sobota, 26 lutego 2011

Zamiast Przechery

Ledwo Lepsza Połowa wsiadła na konia, a ja podrzuciłem do kozy, a już słychać było wołanie: "bierz aparat i biegnij, lis, lis przyszedł!" No to porwałem aparat i pobiegłem. Nim jednak dobiegłem, Przechery już nie było. Cóż, z rozpędu uwieczniłem spacer Sylwestry:
oraz żerującego kurczaka:
Przy czym, co należy dla porządku odnotować, kurczak jest ulubionym zwierzątkiem Dalii wlkp. Która np. rano ścigała Krystynę gdy ta próbowała na padoku kurczaka schwytać. Wielki Straszny Zwierz ewidentnie hołubi kurczaka i broni go przed obcymi:

Szlafmycy czar

Pocieplało! Przez ostatnie kilka dni rankami było w naszej chatce tak zimno, że zamarzała woda w kwiatkach, a po powrocie spod wiaty, gdzie konie zjadły swoje śniadanie, przez dwie – trzy godziny trząsłem się w swetrze pod kozą czekając, aż to krnąbrne stworzenie rozgrzeje trochę atmosferę (chyba, że musiałem już jechać do pracy). Bardzo to obniżyło moją wydajność, bo najpłodniejszy jestem o świcie. Przy tej zaś atmosferze wszystko, na co było mnie stać, to udzielać się w „historii alternatywnej“. Podejrzewam, że z sentymentu za szlafmycą.

Bo też zimno jest w głowę gdy się tak śpi w nieogrzewanym (po zgaśnięciu kozy – a nie dawałem rady jej palić dłużej niż do 22.00: spać się chciało). Usiłowałem nakłonić Sylwestrę, by mi nocami otulała czaszkę, ale nic z tego nie wyszło. Mimo posiadania grubego futra, koćkodan w tych okolicznościach przyrody stanowczo preferuje pozycję głęboko pod kołdrą, nosa nawet na zewnątrz nie wystawiając. Przypomnę jej latem, jak będzie chciała na noc z chatki wybyć…

Dzisiaj woda nie zamarzła, siedzę wprawdzie i rozpalam kozę, ale niekoniecznie się trzęsę. Nawet już wziąłem poranny prysznic i ogoliłem się, które to umartwienia przez ostatnie dni, przez wzgląd na słabość ciała, odkładałem jednak na trochę później. Rzeźko jest – ale do wytrzymania. Znakiem tego: pocieplało zaiste..! A prognoza pogdy, którą co rano sprawdzam, wskazuje na dalsze ocieplenie.

Co zresztą i z kalendarza i z obserwacji przyrody nieuchronnie wynika. Koniowie od tygodnia sypią futrem jak makiem – garściami można zbierać. A nie sądzę, by się mogły w tak ważnej sprawie mylić.

Kran koniom ostatnio nie zamarza. A to dlatego, że zaczął przeciekać. W efekcie mamy już pełną lodu wannę pod wiatą. No i zamarza gumowy przewód prowadzący od kranu do wanny, potocznie zwany „ch..ikiem“. Z którego to „ch..ika“ wydobyłem przed chwilą, rozmrażając go w zlewie taką oto… świeczkę..?

czwartek, 24 lutego 2011

Foto-foto 2

Ponieważ ostatnie mrozy dały się nam we znaki o wiele bardziej niż naszym leniwym, tłustym i rozlazłym czworonogom - cała nasza dzisiejsza z nimi praca ograniczyła się do średnio udanej próby poganiania ich po zimowym padoku. Z efektem, jak poniżej:
A wszystko to na oczach Krystyny:

środa, 23 lutego 2011

Ustrój naturalny


Wieki temu, kiedy byłem piękny i młody i miałem jeszcze włosy także na głowie, dałem się zaprosić na zebranie założycielskie KoLibra. Jak to zwykle w takim gronie bywa, wynikł od razu typowo konserwatywno – liberalny spór o wyższość monarchii nad rządami demokratycznymi. Przypomniały mi się te dawne czasy gdy czytałem ostatni wpis u Adama Dudy.

Próbowałem wtedy pogodzić zwaśnione strony parafrazując znany bon mot przypisywany Churchillowi. Jak wiadomo „demokracja to najgorszy ustrój na świecie – ale lepszego nikt jeszcze nie wymyślił“. Tyle tylko – że są też ustroje, których wymyślać nie było potrzeby, ponieważ powstały same z siebie, bez żadnego uprzedniego konstrukcyjnego planu, który by ludzkiego namysłu wymagał – dodałem.

Nie sądzę, by mój wysiłek został wówczas doceniony. Że jednak robiło się już późno, a gospodarze nie pomyśleli o tym, aby studenckiej braci zaserwować coś rozweselającego, przy czym byłby sens zostać na Nowym Świecie 41 trochę dłużej – dyskusja jakoś i tak się rozlazła i podobnie też, rozlazło się audytorium – każdy w swoją stronę. To jest – w stronę, gdzie na lepszy traktunek mógł liczyć…

Polityka z całą pewnością nie jest moim konikiem. Wynika to przede wszystkim z faktu, że – co już tu Państwo wiele razy zapodawałem – ja po prostu nie wierzę w sens zajmowania się polityką w ramach naszego „tu i teraz“. System wszechkorupcyjnej łże-demokracji jest trwały i nie widzę żadnej siły zdolnej go obalić – póki sam z siebie nie dojdzie do ściany ekonomicznego załamania. I wcale nie jest powiedziane że to, co z tego załamania wyniknie, będzie w jakikolwiek sposób lepsze od tego, co mamy teraz. Wręcz – wydaje mi się to dość mało prawdopodobne. Przy czym, cokolwiek by nie robić, nie pisać, nie mówić – nie ma to większego znaczenia. 93% Polaków zaprzestanie lektury tego felietonu nawet, gdyby ich do niej przymuszać, najdalej po pierwszym akapicie. Bo, skoro nie ma tu nic o seksie ani o przemocy, a w dodatku autor używa trudnych słów i konstruuje zdania dłuższe niż przewiduje redakcyjna norma dla „Super Expressu“ (gdzie pracowałem więc wiem, jaka ta norma jest…) – to niby dlaczego ciężko żyjący z zasiłków i zapomóg człowiek miałby poświęcać swój cenny czas i brnąć przez te potoki wymowy..? Niestety, ale demokratycznie wolności wprowadzić się nie da. A to dlatego, że dla 93% wyborców nic straszniejszego niż wolność nie istnieje! Nic za to nie jawi tej przytłaczającej większości atrakcyjniej od pełnej michy i igrzysk – najlepiej takich, które polegają na poniżaniu, obrzucaniu błotem i strącaniu z piedestałów tych, którzy wcześniej mogli słusznie lub niesłusznie uchodzić za „lepszych“ od owego przeciętnego wyborcy: nic bowiem bardziej nie łechce najpowszechniejszych wśród ludności sado-masochistycznych upodobań, choćby i nieśmiałych…
Egzemplifikacja ukochanych zabaw "naszego dobrego ludu", jak zwykł mawiać Ludwik XVI o Paryżanach: szkic Davida przedstwiający z natury Marię Antoninę w drodze na szafot...
i ekranizacja tego samego wydarzenia

Nic więc dziwnego, że wśród wolnościowców, przynajmniej w Polsce (zaiste nie wiem, jak jest gdzie indziej…) jest dziwnie mało „ultrasów demokracji“ jak to zwykł p. Michalkiewicz pisać. Dziwnie mało, jeśli wziąć za dobrą monetę slogan o „liberalnej demokracji“ jako o najbardziej wolnościowym ustroju w dziejach powszechnych. Tym niemniej, i tacy się trafiają, a i owszem – czemu nie..? Nawet i tutaj jeden taki się ongiś przyplątał i usiłował mnie przekonać, że państwo to firma usługowa, która ma swoim poddanym fundować dobre samopoczucie i równe drogi…

Muszę przyznać, że jak pamiętam moją własną przygodę w wysługiwanie się władzy, kiedy to byłem jawnym i świadomym pracownikiem MSWiA w niesławnych czasach tzw. „Taksówkarza z Pabianic“ – to przychodzi mi na myśl bardzo wiele trosk jakimi emanowali nasi szefowie. Na przykład – troska o popularność, która do zadziwiających zupełnie wygibasów prowadziła, co kiedyś osobno opisywałem. Troska o zdobycie środków na kolejną kampanię wyborczą. O należyte gratyfikacje i stosowne posady dla krewnych, przyjaciół oraz krewnych krewnych i przyjaciół przyjaciół. O święty spokój który uparcie zakłócali jacyś pismacy, żebracy i hajdamacy (związkowi…). I o wiele innych spraw. Naprawdę. Jednak troski o dobre samopoczucie poddanych i równe drogi – za Diabła nie mogę sobie przypomnieć! A działo się to pod panowaniem ekipy która chyba ze wszystkich rządzących Polską przez ostatnie 20-lecie była istotnie najmniej złośliwą i zapatrzoną w siebie, czego zresztą jej smutny koniec jest dobrym dowodem…

Chyba możecie zatem Państwo zrozumieć, że się zniechęciłem, prawda..? Tym bardziej, że jakoś nie było szans, by z polityki zrobić sobie sposób na (dobre i dostatnie) życie – to po co było się szarpać w takim razie..?

W dalszym ciągu też bym obstawał przy tezie, którą wiele lat temu na pół żartobliwie wygłosiłem. Ustroje polityczne w których żyją ludzie można od metra podzielić na dwie grupy. Pierwsze, tak naprawdę liczebnie dominujące, a tylko współcześnie nam się wydaje że tak nie jest – są takie, które najpierw powstały, a dopiero potem doczekały się jakiegoś opisu. Nie poprzedzał ich żaden projekt, żadna teoria, ani nawet refleksja jakiegoś mędrca – prawodawcy. Ot, po prostu – pojawiły się i są. Siłą tradycji poniekąd.

Bo czy ktokolwiek „wymyślał“ plemię..? No raczej nie – plemiona zdecydowanie wyprzedzają pojawienie się wśród ludzi nawyku refleksyjnego myślenia. Podobnie też – nikt nie wymyślał monarchii. Jest to ustrój w tym sensie – naturalny.

Mało tego – moim zdaniem „teoria monarchii“ to wręcz oksymoron! O ile bowiem wcale niekoniecznie jest tak, że monarchia musi swoje prawo do rządzenia wywodzić z woli boskiej – różnie z tym bywało w dziejach – o tyle z całą pewnością nie ma większego sensu monarchia która nie odwołuje się do tradycji, do przyzwyczajeń, do nawyków. Monarchia to personifikacja status quo (co wcale nie wyklucza, rzecz jasna, rewolucjonisty na tronie!). Siłą, która legitymizuje monarchię jest też właśnie owo status quo przede wszystkim (a wszelkie względy natury religijnej mają drugorzędne znaczenie). Słusznie też Platon wywodził, że w normalnym cyklu przemian ludzkich społeczności obalenie monarchii, która jest pierwszym i najpierwotniejszym z ustrojów, daje miejsce arystokracji. Ta, gdy się zdegeneruje, staje się oligarchią (czyli zamiast „rządów najlepszych“ – pojawiają się „rządy najbogatszych“). Wywołuje to bunt obywateli, którzy zaprowadzają pierwszy z ustrojów „drugiego rodzaju“, a więc takich, które najpierw istnieją jako projekt, jako idea, jako myśl – nim przyjmą formę cielesną: demokrację.

Demokracja oczywiście szybko się demoralizuje i przekształca w rządy motłochu, na karkach którego do władzy dochodzi tyran. Jeśli władza tyrana się utrwali, jeśli zdoła on ją przekazać swojemu następcy – a jednocześnie, jeśli będzie tyranem oświeconym, bardziej dbającym o pomyślność swoich poddanych niż o wzbogacenie swoich przyjaciół – tyrania stopniowo, z czasem, niezauważalnie – przekształcić się może (choć wcale nie musi…) w monarchię. Cykl się zamknie, a zarazem – rozpocznie od nowa.

