym go zilustrować kilkoma zdjęciami, a jak tu robić zdjęcia, gdy za oknem szaro i pada? To w takim razie, skoro mam jedyny w tym tygodniu wolny poranek (zacząłem, Mili Państwo, od poniedziałku sprzedawać maty do masażu wibracyjnego – wczoraj nawet mi się jedną udało sprzedać, obaczym czy to przypadek, czy jednak jest ze mnie bodaj mierny „prezenter sprzedaży bezpośredniej“..?), podywagujemy sobie o śledziach.

Dlaczego o śledziach? A dlatego, że nie chcę zostawiać niedopowiedzeń, a skoro napisałem kilka dni temu, że ludzie z natury nie są równi – to powinienem to twierdzenie uzasadnić, prawda? Inaczej weźmiecie mnie Państwo za faszystę czy innego –istę. A ja po prostu staram się trzymać faktów i logiki.

Śledzie są sobie z natury równe. Równe doskonale – bo ławica śledzi, z tego co wiemy, nie posiada żadnej hierarchii, żadnej wewnętrznej struktura i wszystkie jej elementy są wzajem doskonale wymienne. A więc – są też i doskonale równe. Już o mrówkach czy pszczołach nie można tego powiedzieć. Te społeczne owady mają wprawdzie „kasty“, czy „klasy“ wzajem doskonale wymiennych robotnic czy żołnierek – ale całe ich społeczeństwo cechuje jednak bardzo sztywna hierachia. Królowa roju czy mrowiska jest z całą pewnością o wiele „równiejsza“ od podległych jej „równych“ robotnic czy żołnierek.

W stadzie koni każdy osobnik ma sobie i tylko sobie przypisane miejsce w hierarchii. Nie ma dwóch koni, które zajmowałyby taką samą pozycję i które w związku z tym można by uznać za „równe“. Dzięki temu w stadzie panuje ścisły porządek – doskonale wiadomo w jakiej kolejności należy rozdawać owies, żeby konsumpcja posiłku odbyła się bez awantur, kto za kim podąża i kogo w związku z tym trzeba poprawdzić, żeby całe stado poszło w pożądanym przez człowieka kierunku. Oczywiście pojawienie się nowego członka stada – co nas niezadługo czeka i napełnia niemałymi obawami, albowiem już w piątek liczebność naszego małego stadka niemal się podwoi (na ile nerwy i czas pozwolą, obiecuję jakieś relacje z tego emocjonującego wydarzenia…) – zakłóca tę sielankę, bo trzeba pewnego czasu, wypełnionego skomplikowanymi rytuałami, a niekiedy także i prawdziwą walką – by każdy nowo przybyły znalazł swoje i tylko swoje miejsce w stadzie.

Nie miałem do czynienia z małpami, poza okazjonalnymi wizytami w ZOO – ale bodaj podobnie jest u wszystkich naczelnych, prawda?

A jak jest z ludźmi? Ludzkie społeczeństwo bardziej przypomina ławicę śledzi – czy stado koni lub naczelnych? Skoro jednak to drugie – to czy można twierdzić, że „ludzie są sobie równi z natury“?

W sensie, w jakim do tej pory używałem terminu „równość“ – nie można. Ludzie bowiem, tak samo jak konie i jak naczelne małpy, żyją w społeczeństwie cechującym się hierarchią i porządkiem – tylko fakt, że społeczeństwa ludzkie są, w przeciwieństwie do stad koni czy grup rodzinnych naczelnych, niezmiernie liczne i że w związku z tym codziennie spotykamy ludzi w stosunku do których zwyczajnie nie mamy czasu na odbycie owych skomplikowanych rytuałów, a niekiedy też i prawdziwej walki, w wyniku której wiedzielibyśmy, kto z nas dwojga jest „równiejszy“, a kto tylko „równy“ sprawia, że hierarchiczności tej nie musimy traktować z tak śmiertelną powagą jak robią to nasze konie. Mamy też rozum, dzięki któremu czasem – nie zawsze – udaje się nam dojść w tej materii kompromisu: dzielimy się rolami, raz występując jako „osobnik alfa“, a raz jako „osobnik beta“. Zwykle każdy z nas wielokrotnie w ciągu dnia przyjmuje pozycję naczelną i pozycję podporządkowaną, swobodnie przechodząc od jednej do drugiej „roli społecznej“ i nie cierpiąc z tego powodu dyskomfortu.

Konie tak nie potrafią – u nich osobnik wyższy w hierarchii stada, musi być z konieczności wyższy we wszystkim co robi. Skądinąd i wśród ludzi są osobniki, które nie potrafią się dostosować do takich zmian społecznej pozycji (poznajemy ich po złotych łańcuchach na szyi i gustownych dresach), przy każdej okazji próbując przynajmniej dominacji, bez której nie czują się – z różnych powodów – bezpiecznie. Nie potrafią takich zmian płynnie akceptować małe dzieci – i stąd przedszkola i szkoły są polem nieustającej bitwy. Najwyraźniej sztuka zmieniania społecznych ról i akceptowania tymczasowej podległości dla załatwienia pewnych spraw jest u nas wyuczona – jest to komponent kulturowy w naszym zachowaniu. W dalszym ciągu nie usprawiedliwia to tezy, że „ludzie są z natury równi“. Mało tego – niezależnie czy zmieniamy role społeczne czy ich nie zmieniamy (role społeczne są z całą pewnością niezmienne na samym szczycie i na samym dole naszej społecznej hierarchii – prezydent czy król nie ma zbyt wiele okazji do bycia petentem, a kloszard raczej rzadko bywa bodaj „gospodarzem śmietnika“), pomimo najszczerszych wysiłków takich właśnie „postępowców“, jak ci od pomysłu „ZUS-u dla koni“ – w dalszym ciągu role te zawsze lub niemal zawsze zawierają komponenet „uległości i dominacji“. Dotyczy to w szczególności wszelkiego rodzaju gier i zabaw – nikomu jeszcze nie udało się chyba wynaleźć ciekawej zabawy, w której nie byłoby celem osiągnięcie zwycięstwa, a więc i prestiżu i dominacji. Nawet w układaniu kostki Rubika organizowano ongiś zawody tego spośród zawodników szanując i doceniając najbardziej, który się z zadania wywiązał najszybciej! Czy da się zatem utrzymać tezę, że „ludzie są z natury równi“?

