poniedziałek, 31 stycznia 2011

Chinatown

Jak wszyscy dobrze wiemy, Jack Nicholson w bardzo nieodpowiednim momencie powtórzył zasłyszany u fryzjera dowcip o Chińczyku. Dzisiaj, zdopingowany faktem że Lepsza Połowa słabuje (słabujemy ostatnio na zmianę, wczoraj mnie tak kręciło po tej giełdzie, że drewna z przyczepy nie rozładowałem i po siano nie pojechałem, co muszę już koniecznie dzisiaj zrobić…), próbuję się do wskazówki w tymże dowcipie zawartej zastosować. Nie! Nie wyobrażajcie sobie zaraz Państwo jakichś frywolności. Próbuję pracować jak Chińczyk. Czyli – jak prawdziwy mieszkaniec wsi: po trochu, po kawałku, co i raz zajęcie zmieniając.




Mam z tym, nie ukrywam, ciągle kłopot i wkurzam Lepszą Połowę przez to, że zwykłem wszystko robić jednym ciągiem – a jak już skończę: walić się bezwładnie przed ekran końputera i rozluźniać się jak stare szelki. Jest to, niestety, przyzwyczajenie nabyte przez długie lata w szkołach, a potem w pracy. Takie jasne, wyraźne, ostre rozdzielenie „czasu pracy“ od „czasu wolnego“. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam się z tej przypadłości wyleczyć. W każdym razie: próbuję!

niedziela, 30 stycznia 2011

Prosto z giełdy


Oczywiście – nie z giełdy papierów wartościowych, bo co niby mielibyśmy tam robić – tylko z giełdy w Słomczynie. Najważniejszego targu dla całej okolicy. Gdzie ja byłem już kilka razy, a Lepsza Połowa po raz pierwszy. Przywieźliśmy kółko do naszej taczki – ciut co prawda szersze od oryginału i na grubszej ośce, ale po rozwierceniu ramy jakoś to poskładałem.

To był zakup planowany. Nieplanowo kupiliśmy chleb żytni na zakwasie z piekarni w Wildze i trochę kiełbasy z masarni w Klembowie: prawdziwej, z mięsa, co ekspert nasz domowy w osobie Sylwestry poświadcza. Na szczęście, wśród psów wystawionych na giełdzie nie było charta. Bo by bez niego Lepsza Połowa do domu nie wróciła. Jakoś przeoczyliśmy też dział ze starociami – widzieliśmy tylko zadowolonego klienta z prawdziwymi, drewnianymi kijkami narciarskimi i fikuśnym krzesełkiem.

W ogóle giełda, za przyczną dość kiepskiej pogody chyba, była niezbyt tłumna. Taka wersja „soft and easy“ – specjalnie dla początkujących. Normlnie nie jest tam tak łatwo się poruszać..!

A propos pogody: jakieś nie ujęte w prognozie, lokalne ochłodzenie, a nawet obmrożenie nas dotknęło. Bo choć miało być w nocy raptem -8º, czyli tyle co nic – kranu pod wiatą odmrozić się nam dzisiaj nie udało. Kabelek grzeje aż parzy – a woda nie leci. I tak przez dwie godziny rano, przed giełdą i ponad trzy godziny teraz, już po giełdzie. Nic z tego nie rozumiem…

sobota, 29 stycznia 2011

Aforyzm z Nietzschego

Pamiętam z młodości pewien aforyzm Nietzschego – w tej chwili nie sprawdzę, skąd on pochodził, bo tej części młodzieńczego księgozbioru już ze sobą nie brałem, wyrosłem z tego widać. Mniej więcej to brzmiało tak: „Rzym podbił cały świat – teraz może sobie pozwolić na klęskę…“ Na pewno przekręciłem, ale nie w tym rzecz.

Przypomniało mi się to zdanko trochę a propos absurdalnej miejscami dyskusji pod przedpoprzednim postem – już w kwestię mnożenia się Anonimowych wchodził nie będę, nie chce mi się – i zapowiedzi Wojciecha Majdy odnośnie nowego tekstu na Agepo.

