poniedziałek, 28 marca 2011

Historia naszej chatki

Naszą chatkę nabyliśmy przy pomocy pana Waldka. Nie znacie pewnie Państwo pana Waldka..? Tym gorzej dla Was!
Miałem zaszczyt poznać pana Waldka w kolejce do tatarku. W okolicy jest – bardzo, ale to bardzo tani i bardzo, ale to bardzo niesolidny – leśny tartak. Ciężko tam dojechać, o tej porze roku to pewnie wręcz niemożliwe. W każdym razie – bez czołgu, amfibii, albo ursusa C-330 J. Poznałem tartak i jego sympatycznego, ale niezmiernie zapracowanego i rozkojarzonego przez nadmiar obowiązków właściciela dzięki pomocy naszego Sołtysa. Kiedy budowaliśmy wiatę dla koni.

Umówiłem się na dostawę tarcicy potrzebnej do wykonania konstrukcji wiaty – większość belek dostałem w prezencie od Ojca, który je przywiózł wraz z tir-em pustaków spod Starogardu, ale kilku potrzebnych na wymiar i kaliber brakowało, podobnie jak desek na pokrycie dachu. Umówiłem się więc z właścicielem tartaku na konkretny termin. Pojechałem. Przebyłem bezdroża, bagna i rozlewiska. Na miejscu zastałem długą kolejkę oczekujących – tartak jeszcze nie ruszył, właściciela brak…

Nim ów się odnalazł, przez kilka godzin oczekiwania, zdążyliśmy się, jak to w kolejce, sfraternizować. I tak właśnie poznałem pana Waldka, który też był tego dnia umówiony po odbiór desek potrzebnych mu do remontu dachu.

I tak od słowa do słowa, wyjawiłem panu Waldkowi najbardziej wówczas dręczące nas pytanie: wiem, gdzie zamieszkają konie, ale gdzie my zamieszkamy..? Na co pan Waldek: a to mój sąsiad ma chatkę z bali na sprzedaż…

Jeszcze tego samego dnia, odwiózłszy wpierw tarcicę na budowę, obejrzałem sobie obiekt. Niepozorny, ale na jedną zimę… Tak wtedy myślałem!

Sąsiedzka rekomendacja zadziałała rewelacyjnie. Za pośrednictwem pana Waldka mój telefon trafił do sąsiada, który sam mi zaproponował cenę: 2.500 złotych (dwa tysiące pięćset złotych). Nie było się nad czym zastanawiać!

Chatka dojechała na miejsce na lawecie. Było z tym siedem pociech. Poprzedni właściciel naszej chatki zdążył ją zakupić i przewieźć (w cztery konie, na dwóch przodkach od wozów!) z jednego końca wsi na drugi. Nie zdążył jej jednak zasiedlić. Chatka, częściowo zdemolowana (brak szyb i większości podłogi), stała sobie na kamulcach przez kilka lat. Stała się chatką na sprzedaż, gdyż małżeństwo owego poprzedniego właściciela rozpadło się, nim do zasiedlenia chatki dojść mogło. Jest to zatem – chatka rozwodowa!

Chatka stała na kamulcach, ale przecież za nisko, żeby pod nią lawetą podjechać. Trochę ją wyżej podniesiono lewarami (takimi, jakich się do tej pory na PKP używa). Za mało. Trzeba było podkopać. A po piasku nie byłem w stanie tej lawety wepchnąć samochodem pod spód. Wciągnęliśmy więc lawetę wciągarką. A potem podjechał jeden z moich nowych sąsiadów i popchnął od tyłu ciągnikiem, gdy ruszałem.

Gdy zjechaliśmy z piasku, jakoś już poszło. Tylko na nisko wiszące kable (dach był złożony, ale zawsze…) trzeba było uważać. Wendi poradziła sobie z ciężarem złożonym na 9-metrowej lawecie doskonale!

Po naszej piaszczystej drodze od wsi pomógł nam ciągnikiem Sołtys.

Na miejscu trzeba było trafić chatką w już istniejące podłączenia wody i kanalizacji. Co mi się tak do końca nie udało – nie zahamowałem z taką masą na dyszlu jak chciałem – i w efekcie Lepsza Połowa ma ciemną kuchnię. Bo owe podłączenia wyszły nie pod oknem, tylko wprost przeciwnie.

Z lawety chatka trafiła na lewary, z lewarów na bloczki betonowe na których, po wypoziomowaniu, stoi do tej pory. Pozostało tylko postawić z powrotem dach, podłożyć pod spód izolację (najpierw piasek, który „Białoruśką“ po sąsiedzku nakopałem, potem folia), na to podłogę (bardzo tanio udało mi się podłogówki kupić w Świętokrzyskiem!), wykończyć instalację wodno – kanalizacyjną, wykonać nową instalację elektryczną (tym zajął się mój niezawodny Ojciec) – i już: można się było wprowadzać.

Chatka ma multum wad. Jest nieszczelna. Między drzwiami a futryną zieje szczelina na kilka centymetrów szeroka. Ale i antyczna suprema i półbalik z którego jest wykonana, dziurawe są jak rzeszoto. Osobliwie w kąciku biurkowym, gdzie teraz przy końputerze siedzę, wieje po nogach. Przy pierwszej już przeprowadzce, chatka straciła swój piec kuchenny, który nie tylko dawał ciepło, ale i dzielił ją na dwa pomieszczenia. Teraz mamy „open space“, a miejsce po murowanej ścianie widoczne jest na suficie w postaci dziury, wypełnionej od góry folią, styropianem i deskami.

Wszystko się tu kurzy i brudzi nieustannie. Lepszej Połowie po przeprowadzce na wieś wzmogła się astma zamiast osłabnąć. Wnętrze wyłożone jest oryginalną, koślawą i odłażącą od ściany boazerią domowej roboty. Lepsza Połowa sądzi, że robił ją ten sam majster, co podobną w naszym kościele parafialnym. Depresyjne otoczenie!

Izalacja pod podłogą okazała się niedostateczna, nie chroni przed przemarzaniem – a obie zimy, który tu spędziliśmy, były ciężkie. No i ta koza, nasza radosna improwizacja…

Ale cóż: nawet ziemianki bym tak szybko i tak tanio nie wybudował, jak naszą chatkę postawiłem.

Sponsorem opowieści był pan „drwal0“, który o historię naszej chatki pytał.

niedziela, 27 marca 2011

Maciejowicka klęska A.D. 2011

Potrafię jeszcze zaskoczyć samego siebie. I nie ma w tym nic pozytywnego. Bo tym razem – zaskoczyłem się nader negatywnie. Załamałem się w piątek, w ostatnim dniu „poligonowego“ objazdu kilku małych miejscowości na południe od Warszawy  (z tytułowymi Maciejowicami – tak jest, tymi samymi – w ostatnim tegoż objazdu dniu) z naszą nową, zielarską prezentacją. Załamałem się tak, że teraz nie wiem, co będzie dalej..?

Będę dalej pracował w tym biznesie czy nie? Jeśli tak, to czy będę jeszcze próbował prowadzić prezentacje – czy już tylko biuro..? W najlepszym razie – o co najmniej tydzień opóźni się szansa na budżetowe „wyjście na prostą“. Tym samym raczej powinienem zapomnieć o wyjeździe do Turkmenii. A jakie będą dalsze konsekwencje, to się zobaczy.

Dlaczego się załamałem? A czy to takie ważne? Nie powinienem się był załamywać. Szczególnie, że jak chodzi o samą prezentację, to tak obiektywnie rzecz biorąc – nigdy nie wygłosiłem lepszej! A że nic nie sprzedałem..? No cóż: i tak bywa…

Na fali depresji wypucowałem pod wiatą prawie do gruntu – a dzisiaj, już na fali wychodzenia z depresji, pozwoliliśmy z Lepszą Połową naszym wierzchowcom zanieść się „do kamienia“ i z powrotem. Jestem teraz rozluźniony jak gumka w majtkach. I mam kompletną pustkę w głowie. Cokolwiek się stanie jutro, przystosuję się. Bo życie jest piękne – czyż nie..?
No dobra, przyznaję się: poprzedni post, czwartkowy, był „na wspomaganiu“. Porąbałem najpierw przyczepę drewna i tak mi się przy tym mózg dotlenił, aż w niczym nie uzasadnioną euforię wpadłem. A następnego dnia wszystko się na nice wywróciło J.

czwartek, 24 marca 2011

Życie jest piękne

Czy ktoś z Państwa czytał cykl Urszuli Le Guin o Ziemiomorzu? Tak mi się przypomniało po przeczytaniu (pobieżnym, przyznaję – nie mam głowy do rozbierania na czynniki pierwszego jakiegokolwiek „ezoterycznego“ bełkotu w czyimkolwiek wydaniu – nie i już!) ostatnich, do mnie specjalnie adresowanych postów wiele już razy wspominanego wątku na forum „Świata Koni“.

