sobota, 30 kwietnia 2011

O mój rozmarynie…


Powinien zdobić szczyt naszej nowej spirali ziołowej. Na razie jednak nie zdobi. No bo go jakoś w Auchan nie było… I tak przez cały dzień: załatwiliśmy wiele – ale nic do końca. Na targowisku w Warce kupiliśmy rozsady pomidorów i cebulki do nasadzenia, ale już nie – rozsady ogórków, których w jakiejś przekonywującej formie po prostu nie było. Sympatyczny koński sklepik w Garwolinie zaopatrzył nas w nóż do strugania kopyt i tarnik – ale już nie w równie niezbędne dla samodzielnego werkowania końskich kopyt cęgi (muszę jutro pożyczyć, zakładam że Sołtys powinien mieć – tyle, że dziś nie odbierał telefonu…), bo mu wszystkie wyszły, a dostawa towaru będzie dopiero po majowym weekendzie. No i na koniec ów Auchan w Piasecznie: nawet na stoisku z ziołami była metka towaru „rozmaryn“, ale jakoś bazylia tak zdominowała całe owo stoisko, że żadnego rozmarynu na nim nie znaleźliśmy… Miała też być burza i podlać nam wszystkie roślinki – ale jakoś się nie zaburzyła.

W każdym razie: skończyłem kopać ogródek „konwecjonalny“. Spiralę ziołową skończyłem byłem budować w czwartek, ale pokażemy ją dopiero jak się nasadzi wszystko, co nasadzone być powinno, a jak widać, trochę to trwa. Poeksperymentuję też z „wyniesionymi grządkami“ na naszej wyściółkowanej warstwą nawozu „pustyni“. No i pozostają do uporządkowania szczątki naszego zeszłorocznego sadziku, w którym zające i sarny obgryzły nam wszystkie, co do jednego, drzewka. Z tym, że – poza jednym czy dwoma, wszystkie te obgryzione drzewka mimo to puszczają młode pędy i liście, a niekóre już się nawet okrywają kwieciem! Nie jest więc tak źle. No i – jest co robić przez „długi weekend“.

Lepsza Połowa właśnie mnie pyta z kuchni, od dawna to jestem takim ogródkowym maniakiem..? Odpowiadam, że odkąd gryzie mnie nieczyste sumienie. A nieczyste sumienie mnie gryzie, bo nie spełniam mojej podstawowej funkcji życiowej – tj. w dalszym ciągu nie zarabiam na utrzymanie rodziny. Szef miał zły humor i w konsekwencji nie wiem, czy w ogóle jakakolwiek praca będzie po owym „długim weekendzie“, czy jej w ogóle nie będzie..? Bez sensu kompletnie! Mam jednak kilka pomysłów…

czwartek, 28 kwietnia 2011

Rozkosz

Powietrze w Boskiej Woli, może przez kontrast z powietrzem warszawskim, którym normalnie oddycham przed południem - pachnące intensywnie kwiatowo, balsamiczne, z lekka zielone od nadmiaru rozbuchanej po ostatnich deszczach wegetacji - upaja jak dobry miód czy syte piwo. Rozkosz!

Tak musiało smakować powietrze w raju... Szkoda, że Państwo nie możecie sami tego poczuć!

wtorek, 26 kwietnia 2011

Ciemna strona mocy

Jak wszyscy fani „Gwiezdnych wojen“ dobrze wiedzą, niebezpieczny urok „ciemnej strony mocy“ bierze się z gniewu, strachu i nienawiści – jedi który ulegnie tym emocjom, zamiast je w sobie stłumić, może zyskać nadzwyczajną moc szybciej i łatwiej, niż gdyby wytrwał po „jasnej stronie“. Coś podobnego dzieje się też w „Harrym Potterze“ – którego, przyznaję się, znam tylko z pokazywanych w telewizji filmowych adaptacji, a i to momentami we fragmentach, bo np. przedwczoraj do końca „Czary Ognia“ nie dotrwałem, zasnąłem w połowie.

Można się jednak domyśleć, że głównym motywem działania „Czarnego Pana“ jest strach. Strach przed śmiercią której na różne sposoby próbuje uniknąć. Również wśród jego zwolenników różnorakie lęki i kompleksy, tym widoczniejsze że kontrastujące z bezprzykładną odwagą głównego bohatera, wyglądają na główny motyw działania.

Taki sam egoistyczny strach przed nieistnieniem, czy raczej przed monotonną pustką „Suchej Krainy“ jest powodem zakłócania równowagi bytu przez negatywnych bohaterów Urszuli Le Guin „Ziemiomorza“ – o którym już tu wspominałem.

Strach jest powodem zdrady Sarumana i szaleństwa namiestnika Gondoru we „Władcy Pierścieni“.

To są oczywiście bajki. Bajki mają to do siebie, że muszą mieć stosunkowo prosty morał. Inaczej byłyby niezrozumiałe. A taki manicheizm, takie proste, pozbawione półcieni przeciwstawienie „absolutnego dobra“ „absolutnemu złu“ – jest z pedagogicznego punktu widzenia najłatwiejszym rozwiązaniem.

Jest w tym też niejedna prawda. Bo i prawdą jest to, że ludzie źle czynią głównie (choć nie jedynie…) ze strachu – i stąd niedobrze jest się samemu bać, ale też i niedobrze jest, gdy inni się boją. Prawdą jest też i to, że „ciemna strona mocy“ kusi łatwością – to nie wyboista ścieżka tylko równy, gładki, dobrze wydeptany szlak, w dodaku biegnący w dół pod bardzo wygodnym dla ludzkich nóg kątem. Jeśli mogę coś tu z własnego doświadczenia poświadczyć – to, że nic tak łatwo na ową ścieżkę nie prowadzi, jak władza. Nawet całkiem malutka. Zaczyna się od wywierania wpływu, podejmowania decyzji za innych – rośnie od tego „wola mocy“, a za tym już cała masa innych pokus truchta, a czasem wręcz i galopuje – nie ma lepszego afrodyzjaku niż władza, Berlusconi świadkiem..!

Skądinąd – na „ciemną stronę mocy“ prowadzi już władza jako taka, a wcale niekoniecznie – strach przed jej utratą!

Mógłbym, żeby wydać się w Państwa oczach lepszy niż naprawdę jestem, napisać, że doświadczywszy tej pokusy, właśnie dlatego stronię od polityki. Ale to nieprawda. Doświadczenie było ekstatyczne. Gdybym miał jakiekolwiek szanse, żeby znowu kimkolwiek czy czymkolwiek rządzić – uległbym tej pokusie bez chwili wahania. Polityką się nie interesuję nie dlatego, że to z konieczności brudne zajęcie i innym być nie może – a dlatego po prostu, że nie mam najmniejszego bodaj punktu zaczepienia, który pozwoliłby mi robić to skutecznie i rzeczywiście jakąś władzę w efekcie zdobyć.

