środa, 29 czerwca 2011

Jak zostałem Spargelmenem

Lepsza Połowa odkryła w jaki sposób masażem kręgosłupa na wysokości słabizny sprawić, że konie robią głupie miny. Najwyraziściej widać to na Maleństwie:
;
Drugim najbardziej miniastym koniem jest Melesugun:
Natomiast Buba, choć masaż lubi, zachowuje kamienny spokój:
Lepszej Połowie wyrosła też, obok spirali ziołowej - posiana ot tak sobie, mimochodem (jak mimochodem Goethe podczas spacerów rozsiewał nasiona różnych roślin) gorczyca:
A ja zostałem Spargelmenem. Z przesadzonych kilka tygodni temu kłączy zdziczałego asparagusa, wyrosły właśnie nowe łodyżki:
w tym, co jest dla mnie niepomierną zagadką, jako że z tego co czytałem, nie jest to proste i wymaga specjalnych zabiegów, których jako żywo - nie stosowałem - jedna łodyżka ewidentnie... spożywcza! Bardzo proszę:
Jak to możliwe..? Nie wiem, ale nie powiem, żebym się nie cieszył.

wtorek, 28 czerwca 2011

Klapki na oczach

Tak się złożyło, zapewne przypadkiem, że ostatni numer „Najwyższego Czasu!“ (podwójny z uwagi na Boże Ciało i początek wakacji), zawierał aż dwa teksty dotykające problemu pańszczyzny w dawnej Polszcze. Waszego uniżonego sługi, oraz p. Jakuba Wozińskiego – będący właściwie przyczynkiem do intelektualnej biografii ojca Marcina Śmigleckiego (1564 – 1618), wybitnego uczonego jezuickiego, wykładowcy wileńskiej Akademii, rektora kolegiów w Pułtusku, Poznaniu i Kaliszu.

Jak Państwo, moi Wierni Czytelnicy doskonale wiecie, rzadko bywa tak, żebym przyznawał się do wiedzy pewnej i niepodważalnej na jakikolwiek temat.  Tu akurat jestem całkowicie pewien swego i stąd piszę bez fałszywego wstydu: p. Woziński mija się z prawdą, powtarza niczym nie poparte komunały i ulega wrażej, tj. marksistowskiej (a przynajmniej: ekonomistycznej..) propagandzie! Co do czego? Co do jednej tezy jaką stawia: jakoby przyczyną upadku I Rzeczypospolitej była, cytuję: szlachecka dyktatura ponosząca się na ogromnych połaciach Korony i Litwy. W jaki sposób owa szlachecka dyktatura miała była Rzeczpospolitą zgubić? Pan Woziński, dalej powtarzając niczym nie poparte komunały, a właściwie, po staropolsku, po sarmacku pisząc: łżąc jak pies – daje na to jakże prostą odpowiedź: Nasz kraj upadł, gdyż zamiast realizować zasady wolnego przepływu dóbr i usług zalecane m.in. przez Śmigleckiego, pogrążył się w matni ceł, społecznych ograniczeń i absurdalnych przepisów, zalecanych przez ludzi o konstrukcji umysłu przypominającej Gostomskiego.

Cóż – widać konstrukcja mojego umysłu też przypomina tego wyklinanego Gostomskiego (skądinąd autora zwyczajnego podręcznika gospodarstwa wiejskiego, Bóg wiedzieć raczy dlaczego, uważanego przez Autora za oczywistą metaforę państwa szlacheckiego) – bo ani słowa prawdy w tych tezach nie widzę.

Co więcej – w dwóch zdaniach jestem w stanie udowodnić, że mam rację i żaden nieuprzedzony Czytelnik, jeśli tylko logicznie myśli – nie ma prawa się z moim dowodem nie zgodzić.

Rzeczpospolita upadła jako państwo, ponieważ została trzykrotnie, w latach 1772, 1793 i 1795 przykrojona przez swoich sąsiadów – aż z tego przykrajania nic już nie zostało i tak skończył się jej byt. Czy którykolwiek z tych sąsiadów oferował swoim chłopom poddanym coś lepszego od szlacheckiej dyktatury..? Oferował..? Ktoś ma jakąś propozycję..? Tak wiem, Józef II planował przymusowe oczynszowanie chłopów w cesarstwie – była to kompletna utopia o czym, z prof. Pruskiego „Hodowlą zwierząt gospodarskich w Galicji 1772 – 1918“, a więc z podręcznikiem zootechniki, nie historii ekonomicznej czy politycznej w ręku – pisałem wieki temu. Mogło się to skończyć co najwyżej powszechnym głodem i bankructwem Austrii. Jakieś inne pomysły..? No tak, w pruskich dobrach państwowych oczynszowano chłopów… w roku 1807 – zdaje się, nieprawdaż..? Czyż nie było to już 12 lat po ostatecznym upadku Rzeczypospolitej..?

Czy w takim razie którykolwiek z zaborców oferował chłopom cośkolwiek lepszego od szlacheckiej dyktatury? Nie..? To gdzie tu niby jest różnica między nimi, a Rzecząpospolitą? Chyba w tym, że w Rzeczypospolitej nie można było chłopami handlować jak Murzynami – a można tak było robić w Rosji – i w tym, że w Rzeczypospolitej podmiotem stosunku między właścicielem ziemskim a chłopem był chłop – gospodarz, a nie cała „wspólnota wiejska“, zwana mirem – jak w Rosji.

Idźmy dalej więc. Może to matnia ceł pogrążyła Rzeczpospolitą..? No, na temat tych ceł to rzeczywiście wiele atramentu wylano. Skądinąd jednak – z pozycji zgoła całkiem przeciwnych tak drogiemu sercu pana Wozińskiego libertarianizmowi. Mianowicie: cła w Rzeczypospolitej były zdaniem wielu piszących na ten temat autorów za niskie. Nie zgadzam się z tą opinią, ale nie można jej po prostu pominąć milczeniem. Dlaczego wielu autorów tak właśnie twierdziło? Ano dlatego, że nasza szlachta wyznawała zasadę, iż o dobrobycie kraju świadczy taniość dóbr, jakie można w nim na rynku kupić. Całkiem, skądinąd przeciwnie niż dominująca obecnie w myśleniu rządów na całym świecie ekonomia popytowa – nieprawdaż?

Oczywiście: szlachcie chodziło przede wszystkim o dobra, które sama musiała kupować, a więc o wyroby rzemieślnicze. I dlatego – na papierze – nie tylko nie „chroniono“ handlu i rzemiosła cłami, ale wręcz przeciwnie – starano się, aby cudzoziemcy jak najwięcej jak najtańszych dóbr do Rzeczypospolitej przywozili i aby krajowi rzemieślnicy nie mogli swoich towarów sprzedawać inaczej niż tanio. Temu służyły np. tzw. „taksy wojewodzińskie“, o których zdaje się p. Woziński nie słyszał, skoro ich nie wspomina, choć to zaiste o pomstę do Nieba wołająca ingerencja w mechanizmy rynkowe: wojewoda bowiem, miał prawo ustalić zarządzeniem górny pułap cen na towary miejskie… Inna sprawa, że wojewodowie w praktyce korzystali z tego prawa nadzwyczaj rzadko i z reguły – jeśli to w ogóle robili – to w porozumieniu z zainteresowanymi cechami.

Jasne! Z punktu widzenia p. Wozińskiego zapewne sam fakt owego „porozumienia z cechami“ to zmowa, Świętym Prawom Rynku czyniąca wbrew. Pewnie. Ale swoją drogą gdzie indziej znaleźć przykład takiej „zmowy“, która ma na celu nie podwyższenie, a obniżenie cen..?

Żeby jak najwięcej, jak najtańszych dóbr na rynkach Rzeczpospolitej było, szlachta zakazała polskim kupcom wyjeżdżać zagranicę (co by niczego nie wywozili…) – a cła i tak płacili tylko mieszczańscy i żydowscy kupcy, bo samych siebie szlachta z cła generalnego jak raz zwolniła i owo zwolnienie aż do samego prawie końca trwało.

Tak samo była szlachta zwolniona od średniowiecznego jeszcze „prawa składu“ i każdy szlachcic mógł ze swoim towarem jeździć gdzie chciał i jak chciał przez nikogo nie niepokojony i nikomu się nie opłacając (za wyjątkiem zwyczajowych opłat mostowych i innych na konserwację dróg przeznaczonych). Z czego oczywiście korzystali głównie najwięksi, których na takie ekspedycje do Gdańska czy do Lwowa stać było…

Przyjmuje się też zwykle, że w wieku XVIII, a więc wtedy, gdy Rzeczpospolita już tylko wegetowała, żadnej właściwie polityki nie uprawiając, bo z podmiotu, stała się tej polityki przedmiotem – przynajmniej tym mogła się chlubić, że była największym podówczas „rajem podatkowym“, najmniej w całej Europie danin ze swoich poddanych wyciskając.

Polityka niskich cen była tedy konsekwentnie realizowana przez cały czas trwania szlacheckiej dyktatury. W tym miejscu wykraczam poza pewność, a wchodzę na grząski grunt hipotez, więc tylko podrzucę p. Wozińskiemu, a może komuś z Państwa, temat do przemyśleń: otóż w drugiej połowie XVII wieku, po totalnej katastrofie wojen szwedzkich, kozackich, moskiewskich, znów szwedzkich, tureckich, etc., etc., utraciwszy 1/3 ludności i szmat ziemi – Rzeczpospolita, jak to zwykle w takich okolicznościach bywa, przestała spłacać swoje zobowiązania. I jak to zwykle w takich okolicznościach bywa, skarb Rzeczypospolitej, chcąc sobie z nadmiarem długów poradzić (a sam tylko dług z tytułu nie zapłaconego wojskom żołdu pod koniec panowania Sobieskiego sięgnął 100 milionów ówczesnych złotych – sumy astronomicznej i właściwie niewyobrażalnej!), począł psuć monetę. Dokładając do srebra coraz to więcej cyny – i takie cynowe numizmaty „tynfami“ od aferzysty, dzierżawcy mennicy, który i osobiście na tym zarabiał, zwano.

Teoretycznie, jak to przy inflacji (coraz więcej środków płatniczych coraz gorszej jakości, a coraz mniej towarów – ilościowa teoria pieniądza się kłania!), ceny powinny poszybować pod Niebiosa. I co? I jakoś, uważajcie Waszmościowie – nie poszybowały! W stosunkach krajowych nie widać szczególnej różnicy siły nabywczej złotówki przed i tynfa po inflacji. Jak to było możliwe..? Nie wiem.

