czwartek, 26 maja 2011

Rzeczpospolita Rycerzy Bożych

Podobieństwo uczuć religijnych do narodowych to właściwie truizm. Co najmniej od „Wielkiej Improwizacji“ w III części „Dziadów“ – a i Żeromskiemu trochę później się napisało, cytuję: „Pański syn wielbi ojczyznę jak Boga“. Skąd się to jednak wzięło i jakie miało skutki?

Wieki temu, w doborowym zresztą towarzystwie, wziąłem udział w projekcie, od którego teraz pożyczam tytuł. Z naszej analizy korespondencji „Diabła“ Stadnickiego z wojewodą Hieronimem Jezłowickim wynikło, że zasadnicza rozbieżność między nimi możliwa była do wytłumaczenia w kategoriach religijnych. Stadnicki, jako protestant, wierzył w łaskę i wynikającą z niej indywidualną charyzmę – dzięki której, mógł robić co chciał. Jezłowicki, katolik, przeciwnie – oglądał się na autorytet instytucji. Nie ma zresztą potrzeby tego wszystko powtarzać, każdy zainteresowany może sobie sam przeczytać.

Tak było na samym początku XVII wieku. Jednak w zasadzie aż do końca wieku XIX w odniesieniu do prostego ludu (nie arystokratyczno – szlacheckiej elity) poprawniej jest używać terminu „mówiący po polsku katolik“ – niż „Polak“. Zwykle tak się robi próbując np. ocenić potencjał demograficzny Polaków pod zaborami.

Z kolei Adam Zamoyski w swojej syntezie dziejów Naszej Umęczonej Ojczyzny stawia tezę, że tolerancja religijna Sarmatów stąd się wzięła, iż w czasie, gdy cała Europa do krwi ostatniej (bliźniego swego ma się rozumieć…) debatowała nad ezoterycznymi kwestiami Przeistoczenia i Usprawiedliwienia przez Wiarę – nasi wąsaci i szablaści przodkowie ni mniej ni więcej, tylko próbowali zbudować Raj na Ziemi: wcielić w życie ustrój sprawiedliwy. To z całą pewnością nie jest do końca prawda – i w działaniach „ruchu egzekucyjnego“ i twórców unii lubelskiej czy też elekcji viritim gołym okiem widać przede wszystkim pragmatyzm, a i nieskrywaną, bezwstydną jak na nasze dzisiejsze, zakłamane czasy – dawkę osobistego interesu, zwanego pospolicie „prywatą“. Coś jednak jest na rzeczy – bo teza ta daje się bronić w pewnych granicach. Jeden z legatów apostolskich, bezskutecznie próbujących podniecić letnią wiarę Polaków notował, jak w miarę zmiany tematów dyskusji, ewoluowały nastroje jego rozmówców. Już nie pamiętam ani autora, ani dosłownej treści listu, ale sens był taki, że gdy rozmawiano o dogmatach i liturgii – Polacy okazywali się żarliwymi katolikami. Gdy przyszło do jurysdykcji sądów kościelnych – stawali się zaprzedanymi kalwinami. A już wzmianka o dziesięcinach zmieniała ich wprost w antytrynitarzy!

Można w tym widzieć równie dobrze przejaw kobiecej wręcz niekonsekwencji sarmackich umysłów, interesowności posuniętej do ostatnich granic, jak właśnie, całkiem przeciwnie – swoistego idealizmu, wedle którego niezależnie od takich czy innych różnic w poglądach, wspólne sprawy da się rozumnie i sprawiedliwie rozsądzić, jeśli wszyscy, w tym także Kościół (który, ma się rozumieć, nie miał na to najmniejszej ochoty…) gotowi będą do kompromisu.

Jak Państwo doskonale wiecie z moich poprzednich esejów, w to, że ludzkie sprawy da się rozsądzić rozumnie i sprawiedliwie nie wierzę – w żadnych okolicznościach. Taka zatem hipotetyczna wiara naszych przodków byłaby oczywiście niezgodna ze zdrowym rozsądkiem i dogmatami Kościoła, matki naszej – i całkiem możliwe, że właśnie owa wiara doprowadziła ich do ostatecznego upadku.

Kluczowym terminem dla rozwikłania naszej dzisiejszej zagadki (piszę tak, choć nie wiem, kiedy zdążę wreszcie ten tekst zakończyć – zacząłem go klecić… w niedzielę rano, ale ciągle coś mi przeszkadza dokończyć, choć ma być niedługi!) jest pojęcie „wspólne sprawy“, którego powyżej użyłem.

Przywykliśmy dzisiaj do twierdzenia, że religia to „sprawa prywatna“. Mało tego! Tak naprawdę to i narodowość jest w dzisiejszych czasach „sprawą prywatną“. Kto by dzisiaj, w dobie masowej emigracji za chlebem (i to emigracji nie indyferentnych narodowo społecznych dołów jak wcześniej, tylko potencjalnej młodej elity po studiach – spuśćmy już może zasłonę litościwego milczenia na jakość tych studiów, ale zawsze…) umiał z sensem pisać „Polakiem jestem i mam obowiązki polskie“ – jak nasi XIX-wieczni dla odmiany przodkowie..? To tylko drętwa gadka, coraz częściej używana przez pewnego nie stroniącego od egzotycznych czapeczek, przyszywanego Kaszuba (tak dookólnie to obejmuję, co by ABW czy innemu CBŚ nie robić kłopotu: droga nam strasznie się rozjeździła przez tę suszę, jeszcze by tu kolumną na sygnale pędząc utknęli i byłby wstyd…), który zapomniał co obiecywał był lat temu kilka – że to on ma się starać, by do Polski warto było wrócić, a nie odwrotnie. I zaiste, jest to jedynie drętwa gadka, a ja jestem ostatnim, który miałby P.T. Czytelników jakimś tam patriotyzmem katować.

Musimy jednak zdawać sobie sprawę ze zmiany w ludzkim, a przynajmniej europejskim (no dobrze: co najmniej w polskim – o innych niech się inni wypowiadają…) sposobie myślenia. 100 lat temu i narodowość i religia były „sprawami wspólnymi“. Teraz nie są. Możemy to uważać za wyzwolenie od tyranii grupy, indywidualizację, atomizację czy zgoła alienację – jak kto woli. Ale ta zmiana rzeczywiście zaszła. Czy jest to zmiana trwała? W historii zdarzało się, że syta, pewna siebie i skłonna do intelektualnych gier elita ulegała czemuś na kształt takiej jak my obecnie indywidualizacji. Przydarzyło się to Grekom, potem Rzymianom – i w żadnym razie nie były to zjawiska trwałe. Już późne Cesarstwo to zdecydowany powrót do myślenia kolektywnego. Nigdy też żadna elita nie próbowała tego trudnego sposobu myślenia (trudnego, bo jak Państwo doskonale wiecie, nie ma rzeczy straszniejszej i bardziej wstrętnej ludowi od wolności! O czym też już wiele razy pisałem…) narzucić społecznym dołom.

Biorąc pod uwagę powyższe, prognozy na przyszłość nie rysują się dobrze. Myślenie kolektywne powróci, tyle że pewnie w o wiele bardziej prymitywnej formie niż to było 100 lat temu – plemienia zamiast narodu i pogaństwa zamiast chrześcijaństwa. Nie o prognozach jednak być miało, tylko o stosunku religii do narodowości…

Mam niejasne póki co wrażenie – być może w toku dyskusji z Państwem sprawa ta się rozstrzygnie tak czy inaczej – że zarówno przejście od „spraw wspólnych“ do „spraw prywatnych“, jak i tocząca się równolegle zaciekła wojna między religią a nacjonalizmem o dominację nad „obszarem spraw wspólnych“: że oba te zjawiska wynikły ze wspólnej podstawy.

W końcu to już widać w postawie pana Stadnickiego. Jego sam Bóg osobiście i bez pośredników wybrał, łaską obdarzył i o zbawieniu upewnił – może więc robić, co chce. Może być, jak i był, warchołem i tyranem, tkankę „spraw wspólnych“ niszczącym swoim zachowaniem i przykładem. Odrzucenie autorytetu instytucjonalnego w sprawach religijnych prowadzi także do zakwestionowania takiego samego autorytetu w sprawach publicznych.

Coś musi miejsce tych autorytetów zająć. Miejsce autorytetu religijnego zajmują różnego rodzaju przesądy i zabobony. Nic dziwnego że apogeum polowań na czarownice to okres PO reformacji i że właśnie w krajach protestanckich czarownic spalono zdecydowanie najwięcej (ostatnią spalono na Mazurach w 1811 roku). Polowania te przy tym okazały się nieskuteczne – czarownice przetrwały i obecnie rządzą światem. Dowód? Dowód jest prosty: pokażcie mi Państwo kolorowe czasopismo dla ludu bez horoskopu..?

Co zaś zajmuje miejsce autorytetu świeckiego? Cóż, ludzie nie byli od razu gotowi do przyjęcia kosmopolitycznego pacyfizmu, tolerancji i idei „praw człowieka“. Przynajmniej – nie w skali globalnej. Pomijając wszystko inne, wydaje się, że byli na to niedostatecznie jeszcze syci i zadowoleni z życia – jak coś człowiek boli i uwiera, jak mnie teraz brak dochodów, to dobrze jest przynajmniej symbolicznie sobie ulżyć, na przykład gnębiąc bliźniego swego, co skądinąd jest doskonałym i uniwersalnym remedium na bardzo wiele duchowych mąk.

Tak więc miejsce autorytetu świeckiego zajęła swoista idolatria – kult władzy przebrany w formę nacjonalizmu (co wydaje się, tak na marginesie, zajwiskiem o tyle przypadkowym, że chyba – jak mi się wydaje – nacjonalizm pojawił się tylko dlatego, że przodujące w tej przemianie były kraje Europy Zachodniej, które zarazem, były też stosunkowo najbardziej jednolite językowo i kulturowo), czyli jakby czci ludu dla własnego niemytego jestestwa – wyznając bowiem kult narodu, samego siebie czci tym aktem lud niemyty.

Pierwszym etapem tej przemiany był wybuch ostrego konfliktu pomiędzy władzą świecką a autorytetem duchowym. Widzowie serialu „Ptaki ciernistych krzewów“ którym katowały widzów niektóre z kanałów satelitarnych kilka razy w ostatnim czasie pamiętają jak australijski sędzia pyta się małego chłopca, który pragnie zostać katolickim księdzem: „a jeśli twój kraj znajdzie się w stanie wojny z papieżem, po czyjej staniesz stronie?“ To tradycyjnie anglosaska forma tego konfliktu. We wszystkich krajach chrześcijańskich jednak taki konflikt się pojawił – i wszędzie wygrała go władza świecka, skutecznie eliminując religię z „przestrzeni publicznej“, gdzie mogła stanowić przeszkodę dla nieskrępowanego czerpania radości z panowania i mocy.

W drugim etapie owa „przestrzeń publiczna“ implodowała, pozbawiając władzę świecką sporej części uroku. Otwarta forma tej implozji to czasy dopiero współczesne – ale genezy tego zjawiska dopatrywałbym się w totalitarnych ruchach XX wieku: nie przypadkiem i w nazistowskich Niemczech i w komunistycznej Rosji partia rządzącą (partia – a więc, teoretycznie – dobrowolny związek oparty na wspólnocie subiektywnych przekonań członków!) przejęła wiele funkcji państwa, w tym funkcję najważniejszą – legitymizowania władzy.