Ekstatyczność tego przeżycia jest dla mnie skądinąd silnym argumentem przemawiającym za nader pesymistycznym podejściem do perspektyw na przyszłość Naszej Umęczonej Ojczyzny i Całego Niemniej Umęczonego Świata. Nikt, kto sprawuje władzę – bodaj najmniejszą, najdrobniejszą, najmniej znaczącą – nie wyrzeknie się jej dobrowolnie. Nie wierzę w taką szlachetność! Równie dobrze narkoman może nam obiecywać, że sam odstawi prochy, a pijak – wódkę. A jeśli prawdą jest, że głównym problemem Naszej Umęczonej Ojczyzny i Całego Niemniej Umęczonego Świata jest właśnie nadmiar różnorakich władz i regulacji – to jest to problem w sposób pokojowy nierozwiązywalny.

Bajki o których wspomniałem, nawet te Tolkiena, posądzane wręcz o konfesyjność, pomijają przy tym rolę religii w naszym realnym świecie. Chyba dopiero w „Opowieściach z Narnii“, które też tylko z ekranu telewizora znam (jeśli kiedyś nawet czytałem – to było to tak dawno temu, że nic już z tego nie pamiętam) są istotnie w całej pełni „chrześcijańskie“ – tam bowiem, wszelkie wysiłki bohaterów, jakkolwiek by nie były bohaterskie, na nic by się nie zdały, gdyby nie finałowa interwencja przerośniętego lwa.

Nie o to mi przy tym chodzi, że jakieś przerośnięte lwy, czy też – żeby nazywać rzeczy po imieniu – Chrystus Zmartwychwstały – interweniuje co dzień i na każdym kroku w naszym realnym świecie. Chodzi mi o to, że dla pewnej, znakomitej skądinąd części ludzi o których możemy mniemać, iż byli istotnie nieulekłymi bohaterami i wytrwali do samego końca po „jasnej stronie mocy“ – nadzieja na taką interwencję była właśnie tym czynnikiem, który pozwolił im rozproszyć lęki i przejść wszelkie próby nie ulegając pokusom. Czy ta nadzieja jest realna czy nie jest – nie ma tu najmniejszego znaczenia. Liczy się efekt. A efekt jest taki, że w ten sposób jednak nieco łatwiej jest podążać wyboistą ścieżką cnoty.

Bohaterom innych bajek, którzy na żadne przerośnięty lwy liczyć nie mogą, owa wyboista ścieżka cnoty tym jest cieższą, że idą po niej całkiem sami. Co w pełni usprawiedliwiałoby nazwanie tego rodzaju opowieści prawdziwą „heroic fantasy“!

Wyświechtanym nieco argumentem przeciw tego rodzaju bajkom i ich morałom podnoszonym, jest typowy dla nich, a już wyżej wspomniany, brak światłocieni. Argument jest o tyle wyświechtany, że wcale nietrudno jest wiedzieć, kiedy się robi dobrze, a kiedy źle. Ulegając ongiś „ciemnej stronie mocy“ – miałem tego pełną świadomość. A mimo to, ani trochę nie umiałem się powstrzymać. Z jednej strony, jak już napisałem, przeżycie było ekstatyczne. Z drugiej zaś – choć robiłem z całą pewnością źle, to przecież robiłem „małe zło“ w imię „większego dobra“… Co może i było prawdą, a może nie – trudno to samemu osądzić. Uważam jednak, jeśli takie jednostkowe doświadczenie w ogóle do jakichś wniosków natury ogólnej upoważnia – że była to sytuacja typowa. Z zasady robi się źle w imię jakiegoś dobra.

Pół biedy, jeśli owym dobrem jest jakieś dobro realne, namacalne – ot, chociażby dobro własne J. Jak było w moim przypadku. O wiele gorzej, jeśli robi się źle w imię dóbr abstrakcyjnych, idealnych – np. „dobra ludzkości“. Bowiem dobro własne istnieje rzeczywiście (a co najwyżej może być błędnie rozumiane…) – natomiast co do „dobra ludzkości“, czy innych tego rodzaju abstrakcji, to samo ich istnienie jest już wielce wątpliwe. Bardzo bliskie jest zatem takie działanie – robieniu zła bezinteresownie, bez żadnego powodu. A czyż może być coś głupszego – niż przejść na „ciemną stronę mocy“ bez powodu..? A to niestety, po deklaracjach różnych ciemnych typów sądząc – wydaje się bardzo częstym zjawiskiem. Choć – tu Państwa pocieszę – czyż takim deklaracjom można wierzyć..? Na krótkę metę pewnie tak – mało to wariatów na tym świecie? Ale w dłuższej perspektywie, na karkach wariatów do władzy i tak dochodzą sprytniejsi od nich cynicy i karierowicze, których „ciemna strona mocy“ tylko obietnicą korzyści i rozkoszy pociągnęła – a nie owym mistycznym opętaniem „największego możliwego doczesnego dobra“. Co daje jednak pewną nadzieję. Wprawdzie żaden cynik i karierowicz nie zrezygnuje dobrowolnie z ekstatycznego poczucia władzy (jak i ja bym nie zrezygnował, gdyby mnie brutalna przemoc od owej – malutkiej po prawdzie, ale przecież realnie istniejącej – władzy ongiś nie oderwała…). Jest jednak pewna, niewielka bo niewielka, ale jest – szansa na to, że chociaż będzie się starał ową ekstazą cieszyć jak najdłużej, nie podcinając gałęzi na której siedzi niewczesnymi eksperymentami i poronionymi w samym zamyśle próbami zbawiania świata…

sobota, 23 kwietnia 2011

Opatrzność czuwa

Świadków na to nie mam, słuchały mnie tylko konie i mały kot (dla odróżnienia kotów, Sylwestra jest "dużym kotem", lub "bytem czarno - białym", a Krystyna "małym kotem", "kosołapą" - bo ma krzywe łapy i śmiesznie je stawia, albo "czarną"), ale rzekłem dziś rano, wydając koniowatym śniadanie: módlcie się o deszcz, jak chcecie pójść na trawę!

Co było prostym wnioskiem z oględzin Pierwszego Padoku, które dokonałem tuż przedtem, sprowadzając na ścieżkę cnoty zabłąkane tamże nielegalnie i szkodliwie dla zdrowia Maleństwo. Trawa ma już średnio 8 cm. Jeszcze dzień - dwa, a można by konie wypuścić. Gdyby tylko ten nawóz się wchłonął! A do tego potrzebny jest deszcz...

Rzekłem, konie mnie uważnie wysłuchały - pomodliły się i jak to istoty bezgrzeszne (nawet Maleństwo niewinnie psoci przecież...) - zostały wysłuchane: wedle prognozy pogody którą sprawdziłem dosłownie kilkanaście minut później - jutro i pojutrze ma nam padoki podlać. Chwała Najwyższemu!