Cała nasza cywilizacja jest jak ten nietzscheański Rzym, co to już tyle podbił, tyle razy zwyciężył – że wreszcie może sobie na klęskę pozwolić. Stwierdzenie to, jak cała masa innych aforyzmów tego autora jest tyleż błyskotliwe, co nieprawdziwe: mój przyjaciel, Darek Milewski, doktor historii, kiedy jeszcze nie był doktorem tylko współspaczem z akademika na Jelonkach zwykł mawiać, że strategia wojenna Rzymian była prosta jak konstrukcja cepa. Wysyłali armię za armią z góry zakładając że z pierwszej wróci kilku, druga utknie, a trzecia to już niedobitki krajowców – czapkami nakryje, bo niewielu ich przy życiu do tej pory zostanie. Tak więc klęski były w rzymską ekspansję wpisane i nieuchronne. Dopiero od Oktawiana Augusta zaczął się strach przed klęską – bo też inną ekonomią musiał się kierować władca świata (w dodatku nieustannie zagrożony buntem własnej armii, więc siłą rzeczy – podejrzliwy wobec jej wodzów i systemowo niezdolny do tolerowania wybitnych, a z dynastią nie związanych…), a inną – przywódca żądnego krwi, igrzysk i darmowego chleba z oliwą, cebulą i tanim winem motłochu, jakim jeszcze niewątpliwie był Cezar, ani się troszczący o resztę świata. Z Rzymem zatem było całkiem na odwrót niż to Nietzsche sobie wyobraża. Ale z nami..?
Produkujemy, przesyłamy i dystrybuujemy z tak wielką wydajnością – że z całą pewnością możemy sobie pozwolić na rozrzutność i marnotrawstwo. Np. jak chodzi o żywność i jej przechowywanie. My z Lepszą Połową do tej pory nie wyrzucamy chleba. Zjadamy nawet czerstwy do ostatniej okruszynki – zresztą staramy się nie kupować więcej, niż jest nam potrzebne. Moi Rodzice zawsze wszystkie resztki zużywali dla drobiu i świń (póki je mieli: drób dalej trzymają). Odnoszę wrażenie, że mało kto z młodszych Czytelników w ogóle jest w stanie zrozumieć, o co tu chodzi. Chleba przecież – nie może zabraknąć, prawda..?

To się również wolności tyczy. W pewien abstrakcyjny sposób oczywiście – ale jak najbardziej też. Przed rokiem 1989 nie byłoby mi wolno hodować koni achałtekińskich. Jak bym je miał ze Związku Radzieckiego przywieźć..? Zresztą z hodowaniem jakichkolwiek koni prywatnie było wtedy niesłodko. Realizacja marzeń jest co najmniej równie cenna jak ten chleb, co to go zabraknąć rzekomo nie może. Ale jak ktoś jest przyzwyczajony do tego, że wszystko jest łatwe, wszystko dostaje się pod nos, w postaci gotowej, przeżutej i liofilizowanej, żeby się broń Panie Boże nie zepsuło – to tego nie zrozumie.

piątek, 28 stycznia 2011

Lascaux: hipoteza Lepszej Połowy

Akurat (prawie - prawie) skończyłem męczyć dla "KT" artykuł o udomowieniu konia. Zaiste, dawno się z niczym tak nie biedziłem - musi to być gniot wprost nie z tej Ziemi zatem! Odczekam chyba trochę nim to do redakcji wyślę, może z czasem zyskam jakąś perspektywę i będę mógł to ewentualnie poprawić... Ad rem jednak: wspominam tam w jednym miejscu malowidła z Lascaux, m.in. konie i polowanie na konie przedstawiające.

Jak raz, przypadkiem, szedł w pudle (czyli w telewizji - jak by kto nie wiedział) francuski program o Lascux i sąsiednich grotach. Bodaj produkcji Luwru. Lepsza Połowa z zawodowej ciekawości i bezsilności spowodowanej przeziębieniem akurat to oglądała i ja też się załapałem na końcówkę, wywozić gnój od naszych czworonogów akurat skończywszy w sam czas. Różniste hipotezy tłumaczące sens malowideł tam przedstawiano.