Cała trudność polega na tym, że tyran wcale, ale to wcale nie musi być „tyranem oświeconym“. Z jego punktu widzenia jest to strategia trudniejsza i wymagająca dużo większego wysiłku niż po prostu robienie tego co do tej pory, czy też – próba skonstruowania jakiegoś rodzaju „tyranii doskonałej“, na wzór tej, którą w Chinach próbował wprowadzić Pierwszy Cesarz (a na nim wzorował się zarówno Mao, jak i Kim Ir Sen…). Przekształcenie tyranii w monarchię wymaga dobrej woli ze strony tyrana – który w tym momencie wystawia się na poważne ryzyko. Czy jego dobra wola zostanie doceniona? Czy aby nie wykorzystają jej przeciw niemu ukryci wśród przyjaciół rywale..?

Niewątpliwie Deng Xiaoping mógł się ogłosić Cesarzem. Nikt by mu tego nie zabronił. Po rozwiązaniu „komun ludowych“ Deng był dla chińskich chłopów bogiem – i roznieśliby widłami i motykami każdego, kto ośmieliłby się mu przeciwstawić. Tyle że, całkiem przypadkowo, nie miało to dla niego osobistego sensu – jego jedyny syn, wyrzucony podczas rewolucji kulturalnej przez okno, jest przykuty do wózka inwalidzkiego i jako kaleka, w świetle chińskiej tradycji, nie może sprawować najwyższej władzy. I stąd tyrania jaką niewątpliwie sprawował w Chinach Deng, nie przekształciła się w monarchię, tylko od razu – w arystokrację (bo nominalnie przynajmniej, do udziału w rządach nie uprawnia tam – jeszcze póki co – majątek, tylko osobiste zalety i dziedziczenie: grupa najwyższych dostojników KPCh kooptuje sobie swoich następców…).

Przekształcenie tyranii w monarchię wymaga spełnienia całego szeregu dość wyrafinowanych warunków. I jednocześnie, wymaga stałej i niezłomnej woli tyrana, by działać tak, jak pojmuje najlepszy interes swoich poddanych. Nie tylko więc jest to trudne. Proces ten zawiera nieodzownie składnik indeterministyczny w postaci właśnie – owej dobrej woli tyrana. Zaiste – mistyczne są zatem narodziny monarchiii, której tak trudne patronują do zebrania razem omeny..! Nie sposób właściwie stworzyć teorii „zakładania monarchii“ – bo jest to proces nieredukowalnie indeterministyczny. Co wraca nas do punktu wyjścia: nie może istnieć „teoria monarchii“. Monarchia albo rodzi się sama – albo jest tylko fasadą skrywającą tak naprawdę całkiem co innego.

Dlaczego zatem, skoro jest to takie trudne i tak mało widzimy na naszych oczach zakończonych sukcesem procesów transformacji tyranii w monarchię – mimo to, patrząc po dziejach powszechnych, jest monarchia najczęściej spotykanym, najbardziej typowym ustrojem politycznym ludzkości..?

Cóż – po pierwsze: jest to skutek działnia prawa wielkiej liczby. Komuś, kiedyś musi się to od czasu do czasu udać. A jeśli już się uda – raz ustanowiona monarchia ma tendencję do trwania przez setki i tysiące lat: jest to niewątpliwie ustrój trwały i słabo podatny na wstrząsy, nawet najgwałtowniejsze.

Po drugie – przez ostatnie 200 – 250 lat mamy coraz to większy problem z owym podstawę monarchii stanowiącym status quo. Za czasów Platona było oczywistym, że „złoty wiek“ ludzkości minął dawno temu, a od przyszłości można oczekiwać co najwyżej klęsk i upadku. Obecnie raczej tak nie myślimy. Wykształcona dzięki rewolucji przemysłowej intuicja każe nam oczekiwać „złotego wieku“ który dopiero nadejdzie – kiedyś, w przyszłości, dzięki nieustannej modernizacji, nieustannej zmianie, nieustannemu ruchowi. Jakże możemy – tak mało ceniąc obecnie status quo – oczekiwać więc, że będą w naszych czasach udawać się próby tegoż status quo personifikacji..?

poniedziałek, 21 lutego 2011

Dlaczego nie jestem patriotą..?

Dzisiaj opowiem Państwu mit. Zwykle mity obalam – ale przecież nie można popadać w rutynę! Jest to mój mit prywatny, który pielęgnuję sobie od lat. Nie mam nic przeciwko temu jednak, by ktokolwiek uznał ten mit za swój. Nie ukrywam przy tym, że traktuję ten wpis jako rozgrzewkę. Tak naprawdę bowiem, powinienem tworzyć folder reklamowy, ale mi się czegoś nie pisze…

Mój polonista z liceum znalazł jakiegoś Kobusa, który chrzcił dzieci w Starogardzie w roku pańskim 1492. Oczywiście nie ma żadnego sposobu aby dowieść moje z tym panem pokrewieństwo – nasza rodzinna tradycja kończy się na pradziadku, który był bodaj pomocnikiem w młynie w Tucholi. Dziadek mieszkał w podtucholskiej wsi, gdzie przez lata był sołtysem i „działaczem“ (Powiatowa Rada Narodowa itp.), bracia Ojca mieszkają w Bydgoszczy i w Gnieźnie. Niewątpliwie czuję się lokalnym patriotą Kociewia. Co wyjaśnia treść mojego prywatnego mitu.

Jest zaiste miarą bezsilności i prowincjonalności Polski fakt, że w kulturze światowej data 4 lutego 1454 roku nie funkcjonuje w ogóle – choć, moim prywatnym zdaniem, należy się jej w porządku symboli miejsce co najmniej równe z 12 kwietnia 1861 roku. Co się wydarzyło 4 lutego 1454 roku..?

Toruńscy mieszczanie zaatakowali i zdobyli krzyżacki zamek w tym mieście, burząc go do fundamentów (za wyjątkiem wieży ustępowej stanowiącej także część murów miejskich) – na znak, że to wolne, hanzeatyckie miasto nie będzie już podlegać żadnej obcej tyranii fiskalnej (osobliwej królewskiej, gdyby Kazimierzowi Jagiellończykowi przyszedł do głowy pomysł w tym pokrzyżackim zamku urządzić sobie rezydencję, czy też – osadzić, broń Panie Boże, jakiego burgrabiego…).

Lepsza Połowa nie znając tej historii na widok malowniczych ruin, gdyśmy pierwszy raz Toruń wspólnie odwiedzali, odruchowo zaproponowała – a może by tak to odbudować..? Na szczęście, nikt tego poza mną nie słyszał, a okolicznościowa tablica bardzo stosownie umieszczona przed wejściem wyjaśniła wszelkie w tej materii wątpliwości…

Oczywiście, wśród szturmujących (kiepsko broniony zresztą…) zamek, z całą pewnością nie było ani jednego libertarianina, ani nawet konserwatywnego liberała!

Skądinąd jednak, nie było wśród nich zbyt wielu władających językiem polskim…

Uważam zatem, że mój prywatny mit jest co najmniej równie uprawniony jak tzw. „mit oficjalny“, wedle którego „odwiecznie polski“ Thorn i Danzig połączyły się w ten sposób z macierzą – co jest ponad wszelką wątpliwość, kompletną bzdurą.

Tak więc, jak to już kiedyś pisałem – niemieckojęzyczni w większości patrycjusze Torunia, Gdańska i innych miast pruskich, wspólnie z w większości niemieckojęzycznym rycerstwem tych ziem zbuntowali się przeciw swoim dotychczasowym panom z Zakonu Krzyżackiego po to, aby przyłączyć swoje ziemie do Korony Polskiej, co też im w akcie inkorporacyjnym z 6 marca 1454 roku król Kazimierz Jagiellończyk solennie obiecał, przy okazji wszczynając z tego powodu wojnę z Zakonem. Co prawda – marnie mu ta wojna szła i gdyby nie pieniądze miast pruskich, szybko by się ona skończyła zwycięstwem Zakonu. Sam tylko Toruń wyłożył z miejskiej kasy na wojnę 200.000 grzywien (dwieście tysięcy grzywien), czyli 41 ton srebra.

Dla porównania tzw. „zastaw spiski“, czyli 16 miast na Spiszu które Władysław Jagiełło dostał w 1412 roku od Zygmunta Luksemburczyka, były zabezpieczeniem pożyczki ok. 7,5 tony srebra – głównie zresztą, uzyskanego jako okup za pojmanych pod Grunwaldem gości krzyżackich (Zakon by tych pieniędzy nie wypłacił, gdyby go nie przycisnął Luksemburczyk potrzebujący z kolei pożyczki od Jagiełły na wojnę z Wenecją – była to zatem nader skomplikowana transakcja wiązana…). Za te 7,5 tony srebra można było wówczas kupić ok. 10.000 krów albo 4.000 koni. Pozostając zaś w kręgu odniesień militarnych – wyprodukowanie jednej bombardy w połowie XV wieku było szacowane jako równowartość 500 krów, zaś oddanie z niej jednego wystrzału (ładunek prochowy + pocisk i inne utensylia oraz koszt obsługi) – jako równowartość 10 krów.

Podaję te wszystkie porównania, bo oczywiście nie ma żadnego sensu przeliczanie tych wartości po aktualnej cenie srebra, zaś wszelkie odniesienia siły nabywczej między epokami odległymi o ponad 500 lat są nader skomplikowane. Biorąc pod uwagę funkcje jakie pełnił w tamtej epoce koń, bombarda czy jej nabój można by w dużym uproszczeniu powiedzieć, że sam tylko Toruń podczas wojny 13-letniej opłacił swoją wolność i przywileje jakie dostał od króla równowartością ok. 11 tysięcy ciężarówek (licząc po parze koni na wóz) lub 110 armat lub 5,5 tysiąca pocisków armatnich.

Razem z podobnej wielkości „składkami“ Gdańska i Elbląga, dało to w ciągu 13 lat równowartość 18-letnich całkowitych dochodów ówczesnego Królestwa Polskiego.

Moi pruscy przodkowie walczyli przeciw swoim dotychczasowym panom nie tylko pieniędzmi, ale też i własnymi piersiami. Floty Gdańska i Elbląga rozgromiły flotę duńską wspierającą Krzyżaków w bitwie pod Bornholmem powodując wycofanie się Danii z wojny na samym jej początku. 15 września 1463 roku połączone floty tych miast zniszczyły też flotę krzyżacką w bitwie w Zatoce Świeżej – efektywnie kończąc wojnę, bo bez możliwości żeglugi rzecznej i morskiej, a tym samym – bez dochodów z handlu – Zakon w ciągu następnego roku został wyautowany z walki.

Dlaczego moi pruscy przodkowie zdobyli się na tak wielkie poświęcenie? Ponieważ widzieli w tym swój interes. Ponieważ ich majątki i życie były bezpieczniejsze pod teoretycznym zwierzchnictwem rezydującego gdzieś daleko w Krakowie króla, niż pod wścibską władzą Wielkiego Mistrza i komturów. Ponieważ gdańskie i elbląskie piwo mogło być dzięki niższym podatkom tańsze od kopenhaskiego – przysparzając miejscowym piwowarom zysków i sławy. Ponieważ handel wiślany był podstawą dobrobytu miast pruskich i było dla nich rzeczą ważniejszą niż język którym mówili ich mieszkańcy – nie płacić od tego handlu cła na granicy państw.

Nie wiem, czy jest w dziejach  inny przykład takiej sytuacji, w której prowincja sąsiedniego państwa nie tylko buntuje się przeciw swojemu dotychczasowemu władcy (to się często zdarzało z różnych powodów) – ale też sama płaci za swoje wyzwolenie i sama nadstawia za nie karku..? Bo zasługi polskiego rycerstwa, haniebnie pobitego pod Chojnicami jeszcze w 1454 roku, nie były w tej wojnie zbyt… hmm… chwalebne..?

I właśnie dlatego wcale nie uważam za swój obowiązek kochać Polski tylko za to, że jest Polską. Przepraszam bardzo – w imię czego..? Polska ma sens tak długo, jak długo jest szansa na to, że piwo będzie tu lepsze i tańsze niż w sąsiedztwie. Pojęcie „patriotyzmu gospodarczego“ jakie usiłują nam wcisnąć emocjonalnym szantażem niektórzy socjaliści jest de facto zgodą na łupiestwo, bylejakość, szachrajstwo, sobiepaństwo i dobre życie – dla Świętej Biurokracji, a nie dla normalnego poddanego. Nie widzę w tym krzty sensu. Postawa moich pruskich przodków wydaje mi się o wiele bardziej racjonalna i ludzka. Państwo to tylko jeden z elementów naszego doczesnego bytu – i tak naprawdę wszystko, czego możemy od niego oczekiwać, to by nas nie uwierało za bardzo. Jeśli uwiera – nie widzę problemu by je zmienić na inne.