Wygląda na to, że jedyną legitymizacją dla obecnych rządów są pełne żołądki rządzonych – i kiedy te żołądki przestaną być pełne, nie uda się w miejsce walących się państw współczesnych stworzyć czegoś nowego: brak jest potencjału dla odbudowy jakiegokolwiek autorytetu, czy to religijnego, czy to świeckiego, bo wszystkie te autorytety uległy już w taki czy w inny sposób erozji.

Polska w czasie, gdy zarówno walka między religią a nacjonalizmem, jak i implozja „przestrzeni publicznej“ zaprzątała świat nie istniała, lub też była państwem o bardzo ograniczonej suwerenności. Pozostawaliśmy zatem na marginesie tych wielkich przemian cywilizacyjnych, raczej je kopiując od innych, niż wnosząc doń jakiś samodzielny wkład.

Tym, co jest u nas oryginalne, to pewne skutki wczesnonowożytnej formy „myślenia kolektywnego“, jakie się w naszych dziejach krwawo odcisnęły. Jak dowodziliśmy wspólnie w przywołanym na wstępie tekście, istotą szlachectwa w rozumieniu tak katolicka Jezłowickiego, jak kalwina Stadnickiego, była jakaś forma wybraństwa – powołania, predystynacji, zwać to można na różne sposoby. Szlachcic polski jednak, aby być szlachcicem, musiał być rycerzem i to rycerzem Bożym – nie byłby sobą i swojej roli społecznej by nie wypełniał, gdyby wedle innych reguł miał postępować.

Mam wrażenie, że ślepe i często, najczęściej – całkiem bezrozumne dążenie do czynu zbrojnego w wieku XIX to właśnie skutek tej mentalno – bytowej kondycji naszej ówczesnej elity. Ona po prostu musiała krwawić, głową w mur bić i trwonić „substancję narodową“ w kolejnych, co pokolenie ponawianych, a z góry daremnych próbach zbrojnego wywalczenia niepodległego państwowego bytu. Nie miało to nic wspólnego z nacjonalizmem (nacjonalizm w Polsce to tak naprawdę dopiero Dmowski – i był to ruch intelektualny radykalnie zrywający tak ze szlachecką tradycją, jak i z powstańczymi metodami!), bo myśmy, byt niepodległy tracąc u końca XVIII wieku, utknęli przez to na wcześniejszym etapie mentalnego rozwoju (czy też, jak kto woli: mentalnej degeneracji…) ludów chrześcijańskich.

Nasze „stronnictwo czynu“ było ruchem religijnym! Nie katolickim co prawda – o tym, jak co przytomniejsi kapłani reagowali na „stronnictwa czynu“ wybryki, też już Państwu pisałem. Ale religijnym – a nie politycznym. Co oczywiście wiele tłumaczy: na przykład tak zastanawiającą dla nas, znających skutki owych szaleńczych czynów, lekkomyślność w podejściu do fundamentalnej zdawałoby się kwestii kalkulacji środków i szans…

sobota, 21 maja 2011

I znów pod wozem – czyli: podanie o pracę

Dopiero co cieszyłem się własną, niezwyczajną jak na moje zwyczaje przenikliwością. Dopiero co byłem dumny z wyjątkowej czujności i praktycznego podejścia do życia: pierwszy raz udało mi się zawczasu wyczuć skąd wiatr wieje i zmienić pracę, nim z poprzedniej zostałem wyrzucony… I co..? I znów pod wozem: płacz i zgrzytanie zębów, a hamletowska pokusa ucieczki w nieistnienie wcale wygląda pociągająco przy tym nieustannym napięciu, tej nieustannej huśtawce nastrojów, od nadziei do beznadziei, od euforii do załamania, tego zmęczenia niepewnością jutra…

Innymi słowy: zostałem wylany na bruk po pierwszej, próbnej trasie. Moja wina. Byłem zbyt pazerny. Rzucałem się na każdą umowę, nawet taką, która u szefostwa niekoniecznie wzbudziła następnie entuzjazm – czy to dlatego, że była nieco na bakier z „filozofią“ sprzedaży ziół, czy to – dlatego, że wiązała środki firmy w tzw. „firmowych ratach“. Jakkolwiek – reakcja na takie wykroczenie w postaci natychmiastowej dymisji i tak wygląda na nieco przesadną. W końcu sprzedawałem wcale dobrze. Prawie 6 patyków obrotu na czterech spotkaniach, przy bardzo przeciętnej frekwencji i mocno już wyeksploatowanej białostockiej trasie, gdzie takie same zioła sprzedawano ledwo miesiąc wcześniej..? W normalnych okolicznościach dostałbym zje…ki i tyle. Okoliczności nie są normalne: moja nowa – stara (bo to był powrót do poprzedniego wcielenia tych samych ziółek…) firma zwyczajnie ledwo zipie finansowo i stąd nerwowość kierownictwa. W dodatku trasę miałem wspólną z pewnym… a, nie będę się wyrażał! Dość, że okazałem się nie tylko nazbyt pazerny, ale i zbyt wyrozumiały, bo nie chcąc drażnić zapędzonego w kąt szczura dałem mu fory – z tragicznym dla siebie skutkiem. I całe powstrzymywanie się – z myślą o Lepszej Połowie, koniach, koćkodanach i Boskiej Woli – przed rzuceniem w Diabły tego obrzydliwego towarzystwa i pospiesznym powrotem do domu – na nic się zdało. A taką miałem pokusę zostawić drania w Supraślu już w czwartek wieczór (byliśmy MOIM samochodem…)!

Co teraz? Teraz, zanim ulegnę pokusie ucieczki w nieistnienie, pozostaje mi już tylko – napisać Podanie o Pracę. Jako, że wysłałem przez ostatnie cztery lata takich podań  (zwanych nowomownie „listami motywacyjnymi“) setki, jeśli nie tysiące – mam nadzieję tym konkretnym Podaniem, przynajmniej Państwa P.T. Czytelników ubawić.

Szanowni Państwo!

Z całą pewnością i bez najmniejszych wątpliwości, jestem idealnym kandydatem na oferowane przez Państwa stanowisko – niezależnie od tego, jakie..! Przesądza o tym bowiem nie moje doświadczenie – nadzwyczaj, swoją drogą, różnorodne – a przede wszystkim: odziedziczone po przodkach i pracowicie przez lat bez mała czterdzieści rozwijane cechy osobowości.

Zajęciem, które sprawia mi najwięcej satysfakcji, jest wywożenie i układanie na naszej pustyni w Boskiej Woli końskiego gówna. Efekty tej działalności, jakkolwiek zmiana krajobrazu zachodzi raczej powoli, są jednak widoczne niemal od razu – a to niemała pociecha w tych ciężkich czasach. Zamiłowanie do tego rodzaju konstruktywnych zachowań przejawiałem już jako ledwo dukający literki smarkacz. Zapytajcie moją Matkę. Ulubioną zabawką małego Jacusia zimą były klocki, z których budował zamki i miasta, a latem – piasek, z którego wznosił całe metropolie. Układanie na pustyni kolejnych warstw guana bardzo te dziecinne zabawy przypomina – w końcu struktura wypiera chaos…

Byłbym znakomitym sprzątaczem. Niestety, za każdym razem gdy wysyłałem moje przeintelektualizowane CV z taką propozycją, odpowiedzią było tylko pogardliwe milczenie. Nie rozumiem zupełnie dlaczego? Czyżby zakładano, że ukończenie studiów wyklucza zdolność operowania miotłą i mopem? Prawdą jest, że z wiertarką, heblarką czy szlifierką radzę sobie w sposób wzbudzający politowanie moich bardziej doświadczonych sąsiadów – dzieła moich rąk jednak, jakkolwiek toporne, cechuje zwykle duża jak na improwizowany materiał z którego powstały – trwałość.

Drugim co do frajdy zajęciem, jest bawienie Państwa mową lekką a treściwą. Nie zawsze mi się to udaje. Doskonale wiem, że łatwo popadam w dłużyzny, trzyma się mnie obrzydliwa niekiedy maniera, no i – bywam zmęczony. Jak teraz. Dlatego nie przedłużam tego listu ponad miarę i dalsze z moich niewątpliwych zalet, wyliczę już w telegraficznym skrócie.

Bardzo łatwo podejmuję decyzje. Absolutnie nie daję gwarancji, że będą to decyzje trafne! Jak teraz właśnie, kiedy zadecydowałem – i przegrałem. Na tym niedoskonałym świecie, gdzie błąd jest nieodłączny od działania – bardzo często jednak o wiele lepiej jest błądzić i potykać się, ale iść naprzód, niż stać w miejscu oglądając się na szefa. Skądinąd tym łatwiej takich nieporozumień uniknąć, im precyzyjniej szef określi, czego sobie absolutnie nie życzy – nie ulega wątpliwości że wszystkiego, co poza tymi zakazami pozostanie, szybko spróbuję!

Moje zdolności twórcze ograniczają się raczej do łatwości żonglowania elementami które już znam, odkrywania nowych ich kombinacji i zastosowań – czy to jednak mało..? Nie wymyślę całkiem nowego biznesu, ale z pewnością potrafię wycisnąć ostatnią złotówkę z rynku, doskonaląc istniejący model.

Ponieważ jestem biedny, a bieda niestety demoralizuje, postawiony wobec konieczności wyboru między interesem własnym, a interesem szefa – niczego nie gwarantuję w kwestii tego, jakiego wyboru dokonam (poza tym, że dokonam tego wyboru szybko!). Czy jednak aż tak trudno jest do takich konfliktów nie dopuszczać..? Wystarczo przecież jasno określić zadania i kompetencje. Po licznych doświadczeniach z biurokracją państwową i prywatną, z pewnością umiałbym to zrobić – za szefa, jeśli dla niego byłoby to zbyt skomplikowane!

Mam kilka pomysłów na biznes. O niektórych z nich już tu pisałem. Właśnie przyszedł mi do głowy kolejny… Ale o tym na razie – cyt!

Jeśli ktoś z Państwa pragnie powierzyć swoje pieniądze, konie lub biznes w dobre ręce – lepszych od moich łatwo nie znajdzie.

Kreśląc powyższy list, tym się przynajmniej pocieszam – że poniekąd znalazłem się dzięki temu w dobrym towarzystwie. Zwykle przyjmuje się bowiem, że Mikołaj Machiavelli dlatego napisał i opublikował „Księcia“, że długo był bezrobotnym dyplomatą i wyczerpał wszelkie posiadane koneksje i znajomości w daremnym poszukiwaniu pracodawcy. Uciekł się zatem do publikacji jako formy ogłoszenia o gotowości podjęcia pracy.

Podobnym „Podaniem o pracę“ jest też i „Sztuka wojowania mistrza Sun“. Ten wielki teoretyk wojny, jak się przypuszcza, w rzeczywistości dowodził w niewielu kampaniach, bo głównie zajmowało go poszukiwanie pracy – mimo, że stosunki między chińskimi państewkami 2500 lat temu przypominały sejmik szlachecki, o pensję i służbowy rydwan dla generała wcale nie było tak łatwo.

Moje wymagania płacowe są o wiele niższe niż oczekiwania tych dwóch słynnych bezrobotnych. Nie śmiałbym zresztą porównywać moich miernych zdolności do takich geniuszy – i jeśli jednak zestawiłem się z nimi na jednej, zakurzonej zresztą i zapomnianej półce – to głównie dlatego, że ani jednemu, ani drugiemu ich publiczne „Podanie o pracę“ nic nie dało: jak byli bezrobotni, tak bezrobotni pozostali… W czym widzę najważniejsze między mną a nimi podobieństwo!