Czekamy teraz zatem zarówno na Zmartwychwstanie, jak i na deszcz. O Zmartwychwstaniu rozpisywał się nie będę. Raz, że jestem zbyt zmęczony - zapowiedź deszczu zmobilizowała mnie do skopania Lepszej Połowie ogródka, ogródek jest minimalistyczny, na miarę mojego lenistwa a nie możliwości, ale i tak mam bąble na dłoniach i zakwasy w ramionach. Dwa, że rok temu sam zaczytywałem się w wielkanocnych esejach Pana Studyty: bardzo żałuję, że zdecydował się zakończyć blogowanie, polecam Państwu serdecznie czytanie na Wielką Sobotę.

O deszczu napiszę jak się wreszcie pojawi. Cóż mi zatem pozostaje..? Życzyć Państwu radosnych świąt oczywiście.

Acha! Informuję wszem i wobec, że się zakochałem. W dodatku - w istocie tej samej płci, co już niezłą perwersją w czas świąteczny trąci. Cóż jednak zrobić? Może jest odrobinę zbyt masywny, może ma ciut za krótką szyję, ale poza tym - jest idealny i pierwszy raz taki, że i z typu i z rodowodu, do wszystkich trzech moich panienek jednocześnie, tak samo dobrze pasuje! I nawet cena nie aż tak wygórowana (pewnie dlatego, że na torze nic nie wygrał...). Na razie to oczywiście czysta abstrakcja - ale może ktoś z Państwa ma ochotę sprawić sobie prezent..? Piszę tu oczywiście o Bastionie.

A kto jest winien? Lepsza Połowa jest winna. Bo gdym kopał ogródek, ona Bastiona z netu wykopała. Zresztą - stoi u naszych starych znajomych z Jejska nad Morzem Azowskim... To jeszcze raz pozdrawiam - i zaczynam się lenić. Ot, co...

piątek, 22 kwietnia 2011

Dlaczego świętowanie męczy..?

Najpierw trzeba zapełnić lodówkę. Wymaga to wizyty, lub częściej jednak – kilku wizyt – w zatłoczonym i już z tego tylko powodu wzbudzającym w człowieku agresję (nie dotyczy Chińczyków! Im, im tłumniej – tym bezpieczniej, lubią się o siebie nawzajem ocierać, jak surykatki czy inne stworzonka futerkowe stadne… Czy się mylę..? A może ktoś z Państwa też czuje się w tłumie dobrze i bezpiecznie..?) supermarkecie.

Kiedy lodówka już zapełniona, prace się rozdzielają. Część sił i środków należy rzucić na odcinek przerabiania półproduktów z lodówki na produkty gotowe jadalne (chyba, że ktoś idzie na łatwiznę i wszystko kupuje od razu w postaci gotowej do spożycia..?), a część – na doprowadzanie kwatery do połysku. Mógłby się ktoś z Państwa zapytać: no dobrze – ale co w tym takiego męczącego..? Koniec końców, to tylko oznacza, że nasze Lepsze Połowy muszą wyrobić w te dwa – trzy dni jakieś 200% miesięcznej normy roboczogodzin. Możemy, oczywiście, solidaryzować się z nimi w bólu – usuwając się dyskretnie poza obręb mieszkania, żeby nie przeszkadzać i nie katować się widokiem ich udręki… Ot, świetna okazja żeby wyskoczyć na piwo z kolegami, czy na moczenie wędki nad rzeką, nieprawdaż..?

No nie do końca, nie do końca! Niby to tylko dwa czy trzy dni – ale powiedzmy sobie szczerze i otwarcie: my też lubimy, kiedy poświęca się nam trochę uwagi. Przytuli. Pogłaszcze. A trudno o takie niezbędne do życia każdej surykatki, tj., przepraszam – oczywiście: każdego mężczyzny gesty – kiedy Lepsza Połowa akurat wyrabia 200% normy! Tak więc cierpimy chcąc nie chcąc. Nawet, jeśli dla minimalizacji owego cierpienia, usuwamy się na te „gorące“ dni z domu… Wszak na noc trzeba wrócić, nieprawdaż..?

Tak więc, radzi czy nieradzi, też bierzemy się za ściereczki i miotełki – i sprzątamy. Mnie się akurat jakoś wyjątkowo w tym roku ulazło – za to zbiłem z resztek po starych deskach dwa kwietniki (pochwalę się, jak się w nich wreszcie coś zasadzi). No i obiecałem skopać ogródek. Co będę wykonywał za jakąś godzinkę, jak się trochę ochłodzi, bo na razie iście tropikalny upał (a rano był przymrozek!). Dlatego mam czas na snucie tego rodzaju rozważań.

Gdzieś pomiędzy zakupami, sprzątaniem a gotowaniem, niektórzy z nas znajdują czas na pójście do kościoła. I to w zasadzie cały modus świętowania wyczerpuje. Jeśli ten „czas święty“ wyróżnia się jakoś od „czasu zwykłego“ – to tym tylko, że więcej trzeba ganiać, wystawać w korkach i ocierać się o obcych ludzi w sklepie, co w przeciwieństwie do ocierania się o Lepszą Połowę, nie jest ani trochę przyjemne!

Po jaką cho..rę nasi przodkowie wymyślili te całe święta, zamiast zwyczajnie wziąć sobie urlop i wyskoczyć w góry lub nad morze..?

Ano właśnie – przodkom jednak chyba było po prostu… łatwiej..? To są tylko luźne propozycje, nie żadna skończona i kompletna lista, proszę dopisywać własne spostrzeżenia, jeśli wola, ale wydaje mi się, że:
-       w okresie przedświątecznej mobilizacji liczniejsze, wielopokoleniowe rodziny naszych przodków o wiele lepiej sobie radziły z ogromem zadań – dzięki podziałowi pracy, zadania te wręcz mogły się, przez kontrast do codziennej rutyny, wydać rodzajem zabawy! Dla pary udźwignięcie ciężaru przedświątecznych przygotowań jest już zadaniem wyczerpującym. Dla osoby samotnej – chyba niemożliwym do podołania..?
-       nasi przodkowie w znacznej części spożywali w czasie Świąt Zmartwychwstania zapasy z poprzedniego roku (ostatnie zresztą…) – to i tłok na targowisku (supermarketów jeszcze nie było…) aż tak ich nie stresował. To jest oczywiście pewien problem – zwłaszcza dla ludzi z Wielkim Miast, jak moja własna Lepsza Połowa, przywykłych do tego, że przez cały rok są dostępne świeże produkty i nie trzeba przechowywać zapasów na dłużej niż tydzień – ale akurat w tym względzie nasi przodkowie po prostu nie mieli skali porównawczej, bo w ich czasach świeże produkty były dostępne tylko sezonowo, w sezonie wiosennym – jak teraz – w zasadzie, poza może mlekiem i dziczyzną, żadnych świeżych produktów jeszcze nie było, więc korzystanie z (już w dużej mierze przetworzonych) zapasów było bezalternatywną koniecznością. Znacząco jednakowoż zmniejszającą potrzebny dla skutecznego świętowania nakład pracy!
-       nie było ani telewizji ani blogów w internecie, więc okazja do wspólnego skubania gęsi z puchu i opowiadania przy tym rodzinnych dykteryjek – była jedyną możliwą, a przez cały Wielki Post tęsknie wyglądaną rozrywką,
-       tradycyjnie w dawnych czasach większość małżeństw aranżowała się podczas karnawału – a zawierała właśnie na Wielkanoc: była w tym swoista ekonomia, bo dzięki temu nie trzeba było osobno wesela urządzać, skoro już i tak przygotowania do świąt trwały!