Lepsza Połowa zaproponowała własną. Podobnoż na miejscu znaleziono stosy obgryzionych kości reniferów. Tymczasem malowidła przedstawiają wszelkie inne zwierzęta: konie, tury, jelenie - ale nie renifery. Ani jednego renifera! Hipoteza brzmi: obgryzali sobie ci magdaleńscy myśliwi te szynki reniferów - owszem: smaczne, pożywne, zdrowe - ale ile można..? To i malowali to, na co by akurat ZAMIAST tychże smacznych, pożywnych, itd. szynek mieli ochotę... Aż dziw, że gdzie jak gdzie, ale we Francji nikt na taką kulinarną hipotezę - nie wpadł..?

czwartek, 27 stycznia 2011

Be like others…


Jest taki film o irańskich transseksualistach. Prawdę pisząc, nie to jednak miałem na myśli: taką samą frazę słyszałem w jakimś horrorze o mieszkańcach idealnego osiedla w którym „coś“ zjada każdego, kto wyglądem swego obejścia lub zachowaniem odbiega od normy. Ktoś pamięta jak się ten film nazywał..?

O co come’on..? Oczywiście te maty grzewcze i inne temu podobne, co to miałem sprzedawać zamiast ziółek też Diabli wzięli. No i wróciłem do punktu wyjścia: znowu jestem kompletnie bezrobotny, bez żadnych konkretnych perspektyw na przyszłość. Rzecz jasna zaangażowałem do poszukiwania pracy wszystkich znajomych i przyjaciół, jakich tylko mogłem wydzwonić.

Dostałem propozycję. Jaką..? Cytuję: przenieś się do X. razem z końmi – przynajmniej wyjedziesz z tych slumsów gdzie mieszkasz, będziesz miał media, internet, normalne mieszkanie… Na koniach ktoś tam szkółkę jeździecką dla dzieci urządzi (!!!). Będziesz mógł się umyć, bo pewnie teraz tego nie robisz. I temu podobne argumenty.

Żyć się odechciewa jak człowiek coś takiego słyszy..!

Radzimy sobie od półtora roku, poradzimy sobie jeszcze czas jakiś. Bez takich propozycji.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Ślicznotki

Pierwotnie dzisiejszy post, w nawiązaniu do kilku grudniowych jeszcze, miał nosić tytuł "A jednak sraczka...", a to ze względu na pewne okoliczności o których napomknę poniżej. Gdy tak jednak koncypowałem, wracając sobie z Warszawy i z lubością wsłuchując się w kojący gwizd turbiny Wendi, po raz pierwszy od ładnych ...tysięcy kilometrów pracującej jak trzeba po wymianie oleju i wszystkich filtrów - nie wiedziałem jeszcze, że Lepszej Połowie w wydawaniu koniowatym obiadu przeszkodzi obecność panów przycinających gałązki w sąsiadującym z nami brzozowym zagajniku. Czego efektem były takie pozy:
Musiałem, chcąc nie chcąc, tytuł zmienić na bardziej optymistyczny i lepiej pasujący do zdjęć!

A w kwestii "sraczki"..? Aaa, nic takiego: oczyszczalnia ścieków zaczęła się nam wczoraj wieczorem wlewać do chatki przez wannę. Pomyślałem, że pełna - na początek wieczorem jeszcze, odśrubowałem klapę i wylałem trochę wody - pomogło. Rano zorganizowałem beczkowóz. Po czym pojechałem do warsztatu Mistrza Dębskiego na Górczewskiej pieścić Wendi (ależ był z siebie i z Wendi zadowolony! Ponad 30 tysięcy kilometrów bez zmiany oleju - i bez dolewania! - a olej jest i silnik: suchutki i żywiutki...). Zanim zdążyłem dojechać, Lepsza Połowa zaraportowała, że wlewa się z powrotem. Ponieważ nic mi nie wiadomo o tym, aby zmieniły się prawa fizyki, wynika z tego, że musiał nam odpływ czystej wody z oczyszczalni, już za zbiornikiem - zamarznąć. Inaczej bowiem nawet, gdyby poziom wód gruntowych był tak wysoki, żeby ponad rury rozprowadzające sięgał, to przecież powinna się raczej kałuża na powierzchni robić, a nie pod górkę, do wanny, woda wracać! Tylko jeśli zamarzło i w ogóle nie ma odpływu - jest takie zjawisko możliwe. Dziwne to, bo w zeszłym roku przy -30 jakoś nie zamarzł, a teraz zamarza przy -3..? Cóż: na razie jakoś to ścieka, choć powoli. Jutro odśrubuję klapę zbiorniczka rozprowadzającego odpływ i spróbuję to wrzątkiem potraktować. Zresztą, zimno ma być wedle prognozy tylko do jutra wieczór.