To napisawszy, biorę się za porządkowanie skrzynki mailowej po tygodniowej nieobecności. Trochę na nią przyszło ofert pracy – a nuż, ktoś jednak, w drodze wyjątku, odpowie na moją ofertę..?

niedziela, 15 maja 2011

Nostalgia

Jutro skoro świt ruszam na podbój Białegostoku. O czym dowiedziałem się w piątek wieczorem – i jak na razie trzyma mnie w związku z tym ciężki atak nostalgii. Planowo miałem jeszcze przyszły tydzień próżnować, a ruszyć w Polskę dopiero w następny poniedziałek. A że akurat udało mi się zrealizować pewne uboczne zlecenie i w zasadzie na brak gotówki nie narzekam, to mi to nie tylko nie przeszkadzało, ale wręcz byłem zadowolony.

W końcu: mamy fajne zwierzaki, w Boskiej Woli jest teraz przecudnie (Lepsza Połowa wczoraj przyznała, co ja już dawno twierdziłem, że lepszego powietrza nigdzie na świecie nie ma! Fakt: ponieważ ja częściej ruszam się stąd w świat w szeroki, to mam porównanie, jej to było trudniej stwierdzić…), roślinki które posadziliśmy pięknie wschodzą – czemu się tym nie cieszyć..?
Z doświadczenia wiem, że po pierwszym dniu w trasie nostalgia przejdzie. To jest trochę jak polowanie: uda się sprzedać, czy się nie uda..?

Chciałem wysłać Lepszą Połowę na Targi Książki. Nie udało się. Raz, że się nie najlepiej czuła. A dwa – i to ważniejszy był powód – że musiałem się na gwałt do wyjazdu przygotować, uzupełniając choć trochę braki w garderobie i wyposażeniu. Skutkiem czego wylądowaliśmy wczoraj w jednym z warszawskich centrów handlowych – a dawno nas tam nie było, oj dawno! W porównaniu z „Pierdonką“ – pusto. Do kas w ogóle nie było kolejek. A wcale niekoniecznie wszystko od razu droższe. Podrobów na przykład, które są smacznym i tanim gatunkiem mięsa, w „Pierdonce“ w ogóle nie ma (trafiają się w innym wareckim sklepie, lokalnej sieci, w którym generalnie się w mięso zaopatrujemy – ale nauczeni przykrym doświadczeniem, na ogół je omijamy szerokim łukiem, bo jakoś trudno zachować im świeżość…), a w Carrefourze wybór był spory. Ki Diabeł..?

Przy okazji rozwiązałem – oczywiście częściowo, nie może to być, aby udało mi się rozwiązać taki problem od jednego zamachu – kwestię naszego internetu. CDMA na poziomie „pokojowym“ nie ma tutaj żadnego zasięgu, oczywisty dość pomysł z wykorzystaniem kabla antenowego, którego trochę mam, aby odbiór polepszyć nie wypalił – a dołączona do zestawu bateria w ogóle nie działała, skutkiem czego nie mogłem się z urządzeniem powspinać na dach czy na drzewa, jak planowałem, żeby sprawdzić gdzie ów zasięg wreszcie będzie – oddałem więc ustrojstwo, tracąc przy tym 69 zeta za „aktywację“. Cóż pozostało..? Pozostało przeprosić się z Erą, co właśnie wczoraj uczyniłem.

W efekcie mamy teraz nie 1, a 4 GB miesięcznego transferu danych i o 10 zeta taniej. Oraz nowy modem usb, którego – jak się okazało – nasz końputerek zwyczajnie nie widzi. Dopytałem się już na makowym forum: widać sterownik pod Intela napisany, jak nie widzi, to i nie zobaczy, nie ma co nawet próbować. Bujam się zatem ze starym modemem na razie. Co rodzi jednakowoż dwa problemy.

Po pierwsze: ów stary modem jak tylko mu się gwarancja skończyła, począł nam wieszać system. Nie było mowy, żeby wystartować końputer, póki prowadzący od niego kabelek tkwił w gniazdku. Miałem nadzieję, że nowe urządzenie takich kłopotów sprawiać nie będzie…

Po drugie: owe 4 GB mamy podzielone (przynajmniej na najbliższe pięć miesięcy) na dwie karty SIM, a to rodzi pokusę, aby uruchomić nasze milczące od dwóch lat „Titanium“ – miałbym laptopa na wyjazdy i nie traciłbym z Państwem kontaktu, względnie nie musiałbym po bibliotekach publicznych przesiadywać…

Cóż: na razie, korzystając z większego limitu ściągnąłem część (bo do całości to jeszcze dłuuugo…) update’ów do naszego systemu i o dziwo, chwilowo startuje się elegancko bez wyciągania wtyczki. Swoją drogą muszę nabyć drogą kupna – sprzedaży butującą płytkę z systemem, nasze twarde dyski z całą pewnością wymagają już przejrzenia i naprawy. Próbuję też ściągnąć Launch2Net, może to naszego nowego modema zobaczy. Jak nie – pozostanie, po ewentualnym uruchomieniu „Titanium“ kupić gdzieś drugi stary modem do blueconnecta.

Wracając z owego warszawskiego centrum handlowego, spóźniliśmy się o 40 minut z obiadem dla koni. Efekt? Wszystkie trzy achałtekinki czekała na nas koło chatki. Tak jest, słusznie się Państwo domyślacie – POZA ogrodzeniem. To, że na nas czekały, zamiast pójść w długą, to jest good news. Ale bad news, a nawet: very bad news jest taki, że aby teren ogrodzony opuścić, nie zrobiły żadnej wielkiej dziury w ogrodzeniu. Starczyło im jedną linkę przerwać – i najwidoczniej piękny i dzielny koń Lepszej Połowy, który do tej pory był zbyt sztywny, żeby tej sztuki dokonać – przecisnął się pod górną, stalową belką. A to oznacza, że może to robić także i w przyszłości…
W ogóle, niestety, letni sezon ucieczkowy uważam za otwarty. Poprzedniej nocy dwa chipsy, czyli Osman Guli z Margire wybywały poza ogrodzenie trzykrotnie. A przynajmniej – tyle razy budziły nas z głośnym tupaniem WRACAJĄC do domu. Jedna z nich wlazła też z kopytami do ogródka warzywnego Lepszej Połowy – musiałem w trybie alarmowym poprawić jego konioodporność poprzez dodanie jeszcze jednej linki górą, wygląda to teraz jak ring bokserski, aż nie chce mi się tego Państwu pokazywać.

Wieczorem, gdy ostatni raz szedłem zobaczyć, co tam u nich słychać, Maleństwo jak raz też pasło się przed chatką, a nie na padoku. A jej to już w ogóle żadna dziura w ogrodzeniu nie jest potrzebna – jak chce, to wychodzi. Zaiste, dziwnym jest, że przy śniadaniu była ze stadem: albo nie chciało się jej wymykać, albo – co też jest możliwe – przed świtem z wycieczki wróciła.

Powody tych wycieczek z włamaniem są generalnie dwa. Po pierwsze: Wielki Straszny Zwierz, osobliwie w najgorętszej porze dnia, nie dopuszcza nikogo do wodopoju, monopolizując dla Mafii Geriatrycznej wiatę z napełnioną wodą wanną w całości. Jak jesteśmy, to się ją raz na jakiś czas przestawia, żeby reszta też mogła się napić… Po drugie: brzózki rosnące na Pierwszym Padoku straciły już skutkiem uporczywych działań koniowatych wszystkie gałęzie, o które można było się obcierać w celu podrapania różnych swędzących miejsc. Koniowate zatem przeszły w tryb aktywnego poszukiwania nowych chaszczy drapiących – a te są poza ogrodzeniem właśnie.
Połamały wczoraj, tak na nas przy chatce czekając, kilka pomniejszych okolicznych olszyn…

Trawa na Pierwszym Padoku jeszcze jest. Piszę „jeszcze“, choć i rok temu i dwa lata temu takie słowo w ogóle nie przyszłoby mi do głowy – trawa była cały czas, jeszcze prawdziwe gąszcze niedojadów po koniach zostawały (skosił je jesienią Radek, druh mój serdeczny, część tylko zbierając – reszta leży tam do tej pory, już na szczęście przerośnięta młodą trawą, lubo nie do końca…). Teraz tak dobrze nie ma. Padok jest już w jakichś 90% przystrzyżony jak angielski trawnik. Stąd też z nadzieją wpatrujemy się w zasnute ołowianymi chmurami niebo i czekamy kiedy wreszcie spadnie z nich zapowiadany przez prognozę pogody deszcz. Bez deszczu – zginiemy!

To znaczy: jest jeszcze Wielki Padok – ale tam koniowate mają pójść dopiero po sianokosach, inaczej nie będziemy dla nich mieli zapasów na zimę.

wtorek, 10 maja 2011

Kult rozumu

Trudno sobie wyobrazić bardziej różnych myślicieli niż Sokrates i Konfucjusz. Sokrates zakwestionował tradycję – do tej pory przyjmowaną bezkrytycznie a więc bezmyślnie. Każdy filozof Zachodu jest od tej pory rewolucjonistą. Nawet, jeśli sam twierdzi coś zgoła przeciwnego. Każdy bowiem, w taki czy w inny sposób, domaga się, aby instytucje i zwyczaje opowiedziały się przed nim jakąś racją, jakimś uzasadnieniem swego istnienia – a już samo takie pytanie sprawia, że tracą one swój urok. Rozum bowiem, jeśli nawet uznaje instytucje czy zwyczaje za dobre, przez sam tylko fakt iż je osądził, staje ponad nimi.

Konfucjusz przeciwnie – uznawszy za dobro najwyższe pokój i harmonię społeczną, dał tradycji nowe uzasadnienie. Uznał bowiem, że tradycja, a przede wszystkim zawarte w niej rytuały, są istotą człowieczeństwa. To one bowiem czynią człowieka istotą społeczną, że zaś „społeczność“ jest jego cechą specyficzną, odróżniającą go od wszystkich innych istot, bez rytuałów nie można być człowiekiem. Skądiną jednak, czyż takie postawienie sprawy nie powoduje, że owe rytuały, owa uświęcona przez wieki tradycja – stają się aby tylko narzędziem w rękach panujących, dzięki którym mogą oni utrzymywać swoje panowanie..? Bo też i nie minęło wiele pokoleń po Konfucjuszu, gdy pojawili się w Chinach myśliciele otwarcie i cynicznie to właśnie głoszący – nazwano ich „szkołą legistów“. Oficjalnie zostali potępieni, ale ich dzieła, przechowywane w dziale prohibitów Biblioteki Cesarskiej, były jak najpilniej studiowane przez cesarzy i ich ministrów.

Czy sprowadzenie tradycji do roli podpory władzy nie jest aby dość podobne w skutkach do zakwestionowania jej prawomocności frontalnie niejako, bo poprzez zapytanie o jej rację..?

Jak więc widać, różnica między Sokratesem a Konfucjuszem pod pewnymi względami nie jest znowuż aż tak wielka. Jeden w miejsce kultu tradycji stworzył kult rozumu – a drugi: kult władzy.

Twórczym połączeniem obu tych koncepcji jest oświeceniowy kult uczonych. Jeśli w bitwie pod Piramidami młody Bonaparte zakomenderował: „osły i uczeni do środka czworoboku“ – to nie dlatego, że przyrównywał uczonych do osłów, ale dlatego, że chciał w najwyższym stopniu chronić dwa zasoby, które uważał za najcenniejsze: bagaże Armii Wschodu, złożone na grzbietach osłów, bez których to bagaży dalsze wojowanie nie byłoby możliwe, oraz uczonych po których pomysłowości spodziewał się uczynienia swojego podboju trwałym i opłacalnym.