Metafizyka Ziemiomorza jest w pewnym sensie skrajnie antychrześcijańska. Jest też nierealna o tyle, że takiej metafizyki nigdzie nie było – a przynajmniej, nic nam o tym nie wiadomo. Jak to jednak zwykle bywa z fantastyką, metafizyka ta jest poskładana (bardzo zresztą udatnie) z kawałków które jak najbardziej istniały w świecie realnym. „Sucha kraina“ dokąd wędrują dusze umarłych – ślepe, bezradne i bezrozumne – to wypisz – wymaluj Hades homeryckich Greków. Centralna dla całego cyklu idea „Równowagi“ jest oczywiście taoistyczna. Z kolei magia Ziemiomorza, oparta na jęzku – wedle założenia, że znajomość prawdziwego imienia rzeczy, daje nad nią władzę – łączy wątki bliskowschodnie (obecne chociażby w Kabale: ale jest to tradycja o wiele starsza) z pewnymi prądami mistycznymi obecnymi w skądinąd posądzanym o zimny racjonalizm konfucjanizmie. Takich pokrewieństw i zapożyczeń jest o wiele więcej. Najogólniej rzecz biorąc: jest to metafizyka, jaką mógłby mieć homerycki Grek, gdyby zechciało mu się, zamiast wywijać mieczem z brązu, tudzież gwałcić i łupić – wymyślać metafizyki.
Antychrześcijańskość metafizyki Ziemiomorza tym się przejawia, że ideą najbardziej niszczycielską, w najwyższym stopniu zakłócającą ową utrzymującą cały byt w kupie równowagę, jest tam pomysł zdobycia nieśmiertelności. Tamtejsze „życie po życiu“ nie oferuje zbyt wiele atrakcji. Dusze największych nawet bohaterów snują się po piaskach „suchej krainy“ w takim samym, marnym i godnym pożałowania stanie, jak dusze ostatnich ciurów, o których nikt nie słyszał gdy żyli i po których nikt nie płakał, gdy umarli. Kto by jednak próbował zmienić ten stan rzeczy, nieuchronnie sprowadzi zagładę na świat i zmarnuje to jedno jedyne życie jakie było mu dane, by mógł się nim nacieszyć.

Owa antychrześcijańskość Ziemiomorza może i powinna budzić kontrowersje. Nie widzę jednak nic szczególnie kontrowersyjnego w morale czysto praktycznym, jaki z niej płynie. Życie jest piękne!

Życie jest piękne niezależnie od tego czy świeci słońce czy pada deszcz lub wisi mgła. Życie jest piękne gdy jesteśmy szczęśliwi i gdy jesteśmy nieszczęścliwi, gdy tarzamy się w rozkoszy i gdy zwijamy się z bólu – tak samo! Jeśliby to, co kochamy nie było kruche, przemijające i ulotne – to po cóż w ogóle byłoby kochać..? Wszak jeśli coś trwać ma raz na zawsze, to nic w tym nie ma wyjątkowego, szczególnego i niepowtarzalnego…

Myśl tę wszystkim kwękającym, narzekającym, spiskującym i knującym rewolucje żeby ten nasz oszałamiający w swoim przemijającym i niepowtarzalnym pięknie świat zakuć w kajdany jakiejś monomanii, jakiejś prostackiej idei – zawsze, niezależnie od tego jak uwodzicielskich słów używa, nieskończenie uboższej od wszystkiego, czym świat ten może nas zadziwić i co z całą pewnością przekracza granice czyjejkolwiek jednostkowej wyobraźni – z wyrazami szczerej życzliwości: dedykuję.

środa, 23 marca 2011

Wpis gościnny, czyli: a jednak się kręci!

jak, wedle legendy, miał był rzec Galileusz na schodach rzymskiej inkwizycji, gdzie oficjalnie odwoływał swoje herezje.

Legenda o Galileuszu jest prawie na pewno nieprawdziwa. Jednak, czytelniczka historii naszego Dara wlkp, Agnieszka, pragnie się z Państwem podzielić własnymi doświadczeniami w układaniu bardzo młodego konia – właśnie na zasadzie „a jednak się kręci“, chcąc pokazać, że postępowanie jakie ja stosowałem, a dla Państwa opisałem, nie jest jedynym możliwym. Czego zresztą, jak Państwo dobrze pamiętacie, bynajmniej nie twierdziłem! Oddaję zatem głos Agnieszce:

Przypadkowy koń - Iskra
Moje słonko wychowane zostało w stajni sportowej. Wogóle nie planowałam jej kupna, nigdy nie widziałyśmy się na oczy. To był totalny przypadek, że stała się moja. 3 miesiące wcześniej, zanim nabyłam Iskrę, zainteresowana byłam karą 2 letnią kobyłą wielkopolską z białym mlekiem na pysku. Niestety tuż przed kupnem handlarz podniósł mi cenę o 650 zł. Podziękowałam, myślałam że skoro jesteśmy dobrymi znajomymi to nie będzie ze mną takich gierek stosował.
Uniosłam się honorem. Trudno. Nie było mi już nawet żal konia tylko rozgoryczona byłam całą sytuacją. W totalnym załamaniu mój narzeczony zawiózł mnie do stajni gdzie uprawia się skoki. Nie chciałam kompletnie tam jechać bo za te pieniądze które posiadałam mogłam sobie co najwyżej dobre siodło kupić nie konia ze stajni sportowej. W każdym razie gdy rozmawiałam z właścicielem zażenowana zapytałam czy nie miałby starego dziadka po wielu przejściach za psie pieniądze do oddania w dobre ręce. Zaproponował mi źrebaka – 11 miesięcznego. Na miejscu kiedy zobaczyłam kobyłkę serce podskoczyło mi do gardła. 
Stało to takie śmieszne z mega dużymi oczami i uszami nastawionymi w moją stronę  Wlazłam do boksu obejrzałam ją, podała mi nogi.  Kiedy wyszłam od niej nie zamknęłam drzwi. Rozmawiając z właścicielem co to za rasa, jaka cena...  klaczka podeszłą do mnie i oparła głowę na moim ramieniu.  KONIEC, KAPLICA KOŃ JEST MÓJ. Cena była niska, w dodatku za free przewieziono mi konia 40 km dalej. W poniedziałek ją zobaczyłam, w środę była już moja. Miałam miesiąc czasu żeby ją ,,sprawdzić w razie czego oddać.  Jak wiadomo nie było takiej potrzeby. Tego samego dnia  przyjechawszy stajnie klaczunia  od razu zaaklimatyzowała się ze stadem. Wieczorem położyła się szczęśliwa na sianie, przy mnie i oparła głowę o moje kolana. Uwierzcie mi, nigdy tak nie ryczałam ze szczęścia jak wtedy. Moje marzenie o posiadaniu konia się spełniło. W dodatku łączy na  chemia , dziwna więź.. zaufanie. Kocham tą moją cholerę najmocniej na świecie  W lipcu minie 2 rok od momentu kiedy jesteśmy razem J a we wrześniu kobył kończy 3 lata

Mając 22 lata - będąc kompletnie zielona- kupiłam 11 miesięcznego konia – kobyłkę po Silverze (tego pana akurat znasz).[1]

Będąc zielona mam na myśli podpięcie się (rok wcześniej) pod stajnię wiejską, gdzie koleś który posiadał konie, kompletnie się na nich nie znał (oceniam to z dzisiejszej perspektywy wiedzy jaką nabyłam z książek i z re-volty).

I powiem ci szczerze całe życie wychowywałam psy… a jednak udało mi się dotrzeć do mojego koniska w sposób – naturalny Monty’ego Robertsa oraz ćwiczeń chociażby, ale i nie tylko Pata Parellego. W zeszłym roku przeszłyśmy (bez zajeżdżania ze wzgląd na wiek) Silversand Horsemanship poziom pierwszy.