To są na razie wszystkie powody dla których ongiś czas święty był świętym, a teraz nie jest. Ale może Ty, Drogi Czytelniku, masz na ten temat inne zdanie..?

czwartek, 21 kwietnia 2011

Znów to zrobiłem…

I to jeszcze przy Wielkim Czwartku… Mea culpa, mea maxima culpa! Aczkolwiek – tak prawdę powiedziawszy: coś ciężko mi w sobie żal wzbudzić, a i z postanowieniem poprawy – nie najlepiej…

O co się rozchodzi..? O blueconnect oczywiście. Co do orange’owego CDMA, to po dłuższych deliberacjach dobrałem się do bebechów tego paskudztwa przez Ethernet. To znaczy: mogę się już z nim połączyć i na przykład coś zmienić w ustawieniach. Nie mogę natomiast na razie połączyć się ze światem. Co może wynikać z miliona różnych przyczyn: od tak prozaicznej rzeczy, że coś dalej robię nie tak, przez równie prozaiczny fakt, że jednak, wbrew zapewnieniom panienki z salonu, w Boskiej Woli nie ma zasięgu (a nawet jeśli jest, to do mnie, kilometr od wsi – już nie sięga!), aż po całkiem prawdopodobną możliwość, że ustrojstwo wcale jeszcze nie zostało przez Orange aktywowane. No różnie może być. Komputerowym geniuszem z całą pewnością nie jestem – i nawet nie chce mi się być! Po to od 15 lat, tj. odkąd przestali robić Atari, używam wyłącznie używanych Macintoszy, żeby się komputera uczyć nie musieć: to ma być „pstryk“ – i działa! Fakt, że używane Mac-i to nie to samo co nowe i co nieco jednak zmuszony byłem liznąć, ale zaiste! Nie czuję potrzeby lizania czegokolwiek więcej!

Tak więc przyczyn niedziałania CDMA dalej może być milion. Mamy jeszcze cztery tygodnie żeby dojść dlaczego nie działa i czy ewentualnie może zadziałać, więc bez paniki. Wypadało jednak przejść się teraz do Ery i coś zrobić z tą kończącą się umową. I o tym właśnie jest ta opowieść: o sklepie firmowym Ery przy al. Jerozolimskich 167.

Podnieśli mi adrenalinę do niebezpiecznego poziomu na samym wejściu. Zainstalowali sobie bowiem (dwa lata tam przecież nie byłem!) taki automat do wydawania numerków – jak na co większych pocztach mają. Nienawidzę takich automatów! Raz, że to maszyna – a jak już się rzekło powyżej, ani serca, ani dobrej ręki do maszyn nie mam. Dwa – że nie wiem jak Państwu, ale mnie się to numerkowanie bardzo źle kojarzy. No kojarzy mi się – nic na to nie poradzę! Z takim miejscem gdzie numerki tatuowali…

Jedno looknięcie na ekran tego paskudztwa, a para zaczęła mi uszami wychodzić! Co mamy do wyboru? „Obsługa klienta“, „Reklamacje“, „Przedłużenie umowy“. Jakie, *************, „Przedłużenie umowy“..? Ja sobie przyszedłem POROZMAWIAĆ. A o przedłużeniu umowy – to ewentualnie, gdybym pod wpływem perswazji sprzedawcy był ŁASKAW pomyśleć – na końcu ewentualnie można by coś wspomnieć – nie prędzej! Co to, ****************** ma być – urząd jakiś? Co ja – petent jestem, na kolana mam przed Wielce Wielmożnym Panem Sprzedawcą padać..? Cel wizyty od razu na czole sobie wypisywać? Jak niby w tej sytuacji wygląda moja pozycja negocjacyjna..? No – jak ostatniego łacha..! Przylazł łach, od razu mówi, że chce umowę przedłużyć – niech najpierw buty Panu Sprzedawcy wyliże..!

W tym momencie o żadnym przedłużaniu umowy nie mogło być już mowy. Nie ze mną w każdym razie! Wybrałem „Obsługę klienta“. Wybrałem, numerek pobrałem i… nic. Na sali – wcale niedużej – sześcioro wygarniturowanych i wygarsonkowanych Państwa Sprzedawców i ja jeden – klient. Na ekranie wywieszonym nad stanowiskami Państwa Sprzedawców mój numerek się nie wyświetla. Mija minuta. Druga. Trzecia… Cisnąłem ten świstek pod nogi i zrobiłem w tył zwrot w stronę drzwi. Już byłem na ulicy, ale wspomniałem na pokorę chrześcijańską i na Lepszą Połowę, która głowę mi zmyje, jak sprawy nie załatwię , więc zawróciłem. Wskazali mi jakąś panią, która niby miała się mną zająć. No, ale o czym ja już mogłem w tej sytuacji rozmawiać..? Rozwiązałem tę umowę ze skutkiem na 20 maja, zapłaciłem zaległości i wyszedłem.

Jak do tej pory nie załatwimy jakoś sprawy z CDMA, przyjdzie się z Erą przeprosić i nową umowę zawierać – ale już w Warce! Przynajmniej straszliwej maszyny z numerkami nie mają..!
Piosenka głupia, kompletnie do Wielkiego Czwartku nie pasuje – ale czy ja jestem mądry, czy ta historyjka jest mądra i czy to w ogóle ma cokolwiek wspólnego z Wielkim Czwartkem..?

środa, 20 kwietnia 2011

Przeminęło z wiatrem...

Tak w ogóle, to wyszliśmy sfotografować rozkwitłe wbrew codziennym porannym przymrozkom i wbrew suszy (a tak! Ledwo tydzień nie pada, a już sucho jak pieprz - po hydroforni widzę...) przydrożne mirabelki:
Mirabelki dostrzegła Lepsza Połowa wczoraj przy okazji odprowadzania do domu zbiegłego towarzystwa. Towarzystwo generalnie zbiega co chwilę: skończyło się dobre siano, zostało to gorsze, które już tak nie smakuje, a skąpa bo skąpa, ale przecież już zielona trawa za płotem kusi... Na razie możemy je wypuszczać tylko albo do Lasku, albo na mały, boczny padoczek - na Pierwszym Padoku i na Wielkim Padoku od tygodnia leży rozsypany nawóz który, z braku deszczu, jeszcze się nie wchłonął. No i trawa ciągle za mała, żeby pozwolić dzikiej hordzie na jej deptanie. Kiedy wyrośnie - przy tej aurze: Bóg raczy wiedzieć..?