W sensie, w jakim pojęcie „równości“ występowało powyżej – nie da się. Zatem z konieczności należy przyjąć tezę przeciwną – że ludzie z natury równi nie są.

„Równość“ da się ocalić tylko zmieniając jej sens. Na metaforyczny. Ludzie bowiem z natury nie są równi – ale jest pożyteczną fikcją przyjąć założenie ich nie tyle „równości“, co „równocenności“.

W pewnym sensie coś takiego – w postaci solidarności grupowej i mechanizmu identyfikacji „swój – obcy“ – występuje także u stadnych zwierząt. Zanim bowiem uda się nam włączyć nowo przybyłe konie do naszego stada, spodziewamy się krótszego lub dłuższego okresu koegzystencji dwóch stad na jednym padoku. Członkowie obu tych stad będą odczuwać solidarność w stosunku do swoich dawnych towarzyszy – członków stada „konkurencyjnego“ traktując – niezależnie od miejsca jakie zajmują one w hierarchii tego drugiego stada, jako tak samo i bez różnicy „obcych“. Tak więc wszyscy członkowie stada A, przez wzajemną solidarność, są dla siebie tak samo cenni (co nie znaczy, że są sobie równi…), a wszyscy członkowie stada B, ze względu na ich pozbawioną rozróżnień obcość tak samo, tj. równo obcy.

Ponieważ „stada ludzi“ są o wiele rzędów wielkości liczniejsze od stad koni, nasza „stadna solidarność“ musi z konieczności obejmować o wiele większe rzesze „swoich“, niż solidarność koni. Doszliśmy – wieki temu – do tego, że ogarniamy taką solidarnością nawet ludzi, których nigdy w życiu nie spotkaliśmy bodaj na chwilę i nigdy ich nie spotkamy. To jest prawdziwa podstawa i sens „równości“: nie można chyba jednak zaprzeczyć, że pojęcie to jest w takim razie używane nader specyficznie? W dość abstrakcyjny sposób możemy nawet z sensem pisać, że „wszyscy ludzie są sobie równi“ – podnosimy tu najogólniejszą, bo gatunkową solidarność wszystkich ludzi w stosunku do „świata nie-ludzkiego“ (bo na razie nie mamy pod ręką kosmitów, których ewentualna obecność uczyniłaby ten poziom identyfikacji bardziej konkretnym).

W każdym razie znane hasło „wolność, równość, braterstwo“ – robi się „masłem maślanym“, bo wszak i za „równość“ i za „braterstwo“ można podstawić to samo: poczucie solidarności grupowej. Równość ta jest jednak rodem z kultury, a nie z natury – i dlatego upieram się przy tezie, że z natury ludzie nie są równi. Co – mam nadzieję – niniejszym uzasadniłem. A jakie jest Twoje zdanie, Drogi Czytelniku..?

niedziela, 24 lipca 2011

kobyłka u płota...

czyli słowo się rzekło. Dla równowagi:

oraz, w imię Boże:
i na tym koniec bieżącej polityki w tym blogu!

Jak nas do Sielanki nie wpuścili...

Szukałem stosownego demotywatora, np. ze znakiem zakazu wjazdu, ale rozłożył mnie na łopatki ten, poniekąd wiążący się z poprzednim wpisem:
Dlaczego nie lubię Jarka? Bo to jakobin, etatysta, modernista, jeden z tych dla których zbieranie jeżyn jest czynem niepatriotycznym - i kropka.

A wracając do meritum. Pojechaliśmy ze Zbyszkiem do Sielanki. Opowiadałem poprzednio znajomym i nieznajomym, że nie planuję u siebie budowy hali (jakby mnie było stać... ale, kiedyś..?), bo mam o godzinę drogi wspaniałą halę w Sielance, więc po co mi druga? Akurat się konie rozgrzeją przed treningiem idąc w tamtą stronę i rozstępują wracając...

Myliłem się. Do Sielanki mam nie godzinę drogi, a 40 minut. Nie spiesząc się. Bo galopkiem z powrotem zrobiliśmy tę trasę w kwadrans!

Dlaczego z powrotem galopkiem? A bo nas nie wpuścili. Poniekąd słusznie. Zawody były. W skokach. Najważniejsze w tym sezonie. A myśmy się wpakowali na główną alejkę obok parkuru - to teoretycznie MOGŁO rozpraszać zawodników (no i ta nieestetyczna kupka, którą Frontier zostawił na trotuarze - o kupkach napiszę niezadługo osobno, bo to ważny temat!).

Inna sprawa, że kiedy sami startowaliśmy na zawodach ujeżdżeniowych, zawsze drogi którymi mogły się poruszać konie i którymi konie poruszać się nie mogły - były oznaczone. Być może tutaj zamiast oznaczać drogę, poprzestano na ustnej instrukcji? Nie wiem. Słusznie czy nie słusznie nas nie wpuścili - Osman Guli się głęboko obraziła na Sielankę i na cały ten lans!