Wracając do głównego toku naszych rozważań: oczekiwałbym, że Jegomość pan Woziński po staropolsku wejdzie pod ławę i swoje łgarstwa odszczeka. Albowiem nie ma najmniejszego cienia dowodu na to, że upadek I Rzeczypospolitej był spowodowany jakimikolwiek czynnikami ekonomicznymi. Na odwrót – ów upadek tak, z całą pewnością – doprowadził do ekonomicznej ruiny i wpędził m.in. owo wyzyskiwane chłopstwo, nad którym tak się pan Woziński lituje – w stan pośredni między życiem a śmiercią, bo większej nędzy niż ta, która na polskiej wsi zapanowała po rozbiorach – zaiste trudno sobie wyobrazić.

Jeśli mogę sobie pozwolić na postawienie, znowu – poza głównym nurtem rozważań, które w zasadzie powyżej już zakończyłem – pewnej diagnozy, to tekst p. Wozińskiego, jakkolwiek cenny, bo przypominający o wielkiej z całą pewnością a niesłusznie zapomnianej postaci, z której każdy Polak może być dumny – klinicznym jest przykładem zaślepienia do którego prowadzi oddanie idei. Choćby i najszczytniejszej – bo czyż idea wolności nie jest ideą szczytną..? Jest, nie zamierzam się z tym sprzeczać! Człowiek oddany idei postrzega bowiem świat nie takim, jakim ten świat jest, lub był – tylko takim, jaki powinien być – w świetle szczytnych i najoczywiściej słusznych założeń, jakie z przyświecającej mu idei wynikają.

Oczywistym jest dla mnie i to, że Jegomość pan Woziński musi łgać – i że zapewne odszczekać swoich łgarstw nie zechce. A to dlatego, że Jego ideą naczelną jest „indywidualna wolność“ – jedno z tych egzotycznych zwierząt, których nie spotyka się nigdy w naturze, za to całymi tłumami szturmują one karty książek, czy ostatnio – internetowe witryny. Do tego samego rodzaju zwierząt należą rozmaite pegazy, smoki, bazyliszki, umowy społeczne, dobra ogólne i mniejsze zła. Piękne to wszystko, fascynujące i kolorowe – ale czyż świat realny nie jest jednak jeszcze piękniejszy, jeszcze bardziej fascynujący i nie ma aby jeszcze więcej kolorów..? Tylko trzeba zdjąć te klapki z oczu…

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Bóg kocha głupców

Miały być trzy dni murowanej pogody. W panice więc terroryzowałem wczoraj wieczór wszystkich znajomych, co by od dzisiaj rana brać się za sianokosy. Biedny Marcin nawet przełożył specjalnie dla mnie swój dzień wolny w pracy z czwartku na środę, bo w czwartek miało już padać, więc całe, spodziewane 2000 kostek (z całą pewnością będzie więcej niż w zeszłym roku...) trzeba było koniecznie zebrać w środę.

I co? I nic. Nie udało mi się przejść nawet przez pierwszy etap operacji, czyli koszenie trawy (wedle szacunków Radka: minimum 7 godzin roboty). Żle? Bynajmniej. Bo właśnie zaczęło padać...

A co się podenerwowałem to moje... Wszystkim dookoła, a Lepszej Połowie w szczególności, byłoby chyba lepiej, gdybym brał przykład z Misia o Bardzo Małym Rozumku i byle głupotami się nie przejmował.
W końcu Bóg kocha głupców. Co już wczoraj dowodnie udowodnił, wyciągając nas z bagna (swoją drogą, Zbyszek twierdzi, że przygoda nasza jest znakomitym dowodem na to, że ani achałtekińce, ani araby nie są bynajmniej płochliwymi potworami - tylko: czy to trzeba jeszcze udowadniać? Jak ktoś nie wierzy, to go żadne dowody nie przekonają - a tych, którzy wiedzą, przekonywać nie trzeba...).

Kiedy wreszcie zacznę sianokosy i czy w ogóle uda mi się to zrobić w tym roku? Nie wiem. Wygląda na to, że moje siano nikomu do niczego nie jest potrzebne - że w ogóle, siana jest nadmiar, nie ma z nim co zrobić i nawet darmo nikt nie chce siana brać. Obaczym, co się stanie, gdy trawy z Wielkiego Padoku nie skoszę i będę chciał jesienią siano kupić..? Czy aby nagle się nie okaże, że nikt nie ma ani pół kostki na sprzedaż..? Bo coś mi się mocno wydaje, że tak właśnie by było. Dwa lata temu, kiedy właśnie własnego siana nie mieliśmy - musiałem aż pod Radom po dobre siano jeździć, nikt w okolicy nie miał! A teraz - nikt nie chce się ze mną tym, co na moich 10 hektarach rośnie podzielić, bo nikomu to niepotrzebne. Zresztą: widzieliśmy wczoraj ze Zbyszkiem, już po owej kąpieli w bagnie wracając do domu, pyszne łąki nie koszone i nie wypasane, bo nie ma ich komu i czym kosić czy wypasać...

No nic. Jakoś to będzie. Bóg głupców kocha. Tym się będziemy pocieszać...

niedziela, 26 czerwca 2011

Z głębokości wołam…


Drogi Czytelniku: co powiedzieć kobiecie, kiedy się wraca do domu na koniu od końskich kopyt po czubek toczka umazany bagiennym torfem..? Wybrałem metodę uderzenia wyprzedzającego. Zadzwoniłem kwadrans przed przyjazdem ogłaszając, że wyglądamy ze Zbyszkiem strrrasznie! Dzięki czemu pierwszy szok jakoś przeszedł, bo Lepsza Połowa zrazu myślała, że będzie potrzebna woda utleniona, bandaże i łupki. Ale potem się i tak nasłuchałem…

Co się stało? A nic takiego. Ale było naprawdę strasznie w pewnej chwili. Pojechaliśmy dzisiaj w stronę Białobrzeg, efektywnie kończąc wycieczkę w Brzeźcach (można jeszcze było stamtąd podjechać te dwa czy trzy kilometry na łęgi nad Pilicą pod mostem na obwodnicy: ale po co..?). Wracając próbowaliśmy skrócić drogę. Więc kiedy weszliśmy na niebieski szlak za Starą Wsią – postanowiliśmy skręcić w prawo, w stronę Bożego, w pierwszą dróżkę jaka się napatoczy, żeby uniknąć przechodzenia po raz kolejny przez Białą Górę.

Dróżka się napatoczyła i zrazu wyglądała całkiem solidnie. Stał przy niej paśnik dla zwierzyny leśnej. Były wyraźne koleiny po traktorze. Po drodze w dwóch miejscach zostały jeszcze resztki po składowaniu wyrąbanego drewna (nawet ze dwa fajne grabowe klocki leżały, ewidentnie zapomniane, aż żałowałem, że nie mam na co wrzucić…). Owszem, zrobiło się w pewnej chwili bagniście. Ale zaraz potem były resztki jakiegoś ogrodzenia i znowu trochę suszej. W końcu wyjechaliśmy na „salę balową“ – rozległą przestrzeń dość rzadko porośniętą dębami.

Dróżka się urwała. W jednym tylko miejscu las jakby rzedniał – co wzięliśmy za znak przesieki, widać tylko zawalonej chaszczami. Na wprost jednak dostać się tam nie dało. Potem w pokrzywach dorastających końskiego kłębu nagle zaczęły się pojawiać spróchniałe (i – te były gorsze: nie całkiem jeszcze spróchniałe…) pnie. Aż nagle idący przede mną Frontier dosłownie zniknął. Za kolejnym pniem zapadł się po brzuch w ziemię. Byliśmy na środku trzęsawiska.

Wrócić po własnych śladach było nie sposób. Po pierwsze – już kluczyliśmy. Po drugie – próba wejścia drugi raz na tą samą powierzchnię kończyła się bardzo niemiłym chlupaniem. Trzeba było kołować dalej, próbując dojść gdzie suszej – już prowadząc konie, żeby miały choć trochę lżej.

Lżejszy Frontier w końcu wydostał się z pułapki. Ale dłuuuugie nogi Buby grzęzły tak, że nie była w stanie zrobić ani kroku. Raz ją wypchnąłem sam. Drugi raz z pomocą Zbyszak. Aż – o metry od zbawczej suszy – padła na przód przed kolejną nadpróchniałą kłodą, nie mając sił ruszyć się dalej. Już mi śmierć w oczy zaglądała. Kobyła się poddała. Choć przednie nogi miała względnie wolne – podkurczone tylko pod tułowiem – nie chciała już zrobić ani kroku.

Rozsiodłaliśmy ją. Próbowaliśmy podciągnąć do przodu na popręgu (cały się od tego umazał torfem). Nic nie pomagało. Tylko gzy i cała reszta latających krwiopijców miała używanie. Tak staliśmy we dwóch nad wpółleżącą Bubą i było bardzo nieprzyjemnie…

W końcu tradycyjną, chłopską metodą – waląc gałęzią po zadzie i ciągnąc za pysk – udało się nam konia wyciągnąć z pułapki. Zadziwiające! To chęć przeżycia jest słabszym bodźcem od takiego ordynarnego w końcu nacisku..? Niezbadana jest umysłowość czterokopytnych…

Dalej było już łatwiej. Udało się nam z powrotem dostać do dębami wysadzanej „sali balowej“. Stamtąd, ciągle prowadząc konie, cofnęliśmy się do szlaku. To zadziwiające, ale wygląda na to, że istotnie – nikomu nic się nie stało. Ani Buba ani Frontier nic a nic nie kuleją (a wydawało się, że lada chwila nogi połamią!) – i generalnie, poza tym, że mają zdrowy apetyt i pragnienie, to nic im…

Po raz kolejny potwierdziła się słuszność starego porzekadła: kto drogi skraca, ten do domu nie wraca.

Na zdjęciach: Buba i Frontier oraz Buba na postoju za Brzeźcami – na długo przed tą straszną topielą…
Topiąc się w bagnie, co zrozumiałe, głowy do robienia zdjęć nie miałem. A i tak w drodze da się tylko komórką - aparat jest za ciężki.

Gdzie się topiliśmy? Sprawdziłem potem na mapie. W Rezerwacie Majdan. Powinni przed zjazdem na tę dróżkę postawić jakiś znak ostrzegawczy. Coś w rodzaju: nie masz gwarancji że wrócisz, sporządź testament wędrowcze! Jak radzi Zbyszek: za rogiem mógłbym założyć kancelarię z jakim zaprzyjaźnionym natariuszem (choć w potrzebie i bez notariusza zrobiony testament ważny)!


sobota, 25 czerwca 2011

Dzień zbieracza

Tydzień temu, błądząc z panem Zbyszkiem po lasach miądzy Warką a Łękawicą (a są tam wysokopienne, przeważnie sosnowe lasy) napotkaliśmy ludzi zbierających kurki. Usłyszawszy to, Lepsza Połowa nabrała ochoty na te smaczne grzyby, których w bliższej nas okolicy nie uświadczysz. Jadąc więc dziś na targ, skęrciliśmy pierwej do boru.