I nikogo przy nas nie było. Same wszystko opanowałyśmy, uczyłyśmy się swoich zachowań, instynktów, wiemy czego i w jakich sytuacjach możemy się po sobie spodziewać. Nigdy nie patrzyłam na mojego konia jak na psa z tego względu, że pies to mięsożerca który ma swój instynkt, a koń to jednak roslinożerca, w dodatku uciekający.

Przez te wszystkie lata dogłębnie studiowałam różne ksiązki przedstawiające psychikę konia na wolności oraz w zamknięciu. Chciałam zrozumieć pewne zachowania, aby błędnie ich nie zinterpretować. Kiedy koń zrobi to a tamto, co może być tego przyczyną.

I wiesz naprawdę rozumiem twoja troskę o źrebaki... ale nie wszyscy sa tacy jak piszesz. Ja do swojej młodej podeszłam bardzo odpowiedzialnie i dzisiaj właśnie zdajemy egzaminy z moich metod – zajeżdżanie, praca pod siodłem. Wszystko w tym roku. Pierwszy krok ciężaru mamy za sobą – zdjęcia można oglądać tutaj oraz na wątku młode konie lub o sznukersach na forum re-volty. Zero stresu u konia. Wszystko przebiegło nad wyraz spokojnie.. kobyłka nie dała mi ani razu podstaw do niepokoju.

Piszesz że Monty Roberts nie jest dla młodziaków – moim zdaniem mylisz się. Źrebaki od najwcześniejszych lat są wychowywane  join upem, które uprawiaja kobyły żeby je strofowac kiedy sa niegrzeczne. Wyganiają je wtedy ze stada na krótką chwilę, po czym zapraszają ponownie. Roberts pisał o tym wielokrotnie w swoich książkach – bo to był jden z przykładów  języka equus.  Dokładnie opisane jest to w “Ode mnie dla was” i “Człowiek który kochał konie”.

Oczywiście do 6 miesiąca dzieciaka należy zostawić przy matce ale później (9-10 miesiąc), moim zdaniem można zacząć pracę – w momencie, kiedy dziecko jest od matki odstawiane na dobre.[2] Pracę na zasadzie – uczenia się kim jest człowiek i jakich zachowań stosować przy nim nie wolno. Wszystko małymi krokami.

Ja zaczęłam od 13-14 miesiąca  życia kobyły, kiedy poznałam wszystko o czym pisze MR w “Ode mnie dla was”.[3] Dzięki temu bezboleśnie (dla jej psychiki) dla kobyły nauczyłam ją podawania nóg, stania spokojnie, chodzenia na sznurku, jak i wchodzenia do bukmanki. Uczyłam ją siebie. Że jestem wyżej od niej i nie ma prawa mną rządzić, gryźć mnie itp.
Dzisiaj moja kobyła jest dobrze wychowana. Owszem nie jest to muł (to już prawa rasy)[4] ale potrafi się podporządkowaćć człowiekowi bez szarpania, bicia czy konieczności wkładaniem jej wędzidła w pysk, bo inaczej nie podchodź.  Wychowana została przeze mnie i jest bardzo pozytywnie nastawiona do ludzi. Nie kopie i nie gryzie.  Nie zaznała krzywdy od człowieka. I tego pilnowałam najbardziej.

No i na koniec powiem ci tak – nie prowadzę żadnej krucjaty nic z tych rzeczy... po prostu podaje ci przykład siebie, który może być zupełnie inny a jednak wcale nie taki zły.

Nie jestem też zatwardziałym naturalsem – nic z tych rzeczy – młoda będzie pracować w sposób  klasyczny pod siodłem.

Ale sam sposób podejścia do niej, nauki, doświadczenia... pomogło mi w wychowaniu wspaniałego konia.

Mimo, iż wychowałam sie w mieście, nie miałamkońmi nic wspólnego (tyle co w pięknych albumach,) a nabyłam kobyłę będąc zielonym laikiem.

Jednak kiedy człowiek całe życie marzy o posiadaniu takiego pieknego stworzenia, a na koniec marzenie się ziści, tp próbuje wszelkimi sposobami dotrzeć do niego. Ale nie na ludzkich zasadach a na końskich. I tego sie trzymam.
Moją historię zna na forum bardzo dużo osób... ale zawsze znajdują się sceptycy. Mało kto potrafi zrozumieć, że do pewnych rzeczy doszłam SAMA, bez niczyjej pomocy.. i jeszcze musiałam tłumaczyć się starej szkole - dlaczego tak a nie inaczej.

Poza tym wiek, różnice kulturowe, społeczne (ja z miasta oni ze wsi, oni doświadczeni ja niby bez)... to budzi nie małą wściekłość. A już jak pokazuję kilka rzeczy na młodym koniu który stoi grzecznie na padoku bez kantara i uwiązu i słucha się – czary mary.

Nienawidzęę tego sceptycyzmu, braku zaufania do konia (własnego) i prób zapanowania nad jego 500kg, zamiast nad kilkunastoma gramami mózgu.

Niejednokrotnie pisząc w wątkach forum musiałam tłumaczyć się z wielu kwestii, a i tak były brane jak od laika – mimo że miały SENS i były cytowane z książek.

Wystarczy ze poczytasz moje wpisy wcześniejsze aby wiedzieć o czym mówię.

Nie twierdzę też, że wiem wszystko – po to czytam, aby dokształcać swoje braki. Zaczynałam od zera ... myliłam się w wielu kwestiach i potrafię się do błędów przyznać. Ale mimo wszystko moje szkolenie kobyły było traktowane jak coś niszowego.

Zdrowo podchodzęę do koni – patrząc na ich strukturę, budowę, wychowanie w naturalnym środowisku, wychowanie w niewoli oraz ich instynkt. Jeszcze raz dodam: nigdy nie nazywam/łam się naturalsem, bo korzystam także z wielu patentów klasyków, jak i ze wszystkich możliwych szkoleń jakie znam... Od Marka Rashida po Monty’ego Robertsa… Od Klimke po Karen Rohlf. Od Telling – Jones po Jamiego Jacksona.

Teraz jestem na etapie Silverstand horsemanship. I nie twierdzę, że wszystko jest istotne w szkoleniu... ważny jest SENS i ku czemu ma służyć. A skoro pewne sprawy łatwiej i szybciej można  uzyskać danym ćwiczeniem to dlaczego nie spróbować?
Ja wolę rozmawiać z koniem w jego języku – dzięki temu szybciej się rozumiemy. Nigdy też nie traktuję konia na zasadzie: jest złośliwy dlatego gryzie... wiem, że wiele błędów interpretowania końskich zachowań wynika z braku rozumienia ich. Dlatego zawsze podchodzę do wszystkiego na spokojnie i staram się zrozumieć dlaczego jest tak, a nie inaczej.

Dodatkowo sama werkuję kopyta mojej kobyle[5] – nauczyłam się tego fachu dzięki użytkowniczkom re-volty, które przeprowadziły mi mini kurs internetowy wg metod naturalnych. A w najbliższym czasie wybieram sie na realny kurs poświęcony temu tematowi.


Wygląda na to, proszę Państwa, że się tu nam spontanicznie kolejny, „koński“ cykl rodzi (po odłożonej na razie na lepszą przyszłość „historii sekretnej“). Przy najbliższej zatem okazji opowiem – żeby nie było tak słodko i przyjaźnie – o prawdziwej bandzie całkowicie niewychowanych, znarowionych i rozpuszczonych jak dziadowskie bicze koni, które miałem nieszczęście poznać. Były to konie – tak jest, słusznie Państwo zgadujecie – „wychowywane“ (teoretycznie, rzecz jasna) przez zaprzedane dwie adeptki „naturala“, z „carrot stickami“ biegające.

To będzie w ramach ostrzeżenia. Bo spróbuję też wyjaśnić, dlaczego tamtym paniom nic a nic się nie udawało. Na ile, rzecz jasna, będę umiał, bo żaden ze mnie autorytet…

Generalnie zaś, jak widać, kurs jest wytyczony i jasny – i zgadzamy się całkowicie z Agnieszką pod tym przynajmniej względem, że rzecz całą trzeba brać na rozum, a ważniejsze od trzymania się jakiejś konkretnej „szkoły“, jest uzyskiwanie zadowalających efektów, realizowanie celów, jakie sobie postawimy.