Ale widok skaczących koni bardzo jej się spodobał. W drodze powrotnej sama skakała (bynajmniej do tego nie zachęcana...) kałuże.

Wychodzi na to, że muszę jej wyciąć z naszych karłowatych sosenek - stacjonatkę..?

piątek, 22 lipca 2011

Jak postąpiłem niepatriotycznie

Postąpiłem dziś niepatriotycznie. Skądinąd – można się tego było po mnie spodziewać, prawda? Mój niepatriotyczny czyn polegał na tym, że poszliśmy sobie z Lepszą Połową na spacer w przerwie między opadami i nazbieraliśmy pół łubianki jeżyn i malin dziko rosnących wzdłuż torów kolejowych. Drugie pół zjedliśmy po drodze:

Co w tym niepatriotycznego? Wszystko! Przecież od zbierania dziko rosnących jeżyn i malin na razie podatku się nie płaci. Co więcej – nie tylko nie zapłaciliśmy podatku od zbierania dziko rosnących jeżyn i malin, ale i w konsekwencji ich nazbierania – nie kupiliśmy w sklepie deseru, od którego podatek przecież zostałby – patriotycznie! – zapłacony…

Strata Skarbu Państwa, a więc – jak to zwykły tłumaczyć gadające głowy, tfu – autorytety – w telewizji, strata „nas wszystkich“ jest podwójna. Nie tylko brak podatku od zebranych jeżyn i malin, ale i utrata „podatku alternatywnego“ od innego rodzaju deseru.

Nie myśl przy tym, Drogi Czytelniku, że Ty sam jesteś bez winy! Chyba, że ZAWSZE, zamiast przygruchać jakąś panienkę, lub (co – z podatkowego punktu widzenia – jeszcze gorzej!) hajtnąć się z fajną babką, korzystasz wyłącznie z usług profesjonalistek, które skrupulatnie odprowadzają przynajmniej podatek dochodowy (wiem, że trudno o takie, ale przecież różne są gusta na tym świecie, może ktoś lubi umysłowo upośledzone k..wy..?), jako że – o ile mi wiadomo – ustawodawca zapomniał jak na razie obciążyć tego rodzaju usługi VAT-em. Od popadnięcia w szkodliwy i antypaństwowy niepatriotyzm może też Cię uratować zlecanie sprzątania mieszkania firmie zewnętrznej (to by się chyba nazywało uczenie outsourcingjak u Herr Hauptmana ostatnio – nieprawdaż?), powstrzymywanie się przed wbiciem w ścianę samodzielnie bodaj jednego gwoździa i temu podobne. Jednym słowem: ilekroć robisz coś sam, zamiast za to zapłacić (płacąc przy okazji podatek!) – jesteś niepatriotą. I co? Łyso Ci, Drogi Czytelniku? Nie zgadzasz się z taką klasyfikacją? Chciałbyś z kosą na czołgi szarżując swój gorący patriotyzm udowodnić? Bardzo mi przykro. Nie do mnie pretensje w tej sprawie, ja z góry ostrzegałem, że patriotą nie jestem. Idź i spróbuj swoje rozumienie patriotyzmu ministrowi finansów wytłumaczyć. Albo niejakiemu Jarosławowi K. na ten przykład…

Z mojej strony zapewniam, że czynów niepatriotycznych jest to zaledwie początek – już się pierwsze grzyby pokazały, jeżyn jeszcze wiele będzie, znaleźliśmy po drodze słodkie i dorodne mirabelki oraz sporo pięknych i pożytecznych roślin do przesadzenia i wykorzystania. Jeślibyś chciał, Czytelniku, przyłączyć się do zbierackiej kontestacji niepatriotycznej – zapraszamy do Boskiej Woli!

czwartek, 21 lipca 2011

Singularność

Wspólną cechą wielkiej literatury i wielkiej filozofii jest to, że zapładnia: do zadawania pytań, być może i takich, które się samemu autorowi nie roiły, jak że zaiste często dzieło mądrzejszym jest od swego stwórcy!

W czym zresztą nie ma zgoła niczego niezwykłego. Dzieło, zwłaszcza piękne, przedstawia sobą efekt pewnego szczególnego skupienia myśli, w którym trywialne niekiedy okoliczności jego powstania gubią się nawet, jeśli potem daje się je odsłonić. Z żywym i prawdziwym człowiekiem tak się nie da – a nawet wprost przeciwnie, bo pomijając już uderzający nikiedy kontrast między wzniosłością myśli, a ułomnością cielesną, wyrażający się a to brzydotą, a to rozprzężeniem funkcji cielesnych, zachodzi tu proces zgoła odwrotny: im szczytniejszej idei dany działacz służy, tym łatwiej drobne trywialności życia, w które nieuchronnie się wikła, biorą górę nad owym wzlotem ducha który też, jeśli go próbować w ciało wcielić, nieodmiennie rodzi potwory. Wdałem się w tę pozorną dygresję głównie dlatego, że to może pomóc Państwu zrozumieć, dlaczego tak uparcie polemizuję z wszelkimi próbami amelioracji tego łez padołu i dlatczego ongiś tak zażarcie spierałem się z Profesorem Bobolą o to, czy świat ludzki da się rozumnie urządzić, czy nie da?