Bezmyślna wierność tradycji jest z pewnością rodzajem niewoli. W końcu po to mamy rozum, żeby rozumować. Czy jednak ów rozum puszczony samopas bez żadnych zgoła kagańców daje nam więcej wolności niż mieliśmy, kiedyśmy bezmyślnie i bez zastanowienia kłaniali się wschodzącemu nad prasłowiańską puszczą słońcu, smarowali rany po bełcie z kuszy niedźwiedzim sadłem, a na kołtun stosowali ogrzewanie skołtunionego łba wraz z całą resztą niemytego ciała w dobrze rozgrzanym chlebowym piecu przez trzy pacierze..?

Z punktu widzenia filozofa – a jest to zwykle jegomość tyleż ekscentryczny co niepraktyczny – z całą pewnością życie wedle wskazówek rozumu jest opłacalną strategią życiową. Można dzięki temu spokojnie wykpić się od uciążliwych, a trudnych do spełnienia obowiązków w rodzaju obtańcowywania nie widzianych od dziesięciu lat cioć na weselu (brr..!), czy przypijania ohydną, ciepłą i słodką „weselną“ wódką z rozrobionego z miodem spirytusu „Royal“ do równie dawno nie widzianych wujów, zbyć pełnym pogardy milczeniem natrętne pytania o ślub i prokreację potomstwa czy też skwitować pustym śmiechem upomnienia Rodziny tyczące się braku stałego etatu, składek na ZUS i perspektyw na jakąkolwiek emeryturę w przyszłości (jakby odprowadzanie tzw. „składek“ na ZUS cokolwiek w tej materii gwarantowało…). W końcu życie po to, aby zostać emerytem – to smutny absurd, który przed „trybunałem rozumu“ nie wytrzymuje ani pięciu sekund obrony – czyż nie..? Żyje się po to, aby żyć, tu i teraz – a nie po to, aby za lat 30 z okładem móc sobie „odpocząć“, grzejąc stare i pokrzywione kości w sanatorium czy chodząc pasjami na pokazy garnków, pościeli wełnianej i ziół…

Jeśli jednak osobistą perspektywę rozumującego filozofa zastąpić szerszym ujęciem, uwzględniającym także i społeczny kontekst jego działalności, sprawa przestaje być taka oczywista. Pal Diabli ów ZUS. Koniec końców trudno uznać ZUS za „instytucję tradycyjną“. Całkiem wprost przeciwnie – jakiś filozof – rewolucjonista wymyślił kiedyś że niedobrze jest, jeśli starzy ludzie pozostają na łasce swoich dzieci skoro nie zdołali przez całe życie odłożyć żadnych oszczędności na starość, albo i na łasce obcych, jeśli i dzieci i oszczędności im brak i muszą o kromkę chleba żebrać w kruchcie kościoła – i wymyślił ZUS. Było to ok. 140 lat temu w bismarckowskich Niemczech – przez ten czas instytucja ta, z całym bagażem wyłącznie złych skutków jakie ze sobą niesie, zdołała się już głęboko zakorzenić w umysłach prostego ludu, który obecnie starości bez emerytury nie potrafi sobie wyobrazić – dokładnie tak samo, jak w czasach Sokratesa jego współcześni nie umieli sobie wyobrazić życia bez „bogów czczonych przez państwo“. Jeśli filozofia pomaga nam uwolnić się od niewoli bezmyślnej wiary w ZUS – to nie da się ukryć jednak, że w ten sposób naprawiamy tylko szkodę, którą inna filozofia wcześniej zdołała wyrządzić.

Pozostałe zaś skutki życiowej postawy naszego filozofa, już nawet i tej nie mają zasługi. Bo czyż dążenie do zawierania małżeństw i posiadania dzieci znajduje uzasadnienie przed „trybunałem rozumu“..? No niespecjalnie. Jakieś siódme poty, jakieś nieartykułowane dźwięki, wypieki na twarzy, pocieranie części naskórka, potem wymioty i bezsenne noce, ból potworny, a na koniec: mały potworek który najpierw nie daje spać nieustannym rykiem, a potem podbiera pieniądze, ćpa, chleje i sprowadza partnerów jeszcze pewnie – tej samej płci – pod rodzinny dach, żeby mogli splądrować starym chatę… Chyba – że w dodatku do owych 40 sekund przyjemności, zainwestujemy jeszcze w co najmniej 20 lat wychowania, to może tak nie będzie – ale też: jakim kosztem..? Nie, ta gra zwyczajnie nie ma sensu – wypłata jest za niska w stosunku do inwestycji…

Co by się jednak działo, gdyby do tej, jakże rozumnej konkluzji, doszła ludność w skali powszechnej..? Pomijam tu falę bankructw w przemyśle ślubnym (w tym nieunikniony spadek z anteny jednego z ulubionych programów Lepszej Połowy na kanale BBC Lifestyle – tego o urządzaniu wesel..: kompletnie nie rozumiem, co w tym takiego ciekawego..?), w budownictwie – które wszak ma być rzekomo „kołem zamachowym“ całej gospodarki, wreszcie: w przemyśle edukacyjnym, a jest już i u nas nawet taki przemysł i mamy paru serdecznych przyjaciół którzy pracują w tej branży i już narzekają na demograficzny niż, który cięciami etatów na uczelniach skutkuje – to są wszystko jeszcze drobiazgi, z którymi dałoby się jakoś żyć. Pytanie tylko: KTO miałby żyć z tymi drobiazgami po śmierci tak rozumnie rozumującego pokolenia..?

Jak więc widzimy, kult rozumu łatwo może zaprowadzić na manowce. Ja to Państwu tu w formie lekkostrawnej anegdotki opowiadam, ale przecież rozumiemy się chyba, że nie o to chodzi? Bo w praktyce, skutki działania oświeceniowego sojuszu biurokracji z uczelnianą katedrą były co najmniej tyle razy zbrodnicze, ile razy śmieszne. Bo czyż „ekonomia polityczna socjalizmu“ nie była rozumna, racjonalna i setkami takich katedr w swej rozumnej racjonalności uwznioślona? Ależ była. Że metodologia tej pseudonauki nie wytrzymuje krytyki, a jej uczelniane uwznioślenie było ogromnym oszustwem, chyba ciągle jeszcze większym od mitu „globalnego ocieplenia“..? A jaka to niby ma być pociecha dla ofiar..? Nawet nie wiemy do tej pory, ileż to milionów tych ofiar było…

Czyż polityka „walki narodów“, albo „walki ras“ nie była w swoim czasie rozumna, racjonalna i przynajmniej dziesiątkami uczelnianych katedr tak samo jak „ekonomia polityczna socjalizmu“ unaukowiona? Nikt o tym teraz nie chce pamiętać – ale zapewniam Państwa: jak najbardziej była! Mało tego. Wcale nie tak ze szczętem została wyklęta i zapomniana, jak to się może wydawać. Wszak eugenika należy do tej samej zgoła parafii – wszystkie te teorie ze swoiście (perwersyjnie – mógłby obrońca nauki dodać) rozumianego darwinizmu wyrastają.

Owa perwersyjność czy nieperwersyjność rozumienia pewnych teorii pozostaje jednak na ogół niedocieczona dla szerokich rzesz prostego ludu. Co z tego, że Hayek czy Mises mieli rację pisząc o niemożliwości skutecznej budowy komunistycznej utopii? Co z tego, że dziś nikt się otwarcie nie przyzna do tego, że z darwinizmu można w ogóle wysnuć jako praktyczną wskazówkę – doktrynę bezwzględnego, biologicznego niszczenia całych narodów uznanych za wrogie, bo okupujące „przestrzeń życiową“, którą ktoś chce zająć..?

Za 100 lat zapewne żaden klimatolog nie będzie się chciał przyznać do tego, że z jego niewinnej obserwacji chmurek można wysnuć wnioski skazujące 5 miliardów ludzi na życie w wiecznej nędzy – w interesie uprzywilejowanego miliarda, który ubzdurał sobie przeciwdziałać naturalnym, zachodzącym nieprzerwanie od milionleci zmianom ziemskiego klimatu i pod tym pretekstem na zawsze powstrzymać uprzemysłowienie biednego do tej pory Południa (dodałbym jeszcze, że owo biedne Południe jest w dodatku rumiane, by nie rzec wręcz: kolorowe – ale przecież do rasizmu to się nikt już dziś na pewno nie przyzna, prawda..?). Ba! Znajdźcie mi za lat 5, góra 10 – takiego ekonomistę (pomijający chorych na starczą demencję, którzy utracą w międzyczasie kontakt z rzeczywistością…), który się przyzna do „ekonomii popytowej“..? Założę się o dowolną ilość papierowych pieniędzy, że takich za lat 5, góra 10, już nie będzie… A czyż „ekonomia popytowa“ nie jest rozumna, racjonalna, a nawet wręcz: jedynie słuszna – i to na zdecydowanej większości uczelni..?

Szerokie rzesze prostego ludu mają takich spraw nie dociekać. Im się od przedszkola wbija do głowy, że uczeni mogą wszystko – że od uczonych zależy całe nasze życie, cała nasza przyszłość. Cokolwiek zatem powiedzą – jest z definicji słuszne i obowiązujące.

Co zaś uczeni mówią? Mówią to, za co im się płaci, to proste. Nauka współczesna stopniowo zaczyna przypominać tradycję w ujęciu konfucjańskim. Owa tradycja „w ujęciu konfucjańskim“, jak już powyżej pisałem, była tylko narzędziem w ręku władzy.

Owszem, nie wszyscy uczeni tak postępują. Fizykom – teoretykom zostawia się na ogół więcej swobody niż socjologom czy ekonomistom: nie wspomnę już o mojej własnej dziedzinie, czyli politologii, której współcześnie nie da się w żaden sposób odróżnić od pospolitej politgramoty. Co mnie, swoją drogą już wieki temu na studiach wkurzało – bo jak można słowo w słowo wkuwać na pamięć podręcznik do przedmiotu pod nazwą „organizacje międzynarodowe“ i co gorsza, naprawdę wierzyć w najoczywiściej wierutne bzdury, które są w nim zawarte..? A była taka jedna koleżanka, która tak właśnie robiła – do tej pory na samo wspomnienie dreszcze mnie przechodzą.

Co nas może ratować przed tyranią szalonego rozumu? Filozofia..? A gdzieżby tam! Jestem przygotowany na zarzut, że w całym powyższym tekście mieszam filozofię z nauką. Jednak teza o przeciwieństwie filozofii i nauki, jest tezą wyłącznie filozoficzną – konkretnie jest to teza szalonych, jak to zwykle filozofowie, samolikwidatorów tej gałązi wiedzy spod znaku Koła Wiedeńskiego i neopozytywizmu: wolno mi się z Kołem Wiedeńskim i neopozytywizmem nie zgadzać, skoro taka moja wola, zmusić mnie zatem do przeciwstawiania filozofii nauce nikt nie może. Dla potrzeb powyższych rozważań zresztą, przeciwstawienie to zwyczajnie nie ma sensu. Jeśliby nawet bowiem filozofia nie była jedną z nauk, ani też nie była nauką w ogóle – to tak samo jak nauka posługuje się rozumem i tak samo jak nauka kwestionuje wszystko: z samą sobą jak widać i z prawomocnością filozofowania jako myślenia naukowego, jak widać – włącznie.