Jeśli ktokolwiek z Państwa chciałby się w taki właśnie sposób podzielić ze światem swoją historią – zapraszam, te łamy są otwarte dla gości.

Poza tym, koleżanka Agnieszka – tu może zdradzę pewien forowy sekret – niedawno nabyła własne gospodarstwo i staje się tym samym kolejnym przesiedleńcem z miasta na wieś. Może kolejnym blogerem również..?


[1] Kryliśmy Dalię wlkp ogierem Silver – już nie żyjącym – bez powodzenia, niestety.
[2] Nie spotkałem się do tej pory z pojęciem „odsadzania na dobre“. Wedle standardowej praktyki hodowlanej wszystkie źrebięta odsadza się po ukończeniu szóstego miesiąca życia, ale nie później niż na koniec roku w którym się urodziły. W wieku 12 miesięcy oddziela się ogierki od klaczek.
Zwykle przez kilka pierwszych tygodni po odsadzeniu, odsadek przestaje rosnąć, a czasem nawet – traci na wadze. Wynika to ze stresu jakie przeżył i z całą pewnością nie jest to dobry moment na robienie z nim czegokolwiek. Potem zwłaszcza, jeśli ma kontakt z rówieśnikami – szybko nadrabia straty w rozwoju.
[3] Mamy tę książkę i też z niej korzystaliśmy. Nigdy bym się jednak nie odważył robić czegokolwiek TYLKO na podstawie książki. Ani nawet DVD z kursem J.
[4] Raczej ojca. Chcieliśmy pokryć Dalię wlkp Silverem właśnie dlatego, że był to w tym momencie ogier trakeński o największych w Polsce możliwościach ruchowych – i chodziła plotka, że dobrze je przekazuje potomstwu…
[5] Mimo wszystko: nie róbcie tego w domu!

wtorek, 22 marca 2011

Zima trzyma

Udało mi się otworzyć tygodniową prognozę pogody na Onecie: od soboty znowu tęgi mróz nocami.

Nie podoba mi się to ani trochę. Wręcz już nasuwa takie skojarzenia:
Kiedy wreszcie przyjdzie wiosna?

Opał się nam kończy. Jedyna pociecha, że dzień coraz dłuższy - nie widzę innego wyjścia: popołudniami, po powrocie z pracy, trzeba będzie młode brzózki rżnąć.

poniedziałek, 21 marca 2011

Gołębie pokoju czyli „pożyteczni idioci“

Jak Państwo doskonale wiecie, mam alergię na silne, nie dopuszczające wątpliwości przekonania – na fanatyzm jednym słowem. Alergia ta po części wynika z zazdrości. W młodym bowiem wieku – 20 i więcej lat temu – też zdarzało mi się takowe silne przekonania aż do fanatyzmu posunięte posiadać – i doskonale pamiętam jak prosty, poukładany i zrozumiały był wówczas dla mnie świat. Niestety – dorosłem. I wcale od tego świat nie stał się prostszy, bardziej ułożony czy też łatwiejszy do zrozumienia. Całkiem jakby wprost na odwrót – im dłużej żyję na tym świecie, tym mniej z niego rozumiem. Nie, żeby to było przyjemne. Stąd też – nie ma co kryć: moja alergia na fanatyzm z pewnością skrywa także dawkę niezdrowej zazdrości.

Niestety – rozum nie został człowiekowi dany po to, żeby z niego czerpać przyjemności, tylko żeby sobie jakoś radzić z pułapkami i zasadzkami na jakie ciągle wpadamy na tym łez padole. Od przyjemności to mamy inne organy. Uwaga ta nie dotyczy matematyków i poetów. Z tym, że nie jestem pewien poetów!

Moja alergia dotyczy także fanatyków tzw. „racjonalnego poglądu na świat“ (są tacy, choć to rzeczywiście jest pewna rzadkość – zwłaszcza w odniesieniu do ogółu populacji, bo już niekoniecznie wśród blogujący yentelygentów). Tego rodzaju fanatyzm niczym szczególnym się nie różni od fanatyzmu najprzeróżniejszych gnostyków, panteistów, buddystów i innych – powiedzmy, wzorem Astromarii: irracjonalistów. Tyle, że objawienia ostatecznej prawdy nie przekazują jego wyznawcom przybysze z innego wymiaru czy nadistoty z Jowisza, a paperbackowe wydania książek Hawkinga czy Dawkinsa.

Każdy fanatyzm, także ten „racjonalistyczny“ dlatego daje swoim wyznawcom tak dobre samopoczucie, że zawęża im postrzeganie świata i sprowadza jego niebezpieczną urodę do kilku prostych jak cep reguł. Pozwala to doskonale nie dostrzegać tego, co w niebezpiecznej urodzie tego świata najniebezpieczniejsze: jego nieprzewidywalności. Stwarza też – chyba zawsze, nie znalazłem do tej pory żadnych od tej reguły wyjątków – pokusę przekształcania świata. Czy muszę Państwu tłumaczyć, że każde takie „przekształcanie“ tego łez naszych padołu równa się jego zubożeniu, wyjałowieniu, uproszczeniu, zszarzeniu i pozbawieniu smaku..? A cóż ja innego Państwu drugi już rok opowiadam, jak nie ten właśnie prosty przekaz?

Może się przy tym Państwu wydawać, że skoro tak w czambuł potępiam wszelkie próby zmiany status quo, a już w ogóle – jego zmiany siłą – to jestem jakimś odrealnionym pacyfistą. Nawet się w paru, skądinąd przyjaznych komentarzach, można było takiego podtekstu doszukać.

Nic z tych rzeczy, mili Państwo! Z natury jestem gwałtowny i bynajmniej od pieniackich kłótni, a nawet od używania przemocy nie uciekam. Uważam tylko, że trzeba jasno zdawać sobie sprawę z celu podejmowynych działań. Przemoc ma sens. Przemoc jest tak samo częścią tego status quo, którego tak bronię – jak ból, cierpienie, bieda czy głupota. I tak samo jak bez bólu nie może być przyjemności (i nie mam tu wcale na myśli koniecznie związków sado-maso, choć tak: te dwa ośrodki w naszym mózgu są ze sobą dość ściśle sprzężone i stąd się owo zboczenie, ze złego ich wysterowania – bierze…), bez cierpienia nie ma wzniosłości, bez biedy bogactwa, a bez głupoty mądrości, tak też nie może być bez przemocy – pokoju.

Jeśli potępiam powstanie kościuszkowskie to nie dlatego, że potępiam przemoc, tylko dlatego, że było działaniem z punktu widzenia interesów polskich bezsensownym: służyło interesom rewolucyjnej Francji i może trochę interesom Prus. W żadnym jednak stopniu: interesom Polski. Tak samo jak powstanie listopadowe nie służyło interesom Polski, tylko interesom Wielkiej Brytanii i być może – Francji. Powstanie styczniowe było darem Niebios (o ile nie dziełem!) dla Bismarcka który bez niego nie zjednoczyłby Niemiec, a powstanie warszawskie znakomicie ułatwiło sowietyzację Polski Stalinowi.

Powiedziałbym wręcz, że wszystkie te bezsensowne akty przemocy dlatego były bezsensowne, bo były skutkiem zwykłej, pospolitej głupoty – a więc przypadłości nader podobnej do fanatyzmu, na który tak silną mam alergię.

Czy to znaczy, że NIGDY nie należy się bić? Ależ nieprawda! Bić się należy. Kiedy służy to własnym – podkreślam: własnym – interesom. Z całą pewnością należało się bić w roku 1920 – a boleję niezmiernie nad faktem, że naszym ówczesnym decydentom zabrakło wyobraźni, aby bić się już w roku 1919. Obalenie bowiem władzy bolszewickiej w Rosji, w roku 1919 przy naszym współudziale potencjalnie możliwe, niezależnie od takich czy innych sporów o kilka wsi z „Białymi“ (gdy spór o duszę z „Czerwonymi“ szedł!) o wiele lepiej i na o wiele dłużej zabezpieczyłoby nasz interes niż tylko zatrzymanie bolszewickiego pochodu na Zachód w roku następnym, kiedy szans na obalenie Lenina już nie było.