Kurków nie było. Że jednak nastrój był już zbieracki, po powrocie do domu wybraliśmy się przynajmniej na pobliskie śmieciowiska, pozbierać roślinki do przesadzenia:
Dzięki czemu Lepsza Połowa mogła uzupełnić braki w rabatkach spowodowane tajemniczym pomorem od którego drugi już rok nie wykiełkowała jej maciejka:

A skoro już wyciągnąłem aparat, to uwieczniłem też i nasz ogródek "konwencjonalny":
Lepsza Połowa uważa ogródek za porażkę - ale jest to nasze trzecie z kolei podejście do zakładania ogródka warzywnego - dwa poprzednie skończyły się na niczym (pierwsze) lub na prawie niczym (drugie). Stąd jak na razie jestem zadowolony. Pomidory bynajmniej się udały:
Obok, na części nawozu wywiezionego zimą, gdy kopny śnieg utrudniał dostarczenie go na pustynię, założyłem grządkę eksperymentalną. Pierwsze wyrosły dwie litewskie fasolki (z tuzina wsadzonych...):
Potem pojawił się Pierwszy Pyrek, który bardzo długo był samotny:
Potem dwa (z trzech przesadzonych z okolic hydroforni) chrzany:
Jakiś tydzień temu, po deszczu, na powierzchnię przebił się Drugi Pyrek:
Wczoraj zaś zauważyłem pod słomą nieśmiałe listki które dziś już z całą pewnością mogłem zidentyfikować jako Trzeciego Pyrka:
Generalnie, grządka eksperymentalna nie wyszła dużo lepiej od ogródka konwencjonalnego. Nie pokazał się ani jeden bób, nie ma śladu po szparagach, a i procent roślinek które wzeszły (przesadzonych chrzanów nie licząc), do imponujących nie należy:
Przy okazji cyknąłem jeszcze owada skaczącego (proszę samodzielnie odróżnić owada od tła!):
oraz, z przeciwnej strony skali wielkości - kupę biomasy czekającej na rozkład na naszej pustyni:
A teraz, odczekawszy godzinę od obiadu, co by się owies dobrze koniom w brzuchach ułożył - trzeba chyba będzie włożyć swój ciężki zad na grzbiet Starszej Pani. Znajomi z Warszawy chcieliby przyjeżdżać na wycieczki po Puszczy Stromieckiej - a tu, wstyd przyznać, poza Bubą nie ma ani jednego konia, na którego mógłbym kogokolwiek z czystym sumieniem wsadzić - bo nie pracują zwierzaki, taka jest prawda...

piątek, 24 czerwca 2011

Prace i dnie

Kradnę tytuł Horacemu - ale bardziej niż zamiłowania do antyku, którego w nadmiarze bynajmniej nie posiadam, dowodzi to zmęczenia. Nie miałem po prostu lepszego pomysłu. Zmęczenie jest i fizyczne i psychiczne: jak to często już bywało, czekamy w napięciu na przelew, tym razem z zaskórniaków Lepszej Połowy - a przelewu jak na razie nie ma... A skoro jak na razie go nie ma, to go już zapewne przed poniedziałkiem nie będzie. Szykuje się dość głodny weekend (i trzeźwy!).

W dodatku, choć żadne straszne kataklizmy bynajmniej nas nie nawiedzały dzisiaj (ot, pokropiło trochę, jakby kto z chmury konewką polał - i pobłyskało, nie nazbyt blisko...), trzykronie już zabrakło nam dzisiaj prądu. Za każdym razem - przy włączonym komputerze, rzecz jasna (no bo czekamy na przelew przecież...). Co powodowało np. konieczność ponownego instalowania blueconnecta. Można się poczuć znużonym? Można. Tym bardziej, że to nie pierwszy raz. Od wiosny krótsze i dłuższe blackouty są coraz częstsze. A przecież zasilająca naszą wieś linia 15 kV była ledwo rok temu remontowana.

Melon z Frontierem i obiema cipsami wybrali się na zielony owies po sąsiedzku (jak w raz w czasie kolejnego blackout-u). Buba dała się złapać od razu, ale Maleństwo i obaj chłopcy poszaleli trochę: dopiero sprowadzając wszystkie pozostałe konie pod wiatę nakłoniliśmy je, by za przewodem Melona (który efektownie fiknął kozła - nic sobie nie robiąc - na zakręcie, a potem - też nic sobie nie robiąc - wpadł do jamy, tak bardzo ignorował przy tym w zaaferowaniu topografię terenu...) zechciały łaskawie dołączyć do towarzyszy na padoku. Można się poczuć znużonym? Można. Wprawdzie ucieczki koni są jednak rzadsze niż blackout-y: ale to i tak wkurzające, jak jedno z drugim i z trzecią uparcie odmawia współpracy, bezczelnie nie dając się złapać.,,

Oczekiwany - teraz już chyba raczej w poniedziałek - przelew z zaskórniaków Lepszej Połowy oczywiście niczego nie rozwiązuje jak chodzi o komornika, perspektywy i nadzieje na przyszłość. Tylko odsuwa w czasie głodową śmierć. Pewne nadzieje, a może nawet i perspektywy się co prawda pojawiły. Nie mogę jednak nie przyznać, że dręczy mnie niepokój, na ile te nadzieje, a może nawet i perspektywy są realne? Czy to aby nie kolejne złudzenie, jak wcześniej telewizory ze Słowacji (a tak naprawdę z Chin), które miałem sprzedawać, a ostatnio - ziółka? Można się od takich rozterek poczuć znużonym? Można. Szczególnie, że stan taki trwa już doprawdy zbyt długo...

Ostatnie dni były też dość intensywne fizycznie. Kiedy nie jeździłem od Warki do Białobrzeg i z powrotem poszukując przedsiębiorców, którym mógłbym sprzedać prąd - z braku możliwości przystąpienia do sianokosów, co tak naprawdę jest w tej chwili najważniejszym zadaniem do wykonania: rżnąłem drewno. Osiągnęliśmy dzięki temu ok. 30% zapasów koniecznych na zimę:
Dlaczego nie mam na razie możliwości przystąpienia do sianokosów? Bo nie mam i nie będę miał w najbliższym czasie kasy na to, żeby zapłacić za ścięcie i skostkowanie siana. Koniec i kropka. Jedyną możliwością jest dogadanie się z kimś, kto chciałby siana - on to wszystko zrobi, a efektem jego pracy podzielimy się pół na pół. Na razie na Wielkim Padoku czeka do podziału co najmniej 2000 kostek (w tym roku odczekaliśmy dłużej - i trawy jest więcej niż rok temu). Jak długo będzie czekać? Nie wiem. W sumie - wszyscy na razie siano mają, nieprawdaż - co innego, gdybym taką propozycję złożył na przykład w styczniu, albo w lutym..?

Dzisiaj za to opróżniliśmy przed południem Zaprzyjaźnioną Stodołę. Stare siano (niektóre jeszcze sprzed 3 lat...) oraz stare siano z seradeli, wywożąc m.in. pod wiatę:
Niestety, nie wszystko się zmieściło - a że spiętrzanie tego w kolejnych sekcjach wiaty patrzyłoby na jawną sprzeczność (bo gdzie wtedy złożę nowe siano, gdy już takie będzie - po zakończeniu sezonu pastwiskowego, czyli najdalej w końcu października..?). Jedna przyczepa zatem trafiła od razu na pustynię. Pocieszam się, że w ten sposób zaimportowaliśmy sporo bimasy która gnijąc poprawi żyzność naszej ziemi - i tej wersji będę się trzymał!

Oprócz biomasy dorobiłem się też w wyniku tych prac dzisiejszego dnia zakwasów w (zwłaszcza) lewym ramieniu - od wideł. Co wyjaśnia 50% mojego fizycznego zmęczenia. Drugie 50% to zasługa naszego słodkiego kociątka:
Tu akurat: kilka dni temu, uchwycona obiektywem Lepszej Połowy w trakcie pożerania ptaszka upolowanego przez... Krystynę oczywiście. Bo gdzieżby Sylwestra sama miała ptaszki łowić?

Koćkodanowi coś odbiło i przez całą minioną noc wskakiwała i wychodziła z chatki przez uchylone z uwagi na duchotę okno - biegając też z głośnym tupaniem, przewracaniem sprzętów i rozbebeszaniem kubła na śmieci. Efekt? Efekt jest taki, że w głowie obracają mi się z głośnym hukiem ciężkie żarna, mam kłopoty z koordynacją ruchów i nic mi się nie chce - po prostu się nie wyspałem.

A jeszcze wczoraj było tak pięknie! Niespodziewanie odwiedzili nas znajomi z Warszawy. Miałem przy tym okazję udowodnić czynem, że achałtekińce nadają się do rekreacji. Dowód? Bardzo proszę, jest dowód:

Można? Można. Trudne? Nietrudne. To o co chodzi..?

I z tym pytaniem Państwa zostawiając, idę dać zwierzakom kolację...

czwartek, 16 czerwca 2011

Mity rasowe


Jako uboczny wątek dyskusji na jedynym w polskim internecie profesjonalnym wątku achałtekińskim pojawiła się kwestia rzekomego „zaśmiecania“ przez pana Podporę swoich achałtekińskim ogierem rasy małopolskiej, do krycia w której ów ogier jest upoważniony.

Czekając zatem na komornika, pozwolę sobie kilka słów o owym „zaśmiecaniu“ skreślić.

Jak Państwo, wierni moi Czytelnicy doskonale wiecie (a jeśliście jeszcze nie wierni, to nadróbcie proszę ten brak, korzystając z archiwum), nie zaczynam dnia od bicia pokłonów przed moimi tłustymi, leniwymi, zepsutymi nieróbstwem, rują i porubstwem kobyłami. Zaczynam dzień od wydania im owsa, co – jak sądzę – cenią o wiele wyżej od pokłonów.