Filozofia jednak, jakkolwiek by nie była rozumiana i uprawiana, sama nas przed tyranią spuszczonego ze smyczy rozumu (w istocie rzeczy służącego w tej postaci najpierwotniejszym i najprymitywniejszym chuciom – ale w psychoanalizę akurat nie wierzę tak samo mocno, jak nie wierzę w neopozytywizm…) nie obroni. Jedyną bowiem ucieczką przed tą tyranią jest ów pogardzany, zapomniany, anachroniczny, bezmyślny, bezrefleksyjny i pozbawiony racji oraz uzasadnienia: obyczaj. A konkretnie: zwykła, tradycyjna i nieoświecona przyzwoitość.

Czy przyzwoicie jest rozmyślać chociaż nad pozbawianiem innych ludzi ich własności? Czy przyzwoicie jest knuć zagładę wszystkim, którzy mówią innym językiem lub jakoś inaczej wyróżniają się z tłumu? Czy przyzwoicie jest odmawiać Chińczykom i Hindusom tego, co Niemcy, Brytyjczycy, Francuzi i Amerykanie mieli już 100 i więcej lat temu? Każdy sam może sobie na te pytania odpowiedzieć…

Oczywiście, nie mam złudzeń, że cokolwiek taką jeremiadą zmienię – sojusz biurokracji z uczelnianą katedrą jest dla obu partnerów na tyle opłacalny, że go dobrowolnie nie odstąpią. Powrót do bezrefleksyjnie pojmowanej tradycji jest już zresztą po Sokratesie (i po Konfucjuszu też, po Konfucjuszu też – tylko na inny sposób nieco…), zwyczajnie niemożliwy. Jak pisał bowiem Mistrz Lem – „ludzki rozum będąc wszechzwrotnym, jest też i samozwrotny“, a to daje mu możliwość stawiania pytań, które kwestionują zasady jego własnego działania, a możliwość samozagłady naszego gatunku pozostanie już na zawsze tak samo realna, jak możliwość jego dalszego przetrwania – nie da się zakryć tego, co już zostało odkryte… Cóż zrobić..? Wyrośliśmy z pieluch, bezpieczne dzieciństwo pod opieką obyczaju jest już za nami – teraz trzeba zdanie po zdaniu, przecinek po przecinku, walczyć z kultem fałszywych bogów: rozum obaliwszy pierwej swych poprzedników, sam się takim bożkiem stał, a nie powinien. Jest to bowiem zwyczajnie – nieprzyzwoite.

sobota, 7 maja 2011

Nowe fronty Kuomintangu…

Istnieje pewna ciekawa teoria fizyczna, której ostatecznych konsekwencji dla naszego tu i teraz nikt chyba jeszcze nawet i nie badał. Otóż wedle obliczeń które przeprowadził Seth Lloyd z MIT, cały obserwowalny Wszechświat (a więc ta jego część, o której przynajmniej teoretycznie coś możemy wiedzieć lub dowiedzieć się w przyszłości, jako że mieści się wewnątrz naszego „horyzontu zdarzeń“, wyznaczanego biegiem światła) zawiera „zaledwie“ 10120 bitów informacji.

Przeczytałem to jakiś czas temu w książce Pawła Daviesa pt. „Kosmiczna wygrana“. Książka ma już parę lat, a poza tym, to zaledwie dzieło popularyzatorskie, a nie praca naukowa – ale szczegóły nie są tu istotne! Czy będzie to 10120 czy też 10160: nie jest to takie ważne w porównaniu do fundamentalnej zupełnie kwestii. Ilość informacji jaką może zawierać nasz Wszechświat jest skończona.

Dla Daviesa był to punkt wyjścia do pewnych subtelnych rozważań na temat powstania życia, celowości i natury praw fizycznych. Ale przecież konsekwencje tego wstrząsającego (dla tych, którzy nie czytali książek Stanisława Lema: Mistrz to samo pół wieku wcześniej pisał…) odkrycia są o wiele bardziej prozaiczne.

Państwo czytając ten artykuł, a nie jakiś inny – dokonując wyboru spośród skończonej ilości dostępnej informacji – podejmujecie tak naprawdę nieodwracalną decyzję, której skutki zaważą na całym Waszym życiu: ponieważ nie zdołacie na tym świecie „nadrobić“ straconego w ten sposób czasu i nie poznacie innej informacji – być może takiej, która byłaby dla Was bardziej użyteczna? Kto wie? Może czytając ten tekst ktoś z Państwa przegapi jakąś istotną życiową szansę? A może odwrotnie? Dzięki tym kilku minutom spóźnienia – uniknie wypadku lub nie zdążycie błędnie zainwestować swoich pieniędzy w jakiś kolejny Kulczykowy humbug w Nigerii..? Tego, że informacja jaką tu usiłuję wytworzyć aż tak wpłynie na Państwa życie, że będziecie od tej pory myśleć i postępować inaczej – nie śmiem już zakładać, w końcu co ja tu takiego znowuż odkrywczego zapodaję..? Dystrakcja to jeno, nic więcej.

Usiłuję ten fakt uświadomić Państwu od dawna. Nasz świat doczesny jest światem skończonym. Skoro owa skończoność dotyczy nawet tak ulotnych i z pozoru przynajmniej niematerialnych kwestii jak informacja..?

Skończoność naszego świata właśnie sprawia, że decyzje jakie podejmujemy, mają charakter nieodwracalny. Po prostu: nie zdążymy ich już zmienić… Skończona zawartość informacji w naszym świecie powoduje zaś, że wytwarzając jakąś informację – jak ja właśnie w tej chwili robię, pisząc ten artykuł – zabijamy zarazem jakąś inną. Ilość informacji nie może wszak przyrastać w nieskończoność, istnieje górna granica jej wzrostu, maksymalna pojemność informacyjna każdego wyobrażalnego bytu skończonego, której nawet żarłoczny zbój Gębon w swej pazerności na wszechwiedzę, nie jest w stanie przekroczyć. Żeby się czegoś nowego dowiedzieć – trzeba o czymś starym zapomnieć.

Wiedząc, że zasób informacji jakim możemy dysponować jest skończony, powinniśmy chyba podchodzić z większą uwagą do tego, czym zajmujemy nasze zmysły. Jak dla mnie równie oczywistym wnioskiem z tego spostrzeżenia, jest też i postulat, który tu od dawna Państwu przedstawiam – aby z podejrzliwością patrzeć na tzw. „ustalenia“, tzw. „nauk społecznych“. Sam tylko ludzki mózg zawiera więcej neuronów niż gwiazd liczy nasza galaktyka. Ludzkich myśli – nikt się nawet nie podejmuje rachować, tak samo jak rozmaitości potencjalnie możliwych zachowań i reakcji. Ogólnie więc – świat społeczny jest uniwersum o wiele rzędów wielkości bardziej skomplikowanym niż najbardziej nawet złożony obiekt jakim zajmuje się fizyka. Skoro zaś nawet fizyka przyznaje, że nigdy nie osiągnie pełnej wiedzy o Wszechświecie (bo skoro jego informacyjna pojemność jest skończona, to przecież nie można z nieskończoną precyzją obliczyć żadnej wielkości fizycznej – a tym samym, nasza wiedza na zawsze musi pozostać dyskretna, czyli mówiąc po ludzku: dziurawa jak ser szwajcarski…) – to autorytet i pewność siebie z jaką rozmaite durnie lub cwaniacy z profesorskimi tytułami rozprawiają o wzroście gospodarczym, handlu zagranicznym, „walce o pokój i demokrację“, tudzież innych tego typu andronach – może jednako budzić podziw, co zdumienie.

Jeśli Dania wprowadziła specjalny podatek od zawartości tłuszczu w karmie dla ludzkiego bydła (aż szkoda w tym momencie pisać „w żywności“) – to jedno z dwojga: albo ktoś wziął potężnie w łapę, albo… głupota ludzka w przeciwieństwie do ilości informacji we Wszechświecie, jak widać nie ma granic! Dlaczego uważam, że korupcja w tym wypadku to jeszcze nie byłoby takie najgorsze..? Bo i dawanie i branie w łapę to normalne, ludzkie zachowania, znane od tysiącleci. Dziś producenci insuliny dali w łapę żeby karmić Duńczyków samym tylko cukrem, bo widać słabo im szła sprzedaż, jutro zrobią to samo producenci znakomitego ongiś przecież duńskiego masła i jakoś się wyrówna, a co najwyżej na przedmieściach Kopenhagi przybędzie kilka ładnych willi… Znacznie gorzej, jeżeli jakiś patentowany cymbał, jak nic co najmniej z tytułem doktorskim, naprawdę wierzy w to, że tłuszcz ludziom szkodzi! Na taką wiarę nic już się nie da poradzić…

Niestety, takich „wiar“ jest obecnie cała masa – a każda taka „wiara“ to jeden nowy potencjalnie możliwy front walki o postęp i rozumną hodowlę ludzkiego bydła, tj., przepraszam bardzo – o „zrównoważony, samopodtrzymujący się rozwój“, czy jakie tam teraz gusła akurat są w modzie!

Jeśli więc Włodzimierz Majakowski obiecywał „przełamać fronty Kuomintangu“ to chyba trochę nie wiedział co pisze – bo tak naprawdę „postępowcy“ codziennie takich „nowych frontów Kuomintangu“, na których „nowe“ ściera się z „przestarzałym“, „naukowe“ z „tradycyjnym“, a „postępowe“ z „zacofanym“ otwierają dziesiątki, jeśli nie setki. Chyba już bliższy prawdy był tow. Józef Wisarionowicz twierdząc, że w miarę postępów komunizmu – walka klasowa zaostrza się… W miarę postępów racjonalizacji – walka z „przesądem i zabobonem“ – zaostrza się!

Zawsze mnie zastanawiało, skąd właściwie się owi „postępowcy“ biorą..? No OK, część to zwykli głupcy, którzy zbyt długo chodzili do państwowej szkoły. Jak wiadomo, w XVIII wieku sojusz ołtarza z tronem został zastąpiony sojuszem biurokracji z katedrą (uczelnianą rzecz jasna!) – czego najklarowniejszym wyrazem było nauczanie Hegla, wciąż w praktyce obowiązujące: cokolwiek bowiem państwo czyni – rozumnie czyni, a poza państwem rozumu być z definicji nie może. Tak uczą państwowe szkoły i trudno im się dziwić, że tak robią – po to zostały powołane i po to odbiera się dzieci rodzicom, aby ich w tym duchu indoktrynować. Że indoktrynacja ta ciągle jeszcze okazuje się zbyt mało efektywna – to i zaczyna się coraz wcześniej, co w postaci systematycznego dążenia do obniżenia wieku poborowego dla dzieci na codzień widzimy (oczywiście uzasadnienie owej czysto ideologicznej, pozbawionej krzty sensu decyzji jest jak najbardziej „racjonalne“: musimy wszak konkurować na światowym rynku pracy…). Wszystkiego jednak samą tylko indoktrynacją wytłumaczyć się nie da, choć niewątpliwie ta indoktrynacja, sącząca się nie tylko z kart szkolnych podręczników, ale też i z ekranów telewizorów i kin oraz z książek i gazet – solidne podstawy pod rozwój ślepej wiary w postęp i tegoż postępu rozumność stwarza.