Należało się też bić w roku 1807: gdyby powstanie wielkopolskie, wybuchłe po pruskich klęskach pod Jeną i Aürstadt rozszerzyło się na Litwę nim przyszło do układów w Tylży, może by mapa Europy inaczej wyglądała. W roku 1812 też sposobność do bitki była, tylko już sił nie stało, które nam Napoleon przez te 5 lat zdążył po Hiszpaniach pomarnować.

Bić się trzeba było, a nie układać, w roku 1667: szło nam całkiem dobrze, maluczko, a byłby Moskal ze szczętem z Rzeplitej wyżeniony. Cóż, kiedy króla już inne sprawy pochłaniały, a zaufania między nim a poddanymi coraz mniej było, to i ochoty na wojaczkę nie stało…

I tak dalej i temu podobne – przykłady można mnożyć.

I tu właśnie przechodzimy do tytułowych gołąbków pokoju, czyli – w nomenklaturze sowieckiej: „pożytecznych idiotów“. Jeśli bowiem ktoś z Państwa zdobędzie się na cierpliwość i przebrnie przez raz już tu wcześniej linkowany wątek na forum „Świata Koni“, to kliniczne wręcz przykłady tego, jak działa pacyfizm i tolerancja znajdzie.

Pierwsze wystąpienie forowej przedstawicielki sekty „niewzorowców“ wywołało swoim zacietrzewieniem i oczywistą absurdalnością zbiorowy sprzeciw „partii zdrowego rozsądku“. Że owa misjonarka umiała się za każdym razem przedstawić jako niewinna ofiara prześladowań – co jest bezczelną i w sumie prostacką manipulacką, trudno pojąć, dlaczego ludzie się na to nabierali – co jakiś czas dołączał do wątku kolejny „gołąbek pokoju“, stronę rzekomo prześladowanej niewiasty biorący. I tak absurd karmiący się owym pacyfizmem trwa i potężnieje.

Że to wszystko sztubackie zabawy tylko? Prawda. Ale dokładnie w taki sposób partia bolszewicka szerzyła swoje wpływy wśród rosyjskich yentelygentów, a potem, poprzez komunistyczną międzynarodówkę – na całym świecie. Zawsze znajdowało się dość owych „gołąbków pokoju“, by unicestwienie słabej zrazu komunistycznej agentury uniemożliwić – a skoro tylko tolerowano jej absurdalną argumentację, znajdowała ona natychmiast posłuch wśród słabych umysłem, nie dość krytycznych ludzi. Nie minęło wiele czasu, a mamy Jewrosojuz gdzie pojęcia jeszcze 100 lat temu słusznie uważane za bełkot nawiedzonych – rządzą całą polityczną rzeczywistością.
Tak więc fanatyzm skłonny jestem zwalczać fanatycznie. To jest bezwzględnie, bez litości i bez wytchnienia. Nawet, jeśli to jest na początku tylko śmieszne. Trudno. Jeśli wikłam się w paradoksy, to nic na to nie poradzę. Jeśli wystawiam się na pośmiewisko dyskutując z idiotami – jakoś ten fakt przeboleję.

W tym konkretnym przypadku, co chciałbym wyraźnie zaznaczyć: absolutnie nie idzie mi o krucjatę przeciw „jeździectwu naturalnemu“! Jest jeden i tylko jeden punkt programu sekty „niewzorowców“ na który zgodzić się w żaden sposób nie mogę i który sprawia, że jestem zmuszony sektę tę zwalczać. To jest oczywiście ów postulat zakazu uprawiania jeździectwa.

Ze swoimi końmi każdy może robić, co mu się żywnie podoba – póki w ten sposób komu innemu nie szkodzi. Ale postulat zakazu uprawiania jeździectwa, to postulat polityczny. To już nie jest żadna „zabawa w piaskownicy“. Ktoś chce mnie przemocą moich koni i możliwości korzystania z nich – pozbawić. Czy mam prawo się bronić? A co to w ogóle za głupie pytanie..?

Przy tym motywacja owego postulatu sekciarzy kompletnie mnie nie interesuje. To zwyczajnie nie ma nic do rzeczy. Zakaz wychowywania dzieci przez rodziców też się da doskonale taką samą metodą uzasadnić: media pełne są przecież doniesień o ojcach molestujących swoje dzieci, czy pijanych matkach gubiących pociechy w centrum handlowym. I też – jak widać: wprawdzie nie tak od razu radykalnie jak to „niewzorowcy“ w stosunku do koni postulują – argumentacja ta działa, bo władza rodziców nad dziećmi systematycznie jest umniejszana.

Z całą pewnością jest wiele przykładów niewłaściwego postępowania ludzi z końmi (jak też z psami, kotami, krowami, świniami i całą resztą). To jednak nie ma żadnego, najmniejszego wprost znaczenia jak chodzi o meritum sporu. Każdy, komu jego moralna intuicja tak podpowiada, może nawoływać – z ambony czy z ekranu telewizora – aby wyrodni ojcowie i wyrodne matki poprawili się i lepiej dbali o dzieci, a okrutni właściciele nie dręczyli (wbrew swojemu intersowi przecież – bo czy dręczone zwierzę zrobi to, czego się od niego oczekuje..?) zwierząt. Czym innym jednak jest apelowanie do konkretnych ludzi aby poprawić ich konkretne zachowanie – a czym innym używanie państwowej przemocy. Czy grożenie taką przemocą. Skoro mi ktoś grozi przemocą jasnym jest, że mam pełne prawo odpowiedzieć tym samym. I tego zamierzam się trzymać.

niedziela, 20 marca 2011

Znowu wpisu nie będzie

Dziś też nie dam rady. Z kilku powodów. Po pierwsze – nie wyspaliśmy się. Obie serdeczne psiapsiuły, Buba z Maleństwem, popularnie zwane „cipsami“, dwa razy przerywały tej nocy ogrodzenie, niszcząc w efekcie większość podręcznego zapasu owsa. Bo zjadły może po garstce nim obudzony dobiegłem na drugą stronę chatki odprowadzić je z powrotem – a rozsypały po ziemi cały worek.

Po drugie – dziś jest ostatni dzień przed odnowieniem limitu przesyłu danych i zwyczajnie nie chce mi się użerać z naszym „Era Before Civilization“ internetem. Szczególnie, że na razie idzie jak krew z nosa. Jutro będzie to znacznie łatwiejsze. Co oczywiście nie znaczy, że jutro na pewno jakiś wpis popełnię. Niestety: praca.

Po trzecie – od trzech tygodni nie mam czasu przygotować nic dla „Najwyższego Czasu!“, a powinienem – nie tylko dlatego, żeby nie wyjść z wprawy, czy z żądzy sławy, ale również dlatego, że jestem im winien pieniądze. Przy ostatniej wypłacie kolega Tomek Sommer pomylił się i przelał mi 4 razy za dużo: a że w dodatku zrobił to tydzień wcześniej niż zwykle, więc nawet nie sprawdzałem rachunku i wszystkie te pieniądze szlag trafił. Mam teraz o wiele mniejsze zadłużenie w banku – ale powinienem odpracować tę kwotę, skoro (na razie) nie mogę jej oddać? Jak sądzicie? To biorę się do roboty w takim razie. A jeszcze mam pracę domową z pracy…

Za to, w ramach rekompensaty za brak wpisu, dla P.T. Czytelników zainteresowanych końmi przygotowałem obok ankietę. Związaną z poprzednim tematem który tu dyskutowaliśmy. Państwo P.T. Czytelnicy nie podzielający takich zainteresowań, mogą się po prostu pośmiać. W sumie można by już temat zakończyć i więcej do niego nie wracać – ale przecież dzieci te głupoty na forach internetowych czytają. A że brak im punktu odniesienia, to chłoną to bezkrytycznie. Jeśli więc wszyscy mądrzejsi będą milczeć (bo po co się z głupim kłócić?), to się za lat 20 czy 30 naprawdę jakimś totalitarnym koszmarem skończy…

piątek, 18 marca 2011

Nie róbcie tego w domu…

Sponsorem dzisiejszego wpisu jest literka D i blogerka Riannon, która zwierzyła się wczoraj, że marzy o pięknym, fryzyjskim źrebaczku, którego będzie mogła wychować od maleńkości – po swojemu. Literka D jak Dar wlkp, syn Dalii wlkp, naszej najstarszej – mojego Wielkiego Strasznego Zwierza.