Również badając historię mojej ukochanej rasy, szukałem owsa a nie pokłonów. I dlatego nie zgadzam się z „mitem standardowym“, przypisującym współczesnym koniom czystej krwi achałtekińskiej pochodzenie w prostej linii od jakichś niezmiernie odległych w czasie przodków – takiego pochodzenia nie sposób udowodnić, a co najmniej kilka razy w przeszłości dawnej i niedawnej hodowla podobnych koni na zbliżonym do matecznika rasy terenie przechodziła zawiłe zaiste zawirowania. Co w pełni uzasadnia nadanie poświęconemu tej sprawie cyklowi artykułów tytułu „historii sekretnej“. Jeśli w ten właśnie sposób wszedłem w konflikt z innymi hodowcami w Polsce – to przykro mi bardzo: jak ktoś uważa, że jego konie wolą pokłony od owsa, najprawdopodobniej tkwi w błędzie.

Rozumiem jednak, bo są na to liczne i dobitne źródła, że elementem marketingu w sprzedaży koni – odwiecznym, a często: fundamentalnym – jest mit. Demitologizowaniem mitów zaś, zajmujemy się na tym blogu z pasją i upodobaniem. Jeśli ktoś z Państwa uważa, że odreagowuję w ten sposób moje życiowe klęski – jego prawo. Przypominam tylko, że czytanie blogów nie jest obowiązkowe – a już robienie tego w godzinach pracy na służbowym komputerze niebezpiecznie zbliża się do uchybienia dyscyplinie! Nie przyjmuję też do wiadomości tezy, że demitologizując mity – psuję rynek, bo bez mitu klienci nie kupią koni. Tacy klienci, którzy kupują konie kierując się mitami – tego bloga i tak nie czytają, a jeśli nawet przez przypadek tu trafią, to nic z tego co piszę nie pojmą.

Swoją drogą, też na marginesie rzeczonej już po raz któryś dyskusji – czy przypadkiem nie miałbym szerszego kręgu Czytelników gdybym, zamiast przytruwać przydługimi tyradami, zamieścił tu po prostu kamerkę internetową wycelowaną w padok..? Muszę o tym pomyśleć w przyszłości, jak już doczekam się i przeczekam komornika i znowu wyjdę na finansową prostą. Jedyny kłopot, że nie ma na terenie posiadłości takiego punktu, z którego dałoby się cały teren ogarnąć – chyba więc kamerek musiałoby być kilka…

Cóż więc mogę napisać o owym rzekomym „zaśmiecaniu“? Na idee, jakie przyświecały, czy raczej przyciemniały umysły twórców „programów ochrony zasobów genetycznych“ – jednym z takich programów objęte są też konie rasy małopolskiej – lepiej chyba spuścić litościwie zasłonę milczenia. Poddałem zresztą tę ciemnotę wiwisekcji (i nie ja jeden bynajmniej…) na łamach „Końskiego Targu“, jeśli kogoś to szczególnie interesuje, może to sobie w archiwalnych numerach odszukać. W każdym razie: do takiego programu, a więc i do jałmużny w postaci – już nie pamiętam – ok. 1300 złotych raz do roku na klacz – kwalifikują się tylko niektóre spośród koni małopolskich i tylko pod warunkiem, że będą hodowane „w czystości rasy“, tj. że każda z zakwalifikowanych do owego programu klaczy będzie systematycznie kryta również i wyłącznie zakwalifikowanymi do programu ogierami. Nie dobieranymi wedle ich wybitnej użytkowości – a tak naprawdę: wedle kryterium pochodzenia i poprawności budowy. Uosobienie przeciętności, masówki i dziadowskich oszczędności, bo podsuwanie ludziom jako motywu do trzymania konia owych 1300 złotych rocznie prowokuje wręcz do takiego cięcia kosztów (żeby z tych 1300 złotych bodaj na flaszkę zostało…), które już z racjonalnym oszczędzaniem nic nie ma wspólnego. Nic dziwnego że we wszystkich rasach, których nieszczęście  w postaci objęcia „programem ochrony“ dotknęło, hodowcy się podzielili na tych, którzy „produkują“ konie przynoszące dotacje i na tych, którzy starają się wyhodować konie przynoszące medale. Połączyć się tego ze sobą nie da.

W ogóle sam pomysł, żeby dotować klacze, a nie ogiery… - jeśli jakiemuś „marcowemu docentowi“ wydawało się, że jest mądrzejszy od Karola Wielkiego z Napoleonem Bonaparte i Fryderykiem Wilhelmem I pospołu (wszyscy ci panowie zajmowali się, oprócz mordowania bliźnich i tworzenia imperiów, także i hodowaniem koni – a raczej: umiejętnym wpływaniem na hodowców, żeby ci dostarczyli im potrzebnych koni…) – to błędnie mu się wydawało! A tak prawdę pisząc, to chodziło od samego początku tylko i wyłącznie o skok na kasę, a nie o żadne tam koniki.

Klacz małopolska pokryta ogierem achałtekińskim z całą pewnością wypada z programu ochrony, a jej potomstwo nigdy nie zostanie nim objęte.

Czy takie krycie jednak, jest „zaśmiecaniem“ rasy, tj. – czy konie małopolskie w ogóle da się hodować „w czystości krwi“..?

No cóż: pewnikiem się da. Tylko – czy efekt będzie w jakikolwiek sposób różny od osiąganego w efekcie stosowania wytycznych objętych „programem ochrony“? Jedyna różnica polega na tym, że hodując małopolaki „w czystości krwi“, ale nie wedle wskazań programu, hodowca ma do dyspozyji ogiery w których rodowodach znajdują się konie pełnej krwi angielskiej, czystej krwi arabskiej lub czystej krwi angloarabskiej – w stosunkowo bliskim stopniu pokrewieństwa, skoro ogiery te już zostały wpisane do księgi, a jeszcze nie mogą być użyte w ramach „programu ochrony“.

I taka to jest „czystość krwi“ – innej w przypadku typowej rasy półkrwi być po prostu nie może.

To dlaczego w takim razie nie użyć bezpośrednio ogiera pełnej krwi angielskiej, czystej krwi arabskiej lub czystej krwi angloarabskiej..? I dlaczego ogier czystej krwi achałtekińskiej ma być w czymkolwiek gorszy od tamtych – jako ameliorator rasy półkrwi? Nie widzę żadnych argumentów przeciw takiemu rozwiązaniu.

A raczej: argumenty jakie są przy tej okazji podnoszone, należą do świata mitu, a nie do świata twardej, ziemskiej rzeczywistości.

„Mitem standardowym“ hodowców koni małopolskich jest ich rzekome pochodzenie wprost od konia staropolskiego – co szczególnej nobliwości tej widowiskowej skądinąd rasie ma nadawać, czyniąc z niej narodową świętość i relikwię.

Przykro mi bardzo: nie ma na to żadnych dowodów!

Grupa koni z których w roku 1965 decyzją administracyjną ówczesnego Ministra Rolnictwa utworzono rasę „koni małopolskich“ wywodzi się z dawnej Galicji i południowej części Kongresówki (kieleckie i lubelskie): od chłopskich i drobnoszlacheckich koni roboczych oraz koni wyjazdowych używanych na tych terenach w drugiej połowie XIX wieku (po uwłaszczeniu). Oczywiście, że w liniach matecznych dałoby się pewnie pokrewieństwo proste nie tylko z koniem staropolskim, ale i z tarpanem wywieść – bo na ogół do zmiany (poprawy) pożądanych cech użytkowych używa się osobników męskich, owe z zagranicy w razie potrzeby importując, gdy własnych, odpowiednio dobrych, braknie. Ale i tego nie jestem wcale taki pewien.

Dostępne źródła jednoznacznie twierdzą bowiem, że w pierwszej połowie XIX wieku głównymi dostawcami koni na jarmarki Kongresówki, Galicji i nawet wschodniej części Poznańskiego (jarmark w Gnieźnie) – byli Kałmucy i Tatarzy znad dolnej Wołgi. Którzy setkami tysięcy pędzili co roku niewielkie, kościste koniki, na ogół dość ordynarne w typie, ale wytrwałe i niewymagające – na zachód. Te konie były głównym źródłem remontów chłopskiej „załogi“ (czyli inwentarza, narzędzi i budowli jakie pan był zobowiązany utrzymać chłopu, by móc od niego żądać pańszczyzny), a też i koni zaprzęgowych i wierzchowych „pospolitego użytku“ (a więc – nie na pokaz).

Pomijając już ogólny, dotkliwy deficyt koni na zachód od Bugu po wojnach napoleońskich (deficyt ten był jednym z powodów, dla których w toku powstania listopadowego możliwości rozbudowy sił zbrojnych były ograniczone – brakowało nie tylko karabinów i armat, ale też i koni do owych armat ciągnięcia – zresztą, brakowało koni do armat też i Rosjanom, bo zużytych po drodze nie było czym na miejscu zastąpić: w Białymstoku zrobili sobie skład pozbawionych zaprzęgu dział i już w kwietniu 1831 roku nad sto luf zgromadzony tam zapas liczono…) – konie należące do „załogi“ chłopskiej nie reprodukowały się w dostatecznej liczbie by zapewnić chociażby zastępowalność pokoleń. Stąd stały, masowy import ze wschodu.

Pierwotną „podstawą“ dla wszystkich typów i ras koni roboczych używanych obecnie w Polsce (za wyjątkiem tego, co udało się zdobyć na Ziemiach Zachodnich, oraz z wyjątkiem okolic Sejn – Suwałk, gdzie były sobie koniki żmudzkie) są więc przede wszystkim – owe kałmuckie i tatarskie konie znad dolnej Wołgi. Taka jest prawda. A czy ona się komuś podoba czy nie..?

No dobrze – koń małopolski nie jest w prostej linii potomkiem konia staropolskiego. Ale może jest doń przynajmniej podobny? Przecież to, co się działo potem, tj. w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to ów masowy import znad dolnej Wołgi po zaoraniu tamtejszych stepów ustał, to stopniowe nasycanie owych kałmuckich i tatarskich koników krwią orientalną. Zrazu powoli (jak pisał Stefan Bojanowski, najlepszy chyba znawca zagadnienia: jeszcze w połowie wieku hodowcy w Galicji było wszystko jedno, czy kryje swoją klacz ogierem arabskim, turkmeńskim, perskim czy innym orientalnym - kierunek ściśle arabski i angloarabski hodowla na tych terenach przybrała dopiero na samym końcu XIX wieku), potem w coraz to większym wymiarze. W okresie międzywojennym, kiedy południowo – wschodnia Polska była głównym źródłem koni remontowych dla wojska – jak największe nasycenie tamtejszych hodowli przede wszystkim krwią angloarabską stało się normą. W ten sposób doszło do ukształtowania się „konia małopolskiego w starym typie“ – czyli konia o suchej budowie ciała, szlachetnych liniach, wyrazistej urodzie, a przy tym: niewymagającego i pracowitego.