Jak wiele innych rzeczy na tym łez padole, owa wiara w postęp, ma jednak swoje głębsze korzenie – sięgające paleolitu. Z punktu widzenia normalnej intuicji przeciętnego człowieka jeśli woda w czajniku nie wrze – to nie dlatego, że prawa termodynamiki mają jedynie statystyczny charakter, a dlatego, że nie ma prądu, czajnik nie jet włączony, lub się zepsuł. Co więcej: nie doczekamy się za naszego życia sytuacji, która by do którejś z tych trzech inituicyjnie oczywistych możliwości nie pasowała. Nasza normalna intuicja bowiem całkiem dobrze pozwala nam sobie radzić w 99% sytuacji życiowych, z którymi potencjalnie możemy mieć do czynienia. Jak dawno temu pisałem – intuicja ta świadomie lub nieświadomie, zakłada bardzo prosty, liniowy, doskonale przyczynowo – skutkowy świat, w którym nie ma miejca na żadną statystykę, anarchię, prawdopodobieństwo czy niespodziankę. Każde zdarzenie które nas spotyka ma swoją przyczynę. Jak nie na Ziemi – to w Niebiesiech. Stąd pogańscy bogowie tacy byli zapracowani, osobiście każdy jeden piorun ciskając z nieba na ziemię, czy też każde jedno ziarno pobudzając do wzrostu.

Pal Diabli wiarę w horoskopy, astrologię, ufo i temu podobne banialuki służące kojeniu egzystencjalnej pustki w umysłach maluczkich, którym przymusowa scholaryzacja odebrała wygodną wiarę w pogańskich bogów, bynajmniej nie wypleniając zaśmiecającego ich sposób myślenia pogaństwa (które rozumiem przede wszystkim jako przemożną skłonność do pojmowania wszelkich „sił nadprzyrodzonych“, jako immanentnych, tj. należących do tego, a nie do „tamtego“ świata!).

Prawdziwym nieszczęściem jest to, że obecnie Nauka (zawsze pisana przez duże „N“) zajęła miejsce owych pogańskich bogów. I tak jak dawniej każdy jednostkowe szaleństwo było od razu oznaką gniewu Zeusa lub Hery – tak obecnie poszukuje się pseudonaukowych wyjaśnień dla jednostkowych, pozbawionych często szerszego kontekstu, a bardzo często – jakiekogolwiek zwiąku – wydarzeń. Stąd walka państwa z jazdą samochodem po jednym czy dwóch piwkach (bo jakiś jeden, drugi, dziesiąty… pijany kiedyś gdzieś spowodował wypadek: nota bene, wedle wyliczeń pp. Levitta i Dubnere‘a, wielekroć częściej wypadki powodują pijani piesi niż pijani kierowcy!). Że jak sam dobrze wiem po sobie wypicie nawet dwóch piw o wiele mniej upośledza moją zdolność prowadzenia samochodu niż np. wielogodzinne stanie w korku..? No cóż: zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu łatwo zmierzyć, stopień zmęczenia – trudno. Nie żadna rozumna konieczność zatem za ową walką z pijaństwem stoi, a zwykłe wygodnictwo, bo bierze się po prostu taki parametr, jaki najłatwiej zmierzyć i do niego dopiero – dorabia całą, „naukową“ oczywiście teorię!

Stąd całe mnóstwo innych szaleństw jakie rządy na całym świecie popełniają w imię mniemanej „rozumności“. Nie tylko rządy zresztą, bo szaleństwa takie codziennie rodzą się też i poza niemiłościwie nam panującą biurokracją. Czego najlepszym przykładem jest chociażby program pana Niewzorowa, o którym już pisałem, czy też różne rzekomo „ekologiczne“ bzdury, z którymi z takim nakładem sił walczy Wojciech Majda (polecam w szczególności tę dyskusję). Każda taka wiara, każdy taki program – to właśnie „nowy front Kuomintangu“, na którym postęp nieubłaganie ściera wszystko co stare, co tradycyjne, co nie ma początku i uzasadnienia w spekulacjach upaństwowionego rozumu.


Które to spekulacje kończą się zawsze jednym: nowoczesnym niewolnictwem, w którym całe ludzkie życie, od narodzin do śmierci podporządkowane jest rzekomo nieomylnej mądrości wspieranego przez naukę państwa. Nie można wyobrazić sobie nic gorszego…

czwartek, 5 maja 2011

Pochwała pijaństwa

Antyalkoholowa obsesja niemiłościwie nam panującego gosudartwa, a za tym – niewolniczo idących za „Panią Matką“ merdiów (jak zwykł pisywać pan Michalkiewicz) i równie niewolniczo za merdiami postępującej opinii publicznej – wygląda na iście diaboliczny spisek. Dzięki tej obsesji i dzięki powszechnemu potępieniu, jakie w konsekwencji wzbudza każdy, komu alkomat wykaże jakieś promile – władzy wolno więcej. Wolno np. spokojnego, nikomu nie wadzącego człowieka wsadzić do więzienia, pozbawić majątku (w postaci chociażby roweru…), a nawet rodziny – bo sądy „pijakom“ dzieci odbierają praktycznie z automatu, starczy że odnośna władza wniosek złoży.

Czy chodzi tu o dobro ludzi narażonych na agresję czy chociażby – spowodowaną przyjemnym szmerem alkoholu we krwi – nieuwagę pijanych..? A gdzież tam! O władzę chodzi i o nic więcej. Bardzo wiele leków ma co najmniej równie rozluźniające skutki jak jedno czy dwa piwka – a jeszcze nikomu za jazdę samochodem pod wpływem leków nie tylko samochodu, ale i prawa jazdy nie odebrano.

Zresztą, gdyby nawet nie tylko o władzę tu chodziło, ale też i o jakieś rzeczywiste „korzyści społeczne“ – to ja takiego zwierzęcia jak „dobro społeczne“ jeszcze w żadnym ZOO nie widziałem, a ograniczenie wolności i oczywistą samowolę każdy może sobie zobaczyć pod nosem, bo przykładów aż nadto.

Nie tak było przez wieki! Dawniej wodę pijał tylko ten, kogo na zacniejszy trunek nie było stać. I dobrze na tym uprzywilejowani wychodzili! Choćby dlatego, że nawet cienkie piwo, podawane do każdego posiłku np. w konwentach krzyżackich – musiało być przecież przeważone, a więc niezależnie od dość niewielkiej zawartości alkoholu, wzbogacało układ pokarmowy pijącego w o wiele mniejszą dawkę bakterii, niż „czysta“ woda.

Aż do samego prawie końca XIX wieku każdemu marynarzowi wydawano codziennie porcję grogu – przed bitwą lub w razie wyjątkowo trudnych manewrów: podwójną. I jakoś nie uważano, że stan lekkiego upojenia, jaki ta praktyka powodowała, skutkował jakimś zwiększeniem liczby wypadków (a trzeba się było na maszty wspinać…), czy obniżeniem sprawności.

Walka z pijaństwem zaczęła się zrazu w kręgach kościelnych. Kościół katolicki, jak i niektóre kościoły protestanckie począł organizować „bractwa trzeźwości“ – w ciągu dekady lat 40. XIX wieku członkiem takiego bractwa stał się co piąty dorosły Irlandczyk na przykład.

Trochę się to nie zgadza z tezą o „etyce protestanckiej“ jako niezbędnym warunku rozwoju kapitalizmu, prawda? Trzeźwość bowiem pierwotnie nic nie miała wspólnego z pewną siebie klasą średnią. Był to ruch szerzący się głównie wśród biednych i wykluczonych – w intencji promujących go księży, dzięki trzeźwości, oszczędności, modlitwie i pracy – mieli wybić się na ekonomiczną samodzielność, a z czasem i zamożności dochrapać. Czasami to nawet działało. Już nie pamiętam przy jakiej okazji dawałem Państwu smakowity cytat z „Kuriera Wileńskiego“ z tamtej właśnie epoki – bo też i pijaństwo przywilejem propinacyjnym pędzone, istotnie było już niejaką przesadą. Nie tyle przy tym szkodziło zdrowiu (tego jeszcze nikt nie udowodnił…), co właśnie – kieszeni chłopa, czyniąc go wiecznym dłużnikiem jak nie pana, to pańskiego arendarza… Ekonomicznych nadziei jednak, walka z pijaństwem bynajmniej nie spełniła – kto miał być biedny, dalej biednym pozostał.

Ruch jednak się z powodu tej porażki nie rozwiązał. Przeciwnie. Jak to zwykle bywa – spotężniał jeszcze i całkiem oderwał się od swoich pobożnych korzeni. Zaczął walczyć o władzę – pod hasłem zakazu sprzedaży i spożywania trunków wyskokowych. W Stanach Zjednoczonych koalicji prohibicjonistów protestancko – katolickich nawet się to udało. Ze skutkiem – wszyscy doskonale wiedzą jakim…

Ale to nie jedyny przykład szaleństwa. Szczytem pod tym względem jest chyba decyzja Mikołaja II, by z chwilą ogłoszenia mobilizacji w 1914 roku – wprowadzić też i prohibicję. I to w sytuacji, gdy dobre 20% carskiego budżetu pochodziło z akcyzy na wódkę (to nie jest rekord, rekordowe pod tym względem były dopiero budżety sowieckie…)! I jak Rosja miała w tej sytuacji wojnę wygrać – na trzeźwo i bez pieniędzy zarazem..?

Trwa to już dobrze ponad stulecie. I wcale nie myśli się skończyć. Na tej samej fali co potępienie pijaństwa, po II wojnie rozwinęła się też i „walka z narkotykami“. Tu też nie o zdrowie chodzi, tylko o władzę. I o możliwość dowolnego pomiatania ludźmi, wdeptywania ich w ziemię i pozbawiania czci w oczach współobywateli, do czego samo tylko oskarżenie o narkomanię całkiem spokojnie obecnie wystarczy.

Jak się zapewne Państwo domyślacie, oczywiście, z wrodzonym pesymizmem, nie widzę najmniejszych szans na to, aby gosudarstwo nam odpuściło. Zbyt wiele jego sług ma dobry interes w tym, aby obecny – chory i absurdalny – stan utrzymać dalej, aby do jakiejkolwiek zmiany dopuścili.

Marzeniem ściętej głowy jest zatem zapewne pomysł, na jaki wpadła dzisiaj Lepsza Połowa, kiedyśmy sobie po obiadku spacerowali wokół Lasku Centralnego (odkrywając tamże gniazdo gołębia grzywacza z panią grzywaczową na jajach – o czym później, bo dziś już jej stresować dodatkowo fotografowaniem nie będziemy…). Pomysł jest swoją drogą genialny, jak to zwykle pomysły Lepszej Połowy.

Otóż jakiś czas temu usłyszałem o mlekomatach. To takie automaty w których można świeże mleko kupić. Niszowy produkt moim zdaniem – bo ilu jest ludzi, którzy będą płacić więcej za mleko (samym mlekiem się nie wyżyje…), tylko dlatego, że świeże..?

O wiele lepszym biznesem byłoby ustawienie wódkomatów. Idziesz sobie biedny człowieku przez miasto, do Urzędu masz wejść, żeby Ważną Sprawę załatwić, ręce ci się trzęsą, nogi się pod tobą uginają ze strachu, malutki się czujesz, nieważny i zapomniany – a tu patrzysz, spod ściany uśmiecha się do ciebie miły, sympatyczny, ciepłymi kolorami pomalowany wódkomat. Podchodzisz, wrzucasz piątaka do dziurki, bierzesz 50-tkę, łykasz – i jesteś jak nowo narodzony! Ręce trząść się przestają, wzrok się wyostrza, głowa podnosi… Ech, pomarzyć!