Oprócz mirabelek ze zjawisk ciekawszych zaobserwować można w tej chwili w Boskiej Woli erozję wiatrową. Otóż na północ od naszych posiadłości rozciąga się wieś:
Zaś między wsią a Pierwszym Padokiem mój pracowity sąsiad już dobre trzy tygodnie temu uprawił ziemię, rozsypał nawozy i zasiał żyto. Zapewne jako przedplon pod kukurydzę (tak, w każdym razie, robił w zeszłym roku). A potem wiało. Wiało. I wiało. Użyłbym dosadniejszych określeń - ale, sami rozumiecie, Wielki Tydzień jest...

Efekt? Efekt jest taki:
Ziemia razem z nawozem i razem ze świeżo posianym żytem przemieściła się na dróżkę, która poprzednio biegła wzdłuż naszego płotu - i dalej, na nasz maleńki ciągle żywopłot i na łąkę:

Jak widać więc, nawet nieruchomości potrafią zmienić miejsce pobytu! W odróżnieniu od niemałej liczby ludzi - osobliwie tych przyspawanych do koryta władzy, którzy niezależnie od panującego akurat ustroju czy rządu - doskonale potrafią sobie żyć cudzym kosztem...

Jak napisałem, nasza ciągle zbyt mała i zbyt rzadka trawa napełnia nas troską:
Za to karagany mają się dobrze po zimie i jasno już dają do zrozumienia, że wkrótce okryją się liśćmi:
No i te nasze mirabelki - prawie jak sakura, co kwitnie i zaraz opada (Japończycy zwykli do płatków sakury porównywać młodych samurajów ginących na polu walki...):

wtorek, 19 kwietnia 2011

CDMA - ha, ha, ha..!

Jutro upływa ostatni dzień dwuletniej umowy z Erą na blueconnect. Podnieciony tą jakże zachwycającą perspektywą, zawędrowałem do sklepu Orange w Warce (Plusa wykluczyłem od razu, bo z porównania ofert cenowych, które wykonałem wcześniej w domu, był absolutnie 100 lat za Murzynami...). No i widząc jak byk na pudełku z modemem napis "made for PC and Mac computers" - dałem sobie wcisnąć modem CDMA.

Na szczęście, można to zwrócić w ciągu 30 dni, co zapewne jutro przejeżdżając przez Warkę uczynię.

Co z tego, że "made for..." - jak sterownika niet. I nawet nie ma jak ściągnąć - Wujek Google żadnych wyników w tej kwestii nie podsuwa. No i nawet nie wiem w rezultacie, czy to całe CDMA ma u mnie zasięg, czy go nie ma. Wszystkie jak jeden numery telefonów - pomocy technicznej Orange, serwisu producenta, infolinii Orange - są, co przecież oczywiste - "chwilowo niedostępne". I tak już drugą godzinę. Więcej czasu na to tracić nie zamierzam.

I tylko szkoda, że znowu się okazało, że jesteśmy do Ery przypisani jak chłop pańszczyźniany do ziemi :-(

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Wspominki

Rok temu mniej więcej, wiozłem Sylwestrę do weterynarza w popłochu, bo przestała jeść i pić i miała już kłopoty z oddychaniem. Skończyło się wszystko dobrze – po kroplówce i serii zastrzyków kot szybko wydobrzał. W tej chwili subtelniej i mniej subtelnie próbuje mi zasugerować, że byłoby wskazanym wydać jej drugi obiad. No bo przecież Pani z całą pewnością pierwszego obiadu nie wydała…

Za to teraz, od piątku (ktoś mi musiał w miasteczku K. wirusa sprzedać z publiczności…) sam mam obłożone gardło i ledwo oddycham. Jak by nie prochy, nie dałbym rady dziś wygłosić pogadanki o ziółkach – taki paradoks. Tak prawdę powiedziawszy, to jestem całkiem chory – co może poniekąd tłumaczy, dlaczego ostatnio tak mało precyzyjnie się na blogu wyrażam. Szkoda, że nie mogę do weterynarza pojechać, kroplówki i serii zastrzyków wziąć…

Rok temu jechaliśmy z kobyłami po raz pierwszy do krycia. W tym roku wszystko się opóźnia, przez wzgląd na sprawy finansowe – ale może to i dobrze, jak przyszłoroczna zima będzie tak samo „łagodna“ jak dwie poprzednie, wolałbym nie mieć wyźrebień w marcu!

Rok temu, dokładnie w chwili gdy KGB rozpylało sztuczną mgłę nad smoleńskim lotniskiem, kupowaliśmy na targowisku w Warce sadzonki antonówek. Miało ich być w pęczku 10, tyle też zawczasu wykopałem dołków – a było 8. I tak nam zresztą wszystkie sarny zimą zjadły, więc może i dobrze.

W tym roku jest jeszcze za zimno na sadzenie czegokolwiek. Prognozę pogody sprawdzam już dwa razy dziennie, z niecierpliwością czekając na jakieś widoczne ocieplenie. Figa. Co rano temperatura spada do zera, albo i niżej. Dobrze chociaż, że popadało, pada i jeszcze padać będzie, bo już się robiła, po błotnych roztopach, susza…

Takie to mi do rozpalonej gorączką głowy przychodzą wspominki.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Pogoda w kratę... szkocką!

Wieje tak, że dech zatyka. Przez ostatnie trzy dni udało się rozpalić w kozie tylko dwa razy i to na krótko: tak silny wiatr z północy wdmuchuje nam płomień z powrotem do piecyka i do wnętrza chatki. Akurat kontemplujemy drugą z tych rzadkich chwil, grzejąc się przy piecu :-) I nic, ale to nic nie chce się nam robić.

Tyle, że trochę popadało i chociaż zimno - trawa rośnie. Tylko agresywnych facetów w spódniczkach w kratę i bydła brak, by uznać - że to Szkocja!

sobota, 9 kwietnia 2011

Pochwała cynizmu

Oczywiście że jestem cynikiem. Nawet więcej: jestem do bólu wręcz cyniczny. Co innymi słowy oznacza też i to – że zawsze mówię Państwu prawdę, niezależnie od tego, jak by nie była nieładna, nieprzyjemna, niewygodna, niehonorowa, nieciekawa (choć, czy prawda może nie być ciekawa..?) i odległa od powszechnie przejmowanych, a zwykle – jakże uspokajających i nasładzających nasze skołatane dusze – mitów.