Czyż taki właśnie nie był koń staropolski? Znowu Państwa rozczaruję: nie mamy zbyt wielu opisów koni staropolskich, na podstawie których dałoby się cokolwiek wnioskować. Na co już wiele razy narzekałem. Jeśli jednak brać za dobrą monetę słowa Spirydiona Ostaszewskiego, pisane już co prawda w wieku XIX, ale z pozycji skrajnie konserwatywnych i wszelkimu postępowi w hodowli przeciwnych – to drobne i szlachetne stały się konie hodowane na Ukrainie dopiero w wieku XIX. Wcześniej przeważać miały konie rosłe, wyniosłe, ogromnej budowy, silne, muszkularne, ale nie ciężko zbudowane; ogon długi i gęsty z włosem nieco kędzierzawym, ale nie kłakowatym; grzywa z takiegoż włosa długa i cienka; czoło wysokie, głowa wąska a długa i sucha; uszy wąsko, ostro osadzone, u góry ku sobie zbliżone; krzyż o wysokich kłębach, na dwoje rozdzielających się. Wspominają jeszcze o nich pod nazwiskiem prawdziwie polskie konie. One żyją w pamięci i podaniu, ale zupełnie już ich od lat trzydziestu kilku nie widzimy, powszechnie ich żałują, chociaż mało kto, osobliwie z młodych ludzi widział taki egzemplarz.“[1]. Profesor Chmiel, z którą przegadałem ongiś na ten temat pół nocy w Janowie, widzi w tym opisie dzianeta. Hmm… Czy jeśliby dzianety lub „konie dzianetopodobne“ były tak pospolite, by pan Spirydion mógł je za dominujący w hodowli typ uważać – to nadal stanowiłyby taki luksus i taką oznakę prestiżu? Równie dobrze można by stawiać hipotezę, że w wieku XVIII, kiedy nasi przodkowie nie wojowali i do wojaczki się nie sposobili – hodowali sobie głównie kareciane cugi które, co oczywiste, musiały być od wierzchowych koni masywniejsze (jak zresztą sądzi w komentarzu do tego cytatu prof. Pruski). Do wierzchowców wrócili dopiero wraz z utratą niepodległości, gdy się zaczęli ponownie sposobić do wojaczki. To jest jednak budowanie hipotez na hipotezach, niczym oprócz hipotez nie podparte. Nie będziemy się w ten sposób zabawiać!

Niestety: o ile wiadomo na pewno, że koń staropolski był silnie nasycony krwią orientalną – to nie ma absolutnie żadnych dowodów na to, że była to konkretnie krew arabska (jak we współczesnych koniach małopolskich) – i że, w związku z tym, współczesne konie małopolskie są do owych koni staropolskich chociażby podobne.

Profesor Pruski już przed wojną udowodnił mityczność rzekomo „odwiecznego“ upodobania Polaków do koni arabskich. W szczególności fundamentalne dla owego mitu dzieło Adama Micińskiego „O świerzopach i ograch“, poświadczające rzekomo arabski kierunek hodowli w stadzie królewskim Zygmunt Augusta – mocno jest podejrzane. Próżno bowiem tej pozycji szukać w Bibliotece Narodowej, choć jest tam i wcześniejsze „Spraua a lekarstwa końskie“ i trochę późniejszy (a nic o rzekomym dziele Micińskiego nie wiedzący) Dorohostajski. Znamy je bowiem tylko z przypisu w XVIII-wiecznej książce (rok wydania 1800) Tadeusza Czackiego „O litewskich i polskich prawach“, który to przypis zresztą, autentyczność tego dzieła podaje właśnie w wątpliwość.[2] Nic zresztą o „bedewiach“ w Knyszynie nie stwierdza dokładny dość jak chodzi o rozdysponowanie koni testament Zygmunt Augusta – gdyby więc je wcześniej miał, to by powstała zagadka – co z nimi potem zrobił, że w chwili sporządzania ostatniej woli, już ich nie było?

Wszystko zatem, co z owej mniemanej arabskości staropolskiej hodowli zostaje, to mit marketingowy nie starszy niż lat 150, może 200… Bo chyba rojeń sennych lady Wentworth, która w każdym koniu tureckim widziała „araba najwyższej klasy“ – nie będziemy traktować poważnie..? Zwłaszcza, że źródeł podających całkiem coś innego, mamy aż nadto. M.in. wspomniany już Stefan Bojanowski opisuje eksport koni arabskich dla stadniny sułtańskiej w Stambule z… hrabiów Branickich Białej Cerkwi.[3] Coś jakby wożenie drew do lasu – gdyby owe romantyczne rojenia brytyjskich i francuskich wielbicieli Beduinów wziąć za dobrą monetę – nieprawdaż..?

Podsumowując: rasa „koń małopolski“ to zwykła, ani bardziej, ani mniej starożytna od innych, nowoczesna rasa koni półkrwi – przy czym w przypadku „małopolaków w starym typie“, do ulepszania tej rasy powinny służyć konie arabskie lub angloarabskie, a w przypadku „małopolaków w nowym typie“, używało się też i koni pełnej krwi angielskiej oraz różnych koni półkrwi sprowadzonych z zachodu.

Naturalnym jest, że z biegiem czasu hodowcy koni małopolskich by się podzielili. Część z nich pozostałaby przy wyłącznie arabskich i angloarabskich ogierach jako „polepszycielach“ krwi – a część, dopuszczając coraz to szerzej także i inne możliwości, albo musiałaby się wyodrębnić w inną rasę, albo by wpadła do wora z napisem „szlachetna półkrew“. Programy ochrony tylko narobił tu zamieszania.

Czy w świetle powyższego można używać achałtekińskiego ogiera do krycia małopolskich klaczy? Oczywiście że można. Całkiem możliwe zresztą, że produkt takiej krzyżówki bliżej będzie mitu, za którym wielu hodowców małopolaków goni (czyli „konia staropolskiego“), niż produkt krzyżówki z arabem. Ale, rzecz jasna, taki źrebak ani nie będzie „małopolakiem w starym typie“, ani też – nie będzie się kwalifikował do programu ochrony. Czy będzie się nadawał do sportu – za wcześnie twierdzić, bo dotychczas takich krzyżówek było zaledwie kilka. I te kilka koni akurat – były dzielne sportowe (co oczywiście, przy tak małej próbie – o niczym zgoła nie świadczy).


[1] Witold Pruski, Hodowla zwierząt gospodarskich w Królestwie Polskim w latach 1815 – 1918, Warszawa 1967, t. I, str. 172
[2] Skądinąd jest to niezmiernie ciekawe: prof. Pruski wywód swój, autentyczność tego traktatu kwestionujący, przeprowadza w pracy „Hodowla zwierząt gospodarskich w Galicji w latach 1772 – 1918“, wyd. Ossolineum 1975 (str. 185 – 186) – a pomija temat milczeniem w gruntownym skądinąd dziele „Dwa wieki hodowli konia arabskiego w Polsce“ i powołuje się bez żadnej krytyki na Micińskiego w wieńczącym jego naukową pracę I tomie „Hodowli koni“ – czyżby dzieło Micińskiego w międzyczasie, tj. pomiędzy rokiem 1975, a rokiem 1988 zostało jednak odnalezione i ja tu w błędzie Niebu obrzydłym tkwię? Czy też Profesor zwyczajnie zapomniał na starość o tym smakowitym drobiazgu?
[3] Por.: Stefan Bojanowski, Sylwetki koni oryentalnych i ich hodowców, Kraków 1906, str. 73.

środa, 15 czerwca 2011

Nadzieja umiera ostatnia

Czekając na komornika wywiozłem dziś rano spod wiaty dwie taczki guana oraz porąbałem i ułożyłem narżnięte wczoraj drewno. Dało mi to moralną siłę na wytrzymanie drugiej części dnia, kiedy to pojechałem do Warszawy, gdzie spędziłem wiele wiele czasu, spotykając wielu wielu ludzi i rozmawiając o wielu wielu sprawach. Czy którakolwiek z tych wielu wielu spraw się zmaterializuje - to inna rzecz.

Byłem m.in. na spotkaniu rekrutacyjnym w jednej z topowych agencji head-hunterskich. Przez pomyłkę jak sądzę, bo moje CV, z pozycjami typu "prezenter sprzedaży bezpośredniej" czy "przedstawiciel handlowy", średnio do takich miejsc pasuje. Ale OK. Nadzieja umiera ostatnia - czemu miałem nie pójść, skoro prosili?

Jedno mnie tylko zastanawia - i dlatego piszę. Po raz kolejny na takim spotkaniu interview prowadziła panna która, gdybym nie był taki nieśmiały z natury, spokojnie mogłaby być moją córką. Rozumiem, że rozmowa przebiega wedle ściśle określonego schematu, jedynym zadaniem prowadzącej jest dobrze wyglądać, zadać we właściwej kolejności właściwe pytania i wiernie zanotować odpowiedzi. W sumie jednak - odczuwam w efekcie niedosyt niejaki. Bo czy ktoś, kto jest ode mnie o połowę młodszy i nie ma absolutnie żadnego doświadczenia życiowego, o zawodowym nie wspominając - jest w stanie wiarygodnie udawać, że ocenia moje kwalifikacje..? Przez co odnoszę dojmujące wrażenie, że tak naprawdę nikt owych kwalifikacji nie ocenia. Formularze formularzami, pytania pytaniami, a i tak robotę dostanie ten, kto miał był ją dostać, bo są z prezesem kumplami z podwórka, albo przynajmniej z orgietki w akademiku...

Poza tym, oddałem do użytku pierwszą podpisaną przez klienta (wow!) umowę na dostawę energii elektrycznej. I też się trochę zasromałem. Bo moje przybycie z podpisaną umową, lubo zapowiedziane, stało się sensacją, gromadząc przy jednym biurku całą firmę. Umowę przestudiowały po kolei trzy osoby, zresztą wszystkie niezmiernie sympatyczne. Takie jakoś odniosłem wrażenie, że często okazji do studiowania podpisanych umów nie mają... Oby było to mylne wrażenie! Bo jak znowu trafiłem do firmy - krzak, wiecznie na rozruchu płynnie przechodzącym w likwidację..?

To by w zasadzie było na tyle. W toku łatwej do przewidzenia nawalanki jaka się rozwinęła na ostatnich dwóch stronach jedynego w polskim internecie profesjonalnego wątku o koniach achałtekińskich, padło stwierdzenie, że ja tu Państwa P.T. Czytelników katuję opisami moich życiowych niepowodzeń. A potem jeszcze odreagowuję frustracje w owym wątku... No czy ja wiem..? Naprawdę Państwa katuję? Tylko szczerze proszę pisać, nie będę kasował... A już z tym odreagowywaniem, to chyba jednak przesada. W końcu my, osły, nie mamy warstw. Nasze lęki nosimy jak odzież wierzchnią. Skoro już Państwa skatowałem - po co mam jeszcze dodatkowo odreagowywać..?