Niestety, w najbliższym sąsiedztwie nie widzę takiego, które by w dłuższej perspektywie gwarantować mogło tańsze i lepsze piwo. Stąd tak naprawdę realne są tylko dwie formy sprzeciwu: emigracja gdzieś dalej, gdzie mamy szansę na bardziej ludzkie życie – albo wewnętrzny bojkot systemu tu i teraz.

Oczywiście, skoro 500 lat temu z okładem rządy w Polsce były tak atrakcyjne dla sąsiadów, że gotowi byli dopłacić, a nawet utonąć w chłodnym Bałtyku, żeby tylko się pod tymi rządami znaleźć – to z tego wynika też i taki pozytywny wniosek, że nie ma niczego takiego w glebie, klimacie czy ukształtowaniu terenu, co by normalności nad Wisłą przeszkadzało. Jednakowoż nie widzę na horyzoncie żadnych realnych szans na powrót do tak odległej i zapomianej tradycji…

niedziela, 20 lutego 2011

Niedobrana para

Jej szparka jest za ciasna, żeby dało się go bez trudu w nią wcisnąć. Jednocześnie – jest też za długa, żeby się z niej nie wyślizgiwał. Długo myślałem jak temu niedobraniu zaradzić – powinno się jednocześnie trochę pogładzić w jednym miejscu i dołożyć coś pogrubiającego w drugim, żeby to połączenie było trwałe. Przynaglony jednak okolicznościami, wbiłem go siłą. I przy tej okazji, okazało się, że jest w dodatku – kruchy!

Tak to jest, jak się do kociewskiej siekiery kupuje trzon na targowisku w Warce – no, po prostu: niedobrana para i tyle! Innego jednak nie było. Kiedy więc złamałem w piątek także i stylisko siekiery rezerwowej (zbyt długo stała w kącie przy drzwiach chatki „na wypadek wszelkiego wypadku“ – i się zwyczajnie rozeschła…), a drewno czekało w przyczepie – nie było wyjścia: musiałem go nabić młotkiem. Od czego natychmiast niemal zaczął pękać. Nie nabiłem więc do końca i teraz to wisi sobie na słowie honoru bardziej niż na czymkolwiek innym. Ale – drewno podziabać się dało, nie narzekam, wszyscy żywi na razie!

Niestety, ta wyprawa po drewno prawdopodobnie była ostatnim występem naszego zestawu przyczepa + Wendi. W naszym kosmicznym krążowniku wysiadł bowiem hipernapęd, nie ma jak skoczyć w nadprzestrzeń, a że napadało znowu białego gówna, jak by komu było do czego potrzebne, poruszanie się w normalnej przestrzeni patrzy mi na niewykonalne. Mówiąc po ludzku: spie…yło się zawieszenie przedniej osi tak, że nie mogę włączyć napędu na przód – od razu się koła blokują. Trzeba to oczywiście naprawić, tylko są dwa problemy: na razie nie bardzo jest za co – no i – nie bardzo jest kiedy, bo wątpię, by to się Mistrzowi Dębskiemu udało zrobić w jeden dzień, a przecież muszę jakoś do pracy dojechać. A tymczasem siano czworonogom z zaprzyjaźnionej stodoły, gdzie jest składowane, jakoś trzeba będzie dowieźć…

Ojciec, który przeszedł ostatnio poważną operację serca i twierdzi, że przez dłuższy czas za kółkiem nie siądzie, chce mi podarować swój wóz. Nie bardzo wiedziałem co o tym myśleć (Ojciec z końcem roku przeszedł też na emeryturę – i to w ogóle jest klasyczny przypadek tego, co się dzieje z nadmiernie aż aktywnym mężczyzną gdy z pracy odchodzi – brak zajęcia ruinuje organizm o wiele szybciej niż najcięższa nawet praca – a tu się jeszcze i długie lekceważenie problemów zdrowotnych i „umiejętności“ niektórych chirurgów przebijąjących podczas udrażniania aorty płuco i niszczących zastawkę, dołożyły do całokształtu – boję się, że z tym oddawaniem samochodu to tylko jeden z objawów utraty chęci do życia…: nie chciałbym o tym się publicznie uzewnętrzniać więcej) – teraz to teoretycznie wygląda na wybawienie z kłopotów. Tyle, że ten samochód jest 400 km stąd, a i ja się nie wyrwę z dnia na dzień, a raczej – nie wyrwę się wcale, dopóki firma nie zacznie normalnie działać, a jest dopiero na wstępnym rozruchu. Podejrzewam, że przez najbliższe 2 – 3 tygodnie nawet o całkowicie wolny weekend będzie trudno. Wczoraj na przykład – byłem w pracy (co tak w ogóle jest całkiem miłą odmianą – jestem do mojego Ojca bardziej podobny niż kiedykolwiek wcześniej przypuszczałem J).

Tak czy inaczej więc, coś trzeba doraźnie z tym sianem wymyśleć. Co jest o tyle irytujące, że jednocześnie piękny i dzielny koń Lepszej Połowy znalazł sposób na plandekę oddzielającą mieszkalną część wiaty od części magazynowej – zadziera wysoko przednią nogę (szkoda, że jej się nie chciało tego robić, gdy na czworoboku występowała…) i grzebie tak długo, aż zszywki i pętle trzymające to u góry i z boku puszczą. Już dwa razy tak zrobiła, nie mam więc złudzeń, że przestanie – ergo: nawet, gdybym na przykład zorganizował ciągnik z przyczepą i przywiózł sobie więcej niż tygodniowy zapas siana, który zwykle przerzucałem własnym zestawem, jest spora szansa, że się część tego siana na skutek niszczycielskiej pasji czworonogów zmarnuje.

Wszystko to oczywiście da się rozwiązać – tak naprawdę to tylko stan ducha i zdrowotne problemy Ojca martwią. Ale czasem trzeba sobie ponarzekać w niedzielny poranek. Zwłaszcza, jak się zaspało, a zaraz po przebudzeniu: odławiało łażące luzem poza ogrodzeniem Maleństwo i mocowało na nowo zerwaną plandekę – a pan Henio z masztu telekomunikacyjnego w Warce kolejny raz rozłącza internet…

Acha! 12 km marszobiegu do stacji benzynowej i z powrotem w czwartek prawdopodobnie wykonałem niepotrzebnie – bezpieczniki były w porządku, tylko od wstrząsów (rozp…one zawieszenie nie amortyzuje już nic a nic…) zacisk zszedł z klemy akumulatora. To tak tytułem wyjaśnienia. Znalazłem za to przy okazji piękne tereny po których przy lepszej pogodzie będzie można pojeździć konno.

piątek, 18 lutego 2011

Zło jest dobre…


a w umiarkowanych dawkach – wręcz niezbędne! Jak już o tym wielokrotnie pisałem: o ile zbawienie na tamtym świecie jest z punktu naszego tu i teraz niewyobrażalne, ale nie niemożliwe – to zbawienie tu i teraz, na tym świecie: jest nie tylko niewyobrażalne, ale też z całą pewnością – niemożliwe.

Co zresztą Kościół Święty, matka nasza, w lepszych dla niego czasach (choć czy naprawdę czasy te były od naszych na pewno lepsze..?) powagą swoją nad wszelką wątpliwości poświadczył, obrzydłe błędy niejakiego Pelagiusza potępiając tak, jak na to zasługiwały, a też i sąd swój nieomylny o innych, podobnych herezjach, jako to liberalizm, modernizm, socjalizm i cała masa innych –izmów, we właściwy, przyjęty i uznany sposób wydając.
Grób św. Augustyna, który wiele zwojów przeciw Pelagiuszowi i jego uczniom zapełnił

Jakie stąd wynikają wnioski praktyczne..? Ano, jak sam Zbawiciel powiedział: „biedni zawsze będą wśród was“. Amen. Nie ma i nie może być końca dla niesprawiedliwości, cierpienia, nędzy, rozpaczy, bólu i temu podobnych ludzkich przypadłości o których staramy się na co dzień nie pamiętać, siedząc wygodnie przed ekranem komputera i poczytując sobie dla rozrywki co tam kto na blogach powypisywał.

Ktokolwiek twierdzi inaczej nie tylko jest Niebu obrzydłym heretykiem, ale jest też niebezpieczny dla naszego gatunku. Tutaj bowiem występuje zadziwiająca zupełnie zbieżność między doktryną Kościoła a teorią… ewolucji!

Co się dzieje z gatunkiem, któremu nie zagraża żaden wróg zewnętrzny, który tarza się w obfitości pożywienia i wygód wszelakich..? Jakieś pomysły..? No tak: degeneruje się…

Tak więc całe to zło naszego bytowania na tym łez padole jest nam do przetrwania niezbędnie konieczne. Bez niego – byłoby jeszcze gorzej.

Co prawda, trudno to sobie wyobrazić. Tak jest bowiem ten łez naszych padół urządzony sprytnie, że cokolwiek byśmy nie zrobili w intencji trwałej a radykalnej amelioracji naszej kondycji bytowej, natychmiast czkawką się nam to odbija i wynika z tej dobroniosącej intencji a to jakiś GUŁAG, a to inne Guantanamo czy Kambodża.

Ten blog posiada kilka stałych motywów które się w jego treściach od dawna regularnie powtarzają. Jednym z tych motywów jest też i mój nieustający apel: człowieku dobry! Przepełnia Cię przemożna chęć uszczęśliwienia i polepszenia ludzkości a bodaj choćby Naszego Umęczonego Narodu..? Swojego powiatu czy gminy chociażby..? Usiądź proszę cichutko w kąciku, zmów sobie litanię do Wszystkich Świętych i poczekaj – może Ci jednak przejdzie..? Ludzkość, Nasz Umęczony Naród, a nawet powiat czy gmina – będą Ci z tego powodu niezmiernie wdzięczne…

To, że obecnie żyje się nam jednak wygodniej, cieplej, syciej, no i że możemy siedzieć sobie wygodnie przed ekranem komputera i poczytywać dla rozrywki, co tam kto na blogach powypisywał – zakrawa prawie na cud, jeśli się pamięta, jak niewielki procent ludzkiej pomysłowości, energii, pracowitości i geniuszu – nie został zmarnowany w ciągu ostatnich lat 500 chociażby, w tej intencji, aby niecierpliwie wyglądany stan rajski osiągnąć już teraz, od razu, bez czekania. Gdyby nie te wszystkie próby nagłej a ostatecznej amelioracji ludzkiego bytu (żeby je wszystkie wymienić, od Lutra i wojen chłopskich w Niemczech, po – daremne, daremne oczywiście – obalenie Mubaraka – nie starczyłoby mi nie jednego, a stu wpisów…), kto wie gdzie byśmy teraz byli i o ileż wygodniej, cieplej i syciej żyli..?

Postęp bowiem rzeczywiście na świecie istnieje. Nie piszę przecież że nie! Nie ukrywam jednak, że ze wszystkich rodzajów postępu, najbliższy jest mi postęp hodowlany. Ten zaś jest niemal niezauważalny – bo coraz to lepsze zwierzęta uzyskujemy przecież z pokolenia na pokolenia (z naszego punktu widzenia – dość szybko, jeśli są to pokolenia laboratoryjnych myszek, dżdżownic czy nawet psów – ale już u moich ulubionych czterokopytnych, trzeba ów postęp mierzyć co najmniej dziesięcioleciami, niewielu jest zatem tak szczęśliwych hodowców, by byli w stanie zwieńczenie dzieła które rozpoczęli na własne oczy obejrzeć bez okularów jak denka od butelek i chodzika lub, co bym chyba jednak wolał – pomocnego ramienia hożej pielęgniarki… Cóż zresztą może tu być zwieńczeniem dzieła..? Taki postęp to ma do siebie również, że nigdy nie ustaje i osiągnąwszy każdy założony cel, szuka sobie natychmiast nowego…).