Albowiem rozmyślając przez cały Boży dzień o tym, jak miałbym to, co mam do powiedzenia opowiedzieć, nie narażając się na słuszną krytykę lepszych ode mnie profesjonalistów, a zarazem nie stwarzając błędnego wrażenia, że kogokolwiek namawiam do naśladowania moich metod – doszedłem do wniosku, że jedyne co mogę zrobić, to opowiedzieć Państwu o wychowaniu Dara. Całkiem, jak sądzę – udanym. Co kilka osób może potwierdzić, albowiem Dara sprzedałem ponad dwa lata temu, nimeśmy się do Boskiej Woli wprowadzili. Jeśli więc ktoś z Państwa chciałby listów referencyjnych, mogę odesłać do kolejnych właścicieli, którzy moje słowa potwierdzą.

Drodzy moi parafianie zatem – nie róbcie tego w domu! Róbcie tak, jak Wam doświadczenie i serce podpowie. Za żadne skutki wynikłe z naśladowania naszej epopei – nijakiej odpowiedzialności nie biorę!

Dar zmuszony był przyjść na świat w Zagościńcu pod Wołominem na skutek interwencji wybitnego specjalisty rozrodu koni i położnika, dr Macieja Witkowskiego. Wcale się bowiem na ten łez padół nie spieszył – ustalony termin porodu przekraczając o tydzień. Przy czym, gdyby nie ta interwencja, Dara by w ogóle nie było, bo wody płodowe zaczęły już zmieniać barwę. Jego matka po prostu miała zbyt słabe skurcze, aby go urodzić. Dlatego zresztą dostał na imię tak, jak dostał: „Dar“. Pierwszym zatem, bardzo ważnym szczęśliwym trafem w historii Dara, był wybór pensjonatu w którym postawiliśmy na kilka miesięcy przed porodem jego matkę. Nie było to takie proste: Zagościniec był wtedy bardzo oblegany jako jedyna prawie że, dostępna dla szerszej publiczności, stajnia hodowlana w okolicach Warszawy. Pan dr Witkowski, człowiek przesympatyczny i wybitny fachowiec – ale też: bardzo zajęty i stąd trudny do uchwycenia w razie potrzeby – był tu istotnym atutem stajni. Jako że przez przyjaźń dla jej właścicielki, do Zagościńca przyjeżdżał. Choć nie było mu po drodze. Teraz przyjeżdża do nas, do Boskiej Woli. Tak informuję w ramach autoreklamy, gdyby ktoś tu chciał klacz na wyźrebienie wstawić J.

Same okoliczności przyjścia na świat Dara sprawiły, że został przy narodzinach imprintowany. Istnieją sprzeczne opinie na temat imprintingu. Czy rzeczywiście jakoś to działa pozytywnie – nie umiem powiedzieć. Dar był w porównaniu do poprzedniego syna Dalii, Dżygita (już nieżyjącego) odważniejszy i lepiej zrównoważony. Czy jednak wynikło to z imprintingu? A kto to może wiedzieć..? W każdym razie – na pewno, to mogę z całą pewnością powiedzieć – fakt dokonania imprintingu nie wywołał żadnych negatywnych skutków. A i takie opinie tu i ówdzie krążą. Że to niby zaburza relacje między matką a potomkiem, że matka może odrzucić źrebię itd. Nic takiego nie miało miejsca. Jedyny właściwie problem jaki miał Dar tuż po urodzeniu był taki, że aby zassać cycka, na co miał ochotę bardzo szybko, bo wstał w jakieś 10 minut po wyciągnięciu z łona matki (to ważna informacja, na całe życie przesądzającą o wigorze i sile życiowej konia!) – musiał się schylić. Był bowiem tak duży, że koniec cycka znajdował się poniżej jego kłębu. Trochę trwało, zanim tę sztukę opanował (i właśnie wtedy dokonaliśmy imprintingu). Niestety, bystrość umysłu niekoniecznie idzie w parze z wigorem i gabarytem…

Dar urodził się 10 czerwca – na pastwiskach była piękna trawa – drugiego dnia po porodzie Kasia, właścicielka stajni, wypuściła przy nas Dalię z Darem na wydzielony padoczek, nie chcąc ryzykować dopuszczenia ich do stada – że jednak Dalia była wcześniej tego stada szefową, to po prostu… rozmontowała dzielącą jej padoczek od padoku pozostałych matek ze źrebiętami przegrodę. Na naszych oczach zresztą. Od tej pory wszystkie matki chodziły razem. Można więc powiedzieć, że Dar był prawie od początku hartowany zimnym wychowem, bo żadnego chuchania, dmuchania i wypuszczania z matką góra na kilka godzin nie przechodził. Oczywiście, nie miało to większego znaczenia o tej porze roku. Gdyby urodził się w marcu – inaczej bym do tego podchodził zapewne.

W dziesięć dni po narodzinach, małego konia po raz pierwszy spotkał gwałt ze strony człowieka. Założyłem mu kantarek. Bardzo to śmieszne było, bo ganiałem za nim po całym padoku dobre dwie godziny. Lepsza Połowa słusznie jednak zauważyła, że jeśli teraz sobie z nim nie poradzę, to potem nie mam już po co próbować. W końcu się udało.

Miał ten kantarek na sobie kilka razy w ciągu tygodnia. W linki do prowadzania źrebiąt już się nie bawiłem. Skoro zaakceptował kantarek i fakt prowadzania przez człowieka (oczywiście obok matki) – dałem mu spokój na pięć następnych miesięcy. Tym się tylko przez te pięć miesięcy odznaczył, że wymusił na mnie zaprzestanie wychodzenia z matką w teren. Wcale się jej bowiem nie trzymał. Z początku było to w miarę niegroźne – ot, mały konik wskoczył sobie do rowu obok którego przechodziły duże konie i było dużo śmiechu, nim się z tego rowu wykaraskał.

Aż pewnego wczesnojesiennego, niedzielnego poranka napotkaliśmy na ustronnej łączce samochód marki Fiat 126p. W którym jakaś para ćwiczyła akrobatyczne (w tak ciasnej przestrzeni!) pozycje seksualne. Co młodego tak wystraszyło (maluch podskakiwał i wydawał dziwne odgłosy), że nawiał nam w las. Matka – ze mną na grzbiecie – rzuciła się oczywiście za nim, ale że szybko zginął nam z oczu, zrobił się z tego cwał na oślep przez chaszcze, zakończony sliding stopem tuż przed wysokim, betonowym murem okalającym pobliski cmentarz. Mały się w końcu znalazł – w stajni. Od tej pory jednak, albo go zamykałem w czasie jazdy z jego matką w boksie, albo pozostawałem na ogrodzonej ujeżdżalni.


Gdy skończył pięć miesięcy, przyszła pora poćwiczyć z nim wchodzenie do przyczepy. Że takowa akurat stała przy stajni, zrobiliśmy to kilkukrotnie. To był drugi brutalny gwałt na naturze konia. Bardzo się przydał, choć nie mogę powiedzieć, żeby Dar wchodził do przyczepy potem jakoś strasznie ochoczo. Czynnego oporu zwykle nie stawiał, ale też i nie wskakiwał z ochotą. Kiedy wracaliśmy ze Służewca po kastracji, potłukł lampkę w wypożyczonej przyczepie (swojej wtedy jeszcze nie mieliśmy) – a gdy go odwoziłem do nowego właściciela, urwał mi, szarpnąwszy linką, której nie zdążyłem puścić, środkowy palec u lewej ręki. Poniekąd są to skutki jego gabarytu. Miał chłopak, gdy już dorósł problem z rozróżnieniem, gdzie jeszcze jest on sam – a gdzie już go nie ma i zaczyna się otoczenia. Duzi mężczyźni też tak mają. Jest to też dowód na to, że wchodzenia do przyczepy uczyć nie umiem.

W każdym razie pierwszą podróż – od razu dość długą: spod Wołomina aż za Przemyśl – zniósł bardzo dzielnie. I z punktu zrobił dobre wrażenie.