Zauważcie – o ile wzrósł autorytet papiestwa gdy przestało ono być zwykłą siłą fizyczną w postaci niezbyt dużego państewka w środkowych Włoszech..? Zjawisko to, dla ówczesnych ultramontanów zaskakujące, zakrawające wprost na cud, w świetle powyższego nie jest niczym dziwnym. Ze świata „bytów społecznych“ przeszedł bowiem w ten sposób Kościół powszechny do świata „bytów idealnych“, którego ciało jest nie z tego świata w dosłownym już zgoła sensie, jako że żadnej realnej władzy dyscyplinującej nawet i nad duchownymi papież obecnie nie posiada – o ile nie zechcą mu jej udzielić realne „byty społeczne“ w postaci państw, o co od zawsze było bardzo trudno. I tego zresztą, czysto „idealnego“ bytu jest widać współczesnemu światu zbyt wiele – jako wyrzutu sumienia – bo, jak widzimy, nawet tak odrealniony Kościół niejednemu jest jeszcze solą w oku…

Piszę o tym i w ten właśnie sposób, bo dopiero co skończyłem n-tą lekturę „Golema XIV“, a zacząłem i-tą lekturę „Summy technologiae“ – i czuję się zapłodniony! W dodatku, co pewnie widać i po tym blogu, jest ze mnie „miedź brzęcząca i cymbał brzmiący“ prawie jak z Lemowego GOLEM-a, bo co czytam, takim też stylem natychmiast nasiąkam. Jedyny kłopot z tym zapłodnieniem jest taki, że powracając do przerwanego sianokosami wstępu, nie do końca pamiętam CZYM też, czyli dokładnie jakim pomysłem byłem zapłodniony około zeszłego piątku, gdym pisanie tego wpisu napoczął. Nic to jednak, nic to – jak mawiał Mały Rycerz.

Z całą pewnością pierwszym przyczynkiem do owego zaginionego w tym momencie zapłodnienia był kontakt z literatura marną, do którego się zmusiłem, poproszony o recenzję pewnego krążącego po necie „tekstu“ (z uwagi na brak możliwości zakwalifikowania owego „tekstu“ do któregoś z uznanych gatunków literackich, tak go trzeba właśnie nazywać…). Lem był po tym na odtrutkę. Recenzji, jako że była krytyczna, upowszechniać nie zamierzam, autor „tekstu“ może to zrobić we własnym zakresie, jeśli zechce.

Literatura marna nie zapładnia. Nie pozostawia wątpliwości, nie prowokuje do zadawania pytań, nie sprawia, że w umyśle czytelnika lęgną się jakieś idee, bodaj w samym dziele nawet i nie sugerowane, ale możliwe jako czysta potencja. Literatura marna bowiem – po prostu żadnej potencji, poza ewentualnie mimowolnym rozśmieszaniem – nie posiada.

„Golem XIV“ zawiera aspekt, na który wcześniej, czytając go n-1 razy nie zwróciłem uwagi. Tytułowa maszyna przedstawiając bowiem hipotetyczne drzewo ewolucyjne kolejnych – rosnących w potęgę i mądrość – rozumów, kończy je „skokiem w singularność“. Czyli tak naprawdę – wyjściem z doczesności. Niezwykłe jak na Lema – ateistę, twórcę nowej zupełnie dziedziny „metafizyki eksperymentalnej“ (da się – i to jest prognoza w ścisłym sensie tego słowa, a nie fantazja literacka – konstruować „w maszynie“, jako modele matematyczne na przykład – światy zaludnione wyznawcami najrozmaitszych wiar i da się też konstruować światy, w różnoraki „zaświat“ wyposażone…).

Oczywiście, ów „skok w singularność“ Najwyższego Rozumu, który tuż przed swą samobójczą dla nas, zewnątrznych obserwatorów kulminacją, ma postać najwyższej gęstości gwiazdy neutronowej, którą jedynie przyświetlna prędkość obrotu powstrzymuje przed zapadnięciem się w siebie, ma dobrą rację za sobą. Od czasów Gödla wiadomo, że nie da się zbudować takiego systemu matematycznego, który dałby się wywieść z własnej aksjomatyki bez popadnia w sprzeczność. Zaś konsekwencją ogólnej teorii względności jest właśnie singularność – miejsce, gdzie opisywana tą teorią fizyka nie sięga, o którym nic z zewnątrz powiedzieć nie możemy.

Tak więc samo istnienie matematyki i fizyki w naszym obecnym rozumieniu tych dziedzin – z konieczności, dowodem matematycznym popartej, zakłada istnienie niepoznawalnego. A skoro tak, ostatni, desperacki krok Najwyższego Rozumu nabiera sensu: tylko w ten sposób, „wychodząc poza wszechświat“, może zaspokoić wreszcie ciekawość, która była motywem jego kolejnych, auto-konstrukcyjnych, milionlecia trwających prac, w toku których potężniejąc, przybrał swą ostateczną formę.

Ów wykład Golema to zarówno prognoza, jak i przypowieść. Prognoza dlatego, że całkiem wykluczyć się możliwości, że tak właśnie się dzieje bynajmniej nie sposób. Przypowieść dlatego, że ów „skok w singularność“ hipotetycznej rozumnej gwiazdy, stanowi swoistą figurę ludziom tu i teraz właściwego stosunku wiedzy i wiary. Nie jest możliwa – i nigdy nie będzie możliwa – „wiedza zupełna“. Stąd też sama wiedza nie jest wystarczającym, dostatecznym motywem działania – uzupełnia ją z konieczności wiara. Choćby w postaci sądów indukcyjnych, których przecież uzasadnić w sposób ścisły się nie da – o czym z kolei pisze Lem na samym początku swojej „Summy…“

Wiara ta zresztą może być z różnych parafii. Pisałem już o tym, w jaki sposób wiara w egzotyczne zwierzę „wolności indywidualnej“ przywiodła jednego ze współpublicystów „Najwyższego Czasu!“ na manowce całkowitego zapoznania rzeczywistych stosunków ekonomicznych w dawnej Polsce. Miło mi się przy tym pochwalić, że moja polemika znalazła się w ostatnim numerze tego tygodnika – tuszę przy tym, że to bynajmniej nie koniec, bo przecież adwersarz tak łatwo nie odpuści, a „sezon ogórkowy“, mimo wyborczego roku, nastraja do kontynuacji tak oderwanego od bieżącej rzeczywistości wątku.