Jeśli więc nie planujemy zbawiać od razu całej ludzkości, Naszej Umęczonej Ojczyzny, powiatu czy gminy, ale wymyśliliśmy właśnie nowy, lepszy sposób przyszywania guzików albo prania skarpetek czy sadzenia grządek w ogródku – to tak, z taką misją, z takim przesłaniem i celem życiowym absolutnie nie wolno nam siedzieć cichutko w kąciku i litanii odmawiać! Działać trzeba, propagować, reklamować, produkować, sprzedawać. W ten sposób nie tylko nie zrobimy nikomu na pewno krzywdy, ale też i z całą pewnością pomagamy przesuwać trapiące ludzkość nieszczęścia w górę piramidy Masłowa.

Bo nie łudźmy się znowuż, że od lepszych guzików, czystszych skarpetek czy obficiej rodzących grządek zaraz się suma trapiących ludzkość nieszczęść zmniejszy! Pod tym względem anglosaski utylitaryzm jest taką samą Niebu obrzydłą herezją jak cała reszta podobnych błędów. Sumy nieszczęść zmniejszyć się nie da. Nie mam na to żadnych konkretnych dowodów, ale intuicja mi podpowiada, że w stanie normalnym wielkość owej sumy zależy tylko od liczebności populacji. Chyba, że próbujemy tę populację na gwałt uszczęśliwić – wtedy suma nieszczęść rośnie do kwadratu dobroczynności naszych intencji i do potęgi przekonania, z jakim w tę dobroczynność wierzymy!

Normalnie jednak ludzie są mniej – więcej stale tak samo i w takim samym stopniu nieszczęśliwi. Zmieniają się tylko przyczyny tego nieszczęścia. Zamiast rozpaczać nad tym, że nam szóste z kolei dziecko zaraz po urodzeniu umarło – rozpaczamy nad rozpuszczonym bachorem, który w wieku lat 30 ani myśli wyprowadzić się z domu i zacząć na siebie zarabiać. Nie widzę żadnego kryterium pozwalającego określić, która z tych rozpaczy jest bardziej dotkliwa, a która mniej. Obiektywnych miar tu być nie może – a subiektywnie wszystko to boli dokładnie tak samo. Tyle, że się ta rozpacz właśnie przesuwa w górę piramidy Masłowa, wynikając z coraz to subtelniejszych i bardziej odległych od podstaw naszego bytu powodów. Jestem przekonany że rozpacz miliardera który mimo wszystkich swoich miliardów starzeje się i drży ze strachu przed śmiercią jest równie głęboka i autentyczna jak rozpacz kloszarda który trzeci dzień z rzędu nie znalazł w śmietniku nic do zjedzenia… Nie, to niemożliwe! No dobrze: jak rozpacz kloszarda którego wykopali z pogotowia bo nie miał ubezpieczenia, a bardzo go boli i ma wszelkie podstawy sądzić, że zaraz umrze. Pod względem stopnia subiektywnego cierpienia nic tych dwóch ludzi od siebie nie różni. Niewątpliwie jednak, pierwszy jest w o wiele korzystniejszej sytuacji o tyle, że jego lęk ma czysto metafizyczne podłoże – nic go nie musi bynajmniej boleć czy uwierać – a drugiemu zwyczajnie flaki wywraca na lewą stronę i na metafizyczne subtelności raczej go w tej sytuacji nie stać.

Oczywiście, szklanka do połowy pusta jest też do połowy pełna – i dokładnie to samo można powiedzieć o szczęściu. Kloszard będzie szczęśliwy mogąc uraczyć się bełtem, a miliarder przeżyje ekstazę gdy nabędzie na aukcji oryginalnego Veronese – i nic nam nie daje prawa sądzić, że jeden orgazm rozkoszy jest bardziej autentyczny czy prawdziwszy od drugiego. Suma ludzkiego szczęścia jest tak samo stała jak suma nieszczęścia – a tylko powody owego szczęścia tak samo, jak powody nieszczęścia, przesuwają się dzięki postępowi w górę piramidy potrzeb.

Szczęście, niestety, jest bardziej od nieszczęścia ulotne i nietrwałe. Podlega bowiem spiżowemu prawu malejącej użyteczności – nawet dla kloszarda pierwszy łyk bełta jest najrozkoszniejszy, kolejne już tylko podtrzymują ów szczęsny stan, z coraz to mniejszą skutecznością zresztą, aż wreszcie nadchodzi kojący sen, a po przebudzeniu – ból istnienia atakuje z potrojoną siłą… Miliarder też rychło przywyknie do swojego Veronese  - a w międzyczasie konkurent kupi sobie oryginał Tycjana i już tylko z tego powodu miejsce radosnego upojenia może zająć ból wcale nie mniej dotkliwy od tego, z jakim zmaga się wczesnym rankiem nasz zaprzyjaźniony już chyba po tylu wzmiankach kloszard – co z tego, że nie jest to ból fizyczny..?

Za to szczęście jest trochę odporniejsze na Twoje, Drogi Czytelniku (nie sądź, że łudzę się, iż zdołałem Cię przekonać…) uparte próby przymusowego uszczęśliwienia ludzkości. Owszem, szok jakim implementacja takiego projektu zwykle się okazuje, doraźnie i w bardzo dużej skali sumę ludzkiego szczęścia zmniejsza. Rychło jednak – człowiek nie świnia, wszystko przeżyje! – zaczynamy nawet w GUŁAGU, Guantanamo czy w innej Kambodży – cieszyć się życiem na nowo. Tyle, że powody do tej radości są jakby nieco inne niż wcześniej. Acha! – dziś mnie nie zastrzelili jeszcze! Trafił mi się kawałek kości ze szpikiem w zupie z kotła. Przydzielili do lżejszej pracy. I takie tam. „Król szczurów“ jest ciekawym studium takich zachowań – o ile ktoś z Państwa czytał..?

Jak już wspomniałem akapit wyżej, Drogi Czytelniku – nie wierzę, że uda mi się Ciebie do siedzenia cichutko w kąciku i odmawiania litanii namówić. Niestety! Robię to zbyt mało intensywnie i za późno. Niewątpliwy awans materialny i cudowne zmiany techniczne jakie Cię otaczają wpajają Ci przekonanie – najzupełniej błędne, co powyżej zupełnie wystarczająco i solidnie udowodniłem, ale Ty tego nie przyjmiesz do wiadomości – że ludzkość kroczy ku coraz to wspanialszej przyszłości, a wszelkie cierpienie, ból czy niedostatki można skasować jednym pociągnięciem myszki tak samo, jak jednym pociągnięciem myszki przechodzi się do innego, bardziej optymistycznego (naiwnego napisałbym raczej…) bloga.

Przekonanie to wpajają Ci w szkole i w mediach – potwierdza je Twoje doświadczenie życiowe, wszak od zakończonych sukcesem studiów kroczysz od sukcesu do sukcesu, żyjąc coraz wygodniej, coraz bogaciej i dostatniej – stać Cię już nawet na lusksus próżnowania, dzięki czemu zamiast zapieprzać jak mały samolocik na wysokości lamperii, możesz sobie usiąść wygodnie przed ekranem komputera i poczytywać dla rozrywki co tam kto na blogach powypisywał. Dlaczego Twoje szczęście nie miałoby być udziałem wszystkich bez wyjątku..? To przecież Twój obowiązek szerzyć dobrobyt, humanitaryzm, miłość… No i nie obejrzy się człowiek, cholera, jak znowu siedzi w GUŁAGu..!

Nie wierzysz, Czytelniku..? Chcesz przecież tylko dobrze, jakże to tak, żeby z dobra zło mogło wyniknąć..?

Cóż. Nie oduczę Cię jednym czy drugim wpisem mitów, ciemnot i zabobonów, które Ci od kołyski wciskano. Proponuję jednak mały eksperyment. Otóż na naszych oczach dzieje się kolejne „święto demokracji“. Obalono „złego Mubaraka“ – przegniły, skorumpowany, zły reżim. Hurrra..! Ludzie tańczą na ulicach. Molestując przy okazji zagramaniczne dziennikarki, bo tam jest problem seksualny akurat najbardziej palący, nie polityczny, ale już mniejsza o większość. Poczekajmy kilka miesięcy. Tyle chyba wytrzymasz..? Poczekajmy, a zobaczymy, jak szybko wszystko tam wróci do stanu pierwotnego, pogorszonego co najwyżej w stosunku do punktu wyjścia sprzed kilku tygodni – jak szybko „czasy złego Mubaraka“ będą wspominane jako okres minionego dobrobytu i świetności..?

Co powiesz na to? Pomysł był dobry – tylko ludzie zawiedli – tak..? Tak samo jak na Ukrainie, gdzie wcale niedawno obalano „złego Juszczenkę“, tak samo jak w Gruzji (o, tam to nawet już kilka razy w ciągu minionych 20 lat!), jak w Polsce, jak… Niestety – historia przyznaje mi rację. Ale Ty – jak sądzę – nigdy się nie poddasz, prawda..?

I właśnie dlatego, Drogi Czytelniku, że Ty się nigdy nie poddasz i zawsze już będziesz chciał mnie uszczęśliwić tak, jak to się Tobie podoba a nie mnie – stanowczo wolę żyć w państwie słabym, skorumpowanym i niezdolnym do jakiegokolwiek energicznego działania. Wolę tak, bo dzięki temu, Tobie będzie trudniej. Wywody o tym, ile to środków się „marnuje“ przez to, że je zawłaszczają skorumpowani funkcjonariusze wcale, ale to wcale mnie nie przekonują. Jeśli suma łapówek dawanych i przyjmowanych rocznie na terytorium Federacji Rosyjskiej dwukrotnie przekracza owej Federacji roczny budżet, to cóż to w praktyce oznacza..? Oznacza to w praktyce, że ówże budżet mógłby być nie dwu-, a pewnie trzy, czy cztery razy większy (w końcu, gdyby ludziom było wszystko jedno, czy płacą podatki, mandaty, taksy lub kary, czy dają w łapę – to by płacili owe podatki, mandaty, itd., a nie dawali w łapę, skoro w łapę dają, muszą mieć z tego korzyść, a więc datki – wziątki muszą być niższe od tych obciążeń i opłat, których pozwalają uniknąć…). Czy od tego mieszkańcom Federacji byłoby trzy czy cztery razy „lepiej“ niż jest..?

Moim zdaniem, byłoby im trzy czy cztery razy gorzej… To oczywiste. Federacja miałaby więcej pieniędzy na samoloty, rakiety czy okręty wojenne – na szkoły czy szpitale wydawanoby pewnie tyle samo, lub niewiele więcej niż teraz – a za to ludzie nie mieliby w kieszeniach tych pieniędzy które przed żarłocznością gosudarstwa ocalili dając łapówki. A i popyt wewnętrzny byłby niższy, bo funkcjonariusze gosudarstwa będąc biedniejsi, mniej by budowali podmoskiewskich dacz…

Że co, że w Skandynawii żyje się jak w raju dzięki brakowi korupcji i wysokim nakładom na inwestycje publiczne? A gdzie dowód, że żyje się tam tak „dobrze“ (abstrahując od problemu, co to w praktyce może oznaczać) dzięki tym nakładom, a nie POMIMO nich..? I gdzie dowód, że ten model życia mógłby się sprawdzić gdziekolwiek indziej na świecie..?

Niestety! Jestem całkowicie pewien, Drogi Czytelniku, że i to Cię nie przekona. Ty nie chcesz myśleć. Ty chcesz działać. Tu i teraz! Natychmiast… Apage Satanas..!

czwartek, 17 lutego 2011

I sraczka i przemarsz wojsk!


Dostałem robotę. Gratulację będę przyjmował za jakieś dwa miesiące, jak coś konkretnego z tego wyniknie. Na razie – z punktu podpadam. Zaprojektowałem rano logo i napisałem tekst do folderu, tylko co z tego, skoro od 8.00 rano nie mogę go moim przedcywilizacyjnym netem wysłać..? No i last, but not least: pojechałem rano do sklepu po chleb samochodem i wróciłem na piechotę. Przy zapłonie wszystko zgasło i już nie zapala. Znakiem tego – bezpiecznik szlag trafił. Nie pierwszy raz. Próbowałem wymienić, ale albo nie mam już ani jednego dobrego w skrytce, albo zgrabiałymi z zimna paluchami nie byłem w stanie porządnie wcisnąć. Większość mi zresztą gdzieś w czeluściach karoserii poznikała przy tym wciskaniu.