Dlaczego za Przemyśl? Dlatego że tam, we wsi Stubno, mieściła się – rozsypująca się już z biedy i zaniedbania – państwowa stadnina koni pełnej krwi angielskiej. Jestem fanatycznym wręcz zwolennikiem wychowu odsadków w takich właśnie warunkach. I doświadczenie tego konkretnego przypadku jest jednoznacznie pozytywne.


Dlaczego stadnina? Dlatego, że tam takich półrocznych odsadków jak Dar było 30 – samych tylko chłopców, z którymi potem kolejne półtora roku wspólnie biegał. Nie było zatem innego wyjścia – młody koń chował się z innymi końmi w warunkach możliwie najbliższych warunkom naturalnym.

Dlaczego stadnina państwowa? Bo biedna – więc konie nie będą wychuchane, rozpieszczone, a przy 1 stajennym na 50 koni, choćby ten stajenny był zapijaczonym sadystą (a nie jest – bo przy takich pensjach, zostają tam zapijaczeni i owszem, ale wyłącznie pasjonaci: trudno bowiem inaczej wytłumaczyć trzymanie się tego zajęcia, gdy wypłata przychodzi raz na kwartał…), krzywdy młodemu koniowi zrobić nie zdoła. Zwyczajnie nie będzie miał na to czasu.

Dlaczego wreszcie – stadnina koni pełnej krwi angielskiej? Dlatego, że jak już miał chłopak biegać – to z lepszymi od siebie przecież, a nie z gorszymi! Dostał też niezłą szkołę w tym Stubnie od małych folblucików. One były od niego szybsze, więc on musiał nadrabiać sprytem (trochę w ten sposób ćwicząc swój z natury nie najlotniejszy dowcip) i skocznością, w której kolegów przewyższał. Skarżyli mi się też stajenni, że im ciągle ogrodzenia (jak to na folbluty, na wysokości 130 cm zawieszone…) przeskakiwał, do dziewczynek uciekając. Jakoś mu ta cała nieśmiałość przeszła, czy co..? No i mam wrażenie, że skoro – jak słyszałem jakiś czas temu, nie wiem czy to jeszcze aktualne – startuje już chłopak w jakichś zawodach skokowych w PGR Bródno, gdzie podobno stoi – to właśnie dzięki tej zaprawie, jaką w szczenięcych latach przeszedł.

Żaden wychuchany, wypieszczony, możliwości rozciągnięcia stawów i mięśni przy szczupłym terenie pozbawiony i licznych, czasem też i bolesnych stosunków z rówieśnikami nie znający koń – dobrym, dzielnym koniem być nie może.

Odwiedziliśmy Dara w Stubnie dwa razy. Przez 18 miesięcy. Wredni z nas „rodzice“ prawda? I to jednak bardziej mu pomagało niż szkodziło. Dość powiedzieć, że gdy go w końcu ze Stubna zabrałem – chłopak marchewki nie chciał jeść, bo nie wiedział, że cokolwiek poza trawą, sianem i owsem może do jedzenia koniowi służyć. Pierwszy raz też się przeziębił gdy go po przywiezieniu zimą w stajni postawiłem – a miał już dwa lata.

Cały kolejny rok zajęła nam praca na roundpenie i stopniowe przyzwyczajanie konia do ludzi, z którymi do tej pory niewiele miał do czynienia. Niemal dokładnie w chwili gdy skończył trzy lata – wsiadłem na niego po raz pierwszy. Był to pierwszy koń naszej hodowli i pierwszy zarazem koń, którego sami ujeżdżaliśmy. Wbrew jednak potocznej intuicji związanej z tym słowem, cały ten proces, bardzo powolny, stopniowy i łagodny, nie miał w sobie ani chwili gwałtu czy choćby – dramatycznego napięcia. Najpierw założyliśmy mu ogłowie, potem pas do lonżowania, potem w miejsce pasa siodło, potem się przez kilka miesięcy (a tak, przez kilka miesięcy!) raz lub dwa razy w tygodniu przez to siodło przewieszałem – aż wreszcie wsiadłem i w sumie: mogłem sobie jechać. Na koniu nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Od początku też reagował na podstawowe pomoce – łydki, dosiad, wodze. Około miesiąca zajęła nam nauka przejść między trzema chodami – i po tym miesiącu koń był w zasadzie, jak chodzi o moje umiejętności: gotowy. Więcej już go nauczyć nie byłem w stanie.





Dlatego też go sprzedałem. Sprzedałem go też, nie ma co kryć, z dwóch jeszcze powodów. Po pierwsze dlatego, że mieliśmy już wtedy Glusia młp – naszego emeryta. Którego Dar strasznie prześladował. Próbowałem wymyślić jakiś sposób podziału padoków w Boskiej Woli tak, aby ci dwaj nie musieli ze sobą przebywać – ale przy tak małym stadzie bardzo to przypominało drapanie się w lewy pośladek przez prawe ucho. A poza tym, potrzebowałem pieniędzy na przeprowadzkę. I tak Dar, w międzyczasie wykastrowany, w wieku lat trzech i pół, trafił najpierw do zaprzyjaźnionej stajni w Wilczowali, a potem do PGR Bródno. Mam nadzieję, że jeszcze o nim usłyszymy.

Wnioski? Koniecznie chcecie wnioski..?

No cóż. Riannon jest drugim znanym mi hodowcą psów, który koniecznie chce małego źrebaczka, ludzką ręką nie dotykanego wychować po swojemu. Dwa przypadki to już prawidłowość.

Riannon sama podejmie decyzję, gdy będzie do tego gotowa. Jestem przekonany, że będzie to decyzja racjonalna i w pełni licząca się z dobrem zwierząt. Wszystko co mogę, to wskazać na pewne różnice między koniem a psem (czy kotem – w temacie kocim czuję się o wiele pewniej niż w psim!).

Po pierwsze – żaden człowiek nie zastąpi koniowi stada innych koni. To niemożliwe. Mały kociak, nawet najbardziej rozbrykany, i tak śpi przez nie mniej niż 2/3 doby – i nie ma najmniejszego problemu, żeby przebywał z człowiekiem 24 godziny na dobę, śpiąc z nim w jednym łóżku i jedząc przy jednym stole. Z koniem to niemożliwe. Już choćby ze względu na gabaryty – a mały konik rośnie bardzo szybko… Przy tym: nie wiem jaki poziom ADHD musiałby sobą przedstawiać piesek czy kotek, żeby ruchliwością małemu konikowi dorównać?

Po drugie – wszystkie metody naturalnego treningu koni o jakich wiem – zostały stworzone dla koni dorosłych. Od których człowiek czegoś chce. Żeby np. biegały co sił, wysoko i elegancko podnosiły nogi, albo skakały. Albo chociaż – jak w PNH – chodziły za człowiekiem i ustępowały mu z drogi. Na Newzorowcach wzorować się nie zamierzam, więc ich tu nie liczę. W każdym razie – od źrebiąt niczego takiego się nie wymaga. Wskazówki Monty Robertsa odnośnie wychowu źrebiąt ograniczają się do tego, co myśmy – ze skutkiem jak opisałem – zastosowali na Darze. Generalnie zaś, mały koń ma mieć spokój, do szóstego miesiąca życia matkę, a potem wielu kumpli. Im więcej kumpli – tym lepiej. Małych koni niczego się nie uczy i niczego od nich nie wymaga.

Są zresztą – i jest ich coraz więcej – stajnie wyspecjalizowane w odchowie odsadków. Jeśli nie państwowej stadninie koni pełnej krwi – to którejś z takich stadnin najrozsądniej jest, jak chodzi o wychów młodego konia – zaufać. Nic lepszego niż wielka przestrzeń i wielka liczba rówieśników, nie może młodego konia spotkać…

czwartek, 17 marca 2011

„Zrównoważony odwrót“ w wersji na cztery kopyta

Wczoraj na forum końskim, na które czasem zaglądam (co różni go od mojego ulubionego końskiego forum, na które zaglądam codziennie…), przejrzałem temat o Aleksandrze Newzorowie. To KGB-ista z Petersburga, więc jak najbardziej z „właściwej“ ekipy putinowskiej. Jak można sobie na stronie tego pana zobaczyć, przy okazji robi różne cyrkowe sztuczki z końmi.
Ani fakt, że pan Newzorow jest KGB-istą, ani też fakt, że ja na przykład – takich cyrkowych sztuczek z końmi robić nie potrafię – bynajmniej go oczywiście nie dyskwalifikuje jako twórcy nowej „filozofii postępowania z koniem“ – bo jedno z drugim i trzecim nie ma przecież nic wspólnego.