Na stronie internetowej „NCz!“ został też zamieszczony mój artykuł z przedpoprzedniego numeru o pańszczyźnie i śmieciach. Reakcje komentatorów (strona „NCz!“, na którą co prawda wchodzę od wielkiego dzwonu, ma zdaje się nieliczne dość grono stałych bywalców, konsekwentnie głoszących te same idee – idee fix dodajmy) o tyle mnie zaskoczyły, że w ogóle nic nie mają wspólnego z tematem  jaki podjąłem. Jeden głosi przy okazji wyższość jednomandatowych okręgów wyborczych (nic, ale to nic mnie ta bzdura nie obchodzi – a człowieka, który uważa, że od zmiany systemu wyborczego zaraz szczęśliwość powszechna zapanuje i nadmiar bogactw mlekiem i miodem płynący mam za wariata dużo niebezpieczniejszego od zwolenników komunizmu – ich wiara ma przynajmniej jakiś ulotny pozór wewnętrznej spójności…) – a drugi moralnie się oburza na „skur.. i pół niewolniczy wyzysk“. Ręce i nogi opadają… Jaki ma w ogóle sens odnoszenie kategorii moralnych – i to dzisiejszych – do opisu rzeczywistej sytuacji ekonomicznej, panującej przez 500 lat z okładem na połowie kontynentu europejskiego? W tym miejscu wiara całkowicie zastępuje wiedzę – inaczej nie umiem tego wytłumaczyć.

Z całą pewnością nie taką ideą byłem zapłodniony tydzień temu, gdym do pisania wstępu do niniejszego wpisu zabierał się był. Cóż zrobić jednak – przecież przez ten tydzień nie próżnowałem, a że mi myśl uciekła? Może jeszcze powróci..? Na razie zaś, pora brać się za sprzątanie pod wiatą, skoro chwilowo nie pada – a potem: trzeba będzie zarobić na chleb nasz powszedni, bez którego ni wiedzy, ni wiary, ni literatury jakichkolwiek bądź lotów, uprawiać się na tym świecie nie da…

środa, 20 lipca 2011

Otto

Gdyby... Gdyby prasa przyjechał przedwczoraj o 12.00 jak byliśmy umówieni, a nie o 14.00... Gdyby przyjechała w ogóle wczoraj, a nie przyjechała bo nie mogła... To byśmy mieli siano. A tak - mamy 310 kostek suchego w Zaprzyjaźnionej Stodole, 168 pod wiatą (no dobrze: już 165 - bo 3 przez noc poooszły...) nie aż tak suchego, bo zmoczonego gwałtowną, ale bardzo krótką ulewą która - zgodnie z prognozą zresztą - przewaliła się nad nami punktualnie o 17.00 w poniedziałek. Wyglądały dobrze, rozpruliśmy kilka i wydaje się, że zmoczone zostały tylko po wierzchu (trawa była już przerośnięta, pełno w niej zdrewniałych łodyg kupkówki, po sprasowaniu wygląda bardziej jak słoma - ale też i dość spoista jest...) i w ciągu dnia wyschły. Nie odważyłem się ich jednak wozić do Zaprzyjaźnionej Stodoły, co by nie spowodować pożaru, a pod wiatą zmieściło się tyle, ile się zmieściło...

Resztą, czyli jeszcze jakimiś 120 - 130 kostkami ciągle leżącymi na Wielkim Padoku oraz trawą na wałkach - zajął się Otto. Czyli niż który właśnie nad nami szaleje. mniej - więcej od 3.00 nad ranem (Lepsza Połowa zbudzona gromami wyszła sprawdzić co porabiają czterokopytne, to znamy dokładną godzinę).

Mamy też, nie da się ukryć - zakwasy i pęcherze na dłoniach. Przewróciliśmy wczoraj widłami i grabiami, za sprawą Lepszej Połowy (ja bym, wobec tak niekorzystnej prognozy pewnie dał sobie spokój - a niesłusznie, wszak Otto zawsze jeszcze mógł skręcić na wschód i nas ominąć!), wszystko to, co leży na wałkach - i pod wieczór było już suche... 

Nie mamy za to pieniędzy, bo oczywiście kupiłem "na zapas" paliwo do Wendi i do ciągnika dla M. - którego to paliwa wobec tak niesprzyjających okoliczności przyrody, nawet nie udało się zużyć. A teraz jadę do Warszawy.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Zbliża się front

atmosferyczny. Co poznajemy m.in. po tym, że prawie nie ma rosy. Znaczy się - będzie dziś lało. Na bank. Pytanie tylko - kiedy? I ile siana zdążę do tego czasu zwieźć, jeśli w ogóle?

Poza tym - luzik. Udało mi się znaleźć bezpiecznik wewnątrz naszego przepływowego ogrzewacza wody, dzięki czemu umyłem się pod ciepłym, a nie pod zimnym prysznicem jak wieczorem. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego nie przeczytałem najpierw instrukcji obsługi, że musiałem tego bezpiecznik szukać? Odpowiem po żydowsku, pytaniem na pytanie: a Ty, Kolego, przechowujesz w łatwo dostępnym miejscu instrukcje do wszystkich nowo kupowanych, z założenia bezawaryjnych sprzętów - i jeszcze potrafisz je po trzech latach znaleźć..?