niedziela, 23 stycznia 2011

Rozczarowanie Sylwestry

Nasza kota dnie bardzo chętnie zwykła spędzać na strychu chatki - gdzie mogła sobie przez nikogo nie niepokojona drychnąć do woli. Prawdę pisząc, odkąd byliśmy zmuszeni przejść do aktywnych form zwalczania trapiącej nas plagi myszy, nie wpuszczaliśmy jej tam w obawie, że złapie się w pułapkę lub zeżre truciznę. Dziś jednak, kotę już na samym progu czekała przeszkodza:
Przeszkoda wabi się Krystyna i na razie będzie mieszkać na strychu:
Skąd zresztą nie ma najmniejszej ochoty schodzić. Gabarytem nie różni się specjalnie od Sylwestry. Jest jednak podobnoż łowna (fakt: rano przy drzwiach leżała złowiona mysz...). No i co najmniej dwa razy młodsza. Podrzucili nam ją wczoraj przyjaciele z Warszawy, którzy już sobie z opieką nad gromadą takich znajd ledwo co radzą. Od razu zaznaczam: schroniska dla niechcianych kotów nie zamierzam otwierać..! Krystyna jest wyjątkiem. Mamy nadzieję, że jak się oswoi, to nam problem myszy w chatce i okolicach - rozwiąże...

Sylwestrze zaś, niestety, pozostał odwrót:

Ten śnieżek, który Państwo widzą w tle tak sobie padał i padał przez całą noc i pół dnia - aż się go zaczęło robić tyle, że o możliwość swobodnego wyjazdu zwątpiłem. W niejakim więc pośpiechu przerzuciłem rano przyczępę siana i przyczepę słomy pod wiatę, co by od zmiennych kolei losu kolein łączących nas ze światem nie być tak bardzo zależnym. Zgrzałem się i jak skończyłem - ubzdryngoliłem się połową piwa... Nic mądrego zatem dzisiaj nie napiszę...

sobota, 22 stycznia 2011

O miejskim bydle i wiejskim kołtuństwie


Na szczęście, i jest to dowód na to, że Czytelników mamy na Agepo naprawdę z klasą – wczorajsza nawalanka w sprawie bydła, kołtuństwa, psów i sieczkarni dała się spacyfikować bez (mniej – więcej) drastycznych kroków. Jestem Państwu z tego powodu niezmiernie wdzięczny. Przy okazji chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami bardziej ogólnej natury – a że w żadnym razie nie dotyczą one przetrwania Peak Oil, robię to u siebie zakładając, że najbardziej zainteresowani i tak tu wcześniej czy później zajrzą J.

Jedną z najbardziej podstawowych cech ludzkiego umysłu jest dążenie do tworzenia pełnego, kompletnego, pozbawionego luk oglądu świata. Zatwardziali ateiści utrzymują, że stąd się wzięły religie – jako sposób wytłumaczenia tych zjawisk, dla których prostą obserwacją nie sposób było znaleźć przyczyny. Osobiście nie uważam, żeby było to takie łatwe. Zauważcie Państwo, że opowieść o Zeusie ciskającym piorunami jest bezsensowna jako wytłumaczenie zjawiska burzy – i zresztą już w głębokiej starożytności nikt jej tak z całą pewnością nie traktował: co ma boska sprawiedliwość do biczowania tymiż piorunami jakichś pustych skał..? Coś więc na rzeczy jest, ale sama niewiedza co do odleglejszych ogniw łańcucha przyczynowo – skutkowego jakiego używamy do tłumaczenia świata, dla wyjaśnienia powstania religii nie wystarczy. W zupełności za to wystarcza do wytłumaczenia takich pojęć jak „miejskie bydło“, czy „kołtuństwo“, które się we wczorajszej dyskusji pojawiły.