Być może zatem źle zacząłem. Dla koniarzy sprawa jest oczywista, bo każdy to wie, ale akurat tutaj zaglądają też nie-koniarze. Powinienem zatem na początku wyjaśnić, co to jest „jeździectwo naturalne“. Aczkolwiek, jak się okazuje, w przypadku pana Newzorowa – można pójść dalej, bo jego metoda już z jeździectwem w ogóle – jak sam twierdzi – nie ma nic wspólnego. A jak, pociągnięta za język, przyznała jego polska wyznawczyni na forum: tak naprawdę, chodzi o to, aby koni w ogóle nie hodować. Czyli – żeby koni w ogóle nie było.

Pojęcia nie mam, po co w takim razie robić z końmi jakieś cyrkowe sztuczki, ale widać taka wiedza jest dla profana niedostępna i musiałbym opłacić i zaliczyć przynajmniej kurs podstawowy metody pana Newzorowa, żeby się tego dowiedzieć. Na co chwilowo nie mam ani czasu ani pieniędzy. Ani ochoty prawdę powiedziawszy.

Ogólnie rzecz biorąc „jeździectwo naturalne“ to szeroki, pluralistyczny ruch, który tworzą zarówno mniej lub bardziej prawdziwi „zaklinacze koni“, potrafiący nauczyć czterokopytne najprzedziwniejszych rzeczy, jak i sprawni biznesmeni, potrafiący dobrze sprzedać różne mniej lub bardziej wartościowe pomysły.
Jak to zwykle bywa, środowisko jest głęboko podzielone w swoim stosunku do „jeździectwa naturalnego“. Na jednym biegunie sytuują się oczywiście wyznawcy różnych szkół „natural horsemanship“ (ruch jest międzynarodowy, więc używa głównie angielskiego). Na przeciwnym biegunie: tzw. „klasycy“, dla których jest to wszystko tylko marketing, zgrywa i dojenie naiwnych z kasy.

W środku jest pustawo, bo niewielu potrafi zachować wobec zjawiska obojętność. Ponieważ nie lubię tłoku jak pan Zagłoba, ja właśnie sytuuję się w owym pustawym środku, ani „jeździectwa naturalnego“ nie potępiając, ani też nie będąc wyznawcą (bo to czasami rzeczywiście wszelkie cechy sekty przyjmuje) żadnej z jego szkół. Co zresztą w prosty sposób wynika z faktu, że d..a ze mnie nie jeździec, zawodnikiem nigdy nie byłem i już nie będę, bo jestem na to za stary i wszystko co potrafię, to wozić własne cztery litery w kulbace (rzadziej i mniej chętnie – w siodle), nie badając przy tym stopnia ubicia gruntu zbyt często.

Cokolwiek by nie mówić: „jeździectwo naturalne“ rzeczywiście działa! Gdyby nie kilka prostych sztuczek, których mnie ongiś nauczył mój przyjaciel, Sebastian Karaśkiewicz, gdyśmy jeszcze stali pensjonatem w Rudej pod Skierniewicami – prawdopodobnie już bym nie żył. Albowiem skomplikowana i pełna zastałych kompleksów psychika Wielkiego Strasznego Zwierza po prostu wymaga przegonienia jej raz na jakiś czas po round-penie i pobawienia się w niezobowiązujące i nie usystematyzowane połączenie metod Monty Robertsa i Pata Parellego (nie polecam nikomu innemu, nie udzielam porad ani lekcji, nie komentuję co ktokolwiek robi innego…). Na skomplikowaną i pełną zastałych kompleksów psychikę Wielkiego Strasznego Zwierza działa to jak zbawienny balsam, a i mnie dodaje pewności siebie, dzięki czemu nie nawiewam gdzie pieprz rośnie gdy rzuci się na mnie z zębami czy zamierzy do kopa. Co by się łatwo mogło bardzo źle i dla mnie i dla niej skończyć.

Oczywiście, jak Państwa P.T. Czytelników znam, zaraz się pojawi opinia, że to nic nowego, bo przecież nasi przodkowie Sarmaci, którzy się „w siodle rodzili“, nie takie sztuczki umieli pokazać!

Otóż niekoniecznie. A już metody, jakimi się 100, 200 czy 400 lat temu posługiwano – można je sobie doskonale wyobrazić, grube żelaza ówczesnych munsztuków, gęsto różnymi kolcami utkanych, dobrze zniosły próbę czasu i stąd wiele z nich poczesne miejsce zajmuje w muzealnych gablotach na całym świecie – byłyby dzisiaj w najlepszym razie… kontrowersyjne?

Tak więc, co by nie mówić, „jeździectwo naturalne“ rzeczywiście działa, istotnie można sobie w ten sposób znacznie ułatwić pracę z koniem i uczynić życie zarówno konia, jak i własne lżejszym i przyjemniejszym, a przy tym – jest to coś nowego, czego wcześniej nie znano. W każdym razie – nie w chrześcijańskiej Europie, bo może Turcy czy Tatarzy w dawnych czasach bliżej tych metod byli. Co podróżnicy, których relacje już tu Państwu cytowałem, potwierdzają.

Co nie znaczy, że byłbym gotów wydawać na kursy którejkolwiek z metod „naturalnych“ pieniądze – nawet, gdybym je miał.

A już pan Newzorow i jego postulat zakazu uprawiania jeździectwa w jakiejkolwiek bądź formie – po prostu zagotował mi krew w żyłach!

Cóż to innego jest, jak nie właśnie owa „religia przyrody“, każdą formę ludzkiego działania biorąca za zło wcielone? Jak nie ów „zrównoważony odwrót“, o którym niedawno pisałem na Agepo? Ludzie – popełnijcie zbiorowe samobójstwo, bo panu Newzorowowi estetycznie i moralnie się nie podoba, że jeździcie na koniach, zamiast uczyć ich cyrkowych sztuczek!

Trochę mi w tym momencie ręce opadły. Nie bardzo mam czas, żeby temat dłużej rozwijać, a w pracy o czym innym muszę myśleć. Ale to już po prostu jakimś szatańskim swądem czuć. Jakieś smarkule od ziemi nie odrosłe roszczą sobie prawo decydować o moim i moich zwierząt życiu i śmierci i nawet im ręka nie drgnie, gdy takie zberezieństwa wypisują. Co więcej: demonstrują na prawo i lewo spiżowe przekonanie o swojej moralnej wyższości nad całą resztą świata, przy którym wiara krzyżowców w pyle i spiekocie maszerujących na Jerozolimę bladą się wydaje i letnią. Co to k…a jest, jak nie jakieś demoniczne opętanie..? Wiecie Państwo doskonale, że mam pewne fundamentalne wątpliwości co do działania transcendentalnego Dobra na tym świecie – ale czytając takie wypowiedzi i dowiadując się o takich poglądach, coraz mniej mam wątpliwości, że transcendentalne Zło rzeczywiście istnieje i działa na każdym kroku. Bo po ludzku, racjonalnie, wyjaśnić tego nie potrafię… Chyba, że ktoś z Państwa ma lepszy pomysł..?

poniedziałek, 14 marca 2011

Ekonomia Charliego Chaplina nie działa

Słucham sobie jednym uchem „Wiadomości“. Pełne panicznych rozważań o tym, co się będzie działo z ekonomią światową i polską, skoro Japonia poniosła tak wielkie straty i musi się teraz odbudować.
Cóż: ci sami dziennikarze i komentatorzy, w innych okolicznościach zapytani, na 100% potwierdzą, że pomysł Johna Maynarda Keynesa na zakopywanie i odkopywanie butelek z pieniędzmi jako sposób pobudzania „popytu wewnętrznego“ to znakomita strategia gospodarcza!

W inny sposób tę samą strategię oddał na taśmie filmowej Charlie Chaplin w postaci szklarza, którego pomocnik wybija szyby, by Charlie miał pracę. Japonii właśnie wybito szybę. Znaczy się – będzie miała pracę, tak..? No właśnie: nie bardzo…
Choć swoją drogą, podobnoż akcje koncernów budowlanych na tokijskiej giełdzie idą w górę. Nie równoważy to jednak spadku wartości całej reszty firm.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...