Jak tylko uda mi się ponownie połączyć z netem (piąty czy szósty raz mnie już rozłączyło w ogóle, total…) i wyślę wreszcie tego maila – maszeruję do najbliższej stacji benzynowej po nowy komplet bezpieczników. Wrrrr…! To tylko 6 km w jedną stronę.

A wieczorem, jeśli będzie czas i będę jeszcze w stanie – napiszę jeszcze raz co myślę o państwie i dlaczego uważam, że powinno być możliwie jak najsłabsze i jak najbardziej skorumpowane.

wtorek, 15 lutego 2011

Na plażach Zanzibaru

Odwiozłem właśnie na pociąg kolegę Maczetę, który mnie odwiedził. O czym radziliśmy wczoraj i co uradziliśmy - nie powiem, żeby nie zapeszyć, a przy tym, jest na to stanowczo za wcześnie. W każdym razie chodzi za mną od wczoraj ta piosenka:


Nasze drogie podopieczne nie omieszkały skorzystać z okazji do popisów: nawiały we trójkę i musieliśmy je razem z Maczetą po chaszczach gonić. A to dlatego, że je publicznie pochwaliłem, że grzeczne i dawno nie uciekały...

niedziela, 13 lutego 2011

Miłość na śmietniku i zwiastun wiosny

Ledwo się Krystyna do nas wprowadziła, a już sprasza sobie kawalerów. W dodatku, akurat na nasze przydomowe śmietnisko, gdzie zaloty odbywają się w obecności licznej publiczności:
Krystyna po lewej, amant (długo przez nas trzymany za kotkę - ze względu na filigranową budowę ciała - ale cóż: okazał dowodnie swoją męskość w całej jej okazałości tak, że wątpić już nie ma jak...) po prawej. Śmieci w środku, publiczność w tle.

Krystyna, jak nas zapewniali przyjaciele z Warszawy, jest wysterylizowana. Jakoś to ani jej, ani Białemu w namiętnym i bardzo głośnym flircie na razie nie przeszkadza...

Sylwestra natomiast, ogłosiła wobec tej obyczajowej afery całkowite desinteresment. Popychana w stronę flirtujących patrzy na nich okrągłymi jak spodki ze zdziwienia oczami, po czym z godnością oddala się do własnych spraw.

Lepszej Połowie zaś ukazał się zwiastun wiosny. Jej kompozycja wazonowa z gałązek wierzby:
zakwitła:

Chciałem,  korzystając z pięknej pogody, wsiąść na Bubę i pójść pozwiedzać świat. Ale mnie wkurzył ojciec naszego Sołtysa. Wjechał nam na zaorane pole, oczywiście utykając na amen - oczywiście nie dałem rady go wyciągnąć i trzeba było ciągnik wzywać - stratował nam przy tym dwa derenie które z takim trudem sadziliśmy i podlewaliśmy w zeszłym roku - i jeszcze nie dostrzegł w tym fakcie niczego zgoła nagannego: no bo on przecież musi przejechać... Do jasnej cholery, a jak ja zacznę ludziom po ogródkach jeździć to co, szczęśliwi będą..?!

Opowieści pana Władysława

Będą tu pieniądze, krew i seks – wszystko, co Państwo lubicie! Wysłuchałem ongiś tych opowieści na pokładzie luksusowego, czarnego mercedesa, wyłożonego w środku białą skórą. Nie były raczej przeznaczone do uwiecznienia i upowszechniania. Myślę jednak, że skoro minęło już trochę czasu, nie łączą mnie obecnie z panem Władysławem żadne stosunki (czego skądinąd żałuję, bo przez pewien, bardzo krótki czas, odnosiłem z tego tytułu profity…), a ja nie podam danych pozwalających na jego bezpośrednią identyfikację i nieco stonuję ostrość niektórych sądów, jakie wygłosił – to może się nie pogniewa, że spróbuję w ten sposób Państwa rozerwać w tą piękną, acz mroźną niedzielę..?  Gdyby jednak się pogniewał – dowiecie się Państwo o tym niezadownie. Po prostu zniknę…

O narodowości

Nie wiem jakiej narodowości jest pan Władysław. Nie jestem pewien, czy on sam to wie. Nie jest na pewno Rosjaninem. Wprost mi to powiedział pytając, co Polacy sądzą o Rosjanach i dlaczego tak ich nie lubią. Zaznaczył przy tym wyraźnie, że ceni sobie język rosyjski (w tym języku się porozumiewaliśmy) i jest bardzo dumny z tego, że w tym właśnie języku odbierał edukację. Literatura rosyjska – dowodził – daje klucz do całej literatury światowej. Choć nic nie wie o literaturze polskiej to jest pewien, że umiałby o niej rozmawiać posługując się literaturą rosyjską jako punktem odniesienia. Przy tym w ten sposób, właśnie dzięki literaturze rosyjskiej, którą bardzo lubił – mówi – odniósł prawdziwą korzyść ze swoich niezbyt pilnych studiów w moskiewskim instytucie.

Na wykładach – mówił – graliśmy w karty. A często zamiast ich słuchać chodziliśmy na miasto, cieszyć się Moskwiankami. Teraz jednak, przynajmniej jestem wszechstronny. Potrafię rozmawiać z inżynierami, z technikami. Budynek mojej fabryki – sam zaprojektowałem!

Pan Władysław lubi żydowską muzykę – nazywa ją „ojczystą“. Taka afiliacja może jednak być bardziej niż z pochodzeniem, związana z niewątpliwym sukcesem materialnym, jaki odniósł. Pan Władysław pochodzi z Północnego Kaukazu. Czasem przedstawia się też jako Alan: byłby więc Osetyńcem..?

O pieniądzach

Pierwsze pieniądze – opowiada pan Władysław - zarobiłem dzięki Polakom. Pracowałem wtedy jako zaopatrzeniowiec w wielkiej, moskiewskiej fabryce papierosów i cygar. Na targach poznałem dwóch Polaków, którzy zapytali, czy mógłbym dla nich kupić bibułę na papierosy. Znałem wszystkich w tej branży, nie był to dla mnie problem. Wziąłem 500 tysięcy rubli kredytu, za 450 tysięcy kupiłem bibułę i sprzedałem Polakom, którzy w zamian dali mi telewizory z wideo. Wtedy telewizor z wideo kosztował więcej niż mieszkanie w Moskwie. Sprzedałem te telewizory i zarobiłem 3,5 miliona. Spłaciłem kredyt i miałem 3 miliony – a to było wtedy 800 tysięcy dolarów… Potem się okazało, że oni mnie i tak oszukiwali, ceny tych telewizorów były zupełnie inne niż mówili, ale pieniądze już były.

Potem sprzedawałem państwowym fabrykom tytoń po bardzo wysokiej cenie – i nie mieli prawa kupować u nikogo innego, ani nikomu innemu sprzedawać gotowych wyrobów. Cena na ich wyroby były państwowa, niska. W dodatku, do każdego wagonu papierosów dostawałem za darmo żiguli. Sprzedawałem te żiguli, wymieniałem, sprzedawałem papierosy, różne rzeczy się robiło. Piękne były czasy! Znało się gubernatorów. Uważaj: mówili, że to ja gubernatora Kraju Krasnodarskiego zdymisjonowałem! Był na delegacji w Paryżu i potem w wywiadzie dla gazety mówił, że w samolocie w drodze powrotnej się dowiedział, że go pan Władysław zdymisjonował! Głowa administracji prezydenta w Krasnodarze to był mój człowiek, u mnie trzy lata pracował, ja go stworzyłem.

To dziwne, ale jakoś nigdy żadnego reketu nie płaciłem. Szanowali mnie. Mówili o mnie „czysty“. Ja się nie wtrącałem w ich sprawy, oni mnie nie zaczepiali. Raz tylko, dwóch takich przyszło do mojego biura po haracz. A ja nie miałem żadnej ochrony (ludzie wtedy po dwa dżipy z ochroną przed samochodem mieli), tylko jednego człowieka – trochę przygłupiego, opóźnionego w rozwoju, tylko ja go rozumiałem. Wierny był jak pies i jak pies wyczuwał niebezpieczeństwo. Trudno było nad nim panować. Kiedyś w kasynie najpierw ja wygrywałem, a potem przyszedł pewien Japończyk i zaczął wygrywać. Mój chłopak rzucił się na niego i musiałem go odciągnąć, żeby żółtka nie zabił!

Kiedy tamci przyszli do biura, nie było żadnego hałasu. Normalnie skończyłem pracę i wychodzę, a widzę że dwaj leżą na dywanie a chłopak ostrzy nóż. Co ty robisz – pytam się? A, bo chcę ich pokroić i spuścić do kanalizacji… Widzicie – powiedziałem do nich – co się z wami stanie? Macie mi przynieść na drugi dzień 300 tysięcy, albo tak skończycie! Tak się przestraszyli, że naprawdę przynieśli te 300 tysięcy. Kazałem im zabrać te ich pieniądze i się wynosić. Ja cudzego nie chcę – ale swojego nie dam! Zawsze tak zresztą było. Na wszystko musiałem zapracować. Jak wygram pieniądze w kasynie, to potem trzy razy tyle tracę…

Miałem piękny dom w Krasnodarze. 20 metrów wysoki. Obok był dom brata. Ale sprzedałem. Za grosze sprzedałem. Teraz jeszcze mam bazar w Krasnodarze. I skład celny. I jeszcze bazar w Moskwie.

O Litwie

Kiedyś przyjechałem do Wilna po paczki do papierosów. Wyobraź sobie: wielkie fabryki (a ta, w której pracowałem, w Moskwie, była największa w całym Związku), a wszystko stoi, bo nigdzie nie można dostać paczek. Robi je tylko jedna, jedyna fabryka w Wilnie.

Zabrałem ze sobą wódki, suwenirów, wszystkiego co trzeba i przyjechałem. Do dyrektora tej fabryki. Trochę mi kazał poczekać, potem wezwał do siebie. Wchodzę do gabinetu, patrzę, siedzi za biurkiem taki „gorący litewski chłopak“. Od razu sobie pomyślałem, że muszę go bardzo specjalnie zażyć.

Jako dyrektor zaopatrzenia wielkiej moskiewskiej fabryki, byłem ważną figurą. Ale nie dałem tego po sobie poznać. Przywitałem się, wręczyłem wódkę, suweniry i zacząłem rozmowę. Po co przyjechaliście – pyta się tamten. – Żeby zapoznać się z atrakcjami i pamiątkami wielkiej, litewskiej kultury – odpowiadam. Tamten od razu się rozchmurzył.

Zmarzłem – mówię. – Może byśmy napili się tej wódki, co ją przywiozłem? Oczywiście, dyrektor wyciąga dwa kieliszki. W dwie godziny, zrobiliśmy dwie butelki, dyskutując o atrakcjach Wilna (do czego przedtem się trochę przygotowałem). W końcu tamten widząc, że w przerwach między toastami puszczam oczko do jego sekretarki powiedział: - Słuchaj Władek, może i wy, kaukaskie chłopaki, macie się czym pochwalić, ale i my na Litwie też coś umiemy. Jedziemy do mojej matki!

Poszedł do sekretarki, coś do niej po litewsku zaszwargotał i jedziemy. Odjechaliśmy może 50, 60 km od Wilna, w końcu przyjeżdżamy do chutoru. Najpierw do matki – wręczyłem suweniry. Potem idziemy do budyneczku nad jeziorem, jakby bani. Puk, puk – drzwi się otwierają, a tam sekretarka. Goła. Na górze nic, na dole wąziutkie szorciki. I jeszcze jedna przyjaciółka, też goła. W środku faktycznie bania – ogień już rozpalony, na stole całe przyjęcie – a obok dodatkowa izdebka, gdzie zamiast podłogi jest woda jeziora. I przez okienko pod wodą można na jezioro wypłynąć!

O Litwinkach

Litwinki wcale nie są chłodne. To tylko pozory, tak naprawdę to temperamentne kobiety. Zupełne przeciwieństwo Słowaczek. Słowaczce jest zawsze wszystko jedno – pójdziemy do kina? Dobrze, pójdziemy. Nie pójdziemy do kina? Dobrze, nie pójdziemy… Jak lalka, zupełnie pusta i bez duszy.

Polki też nie są tak naprawdę temperamentne. U nich to jest tylko maniera, styl życia. Tak wypada. Ale jeśli przyjdzie co do czego, cała zadziorność się z nich ulatnia.