Cynizm jest dla mnie oczywistym odruchem samoobrony umysłu atakowanego na każdym kroku dokładnie takimi samymi sztuczkami (jak mawia Szef „mykami“), których sam używam, by sprzedać towar, który mam do sprzedania i zarobić na chleb (dzisiaj nawet – uwaga, uwaga, to duży postęp i oznaka narastającego dobrobytu: z kiełbasą..! Konkretnie: z kiełbasą „wiejską“ z Tesco w Kozienicach, gdzieśmy byli wykupić – nareszcie, po tygodniach zwłoki – receptę na leki łagodzące Lepszej Połowy astmę. Kiełbasa była w promocji, tośmy sobie pozwolili, a co tam..!).

Takich samych „myków“ jak ja podczas prezentacji egzotycznych ziół, używa każdy jeden polityk próbujący sprzedać Szanownym Państwu swoją osobę. Każdy. Polityk, który by owych „myków“ nie używał, nikomu niczego by nie sprzedał – i tak prawdę powiedziawszy, to mam tu na myśli pewien całkiem konkretny przykład polityka, który „myków“ nie używa (nie umiem powiedzieć, czy dlatego, że nie potrafi, czy dlatego, że konsekwentnie uważa to za niemoralne?) – i który w rezultacie jest już niemal ikoną „Słusznej, ale przegranej Sprawy“.

W każdym razie – na „Kongres Prawicy“ się nie wybieram. Po co mi to..?

Takich samych „myków“ używa każda reklama telewizyjna. Każdy sprzedawca. Każdy znajdujący chętnych słuchaczy wykładowca czy mówca. Naukowiec nawet – bo w czasach współczesnych promocja pewnych teorii naukowych niczym się nie różni od promocji takich czy innych programów politycznych czy komercyjnych produktów!

Ludzie używają owych „myków“ świadomie i celowo, albo intuicyjnie i spontanicznie. Ci drudzy – to samorodne, prawdziwe talenty. Jak mawia Szef: bardzo często spotykane wśród tzw. „marginesu społecznego“. Skąd wywodzi się większość najskuteczniejszych i najlepiej zarabiających prezenterów sprzedających emerytkom maty do masażu, pościel wełnianą, naczynia ze stali szlachetnej, chromowo – niklowej i setki różnych innych produktów. Ja niestety, do takich samorodnych talentów z całą pewnością nie należę. Cała zdolność jaką zrządzeniem losu posiadłem dzięki odziedziczonym po Rodzicach genom, to umiejętność łatwego, odruchowego przestawiania miejscami „cegiełek“ wiedzy którą już mam. Nie ma w tym nic twórczego. Brak mi potencjału potrzebnego matematykom, a nawet – o wiele mniej obciążających wyobraźnię – poetom. Jedyny tytuł do którego odważyłbym się ewentualnie aspirować, to tytuł „stylisty“: bo skuteczne posługiwanie się językiem, właśnie na owej łatwości zamieniania miejscami cegiełek się zasadza. Nigdy jednak sam żadnej nowej cegiełki nie wymyśliłem i nie wymyślę – jestem na to zdecydowanie „za krótki“.

Tak samo brak mi samorodnego talentu do używania „myków“. Stąd, prowadzenie prezentacji jest dla mnie bardzo, ale to bardzo ciężką pracą.  Prawdę powiedziawszy: wolałbym robić cokolwiek innego. Ale nie mogę. Nie mam takiej szansy. Nikt nie zatrudni mężczyzny tuż przed czterdziestką na stanowisku do jakiego zwykle aspirują studenci albo świeżo upieczeni absolwenci studiów (bo z góry zakłada, że musiałby mu więcej zapłacić niż młodzikom, a niby z jakiej racji miałby to robić..?) – a nie mam żadnego „fachu w ręku“, który mógłbym wykonywać niezależnie od humorów takiego czy innego pracodawcy. Ot: życiowy błąd, którego już nie naprawię. Bo jest na to za późno. Wyczerpałem też cały zasób znajomości, kontaktów, układów i przyjaźni – nic już z tego więcej nie wyniknie niż wynikło.

Tak więc na razie przynajmniej, nie pozostaje mi nic innego, niż prowadzenie prezentacji – na czym w tej chwili cierpi Lepsza Połowa, bo – jak to na początku – obracamy się na razie tylko w najbliższych okolicach Warszawy, więc zawsze wracam do domu wieczorem i zawsze jestem tak zmęczony, że już rozmawiać się ze mną nie da. Kiedy w zeszłym roku jeździłem dalej, „w Polskę“ – po prostu chodziłem bardzo wcześnie spać.

Niezachwiana i poświadczona przez wszystkie wieki skuteczność „myków“ (których już i Perykles używał i Demostenes i każdy tyran, polityk, sprzedawca, przekupień, apostoł czy heretyk od początku świata…) jest silną dość przesłanką przemawiającą za niezwalczoną ułomnością ludzkiej natury.

Nic z tego co o ludzkiej naturze piszę nie jest moim pomysłem, bom to wszystko od Mistrza Lema zaczerpnął. Że Lem był mizantropem, wątpić nie podobna: ale też każdemu tylko życzyć takiej mizantropii..!

Na owej niezwalczonej ułomności ludzkiej natury też się i mój cynizm zasadza. Zaprawdę: żyjemy w najdoskonalszym z możliwych światów. Albowiem żadna radykalna, jakościowa amelioracja owego świata nie jest możliwa. Mierny to dowód jego doskonałości, ale też i jedyny możliwy i do ucięcia raz na zawsze wszelkich prób w tym kierunku – wystarczyć w zupełności powinien. Że nie wystarcza, to tylko skutek ludzkiej głupoty i niepamięci. Nigdy bowiem w dziejach żaden istotny, naprawdę poprawiający ludzki byt na tym łez padole postęp nie nastąpił tylko dlatego, że ktoś tak chciał.

Dobrymi intencjami wybrukowane jest Piekło. Co mi zawsze Lepsza Połowa powtarza, gdy mi coś nie wychodzi. A ostatnio np., notorycznie nie wychodzi mi palenie w kozie – bo przy tak gwałtownym jak teraz, północnym wietrze, nasz wyniesiony góra kilkadziesiąt centymetrów nad kalenicę komin okazuje się za krótki i wdmuchuje dym do środka. Nic się na to nie da poradzić, póki nie podwyższymy komina.

Dokładnie tak samo: nie jest możliwa likwidacja chorób i cierpienia na tym świecie. Ceną za rezygnację z ułomności naszego ciała, może być tylko rezygnacja z tego ciała takim, jakie ono jest w tej chwili – a więc: rezygnacja z człowieczeństwa w ogóle, bo nie ma i być nie może człowieczeństwa bez ciała…

Nie jest możliwa likwidacja nierówności, biedy, ciemnoty, przesądów i niesprawiedliwości – bez jednoczesnej rezygnacji z wolności. A w gruncie rzeczy: z rozumu.