Nadzieja umiera ostatnia. Taką też pociechę możemy z Lepszą Połową czerpać choćby z naszych roślinek, które się nam wcale darzą. Na zdjęciach kolejno:
Improwizowany gazon ze starych desek pod oknem chatki, obsadzony powojnikami, którym właśnie dzisiaj, pod moją nieobecność, pracowita Lepsza Połowa zapewniła gałązki do wspinania się.
Spirala ziołowa, popularnie zwana "skalniakiem", już w 100% obsadzona
Jeden z dwóch krzaków kiwi (pospolicie zwanych "Kiwaczkami"), które posadziliśmy wiosną w Lasku Centralnym.

Do fotografowania koni obiecuję przymusić Lepszą Połowę jak wyjdzie słońce. Na co, oczywiście - mam nadzieję!

wtorek, 14 czerwca 2011

Розвлечения

W oczekiwaniu na komornika oddaję się próżnym rozrywkom. Różnego rodzaju. Na przykład, czemu już wczoraj dałem wyraz – udzielam się na forach internetowych. Dzięki czemu dostrzegłem, że jedyny profesjonalny wątek achałtekiński w polskim internecie został właśnie zaśmiecony wrażą propagandą. Na czym polega wraża propaganda?

Wraża propaganda polega na twierdzeniu, że koń achałtekiński jest straszny. Bo ma temperament. Olaboga, temperament! Co więcej, oprócz temperamentu, koń achałtekiński ma też rzekomo mieć charakter i inteligencję.

Nie mam pojęcia o co chodzi z tą inteligencją. Że niby im koń głupszy, tym łatwiej na nim jeździć..? No nie powiedziałbym…

Ale po co teoretyzować..? Naprawdę – po co..? Jak wcale teoretyzować nie trzeba.

Jak już wiele razy tu Państwu pisałem – jestem pierdołą saskim a nie jeźdźcem. Owszem: mam nieustannie do czynienia z końmi od 20 lat bez mała. I co z tego? Z natury jestem urodzonym anty-talentem jeździeckim, co wynika wprost z faktu, że mam podstawowe braki jak chodzi o koordynację ruchową oraz słuch i wyczucie rytmu absolutne: słyszę jak grają albo jak nie grają – i nigdy w życiu nie udało mi się powtórzyć najprostszej nawet melodii. W kościele ruszam ustami, udając śpiew, żeby sąsiadów nie straszyć.

Gdybym przez ostatnie 20 lat uparcie nie próbował jeździć konno, to bym się pewnie dawno przez własne sznurówki zabił.

No i teraz, skoro już znamy poziom moich umiejętności – krótki i bardzo łatwy quiz dla P.T. Czytelników: łatwiej mi się jeździ na Wielkim Strasznym Zwierzu (bez śladu gorącej krwi w rodowodzie…) – czy na Bubie..? A..?

Nie będę dawał nagród, bo odpowiedź jest oczywista. O wiele łatwiej jeździ mi się na Bubie. Buba jest o wiele lepiej zrównoważona, o wiele odważniejsza, o wiele posłuszniejsza, o wiele chętniejsza do pracy, przewidywalna, łatwiejsza do opanowania, a przy tym wygodniejsza, no i – co tu kryć: o wiele lepiej wygląda od Wielkiego Strasznego Zwierza, która spasł się jak tur.

Jeśli nie wsadzam na ogół przyjezdnych gości (zresztą, kiedy my ostatni raz mieliśmy gości..?) na Bubę – to nie dlatego, że o gości się boję – tylko dlatego, że szkoda mi zaszarpywać Bubie pysk: Dalii wlkp to wszystko jedno, jak ją delikwent będzie za bardzo szarpał, to sama się nim zajmie i jestem pewien, że każdego z tej narowizny jest w stanie wyleczyć jednym strzałem z krzyża. Buba natomiast przeciw człowiekowi zbuntować się po prostu nie może. Nie, żebym to kiedykolwiek w ekstremalny sposób wykorzystywał – ale takie mam dojmujące wprost odczucie. Najdalej idące nieposłuszeństwo jakie się do tej pory Bubie przydarzyło, to zabawa w chowanego na pastwisku – nauczyła się od Dalii wlkp, której jest wiernym podnóżkiem, że jak człek z uwiązem idzie, to trzeba przed nim uciekać i bawi się tak nieraz dość długo, bo w przeciwieństwie do swej mentorki, nie cierpi na zadyszkę po kilku kółkach szybszego truchtu…

W związku z powyższym, gości wsadzamy zwykle na Melesugun: Melesugun po dwuletnim treningu ujeżdżeniowym też już jakoś sobie radzi z ludzką ręką (tzn.: nauczyła się uciekać z łbem między przednie nogi…).

Najogólniej jednak: absolutnie nie widzę powodu, dla którego konie achałtekińskie (a za tym także i araby czy folbluty…) nie miałyby pracować w rekreacji..? Owszem: są na to zapewne zbyt drogie i zbyt rzadkie. Ale żeby w tym ich temperament, charakter czy inteligencja miały przeszkadzać – to jest przesąd światło ćmiący.

Folblut czy arab z hodowli wielkostajennej, jeśli nie został potem zepsuty ekstremalnie złym traktowaniem (ale to można poznać dość łatwo) zawsze będzie lepiej zrównoważony od teoretycznie „misiowatego“ kuca czy półkrewka wyhodowanego w kurniku przy domu, który nigdy w życiu nie socjalizował się z dużym stadem koni i nie miał okazji wyciągnąć nóg w prawdziwym galopie po dużej przestrzeni – bez jeźdźca. Że jest bardziej „do przodu“ i nie trzeba go poganiać – tym dla początkującego jeźdźca lepiej. Połowy złych nawyków i zastałych błędów sylwetki i dosiadu jakie u siebie widzę – nabawiłem się dlatego, że Dalię wlkp, jak jej pierwsza para przejdzie, trzeba pchać przed siebie prawie jak rower (i to bardzo ciężki…). A jak człowiek pcha całym sobą, to trudno mu elegancko siedzieć i gdzie trzeba nogi i ręce trzymać.

Z innych rozrywek, zaliczyliśmy dziś pierwszą od przybycia do nas Melona z Frontierem ucieczkę – i to od razu całego stada (poza Glusiem, który się zagapił i został…). Najprawdopodobniej chłopcy bili się między sobą (ich przyjaźń skończyła się w momencie, gdy pierwsza z naszych kobył dostała rui – a od dwóch tygodni WSZYSTKIE mają ruję non stop…) – i któryś wpadł na ogrodzenie tuż obok wejścia, gdzie nie dawałem do tej pory belki, bo teoretycznie miało to być miejsce, w którym dwunogi mogą spokojnie się przedostać na padok, nie ryzykując rozdarcia odzieży na belkach. Teoretycznie, bo po wielu już prowizorycznych naprawach, zrobiła się taka pajęczyna, że i tak przedostać się było nie sposób.

W każdym razie: ogrodzenie zastałem całkowicie rozerwane – na przestrzał. Po tym, jak punkt 5.00 wybiegłem przed chatkę zaalarmowany bardzo głośnym tętentem kopyt – stado z Wielkim Strasznym Zwierzem na czele i Melonem u jego boku (Melon odegrał w tej sprawie rolę złego ducha: nie wiem, czy przypadkiem nie dlatego, że bardziej z dwóch wałachów męski arab Frontier nie otworzył sobie nim wyjścia…) gnało właśnie na Wielki Padok.

Poszliśmy z Lepszą Połową śladem stada. Zostałem trochę z tyłu, bo najpierw załatałem prowizorycznie dziurę w płocie (teraz jest tam już z dawna temu miejscu należna belka…). Kiedy więc dotarłem w okolice Dzikiego Zachodu – stado minęło mnie galopując w przeciwnym kierunku (tylko grzbiety im było widać – tak wysoka nam trawa wyrosła…). Lepsza Połowa zeznała, że Melon zagrożony złapaniem przy płocie zamykającym tylną ścianę Wielkiego Padoku zaszarżował na nią w ewidentnie złych zamiarach. Cóż: chyba musimy z panem Zbyszkiem porozmawiać… Na spacery, który już tu Państwu relacjonowałem, zabiera zawsze Frontiera – a co z energią odkarmionego na dobrym pastwisku kuca..?

W każdym razie, stado wybiegło z Wielkiego Padoku i przez ujeżdżalnię, a potem przez pustynię ruszyło w stronę torów kolejowych. Miałem nadzieję, że Dalia wlkp przejść przez tory się nie odważy – i nie pomyliłem się. Za to, po raz pierwszy, pomyliłem ślady i zamiast tropem koni, szedłem przez pewien czas tropem jakiegoś quada, który musiał był kilka dni wcześniej wzdłuż torów jechać – stado bowiem, gdy się zorientowałem, że śladów kopyt brak i wróciłem, przecięło mi drogę wracając od strony Strzyżyny, z całkiem przeciwnego kierunku niż ten, który obrałem. Na szczęście, chwilę wcześniej, spodziewając się, że konie będą wracać, odesłałem Lepszą Połowę w stronę domu – nie zdołała wprawdzie poskromić dwóch rozszalałych wałachów, więc stado minęło ją galopując w stronę domu – ale zaraz potem przeszło do kłusa, a przy końcu Pierwszego Padoku wyhamowało. Znalazł się tam – po właściwej stronie płotu – zagapiony Gluś, którego obecność zatrzymała Dalię wlkp, a za Przewodniczką, także i resztę stada. Nim doszedłem – Lepszej Połowie udało się spoconą jak szczur i ledwo dyszącą Dalię złapać na uwiąz. Wszystko skończyło się dobrze, konie grzecznie wróciły za swoją szefową (i Melonem, który pierwszy wbiegł przez otwarte wejście…) na padok.

Przygoda kosztowała nas kompletne przemoczenie – trawę mamy po pierś, a rosa była o świcie bardzo obfita. Mam nadzieję jednak, że nic się nam nie stanie – pozwoliłem sobie na kieliszek wódki do ciepłego prysznica, bo i tak, wobec kończącego się paliwa, nie miałem na dziś żadnych akwizycyjnych planów.