Kiedyś byłem w Połądze. To było 25 lat temu. Byłem wtedy dyrektorem fabryki słodyczy. Najmłodszym dyrektorem w całym Związku. Fabrykę zbudowałem w szczerym polu, od niczego. Żeby produkować słodycze, potrzebny był agar-agar. Uzyskuje się go z wodorostów. Koło Połągi był duży sowchoz, który produkował agar-agar.

Byłem sportowcem i chuliganem, miałem krucze włosy i zawadiacki krok – piękniś był ze mnie jednym słowem i od dziewczyn trudno się było opędzić. W Połądze poszedłem do variete. Pierwszy raz w życiu. Siedziałem z pewnym pułkownikiem, który korzystał z faktu, że żona z dziećmi wyjechały i chciał się rozerwać. Program się skończył i zaczęły się tańce. Podeszła do mnie pewna dziewczyna i pyta, czy z nią zatańczę. Niezbyt mi się spodobała, to mówię jej, że nie tańczę.

Po jakimś czasie znowu do mnie podchodzi i pyta, czy z nią zatańczę. Ja jej znowu, że nie tańczę. Jednak wypiło się trochę z tym pułkownikiem, rozgrzałem się, wyrwałem jedną z dziewczyn do tańca. Gdy skończyliśmy, tamta pierwsza znowu podchodzi i pyta, czy z nią zatańczę. Ja jej a piat‘ to samo, a ona: - Jak to nie tańczysz, skoro przed chwilą z tamtą tańczyłeś? Posłuchaj – mówię do niej. – Może i tańczę, ale z tobą zatańczyć nie chcę!

Jak mnie walnęła w twarz, tak się krwią zalałem jak zarzynane prosię! O popatrz – wskazuje na widoczną bliznę pod nosem, na górnej wardze. – Taką mi zostawiła pamiątkę. Rzuciłem się potem za nią, uciekła przez kuchnię, a pamiątka została. Lekarze jakoś pozszywali, ale warga spuchła, przez pięć dni z hotelu nie wychodziłem…

O teściach

Mój teść to był poważny człowiek. Pułkownik wywiadu. Pracował w Ankarze. Kiedy poznałem moją przyszłą żonę był już na emeryturze. Zaprosili mnie kiedyś na obiad. Siedzimy przy stole, podano wódkę. Obok mnie siedział wuj żony. Napił się i zaczął coś wykrzykiwać. A ja byłem wtedy zapaśnikiem i niczego się nie bałem. Powiedziałem do niego: siedź cicho albo cię wyrzucę. Ten dalej krzyczy. Mówię do niego drugi raz: bądź ty człowieku cicho. Nie posłuchał. No to podniosłem z krzesła, wziąłem na ręce, wyniosłem przed dom i wyrzuciłem do rynsztoka. Taki byłem kozak!

Mężczyzna powinien mieć cztery żony. Jak w islamie. Wtedy dopiero życie miałoby sens. Oczywiście – bez teściów i teściowych! Po co teściowie..?

O młodej kochance

Czy kogoś takiego jak ja może kochać 25-latka? – Pyta pan Władysław samokrytycznie, wskazując na swój obfity brzuch i rzadkie włosy. – Nie, ona kocha moje pieniądze. Tak się zresztą mówi: „kocham cię aż do ostatniego złota“. To modelka. Poznałem ją 5 lat temu. Miała wtedy lat 20 i żyła z pewnym modelem. Ona modelka, on model – od razu jej powiedziałem, że to nie ma sensu.

Kupiłem jej mieszkanie, dawałem pieniądze. Potem ona powiedziała, że nie chce już być razem ze mną. Uszanowałem to, usunąłem się. Po kilku miesiącach wróciła. Ten jej model objadł ją do szczętu i ogołocił z pieniędzy – wyrzuciła go w końcu z tego mieszkania, bo miała go dość.

A ja jej zapewniłem edukację, poszerzyłem horyzonty. Nie łatwo będzie jej teraz znaleźć kogoś innego. Po pierwsze – musiałby być bogaty. Przyzwyczaiła się…

O koniach

Pierwszy raz wsiadłem na konia jak miałem 7 czy 8 lat. Mój ojciec był przewodniczącym kołchozu, a wuj – brygadzistą. Brygadzistom wtedy przysługiwał służbowo koń pod siodło. Wuj przyjechał do nas do domu zjeść obiad, a konia zostawił na podwórku. Ojca nie było w domu. Nikt nie zauważył jak się wymknąłem. Wsiadłem na tego konia i zacząłem jeździć. Na początku powoli, potem coraz szybciej, aż zacząłem galopować – do lasu i z powrotem. Na to wyszedł po obiedzie wuj i mnie zobaczył. A mój ojciec był we mnie nieprzytomnie zakochany – wuj wiedział, że jeśli coś mi się stanie, ojciec nigdy mu tego nie daruje. Biegał więc za mną za tym koniem i wrzeszczał: Władek, zsiadaj, proszę, zsiadaj! A ja nie – nie zsiadłem. Dalej galopowałem do lasu i z powrotem. Aż mi się znudziło – wtedy mu konia oddałem. Taki był ze mnie chuligan.

O Szwajcarach

Delikatnie naprowadzony na kwestię minionej świetności jego imperium napędów optycznych w Szwajcarii, pan Władysław natychmiast się zapala:

- W Szwajcarii wszystko jest uregulowane. Każdemu wolno tyle a tyle, nie mniej, ni więcej. Od do. Jeśli przekraczas swoją miarkę – giniesz. Wyobraź sobie: to jest najbardziej policyjny kraj na świecie! U nich jest kara za nie doniesienie. U nas zawsze możesz powiedzieć: nie wiem, nic nie widziałem. Tam, jeśli tak zrobisz, zostaniesz ukarany.

U nich nie ma armii – a jednocześnie wszyscy są armią. I jeśli ktoś jest pułkownikiem, to co by nie umiał, od razu dostaje wysokie stanowisko w banku. A w mojej radzie nadzorczej miałem generała brygady, brygadiera, co bardzo rzadko się zdarza. I samego Filipa Morrisa. Dlatego na początku szło dobrze.

Kiedy budowaliśmy fabrykę, mityngi zwoływałem nocami. Jak Stalin. Robiliśmy dzień i noc, po cichutku. W cztery miesiące fabryka z siedmiomia liniami (do produkcji napędów optycznych) była gotowa. Szwajcarskie gazety pisały „duch Stachanowa unosi się nad Szwajcarią“, „nowy Stachanow“. Udzielałem wywiadów, byłem bohaterem. Na otwarcie przyjechał rząd. Przedtem mnie dokładnie sprawdzili – i o ile wcześniej co i raz słyszałem „mafia“, „ruski“, „KGB“, to po tym otwarciu rząd oficjalnie zakazał takich zaczepek. Wyszło pismo okólne z ministerstwa tej sprawie!

Potem zaprowadziłem w fabryce współzawodnictwo. Między brygadami, między liniami. Ludzie się do tego zapalili. Mówili „nasza fabryka“, duch był w załodze wspaniały. Zatrudniałem wtedy 400 ludzi. I co miesiąc udzielałem szkoleń dla szwajcarskich biznesmenów. Mówili, że pożeniłem kapitalizm z socjalizmem tym systemem.

Szło wspaniale. Dopóki nie odezwała się moja mania wielkości i nie postanowiłem rozbudować fabryki. O kolejne sześć linii. Napisałem w tej sprawie do Ministerstwa. I dostałem od pani minister odpowiedź: zamiast kupować jeszcze sześć linii do produkcji napędów, lepiej kup żonie dom (a mieszkaliśmy wtedy we czworo w dwupokojwym mieszkaniu)! Długo chodziłem z tym listem i pokazywałem go ludziom. Uwierzysz: minister, który nie chce, żeby powstały nowe miejsca pracy..?

Potem zrozumiałem: Szwajcarom nie zależy na tym, żeby u nich istniała jakaś klasa robotnicza. Od tego są tylko strajki, związki zawodowe i zamieszki. Po co im to? Takie zakłócenie spokoju? Dlatego dają pracę każdemu ze swoich, cokolwiek by nie umiał i dobrze mu płacą – niech tylko będzie spokojny. A wielki przemysł, wielkie fabryki i klasa robotnicza, to nie dla nich.

Zanim jeszcze dostałem ten list, przychodzili znajomi, dziwili się, że żyjemy tak skromnie. Mówili: my, Szwajcarzy, lubimy jak ludzie są osiadli i można z daleka zobaczyć, kto co jest wart. Kup dom, a przestaną mówić, że chcesz obrabować Szwajcarię z pieniędzy i uciec…

Co było robić. Kupiłem dom. Nie było to takie łatwe. Są tam okolice, gdzie za żadne pieniądze nie sprzedadzą domu Rosjaninowi. Znajomy szwajcarski pułkownik mówił nawet, że i nie każdemu Szwajcarowi sprzedadzą. Wyjaśnił zresztą dlaczego, kiedy u niego byliśmy. Zaprowadził nas do ogrodu i pokazał drogę w dole: tamtędy, podczas szczytu G-8 kilka razy przejeżdżali wszyscy prezydenci i premierzy. Z mojego domu i z ogrodu z każdego punktu kryje się ogniem tę drogę i każdego z nich mogłem zabić. Jak więc można by taki dom sprzedać komukolwiek?

Dostawałem różne oferty, w końcu dostałem taką, że nie mogłem odmówić – od prezesa światowego związku chirurgów plastycznych, staruszka 90-letniego, który musiał się wyprowadzić do domu starców, a dom miał piękny, zbudowany przez słynnego architekta. Kupiłem ten dom. Ale i tak od tej pory szło coraz gorzej…

W Szwajcarii nie wolno wznosić toastów, trzeba jeść i pić po cichutku i co jakiś czas wzdychać aaaa – jakie to dobre. Zięć bardzo udatnie umie to robić. Aaaa – jakie to dobre…

Wyobraź sobie, u nich jest prawo, że każdemu zbiegowi politycznemu przysługuje mieszkanie, leczenie i 1800 franków miesięcznie. Oczywiście, wielu ruskich na tym pasożytuje. Jest jeszcze prawo, że jeśli kogoś deportują, muszą to zrobić dokładnie w taki sam sposób, jak deportowany dostał się do Szwajcarii – jeśli koleją, to i pociągiem wyjedzie, jeśli samolotem, to samolotem go wywożą itd.

Znajomy pewnego dnia poszedł na komisariat i mówi, że chce się poddać jako zbieg polityczny. Tamci mu nie uwierzyli (bo też i nie była to prawda) i najpierw go pałką po tyłku – przyznaj się, taki owaki, że kłamiesz! On na to w płacz. I mówi: łamiecie prawa człowieka, ustawa taka i taka, za to wam grozi kara jak się poskarżę. Od razu zmiękli. Pytają: jak się dostałeś do Szwajcarii. On na to: zeskoczyłem na spadochronie.

Trochę się znowu zezłościli, ale co go szturchają, on dalej: na spadochronie zeskoczyłem, mogę wam pokazać gdzie spadochron zakopałem. Pojechali do lasu, wskazał miejsce, faktycznie wykopali spadochron. Oczywiście wiedzą, że to wszystko bujda, ale nic mu nie mogą zrobić. To właśnie jest szwajcarska mentalność – jeśli w przepisach jest a i b, to co by się nie działo, tak właśnie robią. A przecież nie wrzucą go z powrotem na pokład lecącego samolotu, deportacja mu do końca życia nie grozi. Więc dali mu mieszkanie i te 1800 franków. On jeszcze na to, że chce psychiatry, bo choruje na depresję. Na depresję choruje 30% Szwajcarów.

Po miesiącu przychodzi do nich i mówi: depresja mi się nasila, bo matka mi zmarła. Dajcie mi mieszkanie z widokiem na jezioro! A jak ci się ta depresja nasila – pytają? Mam wielką ochotę gwałcić. Na przykład teraz chciałbym zgwałcić tę kobietę – wskazuje policjantkę. Tak się przestraszyli, że dali mu mieszkanie z widokiem na jezioro. Wychodzimy z tego komisariatu (byłem razem z nim) a on się pyta, gdzie by mógł dobre pamiątki dla matki kupić. Przecież ci matka umarła – pytam? Co ty, nie ruski, że w takie rzeczy wierzysz? – Odpowiada. – Pewnie, że żyje i ma się dobrze.