Ponieważ nie wierzę w takie utopie, nie wierzę też w różne pięknie brzmiące hasła, które do owych utopii miałyby prowadzić. Nie wierzę w te utopie bez żadnego względu na ich konkretną treść. Tak samo nie wierzę w utopię liberalnej demokracji, jak nie wierzę w utopię anarchii, socjalizmu, anarchosocjalizmu, anarchokapitalizmu czy też w utopię jakiejkolwiek bądź teokracji. Próba realizacji którejkolwiek z tych utopii może los człowieka tylko pogorszyć. Żadne polepszenie w ten sposób – nie jest możliwe. Koniec i kropka.

W konsekwencji nie wierzę też w żaden etos, misję, wizję, posłannictwo, przeznaczenie czy los. To są tylko pewne „myki“, których zadaniem jest zapewnić koherencję bezpostaciowego zbioru wzajemnie wrogich jednostek tak, aby ów zbiór przynajmniej się sam nie zjadał. „Myki“ te żadnego głębszego sensu nie niosą i tylko naiwności dowodzi ten, kto pręży się na baczność na głos surmy czy łopot sztandarów (nie, żebym sam był od takiej naiwności wolny: i surmy i sztandary i szum husarskich skrzydeł – to są pewne „cliché“ nie przypadkowo wcale tak dobrane, tylko dlatego, że jako „myki“ psychologiczne – nie mają sobie równych skutecznością…). Jeśli nawet dulce et decorum est pro patria mori – to jakoś dziwnie często szansę na przekazanie swoich genów dalszym pokoleniom mają wcale nie owi bohatersko polegli, tylko tchórze i cwaniacy, nierzadko ci sami, którzy owych naiwnych w fatalną dla nich walkę celowo, świadomie i z premedytacją wrobili, którzy zostają bezpiecznie na tyłach i z wielkim dla swych żądz pożytkiem, pocieszają wdowy i narzeczone po tamtych pozostałe…
Nie jestem ani trochę lepszy od moich „pacjentów“. Dlaczego niby miałbym czuć jakikolwiek obowiązek polepszania ich bytu, rozszerzenia ich świadomości, czy też w inny sposób – robienia im lepiej, niż sami tego chcą..? Bo że tak w ogóle, to „robię im dobrze“, sprzedając drogo zioła, dzięki którym czują się o tyle lepiej – to chyba wątpić nie można..?

środa, 6 kwietnia 2011

Fenomen głupoty

Jak Państwo doskonale wiecie, głupota mnie fascynuje. Co zapewne wynika z faktu, że nie jestem zbyt mądry. A czasem nawet – całkiem głupi. Osobliwie: przy niewiastach płci przeciwnej. Zupełnie jak w starym żydowskim dowcipie: do rabina przychodzi pewien pobożny chasyd i zwierza mu się z grzechu nieczystości. Rabin oczywiście wypytuje, jak to się stało? Na co chasyd:
-       Rebe, byłem w podróży. Przyjechałem późno do karczmy, był tłok, gospodarz położył mnie razem z młodą, chrześcijańską dziewczyną.
-       I co, i co dalej..?
-       Rebe, długo się modliłem i próbowałem zasnąć. W pewnym momencie jednak – przez nieuwagę wyciągnąłem rękę i dotknąłem jej nagiej piersi…
-       I co dalej, mów..?
-       Dalej nic, rebe. Uciekłem!
-       W takim razie – będziesz za pokutę przez miesiąc jadł tylko siano!
-       Dlaczego rebe..?
-       Boś osioł…

Dzisiaj jednak o trochę innym rodzaju głupoty. Choć – czy głupota może mieć rodzaje..? Oto jest pytanie!

Na nasze spotkania sprzedażowe przychodzą różni ludzie – i wcale nie rzadko: dziwni. Jest to wręcz część założenia. Koniec końców, czy ktoś, kto nie jest choć odrobinę „dziwny“ – wyda 2,5 tauzena na jakieś tam ziółka..? Nie twierdzę, że mu te ziółka nie pomogą – skoro wyda 2,5 tauzena, to pomogą mu na pewno – jak słusznie twierdzi zawsze przy takiej okazji Wojciech Majda. Gdzieżby miały nie pomóc – za taką kasę..?

Tym niemniej jednak, żeby w ogóle przyjść na takie spotkanie i żeby wydać taką kupę kasy tylko dlatego że ja nawijam jak nakręcony przez godzinę – sporą dozę „dziwności“ mieć potrzeba. Po części przynajmniej, daje się ową „dziwność“ wytłumaczyć. Jak ktoś jest chory na nieuleczalną chorobę i lekarze – zgodnie z prawdą – mówią mu, że będzie chory do końca swych dni, to nie ma się co dziwić, że szuka jakichkolwiek innych opcji poza „oficjalną medycyną“. Jest to nierozsądne – o wiele sensowniej byłoby wydać te pieniądze na dobre wakacje, na żarcie czy pozostawić w spadku dzieciom. Każdy w końcu musi umrzeć i takie desperackie chwytanie się najbardziej nawet absurdalnych recept na przedłużenie pełnego cierpień pobytu na tym łez padole nic nie ma wspólnego z rozumem (za to bardzo wiele ze wspólnym nam i wszystkim innym zwierzętom instynktem samozachowawczym…).

Zdecydowana większość naszej publiczności wcale jednak nie składa się z osób jakoś szczególnie chorych. Co też jest zrozumiałe. Jak ktoś jest chory, to leży w łóżku i nie wychodzi z domu. Zdecydowana większość naszej publiczność należy do którejś z trzech kategorii.

Pierwsza kategoria to znudzone emerytki które chodzą na wszystkie w ogóle spotkania, o których tylko się dowiedzą – bo jest to dla nich jedna z ważniejszych rozrywek. Niestety, tej grupie trudno jest cokolwiek sprzedać. Po pierwsze – są to osoby nieco już zmanierowane, by nie rzec rozpuszczone. Organizatorzy spotkań, chcąc przyciągnąć jak najliczniejszą publiczność, zwykle oferują każdemu uczestnikowi jakiś drobny prezent. Takie rozpuszczone emerytki potrafią się o wartość owego prezentu wykłócać! Po drugie zaś – skoro chodzą na wszystkie możliwe spotkania, to i kupują. Często zatem nie mają już żadnej zdolności kredytowej, bo spłacają raty i za pościel wełnianą i za matę do masażu i za lampę naświetlającą (po 5 tauzenów chodzą!) i za garnki stalowe (te to tak średnio po 3,5 tauzena…) i za całą masę innych dupereli. Niemało jest babć, którym mężowie czy dzieci pochowały dowody osobiste – żeby już więcej nie kupowały…

Do drugiej kategorii należą młodzi emeryci najrozmaitszych służb mundurowych, niemundurowych, jawnych, tajnych i dwupłciowych. Panowie w dobrej kondycji, między 50-tką a 60-tką, sprawni fizycznie i bardzo zainteresowani swoim ciałem. Wzrost poziomu cukru we krwi, pierwsze objawy problemów z prostatą, banalny piasek w nerkach, pierwszy skok ciśnienia – naturalne, nieuniknione, oczywiste wręcz objawy starzenia się – wprawiają ich w stan amoku. Gotowi są sięgnąć po każdy wyobrażalny i niewyobrażalny środek, żeby tylko starość, której panicznie się boją, odsunąć na dalszą przyszłość. Bodaj o kilka lat. To są zdecydowanie najlepsi klienci. Kupują chętnie, płacą bez szemrania, stosują się do wskazań recpety, chwalą sobie nasze kuracje. Wręcz dla takich właśnie klientów stworzone!