Potem jeszcze, także w ramach rozrywki, porżnąłem kilka młodych brzózek. Czy to jednak brzózki, wciąż wiosennych soków pełne, takie twarde, czy też – prowadnica lub napędowa zębatka mi się kończy: efekt daleki jest od imponującego. Stępiwszy oba łańcuchy zdążyłem wrócić w sam czas przed krótką burzą, która nas nawiedziła i przed obiadem dla koni.

Takie to są rozrywki ludu wiejskiego w oczekiwaniu na komornika. Acha! Oprócz tego, wypróbowałem też strategię emisji długu modo Donald Tusk&spółka. Otóż w pasku reklam powyżej przez chwilę pojawiła się reklama jednej z gier przeglądarkowych. Kliknąłem (czego zwykle nie robię)  – i dałem się wciągnąć. Początkowo próbowałem rozwijać się metodą konserwatywno – liberalną dbając o zrównoważony budżet i nie zaczepiając innych graczy, jeśli oni pierwsi mnie nie zaczepili. Po tym jednak, jak niejaki jura41 dwa razy pod rząd mnie ograbił ze wzniesionych wielkim nakładem czasu i denarów budowli, atakując chmarami piechoty ewidentnie przekraczającymi możliwości jego budżetu – zapałałem żądzą zemsty. Zafundowałem sobie armię kilka razy większą niż możliwość jej bieżącego utrzymania – i popadając przejściowo w długi, odgryzłem się z nawiązką.

Niestety, jak to zwykle bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia, a historia jeśli się powtarza, to jako farsa: drugi raz już mi się taki numer nie udał. Długu uzbierało się na prawie dwa miliony denarów, a moja armia, zamiast wygrywać, poczęła przegrywać bitwy z coraz to silniejszymi przeciwnikami, od czego deficyt tylko się pogłębiał – i tak się zabawa skończyła: zlikwidowałem konto.

Skądinąd: wątpię, by arkana ekonomii, jak widać znane autorom skryptów durnych gier przeglądarkowych – były w ogóle możliwe do pojęcia dla takich tuzów jak Obama, Tusk czy Sarkozy (kolejność przypadkowa…). Może powinni zagrać..? Jak Państwo sądzicie..?

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Na forach


Pojawiły się ostatnio ciekawe wątki na obu moich ulubionych forach. Na moim ulubionym forum historycznym – wątek o pańszczyźnie. A na moim ulubionym forum końskim – o śmieciach, których sterty zalegające po lasach wokół miast, miasteczek i wsi, istotnie są pewnym utrudnieniem w poruszaniu się konno.

Dyskusje o pańszczyźnie mają już swoją historię na forum historycy.org – z góry też można przewidzieć, jak się dalsze losy wątku potoczą, bo stanowiska dyskutantów, którzy zwykle w takich debatach biorą udział, są już znane. Ponieważ sam się niejeden raz na ten temat udzielałem, mój przegląd poglądów adwersarzy łatwo można uznać za subiektywny – ale nie dbam o to.

Pogląd na sytuację chłopa pańszczyźnianego w dawnej Polsce oczywiście zależy od sympatii politycznych – i od, najogólniej rzecz biorąc, myślowych przyzwyczajeń forowicza. Co w pełni uwidoczniło się już w dyskusji o rabacji galicyjskiej wiele miesięcy temu.

Wedle poglądu skrajnego owa sytuacja była gorsza niż położenie niewolnika na brazylijskiej czy wirginijskiej plantacji – i gorsza niż życiowe perspektywy Żyda w warszawskim gettcie A.D. 1942. A to dlatego, że skrajny egoizm, zacietrzewienie, krótkowzroczność, umysłowa tępota oraz wyssane z mlekiem matki przesądy klasowe naszej szlachty, która chłopów w ogóle za ludzi nie uważała, wykluczały jakikolwiek postęp w tej materii. Dopiero oświecona ingerencja państw zaborczych przyniosła ulgę udręczonemu ponad ludzką miarę chłopstwu – czego zresztą pełno jest materialnych świadectw, w postaci chociażby galicyjskich „kapliczek pańszczyźnianych“, pod fundamentami których uwolnieni przez dobrego Cesarza chłopi grzebali w obecności miejscowego landrata, a chociażby i policjanta z cyrkułu, spisy swoich powinności wobec pana – krwiopijcy. Owo uwolnienie z pańszczyźnianego jarzma tak zapadło chłopstwu w pamięć, że jeszcze w latach międzywojennych, podczas budowy drogi, próba przesunięcia takiej kapliczki, z pogrzebanymi pod nią „na wiek wieków“ powinnościami, wywołała zamieszki z ofiarami w ludziach.

Charakterystyczne dla tego stanowiska jest postrzeganie stosunków między dworem a wsią w kategoriach „gry o sumie zerowej“ – taka gra wyklucza jakiekolwiek korzyści ze współpracy. Zysk dworu jest stratą wsi i odwrotnie.

Co ciekawe, do stanowiska tego skłania się także co najmniej jeden zwolennik pozytywizmu prawniczego – co o tyle nie dziwi, że prawodawstwo polskie z całą pewnością z pozytywizmem nic nie miało wspólnego. O czym zresztą między innymi pisałem w „Rzeczypospolitej Rycerzy Bożych“. Prawnik powinien jednak wiedzieć, że częste powtarzania pewnych zakazów i ciągłe obostrzanie kar za ich nieprzestrzeganie, raczej dowodzi owych zakazów nieskuteczności – niż tragicznego położenia dotkniętej nimi grupy ludności.

Rozstrzygnięcie jak to naprawdę z chłopami pańszczyźnianymi było wymagałoby mrówczej pracy, do wykonania której brak mi i środków i kompetencji. Swoją drogą – ciekawe, dlaczego nikt się tego zadania do tej pory nie podjął? Na doktorat zbyt skomplikowane (trzeba by się przez archiwa sądowe, szlacheckie testamenty, księgi parafialne, listy i pamiętniki przekopywać – a zrobienie tego na skalę która by już sensowną syntezę umożliwiała, wymagałoby wielu lat pracy i raczej w pojedynkę jest nie do zrobienia…) – na habilitację, jako praca jednak przyczynkarska, od ważkich tematów politycznych czy militarnych odległa – zbyt skromne..?

Efekt jest taki, jaki jest. O ile wiem, położenie i losy chłopstwa w Polsce średniowiecznej są już, w lepszy lub gorszy sposób opracowane – podobnie opracowane są też dzieje chłopstwa pod zaborami (tu jest o wiele łatwiej, bo pojawia się wcześniej nie znany twór biurokratyczny w postaci policji, której raporty, łatwo dostępne, bo skoncentrowane na ogół w jednym miejscu, znacznie ułatwiają pracę dziejopisa…), a pośrodku – dziura. Nie wiemy więc, czy zjawisko zbiegostwa chłopów ze wsi było incydentalne, czy powszechne. Czy panowie bez trudu zbiegłych chłopów łapali (świadectwa mówiące o łatwym, masowym wręcz wyłapywaniu chłopów zbiegłych przez granicę do jakiegoś węgierskiego magnata na Spiszu, są mimo wszystko czysto lokalnym fenomenem – można założyć, że ów magnat, w dodatku węgierski, zwyczajnie nie dobał o takie drobiazgi jak zaludnienie swoich dóbr, albo nie umiał ich kontrolować…), czy zgoła wprost przeciwnie. Nie wiemy skąd się brali osadnicy np. w dobrach takiego Jaremy Wiśniowieckiego (nie wiemy też, tak do końca, ilu tych osadników było: Romulad Romański, którego biografię kniazia trzymam w tej chwili na kolanach podaje, że wedle spisu z 1640 roku, dobra książęce liczyły 7.603 „dymy“ chłopskie, a wedle spisu z 1645 roku – już 38.460 „dymów“ – że jednak liczba głów chłopskich na każdy „dym“ przypadających to jedynie szacunek, a nie żaden konkret, to nie wiadomo, czy mówimy o liczbie 100 - 150, czy też ponad 200 tysięcy poddanych, których się książę w 5 lat dorobił…). Nie wiemy skąd się brali osadnicy w setkach, jeśli nie w tysiącach wsi w całej Polsce, których nazwy przechowują pamięć o tym, iż ich mieszkańcy korzystali ze zwolnienia z świadczeń na rzecz dworu, musieli zatem być w czyichś dobrach świeżo osadzenia. Jak na przykład pierwotni mieszakńcy mojej Boskiej Woli, na części gruntów sąsiedniej wsi Boże gdzieś w XVII, może w XVIII wieku osadzeni.

Możemy na ten temat snuć jedynie domniemania oparte na wiedzy pozaźródłowej. Nie mam na to żadnych dowodów – ale pomysł, że wszyscy mieszkańcy wszystkich „Wól“ w Polsce przywędrowali do nas z zagranicy – wygląda na szalony. Zresztą wsie zasiedlane przez obcojęzycznych przybyszów zwykle też i tak nazywano, że fakt ich obcego pochodzenia nie ulega wątpliwości. Równie szalony wydaje się pomysł, że takie masowe osadnictwo, zwykle następujące po ciężkich klęskach wojennych i spustoszeniu kraju (stąd większość wsi w Polsce datuje swoje istnienie albo od drugiej połowy XVII, albo od połowy XVIII wieku, kiedy to odbudowywaliśmy się po Potopie i po Wielkiej Wojnie Północnej…) – opierało się tylko i wyłącznie na naturalnym przyroście demograficznym wsi i polegało na przesiedlaniu nadwyżki chłopskiej młodzieży z jednej wsi do drugiej w obrębie dóbr tego samego właściciela.

A skoro te dwa pomysły wyglądają na szalone, to już mniej szalonym wydaje się pomysł, że gros osadników i na Ukrainie i w Polsce właściwej – było zbiegami, którzy w ten sposób „głosując nogami“, przenosili się tam, gdzie im wolnizny i inną pomoc w zagospodarowaniu obiecano. Jeśli tak, to owych zbiegów było tysiące (skoro sam tylko Jarema zdołał – fakt, że na niespokojnej Ukrainie, gdzie mobilność ludności była większa niż gdzie indziej – w 5 lat między 100 a 200 tysięcy przybyszów zgromadzić…). A jeśli było ich tysiące, to znaczy, że ustawodawstwem przeciw zbiegostwu chłopów mogli sobie wielmożni posłowie zadki podcierać. Zakładając, że spisywano je na miękkim papierze ze szmat, a nie na pergaminie…

Nie można też, dyskutując o problemie chłopskim w dawnej Polsce pominąć wpływu owych wielkich zniszczeń, które dwukrotnie, w połowie XVII i na początku XVIII wieku zamieniły prawie cały kraj w pustynię – taką, jak nie przymierzając moje grunta w Boskiej Woli, przez zdychającą komunę w połowie lat 80. porzucone na pastwę samosiejek oraz poszukiwaczy piasku budowlanego i miejsc nielegalnego składowania śmieci (zbliżamy się już do konkluzji, a więc do miejsca, w którym ujawnię tym z Państwa, którzy się jeszcze tego nie domyślają, dlaczego te dwa wątki zbiegły mi się w jednym artykule…). Jasnym jest, że najbiedniejszym taką katastrofę było przeżyć najtrudniej. Jasnym też jest, że w tym właśnie momencie ujawniało się, o czym już pisałem i tu i na łamach „Najwyższego Czasu!“, że stosunki między dworem a wsią nie były bynajmniej grą o sumie zerowej. Wsie prywatne odbudowywały się szybciej od kościelnych, a kościelne – szybciej od królewskich. Czy nie dlatego, że właściciele tych wsi – we własnym interesie – pomagali chłopom w odbudowie? Jak inaczej wytłumaczyć ten fenomen?