Muszę jeszcze znaleźć na okolicznych śmieciowiskach wannę. Do pojenia koni. Swoją właśnie tej nocy roz..yły w drebiezgi. Fakt, że kosztowała 20 złotych i wytrzymała trzy lata bez trzech tygodni jest tu niewielką pociechą w sytuacji gdy na razie nawet tych 20 złotych nie mam - a zresztą, nie co dzień wyprzedają w Praktikerze lekko zarysowane wanny akrylowe, nieprawdaż? Mam nadzieję, że w którymś z dołów śmieciowych w promieniu kilometra coś się znajdzie...

niedziela, 17 lipca 2011

Pod północną ścianą chatki

chłodzą się przegrzane futra:
a my modlimy się o dobrą pogodę na jutro - siano dopiero schnie...

czwartek, 14 lipca 2011

Nasturcje mokną...

Zacznijmy od tego, że druh mój serdeczny Radek, którego sławy małojeckiej bronił będę jak własnej, zlitował się nade mną - i skosił zdecydowaną większość Wielkiego Padoku:

Jakkolwiek, z przyczyn niezależnych - nie do końca:
Kośbę zaczęliśmy w deszczu, a kilka chwil po wyjeździe Radka, znowu rozległa się kanonada wokół, a niebo przybrało taki wyraz:
Szaleństwo..? Być może. Ale ze skoszeniem Wielkiego Padoku nie można już było czekać dłużej. Teraz, jak tylko uda mi się sprzątnąć to, co leży (cokolwiek z tego się nie zrobi...) - za dwa, góra za trzy tygodnie będzie można wpuszczać tam konie, które potrzebują nowego pastwiska. A tak dalej nie miałbym ani siana, ani rezerwowego pastwiska...

Poza tym: dzisiejsze deszcze padają regularnie, planowo, zgodnie z prognozą. A skoro tak, to można się spodziewać, że i w dalszym ciągu prognoza będzie się sprawdzać. Zatem powinno się wypadać do rana - jutro zatem spokojnie roztrzęsiemy w południe trochę już przeschłą na wałku trawę, w sobotę się ją przewróci, w niedzielę zgrabi, skostkuje i zwiezie. Taki jest plan. A co z tego się uda? Zobaczymy...

Burze mamy dzisiaj по полному программу - "dziesiątego stopnia zasialania" nie wyłączając, piszę więc i publikuję z duszą na ramieniu, bo zaraz znowu światło zgaśnie...

W każdym razie, Lepsza Połowa sfotografowała swoje świeżo rozkwitłe na spirali ziołowej nasturcje:
Które teraz, rzecz jasna, mokną. Chciałem w nawiązaniu do tego faktu zapodać jakiś stosowny song. Czołówkę jednego z popularnych seriali dla lemingów cenzura wewnętrzna nakazała mi pominąć, więc w takim razie, proszę Państwa: "Kwiaty ojczyste":
Lepszej Połowie jednakowoż, nasturcje kojarzą się z jedną z bajek braci Grimm: z tą o kociołku z kaszą, której szlachetny pan życzy sobie z nasturcjami właśnie... Ktoś ma jakąś wizualizację na podorędziu..?

środa, 13 lipca 2011

Orlątko

Drodzy Czytelnicy!

Dłuższy tekst, filozoficzny - pisze się. Nie napisał się wczoraj, bom się oddawał sentymentalnym wspominkom w języku obcym. Nie napisał się dzisiaj, bom pracował, tylko dorywczo dorywając się do końputra w innym celu niż pisanie ofert lub "raportu dziennego".

A poza tym - żal mi się zrobiło tej kupki nieszczęścia, która siedziała przed bramą jednego z klientów:

Kupka chwiała się na tych wielkich łapach to w przód, to w tył, czasem prostując się na całą wysokość średniej wielkości gołębia, tyle że miejscami łysego (ale czy to gołąb, czy raczej pisklę jakiegoś większego ptoka - nie wiem i pozostawiam tę zagadkę Państwa osądowi...), czasem przykucając blisko ziemi...

Normalnie, wziąłbym to ze sobą, jeśli nie ratować, to chociaż ulżyć w cierpieniach. Ale... chodzę po ludziach (i po KURNIKACH!) - nie mogłem ryzykować, że jakąś nieznaną ptasią zarazę gdzieś przywlokę...

Zostawiłem więc kupkę nieszczęścia własnemu losowi - wskazując ją jednak na odchodnym klientowi, może się człowiek zlituje..?

poniedziałek, 11 lipca 2011

Szewski poniedziałek


Dawno nie piłem, to i dawno nie miałem kaca. Ale, przyznam się – nie jest źle! Naprawdę: nie boli… Owszem – nieprzyjmny, metaliczny smak w ustach – znak widomy, że wątroba pracowicie metabolizuje alkohol z wczorajszych chrzcin. Owszem, pić się chce – i owszem: postrzeganie rzeczywistości ciut mi się zawęziło.

Ale to nawet było zabawne. Rano przykuły moją uwagę trzy małe kotki bawiące się uciesznie na podwórzu u M., po którego przyjechałem o 6.00 rano, bośmy jego ojca odwozili do szpitala w Radomiu. Potem dziwnie mnie cieszył wyraźny i klarowny obraz w lusterku wstecznym (he, he, he…). A przed szpitalem – gapiłem się jak idiota na pielęgniarkę, swoją drogą niezłą sztukę – nader sprężyście maszerowała, kołysząc przy tym zalotnie biodrami.