No i wreszcie trzecia kategoria, to pospolici wariaci. Jak pewna pani prawniczka z miasta W. wczoraj: czytelniczka takich pism jak „Czwarty wymiar“ czy „Nie z tej Ziemi“, pacjentka radiestetów zdalnie, bo z Wrocławia, zaszywających jej „dziurę w sercu“ (!), zaprzedana zwolenniczka feng shui (Uwaga! Uwaga! Nawet umiała poprawnie wymówić ten termin! To wielka rzadkość zaiste, bo i krajowi „guru“ tej ezoterycznej wiedzy często tak mówią, jak się pisze…), czakramów i pól energetycznych. Mój kolega A. podjął ten temat w rozmowie z panią z kamienną twarzą – usunąłem się na ten czas na bok, bo bym nie wytrzymał. Poradziłem jej tylko przygarnąć jakiegoś kota. Może opieka nad czworonogiem trochę ją na ziemię sprowadzi..?

Jak pewien pan, absolwent geografii z miasta M. dzisiaj. Niby człowiek praktyczny, budowlaniec – jak opowiada, zwiedził kawałek świata, był nawet w egzotycznym bardzo miejscu pochodzenia naszych ziół – przy tym gawędziarz i jak sam się chwalił: człek ustosunkowany, choć w finansowych kłopotach (ale kto w dzisiejszych czasach nie ma finansowych kłopotów..?). A tymczasem nie dość że poprawne wymówienie słowa „deweloper“ sprawia mu nieprzezwyciężoną trudność, to jeszcze chodzi z torbą pełną ulotek i folderów zielarzy, speców od akupunktury czy chińskiego masażu. Aż mój kolega A. zaczął go podejrzewać, że żaden z niego budowlaniec, tylko występujący incognito „kolega z branży“, który przyszedł podpatrzeć, czym handlujemy.

Skądinąd kilku już takich kolegów w zeszłym roku spotkałem – i wszyscy jak jeden sami się do tego szybko przyznawali: zwyczajnie, te zioła, które my mamy, są poza zasięgiem jakiegokolwiek pana Kazia z miasteczka M., który by je chciał prywatnie importować, żadne incognito zatem, nic tu nie daje. Więc jednak wariat.

Żywy dowód na absurdalność naszego systemu edukacji zarazem. Ani owa pani z miasteczka W., ani ów pan z miasteczka M., ani też bohaterka wcześniejszych wpisów na tym blogu, „Ania27“ z forum „Świata Koni“ – nie powinni byli zostać dopuszczeni do matury. I w ogóle mowy nie ma to tym, że jakiekolwiek studia pokończyli! A tymczasem nie tylko matury zdali, ale też – jak twierdzą – magistrami są („magister“ – dla przyjaciół: „megi“…).

Dlaczego tak uważam..? Wcale nie dlatego, że każdy magister powinien się od razu na medycynie znać. Bo nie powinien. Podobnie jak na kuchni czy na polityce.

Powinien jednak zostać nauczony elementarnych podstaw krytycznego myślenia. Powinien umieć konfrontować ze sobą różne informacje. Powinien umieć wyszukiwać i hierarchizować wedle ważności informacje na każdy możliwy temat. I łatwo by doszedł do wniosku, że czakramy, biopola, astrologia czy radiestezja, to byty które poza jego własną głową, istnieć nie mają prawa...

Tak chyba jednak jest ten świat urządzony, że  bez ludzkiej głupoty, by się zwyczajnie zawalił. No bo czy możliwy byłby jakiś sensowny pokój społeczny, gdyby ludzie przestali się nabierać na  socjotechnikę, reklamę i propagandę?

Nie, żeby mnie to miało w jakikolwiek sposób pocieszać – ale dalsze pełne sukcesów i pomyślności rządy premiera Tuska tak samo zależą od ludzkiej podatności na reklamę, jak spłata moich długów dzięki sprzedaży ziół…

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Golden Loch

Słowo się rzekło - kobyłka u płota (jedna kobyłka..? Cztery by się znalazły, a co mi tam..!). Obiecałem sobie przy Lepszej Połowie jako świadkini, że jak sprzedam zioła - to sobie kupię w Pierdonce tamtejsze mysie szczyny pod szumną nazwą "Golden Loch". No i kupiłem:
Obrzydlistwo. Ale na moje spracowane (a i trochę bolące po zimnym poranku - zdążyłem przed wyjazdem do Siedlec posprzątać pod wiatą, zerwawszy się o 5.30! - tudzież, co tu kryć: oparzone wczorajszym pilawem z kaczki...) gardło jakoś nadspodziewanie kojąco działa.

Tymczasem nad Boską Wolę nadciągają ciemne chmury. I bardzo dobrze! Mam nadzieję, że obiecane w prognozie pogody 4 mm deszczu spłuczą wapno rozrzucone w sobotę na Pierwszym Padoku...

sobota, 2 kwietnia 2011

Dzień gospodarski

Konie dostały nową lizawkę, zamówiłem na środę nawozy, zrobiliśmy zakupy, potem posprzątałem pod wiatą, wymieniłem cieknący kran pod wiatą i rozsypałem wapno na Pierwszym Padoku. Trochę dziwnie się czuję, żadnego z tych osiągnięć nie mogę pokazać, bo się już ciemno zrobiło, nie pora robić zdjęcia - ale niewątpliwym plusem jest, że nie muszę się schylać, żeby zawiązać sznurówki! Zupełnie jak ta dama:
Tylko odblokowanie mojego zablokowanego od kilku dni telefonu okazało się przedsięwzięciem tak skomplikowanym, że bez wizyty w centrum Warszawy - nie do zrobienia. Na razie zatem można mnie ścigać tylko mailowo albo tam - tamem. Nie umiem przewidzieć, kiedy to się zmieni. Idę spać. I wiecie Państwo co..? Bardzo dobrze będzie mi się dzisiaj spało...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...