Nie można też pominąć wpływu pruskich ceł na Wiśle, a potem wojen napoleońskich i „blokady kontynentalnej“, w połączeniu z dramatycznym wzrostem produkcji żywności na zachodzie Europy w XVIII wieku (dzięki wcześniejszemu tam niż u nas wprowadzeniu płodozmianu) i konkurencją najpierw rosyjskiego, a potem amerykańskiego zboża – co razem spowodowało biednienie środkowoeuropejskiej wsi, oczywiście że dotkliwsze dla chłopów niż dla właścicieli ziemskich. Zwłaszcza, że zaborcza policja wykorzeniła wreszcie owo dla właścicieli tak dokuczliwe zbiegostwo, pozwalając bezkarnie docisnąć śrubę…

Jak dla mnie jednak najpoważniejszym felerem owego zero – jedynkowego opisu jest ukryte pod nim założenie, że chłopi pragnęli wolności. No bo przecież właśnie dlatego tacy byli uciśnieni i zniewoleni, że wolności nie mieli – prawda? Dlatego można ich sytuację do położenia niewolników na wirginijskiej plantacji porównywać.

Wiele zachowań chłopskich z okresu dobrze już zbadanego, czyli zaborczego pozwala określić, czego chłopi pragnęli. Chłopi pragnęli z całą pewnością najeść się: dlatego np. na przednówku tłumnie ciągnęli do cesarskich punktów werbunkowych w Galicji, bo służba w wojsku przynajmniej gwarantowała jakąś strawę. Nie jest też przypadkiem, że powtarzające się lata nieurodzajów, zagrażające wyżywieniu chłopstwa, były najpewniejszą pobudką do buntu.

Chłopi pragnęli mniej pracować – najlepiej, oczywiście, jak można by domniemywać: wcale. To przecież swoje obciążenie pracą na rzecz dziedzica – grzebali pod owymi „kapliczkami pańszczyźnianymi“.

Ponieważ mamy też, prawie tak samo często powtarzane, jak prawa przeciw zbiegostwu, także i prawa przeciw hazardowi, pijaństwu i zbytkowi wśród chłopstwa (a tak…) – możemy też domniemywać, że i zabawić się chłopi by nie odmówili. Kozacy zresztą, wzniecając swoje powstania na Ukrainie, jako jeden z częstszych postulatów wysuwali i ten, żeby im wolno było gorzałkę destylować w dowolnych ilościach i nie tylko na własne potrzeby, ale i na sprzedaż. Widać był to popytny towar.

Gdzie tu jest jakaś abstrakcyjnie rozumiana „wolność“? Źródła nic o żadnej wolności nie mówią – to badacz – zwolennik pewnego określonego poglądu na świat, ową abstrakcyjną „wolność“ pod chłopskie czapki wkłada. Czy ona pod owymi czapkami sama z siebie by się pojawiła, choćby i niejasno wyartykułowana? Nie sposób rozstrzygnąć. Wydaje mi się jednak, że jest to pojęcie dla opisu sytuacji chłopstwa w dawnej Polsce po prostu zbędne. Jako takie powinno więc podpadać pod brzytwę Ockhama.

I właśnie owe śmieci zalegające stosami wokół miast, miasteczek i wsi w całej Polsce są idealnym przykładem na to, że należy unikać wkładania ludziom pod czapki zbędnych dla opisu ich zachowań ideałów. W zupełności wystarczy założyć, że reagują na bodźce.

W naszej gminie, która jest pod tym względem zapewne typowa, mieszkaniec może sobie wybrać jedną z dwóch firm wywożących śmieci, które mają na tym terenie praktyczny monopol, wynikający z posiadania umów z odbiorcą śmieci - wysypiskiem. Wysypisko nie przyjmie śmieci przywiezionych prywatnie (podobnie jak schronisko dla zwierząt na Paluchu w Warszawie nie przyjmuje kotów i psów innych, niż dowiezione przez straż miejską: oryginalny sposób na przerzucenie ciężaru utrzymania lub uśpienia błąkającego się zwierzęcia na barki mieszkańców, którzy okazali się na tyle naiwni, by takowego odłowić i na chwilę przygarnąć…).

Oczywiście, że rozbestwione tym monopolem firmy starają się, w miarę możliwości, nic innego poza pobieraniem opłat od mieszkańców z którymi mają umowy – nie robić. Na początku naszego zamieszkania w Boskiej Woli usiłowałem sprawić, aby śmieciarka odwiedzała także i nasze, w pewnym oddaleniu od wsi położone gospodarstwo. Bezskutecznie. Czy to z przyrodzonej tępoty umysłu (skoro robota lekka, łatwa i przyjemna – to geniuszy do niej nie trzeba…), czy to z małpiej złośliwości i lenistwa, moi rozmówcy po drugiej stronie trubki nie zadali sobie jednak nawet trudu by zrozumieć i zapamiętać moje krótkie przecież i łatwe nazwisko – bez czego, oczywiście, nie byli w stanie odszukać w swoich rejestrach podpisanej przeze mnie umowy. Dałem sobie spokój. Na Nowy Rok firma, która dalej, z uporem godnym lepszej sprawy wystawia mi co miesiąc faktury za jeden, obowiązkowy worek śmieci miesięcznie (ani myślę ich płacić: skoro NIGDY, ANI RAZU do mnie przez 3 lata nie przyjechali..?), przysłała mi też kalendarzyk w którym zaznaczone są dni (po jednym na miesiąc), gdy teoretycznie owe obowiązkowe worki odbiera. Rozumiem, że mam taki worek wziąć na plecy i przespacerować się kilometr do wsi, tak..?

Oczywistym jest też, że nikt nie będzie tak naiwny, by wykupić drugi czy trzeci worek ponad ten obowiązkowy pierwszy, który czy chce czy nie chce, napełnić śmieciami przez miesiąc i zdać musi.

Systemy bywają zresztą różne. W niektórych gminach nie ma obowiązku oddawania worka co miesiąc – można sobie dowolnie przywołać śmieciarkę, gdy się worek napełni. Wówczas, rzecz jasna – worki nie napełniają się w ogóle nigdy, bo naiwnym by był, kto by płacił za coś, co może mieć za darmo.

W gminie sąsiedniej bardziej widać realnie podchodząca do życia władza, pozostawiła publiczne kontenery na śmieci. Co jest jeszcze w miarę najrozsądniejsze: trzeba sobie co prawda zadać trud dostarczenia śmieci do kontenera, ale że jest on w sumie mniejszy niż trud wyrzucenia tych samych śmieci gdzieś za wsią – gmina sąsiednia jest znacząco czystszy od naszej.

Zauważmy bowiem, że na ogół nikt nie zaśmieca własnego obejścia (no… zależy co kto uważa za śmieci jeszcze…), własnych łąk, pól czy lasów. Śmieci wyrzuca się tam, gdzie można zakładać, iż nikt się o ich obecność nie będzie kłócił. Sąsiedzi się śmieją że ja, osiedlając się w Boskiej Woli, zabrałem wsi śmietnik – bo moje obecne grunta, przez dziesięciolecia leżąc bezpańskie, były właśnie najporęczniejszym, jako że stosunkowo najbliżej położonym miejscem, gdzie można się było rzeczy niechcianych pozbyć. Stąd też o śmieciach wiem więcej niż niejeden śmieciarz – jak sądzę. Wiele też wiem o sekretnym życiu wsi, stosy wytworzonych przez jej mieszkańców odpadów przerzuciwszy (wszystkie noworodki jakie się we wsi przez ostatnie 20 lat rodziły zostawiły swoje pieluchy na mojej ziemi – nie ma gorszego rodzaju odpadu, to się w ogóle nie rozkłada! Tak samo wiem o długim i ciężkim życiu z cukrzycą jakiejś babci, po której została mi góra ampułek po insulinie i druga góra strzykawek i igieł – a i ofertę miejscowego sklepu znałem na wylot nim się w nim pierwszy raz pojawiłem, bo wszystkie opakowania można było u mnie znaleźć…).

Śmieci trafiają na bezpańskie – na działki należące do nieobecnych właścicieli (drżyjcie Warszawiacy, którzyście kawałki gruntu za miastem wykupili!), na grunty gminne lub państwowe (najczęściej do lasu właśnie), na nieużytki wszelkiego rodzaju.

Mechanizm tego zjawiska jest prosty. Z jednej strony jest potrzeba: rzeczy niechcianych jakoś pozbyć się należy. Z drugiej sposobność: istnienie w całym kraju wielu bezpańskich i nie pilnowanych działek, na których bezkarnie można śmiecić.

Można by oczywiście – i tak się też robi – apelować do morale Polaków: nie śmiećcie gdzie popadnie, bo w ten sposób i sobie szkodzicie – czyż nie jest rzeczą obrzydliwą spacerować po lesie pełnym śmieci, spod śmieci grzyby czy jagody zbierać, wodę z zaśmieconych ujęć pić czy jeść chleb z ziarna na pokładach wyrzuconego azbestu wyrosłego? Każdy się z tym przecież zgodzi. I każdy będzie dalej robił swoje – ponieważ ma potrzebę pozbycia się rzeczy zbędnych i ma sposobność zrobienia tego bezkosztowo, jeśli tylko w rozsądnej odległości od obejścia znajdzie jakiś bezpański, nie pilnowany kawałek gruntu (z czego tak na marginesie, jasno też i wynika, że Polacy wcale nie śmiecą gdzie popadnie!).

Jest z tym morale dokładnie tak samo jak z ową wolnością w stosunkach pańszczyźnianej wsi ze szlacheckim dworem. Pojęcie to jest całkowicie zbędne i do opisu sytuacji niczego nie wnosi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...