Takie to opowieści i inne jeszcze, których już nie powtórzę, żeby się na zniknięcie nadmiernie nie narażać, snuł pan Władysław. Mam nadzieję, żeście się Państwo przynajmniej uśmiechnęli z sympatii do pana Władysława, zadumali nad ludzkim losem, wyciągnęli jakieś wnioski praktyczne o życiu, pieniądzach i temu podobnych, męskich sprawach..? A może macie jeszcze jakieś w tej kwestii przemyślenia?

piątek, 11 lutego 2011

Plan Sazonowa, czyli „Ziemie Odzyskane“


Nie wiem jak dzieci – podejrzewam, że póki nie stanie się to kanwą gry na Playstation, nic ich to nie obchodzi – ale całkiem dorośli ludzie w Polsce do tej pory straszą się nawzajem złym Denikinem, przed którym obronił nas tylko dobry wujek Lenin. Najlepszym tego dowodem jest list, jaki otrzymała i zamieściła redakcja „Najwyższego Czasu!“ po publikacji, pół roku temu, mojej „Białej Gwardii“. Wedle autora listu, gdyby nie zwycięstwo bolszewików, w Warszawie mówionoby po rosyjsku…

Cóż: świadomość prostego ludu nie takie dziwactwa w sobie godzi. Przynajmniej w moich stronach rodzinnych wielkim szacunkiem prostych ludzi cieszy się też i Adolf Hitler (bo Żydów palił i porządek był) i Józef Stalin (bo Hitlera pogonił i „dał nam piastowskie granice“ – co bardziej radykalni i ten tytuł do chwały mu dają, że „tych niebezpiecznych wariatów“, którzy wszędzie chcieli robić powstania, w Katyniu rozstrzelał!). Podejrzewam, że prości mieszkańcy Kongresówki czy potomkowie przesiedleńców zza Buga podobnym, nabożnym szacunkiem dażą też Piłsudskiego – który pogonił dla odmiany „dobrego wujka Lenina“, a w ogóle to samotrzeć z Wieniawą i Rydzem wywalczył Niepodległość (zawsze pisaną z Wielkiej Litery!). Czy bez Rydza, a tylko z Wieniawą..? Naprawdę nie wiem – na Kociewiu ta postać do panteonu bóstw jakoś, nie wiedzieć czemu, nie weszła.

Jest to swoj drogą pyszny dowód na niepowodzenie chrystianizacji naszego ludu. Apoteoza postaci która wykazała się wielką życiową energią i dokonała czegoś wielkiego – obojętnie: w dobrym, czy w złym – to przecież czystej wody pogaństwo. Kult siły życiowej, mocy,  sukcesu – tu i teraz, na tym, nie na tamtym świecie! Czy przypadkiem ludowy kult Jana Pawła II nie na podobnej zasadzie w pogańskich do ostatniego zwoja mózgownicach Polaków się zalągł..? W końcu nikt „z naszych“ tak wysoko do tej pory nie zaszedł…

Tak się składa, że o tym, co by było z Polską, gdyby w Rosji nie doszło do rewolucji, albo gdyby w wojnie domowej zwyciężyli Biali (tyle, że chyba musieliby to zrobić przed końcem 1918 roku, a to mi się wydaje слишком сложная задача!), wcale nie trzeba gdybać – wiemy to z całą pewnością. Tak się bowiem składa, że Stalin, który pasjami cudze pomysły kradł, pomysł na Polskę też ukradł caratowi – i te akurat granice które teraz mamy, tudzież w ogóle sam fakt, że była i jest Polska jako pewnego rodzaju „byt polityczny“ (niepodległym państwem to bym PRL nazwać nie śmiał, w każdym razie – na pewno nie na początku jego istnienia…) – jest dziedzictwem rosyjskiej myśli politycznej starszym niż komunizm.

Oczywiście, sprawa nie jest taka prosta. Przez ostatnie 200 – 250 lat (bo to się już gdzieś tak w okolicach panowania cesarzowej Anny zaczęło, a za Katarzyny II zaistniało w całej okazałości…) w wyższych kręgach rosyjskiej biurokracji, arystokracji, na dworze, czyli „w społeczeństwie rosyjskim“ mówiąc w skrócie (bo kto by tam o zdanie jakiegoś prostego mużyka pytał – zakładając, że ów prosty mużyk w ogóle jakieś własne zdanie by miał..?), istniały dwa konkurencyjne „pomysły na Polskę“. Oba te pomysły zresztą są pochodną czegoś o wiele ważniejszego, czyli „pomysłu na Rosję“.

Dla uproszczenia można nazwać te stronnictwa „liberalnym“ (z zastrzeżeniem, że wcale nie musi tu chodzić o liberalizm gospodarczy, ani tym bardziej – obyczajowy) i „konserwatywnym“. Oba te pomysły za punkt wyjścia brały tę dawkę „nowoczesności“, którą zaszczepił był na rosyjskim gruncie Piotr I. Wedle liberałów – szczepionka wymagała periodycznego odnawiania, tj. ciągłego importu idei, pomysłów na życie i na ułożenie stosunków społecznych z zewnątrz, czyli z Zachodu. Wedle konserwatystów – tabela rang, uczelnie wojskowe i nowa, zawodowa armia oraz nowy system podatkowy, to akurat w sam raz to, co należało ze zgniłego Zapada sprowadzić, ale odkąd Rosja już to ma – powinna się rozwijać własną, unikalną drogą samodzierżawia, słowiańszczyzny i prawosławia.

Stronnictwa te naprzemiennie to rosły w siłę, to słabły – i stąd mamy charakterystyczne dla polityki rosyjskiej (a potem radzieckiej, bo ten podział przetrwał rewolucję i odnowił się w obrębie nowej, porewolucyjnej elity: oczywiście sowieccy „twardogłowi“ już nie o prawosławiu czy nawet nie o słowiańszczyźnie mówili – ale sam schemat myślenia pozostał niezmienny…) okresy odwilży i dociskania śruby. Generalnie: póki szło dobrze, a Rosja rosła w siłę (przynajmniej na pozór), skłonność do liberalizmu w obrębie rosyjskiej elity malała. Jak się zdarzyło potknięcie, kryzys, nowe, trudne wyzwanie dla państwa, albo gdy na tron wstępował nowy, młody car – liberałowie nabierali wiatru w żagle i następowały reformy.

Niewątpliwie sam już wybuch I wojny światowej był najpoważniejszym, najtrudniejszym wyzwaniem, przed jakim stanęła Rosja w całej swojej historii od czasów Wielkiej Smuty, albo i od najazdu mongolskiego. Było to dość oczywiste w świetle doświadczeń poprzedniej wojny, czyli wojny rosyjsko – japońskiej i rewolucji jaka w trakcie jej trwania wybuchła. Już więc na początku wojny, w roku 1914, mamy do czynienia z serią gestów i deklaracji o liberalnym charakterze. Także w stosunku do Polaków. Takim gestem niewątpliwie była mowa ministra spraw zagranicznych, Sergieja Dymitriewicza Sazonowa (skądinąd szwagra premiera, Piotra Stołypina – autora najważniejszych w dziejach carskiej Rosji reform, m.in. umożliwiających stopniową likwidację „miru“, czyli wspólnot wiejskich i nabywanie przez chłopów ziemi na własność indywidualną) z 13 września 1914 roku o celach wojennych Rosji. Mowa to, zwana w skrócie „planem Sazonowa“, oprócz całego szeregu innych zmian na mapie Europy po zwycięskim zakończeniu wojny, postulowała także utworzenie Polski – nie było co prawda do końca jasne, czy jako odrębnego od Rosji bytu państwowego (a więc powrót do stanu sprzed 29 listopada 1830 roku), czy tylko jako autonomicznej prowincji (powrót do stanu sprzed 22 stycznia 1863 roku: widać na tym przykładzie, jak bardzo kolejne powstania w zaborze rosyjskim szkodziły „sprawie polskiej“, ograniczając polskość i likwidując konkretne, praktyczne ramy dla swobody ekspresji tych samych „uczuć narodowych“, które były motywem ich wywołania…). W każdym razie – mowy tu nie ma i być nie może o jakiejś rusyfikacji czy o wizji Warszawy w której ludzie na ulicach mówią po rosyjsku…

Owszem – pytanie, czy po ewentualnym zwycięstwie do władzy nie doszłaby ponownie frakcja konserwatywna, która na wojenne obietnice, mówiąc kolokwialnie „wypiełaby się zad..m“..? W pewnym sensie tak rzeczywiście było. W lipcu 1916 roku Sazonow, kilka dni po tym, gdy uporczywie nalegał na posiedzeniu Rady Ministrów na przyznanie Polsce autonomii już teraz, na koniec wojny nie czekając – został zdymisjonowany i wysłany jako ambasador do Londynu. Ten triumf stronnictwa konserwatywnego, skupionego wokół carycy (z Rasputinem i prawdopodobnie silną niemiecką agenturą na jej dworze…), nie trwał jednak dłużej niż pół roku – już w marcu 1917 roku skończyło się to obaleniem w Rosji monarchii i deklaracją rządu tymczasowego ks. Lwowa o uznaniu niepodległości Polski i konieczności scedowanią na nią części dotychczasowego rosyjskiego terytorium państwowego. Jaka to będzie część, pozostawiono do decyzji przyszłym konstytuantom – rosyjskiej i polskiej, od tego także uzależniając podział między Rosję a Polskę długów Imperium Rosyjskiego i wysokość odszkodowania za pozostawione na terenie przyszłej Polski mienie państwowe. Ta ostatnia klauzula jasno dowodziła, że nie miała to być bynajmniej Polska w pełni niepodległa, o ile bowiem jest d..kratycznym zwyczajem, że o zmianach granic decydują parlamenty (lub ludy w referendach), a podział długów między państwa sukcesyjne w proporcji do terytorium i/lub liczby ludności jest czymś normalnym, o tyle płacenie „odszkodowania“ dotychczasowej metropolii za majątek do wytworzenia którego dołożyła się przecież, płacąc podatki, także ludność nowo powstającego państwa – jest już rozwiązaniem typowo kolonialnym i sposobem na dalszą eksploatację terytorium, które się nominalnie oddaje.

Po sprawiedliwości jednak – to i tak było o wiele więcej niż zdołało wywalczyć którekolwiek z polskich powstań… Zresztą: Królestwa Kongresowego w jego oryginalnym kształcie geograficznym i ustrojowym z 1815 roku też nie zawdzięczamy powstaniu, tylko liberalnym ciągotom Aleksandra I!

Rosyjscy liberałowie nie sympatyzowali ze „sprawą polską“ ze współczucia, miłości bliźniego czy z jakichkolwiek innych irracjonalnych powodów – a dlatego, że w taki właśnie sposób rozumieli interes Rosji. Wielkiej, imperialnej Rosji – dodajmy. Bo podział na liberałów i konserwatystów w tym akurat przypadku nie do końca pokrywał się z podziałem na „gołębie“ i „jastrzębie“ w polityce zagranicznej! Nawet jakby wprost przeciwnie: niechęć do Zachodu skłaniała część przynajmniej konserwatystów to izolacjonizmu i wycofanej, obronnej postawy na zewnątrz. Tymczasem postulowane przez liberałów otwarcie na świat wymagało koniecznie niezmarzających portów nad ciepłymi morzami… (i absolutnie nie mam tu na myśli Królewca, którego „niezamarzalność“ wymyślił sobie na kolanie Stalin, a świat zapatrzony w jego magiczną aurę do tej pory w to wierzy, choć każdy może sobie pojechać zimą nad Zalew Wiślany – w którego najdalej na wschód wysuniętej części, w pewnym w dodatku oddaleniu od morza, na brzegach Pregoły leży Królewiec – i zobaczyć, że się po nim bojery ścigają, nie jachty…).

Liberałowie rosyjscy byli zatem zainteresowani w pierwszym rzędzie ekspansją na południe. W stronę cieśnin czarnomorskich, których opanowanie (o co, odnosząc w końcu dyplomatyczny sukces w postaci uznania przez Wielką Brytanię i Francję rosyjskich pretensji do Konstantynopola, zabiegał właśnie Sazonow – i te zabiegi się mu w Rosji pamięta, nie ów „plan“ odnoszący się do Polski, który dopiero Stalin zrealizował…) gwarantowałoby Rosji nieskrępowaną i niezagrożoną komunikację ze światem, a zatem – perspektywy rozwoju do poziomu mocarstwa światowego (jak mawiał Stołypin: „poczekajcie kilka lat, a nie poznacie Rosji!“).