Normalnie bym na takie rzeczy nie zwrócił uwagi. Nic dziwnego, że mnie własne zidiocenie bawiło!

Jak widać, na rozkładanie się i na naprawdę „szewski poniedziałek“, zwyczajnie nie było czasu – budzik sobie wieczorem nastawiłem na 5.30, żeby ciut wcześniej konie nakarmić i zdążyć z tym szpitalem (to był planowy zabieg, nie żaden wypadek). Co jednak okazało się niepotrzebne, bo koćkodan wracając do domu o 4.58 wywalił mnie z łóżka brutalnie drapaniem w drzwi – a zaraz potem usłyszałem miarowe chrumkanie za ścianą: to Maleństwo obgryzało trawę pod chatką.

No to już nakarmiłem i konie i koćkodany i nawet zdążyłem sprawdzić pocztę przed wyjazdem do M. Wyjazdem – dodam – też niepotrzebnym, bo się na koniec i tak okazało, że termin planowanego zabiegu to piątek, a nie poniedziałek, i M. tylko nieprawidłowo odczytał kartę ze szpitala!

Wracając zajechałem do naszego wioskowego sklepiku. Niestety, po weekendzie nie ma ani kropli piwa! Nic, zero, nul, nothing! Ani kropeleczki! Wszystko wypili… Dobrze, że nie czuję się gorzej, zaiste! Wody po ogórkach też nie mamy. Mleka nawet (a też się nam skończyło i chciałem kupić) nie było – tylko skondensowane. Koniec końców kupiłem więc wódkę i soczek – dla Lepszej Połowy, bo ja jeszcze nie wiem, czy przypadkiem gdzieś dzisiaj nie pojadę, to najprostszej recepty „czym się strułeś, tym się lecz“ zastosować na razie nie mogę.

A jak Państwo radzicie sobie w takich sytuacjach..?

I znowu demotywator. Niestety – rozładowała się bateria w aparacie fotograficznym (ładuje się właśnie i będzie się jeszcze jakiś czas ładować), to nie mogę Państwu pokazać rozkwitłych nasturcji Lepszej Połowy, pieczarek które zaczynają się nam wysypywać w ilościach nareszcie już zauważalnych (w menu na dzisiaj w związku z tym, mój ulubiony ryż z grzybami jest!), pierwszych ogórków z naszego własnego ogródka, ani innych zieloności. Trudno. Następnym razem!

sobota, 9 lipca 2011

Było nie wstawać…


Macie czasem takie dni, że już w południe dochodzicie do wniosku, że nie należało w ogóle wstawać z łóżka..? Lepsza Połowa twierdzi, że ja powinienem tak mieć codziennie, a tylko nie codziennie ten fakt dostrzegam – musi się zrobić „bum!“, wtedy dopiero do mnie ów stan dociera…

No to właśnie dotarł! Zaczęło się od tego, że przyprowadziłem wczoraj z Ostrowca Świętokrzyskiego nowiuteńką „kijankę“ – samochód służbowy, który dostałem w użytkowanie odstawiwszy w ciągu miesiąca raptem dziewięć umów na dostawę energii elektrycznej: źle to moim zdaniem wróży na przyszłość, firma która tak szasta środkami (w życiu bym nie dał samochodu handlowcowi, który w miesiąc zawiera ledwo dziewięć umów!) długo raczej nie pociągnie – chyba, że tak ma być po prostu..?

Jak już przyprowadziłem tę kijankę, to popatrzyłem krytycznie na Ojcowego Passata – i jakoś tak samo z siebie przyszło mi do głowy, że może warto by go było sprzedać..? Spłaciłbym najpilniejsze długi i może by jeszcze starczyło na ubezpiecznie i remont Patrola, który jest jednak ciut bardziej potrzebny..? Niestety – wyeksplikowałem ten plan otwartym tekstem na głos – Passat (zwany, od drzewka zapachowego, które w nim wisi „Wunderbaumem“) usłyszał, obraził się i dziś rano definitywnie odmówił współpracy. Najpewniej jest to coś banalnego: rozrusznik ewidentnie nie działa, ale nie ma śladów, żeby się w nim uzwojenie paliło, więc albo poszły w drebiezgi łopaty, co się przecież nie zdarza codziennie (ostatnio zdarzyło mi się tak w „Białoruśce“…) albo zwyczajnie coś nie styka, tylko nie umiem znaleźć co…

W każdym razie, rano po kolegę Maczetę i koleżankę Futrzaka, którzy mnie nawiedzali wczorajszym wieczorem i których przed 23.00 odstawiłem do hoteliku w Warce, chcąc nie chcąc, trzeba było pojechać „kijanką“. A że byłem już zdenerwowany, to oczywiście zapomniałem, że maczetowa honda parkuje za dupą „kijanki“, trochę w prawo, jak raz w tzw. „martwym polu“ widzenia – z łatwym do przewidzenia efektem w postaci drobnej rysy i niewielkiego wgniecenia na prawym tylnym narożniku „kijanki“ i wieeeelkiego wgniecenia na obu lewych drzwiach hondy… Rozstaliśmy się po przyjacielsku, podpisałem oświadczenie, mam nadzieję, że ubezpieczenie firmy Maczecie zapłaci – ale do tej pory wszystko się we mnie w środku trzęsie i dygocze. Trudno sobie lepszy debiut wyobrazić, prawda?!