środa, 4 maja 2011

O wyższości maszyn prostych…

Po sześciu godzinach rzęsistej ulewy począł najpierw padać śnieg z deszczem, a potem – już nawet sam śnieg. Czego skutki były łatwe do przewidzenia. Najpierw zgasło światło. Nie na długo i w sumie w momencie, gdy nie miało to już większego znaczenia, bo dobrze po 20.00 – tyle, że się do koniowatych przeszedłem z latarką.

Koniowate o tyle miały niedobrze, że zmieniły już futra na letnie (nie dotyczy Glusia, zwanego na tę okoliczność „mamutem“) – a Madame Przewodniczka Stada, jak to zwykle bywa, uznała, że cała wiata jest jej boksem i nie ma powodu, aby ktokolwiek poza Jej Ulubionym Kapciuszkiem w postaci rzeczonego mamuta, wtykał tam więcej niż nos, gdy ona się chroni przed deszczem. Tekinki trzęsły się zatem z zimna, co najmniej chudymi (no, nie aż tak chudymi, jak to być powinno…) tyłkami na deszcz wystając. Parę razy przemeblowywaliśmy więc towarzystwo, bez trwałego rezultatu ma się rozumieć.

Cóż: sobiepaństwo i kumoterstwo Madame ma także i dobre strony – Jej Ulubiony Kapciuszek, zwany ostatnio mamutem, raczej nie miałby łatwego życia, gdyby nie nieustanna protekcja i opieka Przewodniczki, dla której jest miłością jej dość już odległej w czasie (jak na konia) młodości. Poza tym, jest dobrze tak, jak jest (jak Państwo widzicie, i w przypadku stosunków stadnych jestem zwolennikiem hierarchii naturalnej…): Dalia wlkp, o której tu mowa, ma jak na konia dużo zdrowego rozsądku i ogromne doświadczenie – dzięki czemu stado zachowuje się w sposób w miarę przewidywalny i cywilizowany. Tabunu złożonego z samych tekinek na razie sobie nie wyobrażam. Bo jak niby miałoby się rządzić sobą stado samych holywoodzkich gwiazd, z których każda jest jednakowo przekonana o swojej absolutnej wyjątkowości..?

Dość dygresji jednak. Tekinki podczas ulewy trzęsły się z zimna, przynajmniej na początku – co napełniło nas czarnymi lękami, bo tak się niestety składa, że nie mamy pod ręką żadnej dereczki do przykrycia szlachetnego tyłka, polegając zwykle na siłach natury. Jak się jednak przekonałem przed godzinką, dając im śniadanie – obawy były nieuzasadnione. Koniowate przetrwały nawałnicę deszczowo – śnieżną bez zdrowotnych konsekwencji i w tej chwili radośnie oddają się tiebieniewce na swoim pokrytym grudami zmarzłego śniegu padoku, skąd musiałem je już na śniadanie wyciągać:

Nie można tego, niestety, powiedzieć o naszych roślinkach. Jedyne, z czego możemy się cieszyć to fakt, że z wrodzonego skąpstwa i lenistwa kupiliśmy tylko cztery rozsady pomidorów, a nie na przykład – dziesięć.

Estragon i oregano na spirali ziołowej też raczej nie przeżyły:

Co ciekawe, naszym pomidorom w ogródku nie pomógł fakt lokalizacji po południowej stronie Lasku Centralnego, który powinien je chociaż trochę przed wiatrem i śniegiem osłonić. Na padoku widać, jak sobie z takim zadaniem radzi pojedyncza brzoza:

A tymczasem cały lasek nie poradził sobie nic a nic. Być może, w przypadku pomidorów naszych nieszczęsnych kluczowy był jednak raczej mróz (i to już drugą noc pod rząd, bo i poprzedniego ranka był przymrozek – i następnego też będzie wedle prognozy, która mi się właśnie otworzyła…). Widoczny także na powierzchni niektórych (nie wszystkich!) kałuż:

Wracając zaś do wypadków minionej nocy. Blackout wieczorny był dość krótki i po kilku próbach Naszym Dzielnym Elektrykom udało się przywrócić zasilanie. Niestety, nie spowodowało to restartu dekodera „telewizji n“, który uparcie meldował „brak sygnału z anteny“.

I tu dochodzimy do konkluzji, skądinąd zawartej już w tytule posta. Cóż bowiem należało uczynić w tej sytuacji? Ano, Drodzy Państwo – należało wzuć obuwie, narzucić na grzbiet kufajkę i wyjść przed chałupę, zabierając ze sobą maszynę prostą w postaci miotły. Owa maszyna prosta doskonale sobie z awarią zaawansowanego sprzętu elektronicznego poradziła: starczyło bowiem zmieść śnieg z „talerza“…:

I tak chyba z całą naszą cywilizacją, jeśli wolno mi tak skakać od szczegółu do ogółu: maszyny proste, niedoceniane, pogardzane, wyśmiewane (jak ów słynny cep – którego chyba tak w ogóle mało kto widział z Państwa, prawda..?) – mogą nam jeszcze wszystkim nie raz tyłki ocalić… My w tej chwili jesteśmy ciągle w potrzebie posiadania specyficznej maszyny prostej w postaci profesjonalnych obcęgów do kopyt, którą to potrzebą, obok usuwania skutków minionej nawałnicy i próbami podreperowania domowego budżetu w taki czy inny sposób – zamierzam się zająć przez resztę tak pięknie rozpoczętego dnia.

wtorek, 3 maja 2011

W porę..!

W samą porę dzisiaj zakończyliśmy wszystkie planem przewidziane prace. Skończyłem ściółkować drzewka w naszym sadziku i ogradzać tenże sadzik. Założyłem eksperymentalną "wyniesioną grządkę" fasoli. Rozsypałem saletrzak na fragmencie Wielkiego Padoku gdzie nie było to możliwe do zrobienia maszynowo z powodu zbyt grząskiego terenu. No i na koniec - obskrobałem (bardzo z grubsza, po łebkach wręcz - ale bałem się przesadzić, no i zwyczajnie - poćwiczyć muszę: chyba już wiem, dlaczego kowboje non stop coś strugali nożem..!) łącznie 12 kopyt.

Co swoją drogą trochę jest nie w porządku! To Lepsza Połowa wymyśliła, że sami będziemy werkować kopyta, a konkretnie - że ona będzie to robić. I co..? I skończyło się jak zwykle...

Grunt w każdym razie, że się skończyło. Bo dosłownie w tej samej chwili gdy wpuściliśmy ostatniego konia na padok i odłożyliśmy narzędzia na miejsce - zaczęło padać. W tej chwili to już tylko:
Ale nie narzekam. Na moim skądinąd ulubionym Dolnym Śląsku podobno ma sypnąć śniegiem..?

poniedziałek, 2 maja 2011

Tajemnicza wyprawa Lepszej Połowy

Ponieważ zostało nam mnóstwo grządek do zapełnienia, Lepsza Połowa wybrała się na okoliczne śmieciowiska w poszukiwaniu roślinek nadających się do przesadzenia. Towarzyszłem jej z aparatem. Bezwzględnie pierwsze w kolejce do tej operacji są narcyzy:
Jesienią, jak znowu nie przegapimy momentu gdy zrzuci liście i stanie się niezauważalna, swojej kolejki doczeka się czarna porzeczka:
Poza tym, znaleźliśmy kilka roślinek, których nie udało się nam zidentyfikować, choć wyglądają na udomowione. Może ktoś z Państwa domyśla się, co to może być:
Znaleźliśmy też masę najprzeróżniejszych śmieci, co po części i widać powyżej - udokumentowałem tych śmieci więcej, ale po namyśle, nie będę ich Państwu pokazywał. To po prostu zbyt smutne jak na tak pełen zieleni dzień. Tylko więc "branżowy" śmieć w postaci zużytej wewnętrznej okładziny chomąta (krakowskiego..?) pokażę:
Zrobiłem kilka zdjęć ruinom obszernej lisiej jamy:
A także uwieczniłem rosnące na śmieciowisku drzewka owocowe (w tym jedną z dzikich jabłoni jeszcze w roku ubiegłym rodzącą na tyle dorodne owoce, że nosiliśmy je naszym pupilom - Dalia wlkp pasjami uwielbia jabłka!):
Wracając nadłożyliśmy drogi i obejrzeliśmy Wielki Padok. Trawy w tym roku dla naszych koni z pewnością nie zabraknie! Tym bardziej, że jutro ma nastąpić potop: prognoza przewiduje ponad 12 mm deszczu...
Wycieczka wokół włości zajęła nam trochę ponad godzinę. Stanowczo lepiej się objeżdża gospodarstwo wierzchem! Z tym, że nie wsiądziemy - ani nie pokażemy naszych czterokopytnych - nim się nie uporamy z werkowaniem kopyt, w której to dziedzinie zaczęliśmy dzisiaj eksperymentować (jak to zwykle bywa - od najstarszego, Glusia...) - i wcześniej jak jutro nie skończymy. Bez manicure towarzystwo wygląda nieciekawie.

Co nie przeszkodziło panienkom zrobić dziś rano niespodziewaną konkietę. Ledwo bowiem wróciliśmy z porannych zakupów w Warce - a rozległo się rżenie koni. Po czym zza Lasku Centralnego wysunął się zastęp ośmiu koni. Państwo z Grójca, bazując w Białej Górze (to najbliższe nas kąpielisko nad Pilicą) wybrali się w teren i zawitali również do nas. Mimo zaproszeń nie zsiedli i nie zostali na dłużej - ale rżące i biegające za ogrodzeniem towarzystwo na tyle zrobiło na nich wrażenie, że i pytań o konie na sprzedaż się doczekaliśmy i obietnicy ponownej wizyty. Ciekawe, czy coś z tej obietnicy wyniknie..?

Krystyna kompletnie się tłumem ludzi i koni nie przejęła - przyniosła nam tylko "do wspólnego kotła" swoją ostatnią zdobycz:
Z roślinek posadzonych rok temu stanowczo najlepiej, obok karagan, radzą sobie świdośliwy:
Na koniec, niech już będzie, pokażę naszego "skalniaka", jak go Radek, druh mój serdeczny był wczoraj nazwał - choć ciągle w nikłym stopniu jest obsadzony:

Po co hodować konie..?

Dawno temu, jeszcze jesienią 2008 roku, popełniłem tekst o identycznym tytule dla „Końskiego Targu“. Jak można się było spodziewać, przeszedł bez echa. Ponieważ jednak niewiele stracił na aktualności, pozwolę sobie skanibalizować tutaj ten tytuł.