Polska w tych planach mogła być dla Rosji cennym nabytkiem jako bufor chroniący rosyjskie plecy i bok w czasie tego „marszu na południe“. Tak była postrzegana już w XVIII wieku, tak widzieli rolę Królestwa Polskiego którego utworzenie forsował car Aleksander dyplomaci brytyjscy na kongresie wiedeńskim, z tego też konkretnie powodu sprzeciwiając się temu pomysłowi (a skoro nie byli w stanie samemu faktowi zapobiec, to przynajmniej o to dbając, by było jak najmniejsze i jak najsłabsze – stąd oddanie Prusom Poznańskiego z Toruniem i Gdańskiem i dziwny twór w postaci Rzeczpospolitej Krakowskiej…). O to chodziło, żeby car mając ręce związane w Polsce nie mógł się zbyt aktywnie mieszać w sprawy tureckie i przypadkiem cieśninami nie zawładnął (Mikołaj I był bliski tego celu gdy sam sułtan poprosił go o obronę przed zbuntowanym władcą zmodernizowanego przez Francuzów Egiptu, Muhammedem Alim). Stąd też przez cały wiek XIX w interesie brytyjskim było jątrzenie między Rosją a Polską – i osobiście, choć dowodów na to nie mam, patrząc po tym, komu mogło na tym zależeć, widzę w wydarzeniach z 29 listopada 1830 roku rękę niejakiego Bonda, Jamesa Bonda… Czy jak się tam ten agent, który Wysockiego z Zaliwskim do tej głupoty sprowokował naprawdę nazywał!

Przez cały też wiek XIX nieustający konflikt imperialnej Rosji z Polakami był postrzegany przez rosyjskich liberałów jako jedno z poważniejszych obciążeń powstrzymujących rozwój Rosji. Próby rozwiązania tego konfliktu na zasadzie dobrej woli się nie powiodły. Również dlatego, że Polacy nie chcieli się pogodzić ze swoją rolą rosyjskiego bufora i zrezygnować z pretensji do pełnej niezależności i do Ziem Zabranych, jak potocznie nazywano tę część zaboru rosyjskiego, której Aleksander I nie włączył do Królestwa Polskiego. Ponieważ skutkiem każdego z polskich powstań było także „przykręcenie śruby“ wewnątrz Rosji – rodziło to w środowisku rosyjskich liberałów irytację, której Polacy do tej pory nie potrafią zrozumieć.

Sprawa wyglądała kompletnie beznadziejnie. Na szczęście, po stłumieniu powstania styczniowego Polacy trochę zmądrzeli – i w roku 1905 już się Piłsudskiemu kolejnej narodowej ruchawki wywołać nie udało (próbował jeszcze raz w 1914 – z gorszym nawet skutkiem… stąd zresztą ta słynna strofa „Pierwszej Brygady“, którą się zwykle w oficjalnych wykonaniach pomija!). Z drugiej zaś strony, liberałowie rosyjscy a być może właśnie Sergiej Dymitriewicz Sazonow osobiście (niestety, nie potrafię tego z całą pewnością stwierdzić, nie udało mi się też dotrzeć do oryginału mapy z jego „planem“, podobnoż wydanej w Warszawie w październiku 1914 roku…), wpadli w końcu na pomysł jak wykorzystać Polaków dla dobra imperium rosyjskiego, jednocześnie raz na zawsze wykluczając ryzyko, że się zbuntują.

Na tym właśnie słynny „plan“ Sazonowa polegał: skoro łączymy Polaków ze wszystkich trzech zaborów i co najmniej nadajemy im autonomię, to przesuńmy granice zachodnie tak utworzonej Polski daleko poza polski obszar etniczny. Powstanie konflikt polsko – niemiecki niemożliwy do rozwiązania inaczej niż w walce. A skoro Polska jest oczywiście słabsza od Niemiec, to mając zagwarantowaną zapiekłą nienawiść zachodniego sąsiada, Polacy będą musieli, czy tego chcą czy nie chcą, polegać na rosyjskim sojuszniku – w zamian broniąc jego pleców gdy będzie to potrzebne. Prawda, że jest to genialne rozwiązanie..?

Wiąże się z tym kilka niuansów o mniejszym, nie dotykającym istoty sprawy, znaczeniu: kwestia granicy wschodniej Polski, czyli granicy między Polską a Rosją, kwestia Prus Wschodnich i kwestia przesiedleń ludności. Oryginalny plan Sazonowa przewidywał mocne okrojenie Polski na wschodzie – nie tylko z punku widzenia obecnego przebiegu naszej granicy wschodniej, ale także w porównaniu do granicy między Królestwem Polskim a Rosją. Nie było mowy o przyłączeniu do Polski choćby Białostocczyzny, a Królestwo traciło Chełmszczyznę i cały pas ziem północno – wschodnich, ciągnących się po Niemen, z granicą na południe od strategicznej rosyjskiej twierdzy w Ossowcu nad Narwią. Galicja zdobyta na Austriakach miała zostać podzielona – z grubsza wzdłuż Sanu (czyli nieco mniej dla Polski korzystnie, niż to się koniec końców stało). Całe Prusy Wschodnie, z Gdańskim i Toruniem na dodatek, miały zostać włączone bezpośrednio do Rosji. Oczywiście, we wrześniu 1914 roku nikomu jeszcze nie mogło przyjść do głowy masowe wysiedlanie ludności.

Tak więc, w przypadku realizacji planu Sazonowa w jego oryginalnej wersji Polska byłaby krajem, w zależności od wariantu przebiegu granicy zachodniej (rozpatrywane były dwa – pierwszy, wzdłuż Odry i z wyspą Wolin po polskiej stronie, ale bez Szczecina, Wrocławia, Opola i Raciborza – i drugi – po Odrze i Kwisie: nigdzie jednak nie przedstawiano szczegółów, bo też i wrzesień 1914 roku to było stanowczo na takie szczegóły – za wcześnie…) z ogromną lub z przerażającą mniejszością niemiecką. Niektórzy w tym właśnie widzą największą perfidię rosyjskiego planu. Tak, jakby modyfikacja Stalina w postaci przesiedleń czyniła plan mniej perfidnym..? Co niby zmienia w stosunku Niemców do Polaków fakt, że zamiast jęczeć pod obcą władzą zostali przymusowo pozbawieni rodzinnych domów i w bydlęcych wagonach wywiezieni na zachód..? Owszem, podział terytorialny tak dokonany okazał się nad podziw trwały. Czy jesteśmy jednak na pewno pewni, że kolejne już pokolenie Niemców – potomków tych wysiedleńców – zapomniało o ziemiach skąd pochodzą i nigdy się już o nie nie upomni..?

Nie wydaje mi się też, aby nieco korzystniejsza dla nas granica wschodnia czy też podział Prus Wschodnich cokolwiek w istocie tego planu zmieniał. Prawdę pisząc nawet, gdybyśmy dostali np. Lwów i Grodno i całe Prusy Wschodnie na dodatek – też by się od tego plan Sazonowa nie zawalił. Polska w takim układzie geopolitycznym wydawała się być skazana na sojusz z Rosją.

Takiej granicy zachodniej oczywiście nie mogła dostać Polska niepodległa w traktacie wersalskim. Byłoby to całkowicie nie do zaakceptowania. Niemcy, choć już rozejm z 11 listopada 1918 roku pozbawił ich większości środków walki, rzuciliby się z pięściami i kamieniami bić się, gdyby ktoś ich próbował pozbawić Breslau. Nikt też nawet z polskiej strony takich postulatów nie wysuwał. Właśnie dlatego, że przesunięcie granicy poza oczywiście polski obszar etniczny wydawało się skazywać rodzące się państwo na konieczność szukania sojuszu z Rosją. Której chwilowo po prostu nie było – tj. wisiała w zawieszeniu pomiędzy swoją białą a czerwoną wersją.

Podział etniczny wydawał się bezpieczniejszy. Przecież przebiegu granicy niemiecko – duńskiej, ustalonej po I wojnie światowej (Dania w niej nie brała udziału, ale zwycięskie mocarstwa okazały się hojne…) nawet Hitler, okupując Danię, nie zakwestionował. No cóż: tu się akurat ten eksperyment nie powiódł, jak się potem okazało.

Stalin, porządkując Europę po swojemu, plan Sazonowa odkurzył i ze wspomnianymi wyżej modyfikacjami, wprowadził w życie. Nie po to, żeby dać Polsce jakąś „rekompensatę“ za ziemie utracone na wschodzie. A co go to – przepraszam – w ogóle obchodziło, że Polska traciła jakieś ziemie..? Gdzie niby jest napisane, że Polska musi mieć co najmniej te 300 z kawałkiem tysięcy kilometrów kawdratowych, a nie może mieć połowy z tego..? Stalin nie miał też żadnej potrzeby liczenia się w tym względzie z polską opinią publiczną. Ta „polska opinia publiczna“ skutecznie się sama wykastrowała robiąc powstanie warszawskie – i w 1945 roku Stalin mógł z Polską zrobić co chciał, łącznie z bezpośrednim wcieleniem do ZSRR jako kolejnej republiki („w obiegu“ jest przeciwna teza, jakoby dopiero to katastrofalnie przegrane powstanie przekonało Stalina, że Polakami lepiej rządzić pośrednio – tak, jakby o wyborze tej właśnie, pośredniej formy rządów, nie przesądzała już instalacja „rządu lubelskiego“ i można było mieć co do intencji Stalina jakieś wątpliwości przed 1 sierpnia 1944 roku…). Że tak nie zrobił, o tym przesądził jego interes, a nie jakikolwiek inny motyw. Po prostu taka forma dominacji nad Polską, jej ciągłego szachowania niemieckim zagrożeniem, wydała mu się najskuteczniejsza, najprostsza i wymagająca najmniejszych z jego strony inwestycji.

Okoliczność, że tymczasowi sojusznicy Stalina, czyli przynajmniej Brytyjczycy, już podczas poprzedniej wojny zaakceptowali takie rozwiązanie terytorialne (przynajmniej co do zasady) miała o wiele mniejsze znaczenie – akurat nie pomagało to w stosunkach z Amerykanami, którzy w ustaleniach jakie 30 lat wcześniej robił Sazonow z Ententą nie brali udziału.

I teraz clou naszych rozważań. Pytanie na które każdy z Państwa sam musi sobie odpowiedzieć. Ja zresztą, przyznaję, wcale gotowej odpowiedzi na to pytanie nie znam i nie proponuję. Mamy Polskę „wedle Sazonowa“ – z granicą zachodnią i północną przesuniętą daleko poza tradycyjny, polski obszar etniczny, z milionami Niemców dziedziczącymi traumę niesprawiedliwego (i proszę mi tu z odpowiedzialnością za wojnę nie wyjeżdżać! Co z tym w ogóle mógł mieć wspólnego jakiś przeciętny Hans czy Klaus siedzący przez całą wojnę na tyłku i orzący ziemię gdzieś pod Lubaniem czy Wałczem..?) wypędzenia. Przez 45 lat na straży tej „sazonowskiej“ Polski stała Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej. Fakt: nic a nic to nie pomogło jak chodzi o zapewnienie lojalności Polaków wobec sojusznika. Przynajmniej – na poziomie prostego ludu, który wcale Rosjan aż tak bardzo nie pokochał. No, ale elity – te chyba się rzeczywiście również i z tego powodu Moskwy trzymały, czyż nie..? Czyż nie dlatego Gomułka wysłał wojska do Czechosłowacji?

Teraz Północnej Grupy Wojsk już nie ma. Pytanie: co się takiego właściwie stało, że po 1991 roku Niemcy nie rzucili się z pięściami i kamieniami odbierać Breslau tak, jak ich dziadowie choćby i z pięściami i kamieniami broniliby go w roku 1919..? Coś ich od tego powstrzymało: kryzys demograficzny, nadmiar dobrobytu, zmiana sposobu myślenia, uwikłanie w międzynarodowe układy, strach przed rozpętaniem wojny światowej..? Czy może jednak: rzucili się, ale nie z pięściami i kamieniami, tylko z markami/euro i tajnymi służbami – a my tego nie dostrzegamy do czasu..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...