Myślisz może Czytelniku, że na tym koniec..? A gdzie tam! Zanim to się wszystko jeszcze wydarzyło, rano zadzwonił Zbyszek, z którym byłem umówiony na jazdę (wyjątkowo w sobotę, a nie w niedzielę, ze względu na jutrzejsze chrzciny…). Zadzownił i powiedział że nie przyjdzie. A dlaczego nie przyjedzie? Dlatego, że w czasie wczorajszej burzy nad Radomiem, w jego dom… trafił piorun, znaczne wyrządzając szkody! Słyszeliście Państwo kiedyś coś takiego..? Armagedon się zbliża czy co..?

W dodatku, choć to już naprawdę drobiazg bez porównania z poprzednimi – koćkodan obraził się na nas za wczorajszy wieczór (o 23.00 to koćkodan z OBOJGIEM państwa koniecznie, powinien co najmniej od dwóch godzin smacznie leżeć w łóżeczku – a tu musiał po trawie biegać…) i do tej pory nie dał się zachęcić, by wejść do chatki – i dlatego, wstyd przyznać, m.in. fatalnie się nie wyspałem, bom przywykł – jak niektóre dzieci z misiami – spać z koćkodanem pod pachą i bez ciepłego futerka jakoś mi się nie wysypia…

Nie, stanowczo – nie należało dzisiaj w ogóle zwlekać się z łóżka! A jeśli nawet – to po nakarmieniu koni, trzeba było natychmiast do owego łóżka wrócić…

piątek, 8 lipca 2011

Dziewanna

Lepsza Połowa wybrała się wczoraj z aparatem na naszą "pustynię" (właściwie, to już "byłą pustynię"), uwiecznić dziewannę. Dlaczego dziewannę? Dlatego:
Jest to dziewanna - gigant. Zadziwia nas swoim rozmiarem od dawna, teraz po raz pierwszy Lepsza Połowa odważyła się ją uwiecznić. Zaiste - dziewanna ta może przesłonić cały świat:
i nawet nie trzeba kucać, żeby tak się stało...

Poza tym, Lepsza Połowa uwieczniła też i inne roślinki - głównie ze "skalniaka", czyli spirali ziołowej:






ale także i moją "eksperymentalną grządkę" z litewską fasolą, dorodnie już kwitnącą:
oraz agrest z dodatkowym zwierzątkiem przy pracy:
oraz zawartość moich improwizowanych (z resztek desek) gazonów pod oknem chatki:
Cała ta bujność to wszystko na końskim nawozie jest!

środa, 6 lipca 2011

Żarty się skończyły

Wczoraj, na godzinę przed wieczornym owsem pojawiło się na południowym niebie coś takiego:
Popodziwialiśmy - nie mając zresztą nic innego do roboty: zarówno sygnał internetowy, jak i telewizyjny zostały skutecznie zekranowane przez napięcie elektrostatycznego tego chmurzyska, więc byliśmy chwilowo i tak odcięci od świata.

Trochę popadało, do kolacji przeszło. Improwizowany rów odwadniający który wcześniej wykopałem pod wiatą sprawdził się - przed wiatą nie tworzy się już kałuża w miejscu, gdzie konie wydeptały kopytami dołek. Daliśmy zwierzakom owies, parę razy jeszcze sprawdziłem konto - że nic nie było, przed 22.00 przeszedłem się po raz ostatni pod wiatę i z silnym podejrzeniem, że noc może być ciekawa (Maleństwo zastałem w Lasku - Bóg raczy wiedzieć jak się tam dostała, ogrodzenie było, na ile mogłem to w szarówce wieczornej stwierdzić, całe - a konie mimo względnie dobrej pogody kręciły się wokół wiaty, oczywiście rozmontowując przegrodę dzielącą je od zapasu siana, choć miały go pod nogami do oporu...) - poszliśmy spać.

No i stało się. Nie to jednak, czego się spodziewałem (a spodziewałem się jakichś głupich psot w rodzaju Maleństwa pukającego kopytem do drzwi chatki w środku nocy...). Po prostu: spełniła się - po raz pierwszy od dłuższego czasu literalnie, dokładnie i w całej rozciągłości - prognoza pogody. W nocy zaczęło lać - i leje, raz silniej, raz słabiej, do tej pory.

Obudziły nas przed 5.00 krople wody kapiące z sufitu. Ciekło i cieknie wokół komina. Spodziewając się co najmniej dziury w dachu, wdrapałem się więc na strych. Ale nie! Okazuje się, że cała seria prowizorek wspartych na innych prowizorkach - czyli nasz komin, uszczelnienie jego ujścia nad dach oraz uszczelnienie i ocieplenie dziury w stropie, w miejscu gdzie oryginalnie naszą chatkę przedzielała na pół murowana ściana i ceglany komin - są szczelne i dobrze zatrzymują wodę. Która dostaje się do środka tylko przez otwór kominowy, najwyraźniej tworząc już spory zbiornik nad poziomem stropu (tam komin jest przedzielony stalową płytką, która ma zapobiegać ucieczce ciepła poza chatkę). Ponieważ komin wymurowała Lepsza Połowa z gotowych elementów używanych do kanałów wentylacyjnych - nie jest to budulec wodoodporny - to po prostu "poci się" deszczówką. Co doskonale widać na załączonym obrazku:
Nawet folia która stanowi spodnią warstwę izolacyjną dziury w stropie - wody nie przepuszcza! Solidna robota. Że się w ten sposób dyskretnie pochwalę...

Pewnie problem dałoby się rozwiązać po prostu paląc w kozie. Tyle, że nie jest zimno - a ile można się kisić..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...