Przede wszystkim od bardzo dawna niezmiennie bawi mnie zadęcie z jakim wielu „koniarzy“ podchodzi do swojego zawodu, Oczywiście – punkt widzenia jakoś tam jednak zależy od punktu siedzenia, ja na koniach nie zarabiam i w zasadzie nie widzę najmniejszych szans na to, aby w obecnych warunkach móc zarabiać (nawet, gdybym miał środki na pokrycie kobył i nawet, gdyby jednak łaskawie raczyły zaciążyć, urodzić i odchować – to sprzedaż nawet i trzech odsadków – za półtora roku – zaiste nic nie zmienia w mojej sytuacji budżetowej; w to zaś, że ktokolwiek kiedykolwiek wstawi konia do pensjonatu w którym nie ma stajni – nie wierzę i nie uwierzę, dopóki nie zobaczę, taki ze mnie niewierny Tomasz…). Pewnie, gdyby było inaczej, sam bym do sprawy podchodził poważniej.
Laski generalnie lachę kładą na moje hodowlane pomysły - i już :-)

Ogólnie jednak, hodowca koni może być pracownikiem jednego z dwóch przemysłów: albo jest to przemysł mięsny, albo… przemysł rozrywkowy! A skoro pracuje się „w rozrywce“, a nie „w mięsie“  – to chyba pierwszym i najważniejszym obowiązkiem jest zachowanie pewnego dystansu i poczucia humoru..? Co nie jest łatwe, to prawda – ale też zdajmy sobie sprawę z faktu, że nasze wojny, swary, ambicje i lęki – taki mniej więcej mają ciężar gatunkowy co podobne swoim dramatyzmem gesty gwiazd i gwiazdeczek dużego i małego ekranu, z upodobaniem relacjonowane przez kolorową prasę. Z tą różnicą, że spór o wyższość koni AQH nad końmi fryzyjskimi czy odwrotnie, pasjonować może w Polsce od kilkuset do co najwyżej kilku tysięcy ludzi – a spór o wyższość Dody nad Mandaryną czy jak tam się te k…wki każą nazywać – pasjonuje miliony. Różnica ta zresztą w 100% odpowiada za analogiczną różnicę w wysokościach zarobków pomiędzy naszymi gałęziami przemysłu rozrywkowego…

Niewiele można przy tym na rozmiar owej różnicy poradzić – w zasadzie: nic. To znaczy, teoretycznie, ta różnica nie musi być aż tak wielka. W Niemczech przecież, tuż obok, końmi jednak pasjonują się miliony. Może nie aż tyle milionów co piłką nożną czy życiem celebrytów, ale jednak są to miliony, a nie setki czy tysiące. To tylko częściowo wynika z faktu, że Niemcy mają jednak liczną i zamożną klasę średnią – a Polska nie. Przed wojną, a nawet i po wojnie, w smutnych czasach komuny, Polska miała jeszcze mniej klasy średniej niż teraz, a jednak – na wyścigi przychodziły tłumy i tłumy grały w końskiego totalizatora.

Wyścigi to tania rozrywka klasy niższej – teoretycznie zatem mogłyby w Polsce kwitnąć pomimo kryzysu, a nawet, dzięki kryzysowi. Tyle, że nie kwitną i nie zakwitną. Najpierw bowiem trzeba by mieć jakiś sensowny pomysł na promocję i zainwestować trochę pieniędzy – a nic nie wskazuje na to, aby ktokolwiek, kto tylko dotknie się Służewca, mógł mieć pomysł inny, niż przerobienie tej atrakcyjnej parceli na kolejne osiedle apartamentowców. Że można by ze sprzedaży owych apartamentowców 20 torów wyścigowych w całej Polsce wybudować, to inna sprawa – nikt tego nie zrobi, bo właściwie: po co..? No i – kto miałby podjąć taką decyzję? O przeniesieniu przed wojną toru wyścigowego z Pola Mokotowskiego na peryferyjny wówczas Służewiec zadecydował osobiście ówczesny Minister Spraw Wojskowych, niejaki Józef P., zwany też „Dziadkiem“ i „Ziukiem“ – nie jest to z całą  pewnością bohater mojego romansu, ale przynajmniej miał moc, żeby takie gordyjskie węzły sprzecznych interesów jedną decyzją przecinać. Obecnie jest to niemożliwe. Zresztą – jest tyle innych sposobów zyskownego kojenia egzystencjalnych lęków proli z blokowisk..? Np.: można co jakiś czas urządzić wybory, albo inny cyrk…
Gonitwa dla koni czystej krwi achałtekińskiej w Pardubicach

Co do innych gałęzi sportu konnego, sprawa przedstawia się jeszcze gorzej. Sport amatorski, czyli taki, za uprawianie którego płacą sami zawodnicy, którzy też sami kupują sobie konie, dopiero w Polsce raczkował – bo jest to rodzaj rozrywki dostępny jednak dla ludzi dość już zamożnych, których jako się rzekło, nie mamy zbyt wielu. Czy liczebność i zamożność naszej klasy średniej będzie w przyszłości rosła – czy jednak wprost przeciwnie..? Przy tym, ten rynek zbytu dość marne oferuje perspektywy hodowcom – bo póki co, najważniejszym kryterium przy wyborze konia do „małego sportu“ jest jego cena. Ta zaś, przy morderczej konkurencji, od dawna już nie pokrywa kosztów odchowu źrebięcia, o jakimś jego treningu czy promocji nawet nie wspominając. Zwykle w takich okolicznościach dochodzi do konsolidacji rynku – słabsi producenci bankrutują i zostaje tylko niewielka liczba dużych graczy, którzy mając najniższe koszty jednostkowe, są w stanie prosperować mimo tak niskiej marży. W hodowli koni tak nie jest. Przede wszystkim dlatego, że koń nie samochód – jak się go nie wykastruje czy nie wysterylizuje, to może się sam rozmnożyć – i dalej, mimo tak niskich kosztów zakupu, samodzielne rozmnażanie własnych czterokopytnych jest dla sporej liczby ich właścicieli najprostszym sposobem uzyskania kolejnego egzemplarza. Często przy tym, nazbyt często – nie zwracając większej uwagi na jakiekolwiek inne aspekty tego procesu, poza ceną stanówki. No – jak to w Polsce, tradycyjnie, liczy się jeszcze potencjalna maść źrebięcia. Bo w żadnym razie nie jego walory użytkowe!

W każdym razie – to taka marginesowa uwaga dla Kolegów – blogerów ekonomicznych: obserwacja liczby i jakości koni wystawianych do zawodów regionalnych w skokach czy w ujeżdżeniu jest potencjalnie jednym z lepszych wskaźników rzeczywistej kondycji polskiej klasy średniej. Doskonale omijającym wszelkie trudności związane z istnieniem szarej strefy i takich czy innych technik ukrywania dochodów przed nazbyt pazernym gosudarstwem. Na razie JESZCZE i liczba i jakość koni wystawianych do takich zawodów rośnie – w sobotę w Warce miałem zresztą okazję obserwować korek z samych tylko bookmanek z końmi jadącymi na zawody w „Sielance“. Tak więc: JESZCZE nie jest źle! Inna sprawa, że całkiem możliwe, iż wskaźnik ów będzie cechowała pewna bezwładność.
Zawody regionalne w klubie "Bajardo" - nasza Melesugun

Konie mają to do siebie, że uzależniają. Tak więc dla przeciętnej rodziny z klasy średniej, która stanie w obliczu spadku swojej realnej siły nabywczej, ukochany konik córuni, na którym kilka razy do roku skacze sobie jakieś L-ki na zawodach regionalnych – NIE będzie pierwszym luksusem z którego zrezygnuje. Zresztą, możliwości oszczędzania na utrzymaniu konia jest multum – co w prosty sposób wynika z faktu, że znakomita większość czapraczków, owijków, fraczków, bryczesków i innego kosztownego badziewia prestiżowych marek – jest doskonale zbędna i świetnie można sobie bez nich poradzić, z istoty rzeczy bynajmniej nie rezygnując. Przy tym, nie oszukujmy się: realne koszty utrzymania konia w Polsce, nie licząc oczywiście kosztów kapitału, czyli zakupu ziemi i budowy stajni – to w tej chwili, mimo absurdalnych cen owsa, ciągle jeszcze nie więcej niż 150 – 250 zł miesięcznie (jeśli się mylę, proszę mnie bezlitośnie poprawiać…). A że cena pensjonatu w okolicach Warszawy bodaj zaczyna się od 600 zł miesięcznie – jest z czego schodzić…

O sporcie profesjonalnym, za uprawianie którego płacą w ostatecznym rachunku widzowie, nie chce mi się tutaj pisać. W gruncie rzeczy chyba nie warto – to raptem kilkudziesięciu zawodników w całej Polsce. Skoczków narciarskich mamy więcej.

To, że konie uzależniają – wcale nie gorzej niż alkohol i papierosy – to jest właśnie główny powód dla którego wciąż się je hoduje i hodować będzie. Jest to dokładnie powód, dla którego sam się tym, jak widać z marnym na razie skutkiem, próbuję parać. W ostatecznym bowiem rachunku, wybór takiej drogi życiowej nie ma w sobie ani krzty racjonalizmu. Hodujemy konie, bo je kochamy. Bo nie możemy tego nie robić. Jest to też w pewnym sensie wyraz buntu wobec tego irracjonalnego w swoich założeniach świata, który z takim uporem próbuje się nam narzucić jako sensowny, racjonalny i jedynie słuszny. Co, jak już w wielu innych esejach próbowałem tu Państwu pokazać – nie ma najmniejszego zgoła uzasadnienia…

Czy z tego wynika, że podejmując się działalności z założenia irracjonalnej, służącej sentymentom, emocjom, potrzebom duchowym – jak zwał, tak zwał, byle imię dał – mamy się wszelkiej racjonalności wyrzekać..? Oczywiście że nie. Nie tak dawno odkryłem nader zaskakujący dowód na istnienie, mimo wszystko, wielkiego postępu w hodowli koni. Co prawda – akurat w branży „mięsnej“, a nie „rozrywkowej“, ale tym bardziej godne jest to zjawisko podkreślenia. Działo się podczas naszej ubiegłorocznej wizyty w Kozienicach, na przeglądzie ogierów zimnokrwistych. Ponieważ komentowaliśmy sobie we trójkę poszczególne zwierzęta – a ja kilka razy zwróciłem uwagę na wydatny ruch w stępie i w kłusie szczególnie wyróżniających się ogierków (wyjaśniam obecnym tu laikom – najłatwiej to poznać po śladach: gdy ślad tylnego kopyta zarówno w stępie, jak i w kłusie wypada PRZED śladem kopyta przedniego – jak u biegnącego zająca – na pewno mamy do czynienia z koniem o wydatnym, posuwistym, a tym samym – nie tylko ładnym dla oka, ale i wydajnym ruchu…), do rozmowy wtrącił się jeden z sąsiadów. – Ojciec mi opowiadał, że jak przed wojną dostawiał konie dla wojska, to wymóg był taki, żeby tylne kopyta nie dokraczały do przednich, całkiem odwrotnie!
Jeden z pokazywanych w Kozienicach ogierków

Istotnie tak właśnie przed wojną było. Dlaczego? Dlatego że większość hodowanych wówczas w Polsce koni pogrubionych miała tak wadliwą budowę kończyn, że zwyczajnie kopały sobie tylnymi kopytami po przednich nogach! Wojsko wolało więc konie mniej wydajne w pracy, ale przynajmniej nie wymagające co chwila interwencji chirurga… W ciągu ostatnich 70 lat tego rodzaju jaskrawe wady budowy zostały wyeliminowane. Bo praktycznie nawet wśród mięsnych „grubasów“ takich koni, które by nie dokraczały śladem tylnej nogi do śladu przedniej, już się łatwo nie znajdzie – a wśród pokazywanych wówczas ogierków, nie było ani jednego, który by tak drobił, choć oczywiście obszernością i wydatnością ruchu nieco się od siebie różniły. Jest to naprawdę wspaniałe osiągnięcie.

Fakt – że uzyskane w momencie, gdy tak naprawdę jedyną istotną cechą owych koni jest już nie żaden tam wydajny ruch, tylko tempo przyrostu masy – tak jakby więc: za późno… Kolejny przykład efektu bezwładności..? Hodowlana biurokracja trzyma się przecież dalej tych celów, które zostały wytyczone dawno temu, gdy konie nie tylko do uboju hodowano – i takie premiuje sztuki, które by się doskonale nadawały do pracy, gdyby je ktokolwiek zamierzał do pracy użyć, a nie po prostu: zjeść… Kto wie? Może to się i przyda..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...