Przeciwstawienie „miasta“ i „wsi“ ma dość długą tradycję. Od razu też warto zaznaczyć, że podział ten niewiele miał i ma wspólnego z tym, w jaki sposób mieszkańcy miast i mieszkańcy wsi zdobywają środki swego przeżycia. Większość Ateńczyków w czasach Peryklesa po dawnemu żyła z uprawy oliwek i wypasu kóz – a jedynym, co ich różniło od mieszkańców ateńskiej „prowincji“ był fakt, że budowali w obrębie miejskich murów okazalsze domy – podczas gdy szałasy i domki mieszkańców Attyki w tych właśnie czasach regularnie, każdego lata, były palone przez nawiedzającą ateńskie państwo armię Peloponezyjczyków. I tak przez ćwierć wieku. Można się przyzwyczaić – prawda..?

Bodaj pierwszym naprawdę sporym miastem, w którym przytłaczająca większość mieszkańców utrzymywała się z handlu i z rzemiosła a nie z uprawy roli, była Aleksandria. Potem takich emporiów było jeszcze kilka: Rzym, Antiochia, być może – Palmyra czy Petra, Konstantynopol. Jednak dla 99% ośrodków uważanych przez nas zgodnie za miejskie zasada, że przynajmniej spora część lub nawet większość ich mieszkańców to byli dalej rolnicy – pozostała prawdziwa aż do wieku XIX. Po dziś dzień zresztą, są pola uprawne i rolnicy (nie tylko „chłopi z Marszałkowskiej“) w Warszawie.

Z drugiej zaś strony, zawsze była taka część mieszkańców wsi, którzy nie pracowali na roli – a przynajmniej: dla których nie było to jedyne źródło utrzymania. Odkąd najprostszy nawet pług zastąpił kij kopieniaczy – nie jest możliwa uprawa roli bez wsparcia zręcznych rzemieślników na miejscu wyrabiających i remontujących niezbędne maszyny. W tej chwili tacy „rzemieślnicy“ – a także: ci, którzy świadczą najrozmaitsze usługi bytowe mieszkańcom i ci po prostu, którzy dojeżdżają do pracy w mieście – stanowią większość mieszkańców wsi. Nieliczni w 100% utrzymują się tylko z pracy na roli – nieco więcej jest takich, którzy uprawę swoich niewielkich pól lub bodaj koszenie trawy czy też przeoranie raz na rok ugoru (żeby dostać dopłaty) traktują jako dodatek do innych dochodów. Co jest, tak na marginesie, zupełnie wystarczającym do tego aby śmiało twierdzić, że małorolne rolnictwo ma przed sobą przyszłość: nie tylko dlatego, że absolutnie nie jest prawdą, że jakieś ogromne areały są koniecznie potrzebne, żeby ziemię z zyskiem uprawiać (aż nadto jest całkowicie przeciwnych temu twierdzeniu przykładów…), ale też dlatego, że zawsze będą ludzie zajmujący się uprawą roli „na pół etatu“. Jest to w sumie dużo pewniejszy rodzaj zabezpieczenia emerytalnego niż odkładanie w OFE, o ZUS-ie nie wspominając! Koniec końców: co jest na poły rozrywką, na poły sposobem obniżenia części kosztów utrzymania (własne jarzyny, ziemniaki, itp.) – w gorszych czasach może przynajmniej zapewnić minimum biologicznej egzystencji. A tego o wirtualnych zapisach na kontach emerytalnych z całą pewnością powiedzieć nie można. Owszem – estetyczniej, ładniej, czyściej – jest gromadzić złoto w sejfie. Jak już jednak pisałem, jak się nie ma innego wyjścia – gromadzenie gówna na polu jest co najmniej dobrym rozwiązaniem zastępczym. Lepszym niż czekanie na łaskę losu i niemiłościwie nam panującego gosudarstwa w każdym razie!

Tak na marginesie – wspomniane już tu dopłaty tyle tylko zmieniają, że część (nie wszystkie bynajmniej, oj nie wszystkie..!) smutnych nieużytków takich „małorolnych“ albo „nieobecnych“ (to swoją drogą osobna kategoria – z własnego doświadczenia wiem, że są nawet i tacy, którzy NIE WIEDZĄ o tym, że posiadają gdzieś ziemię rolną…) właścicieli, została wzięta z powrotem pod uprawę. Nie jest to może jakaś specjalnie zaawansowana uprawa (a już o tym corocznym przeorywaniu ugoru to pewnie Wojciech Majda miałby co nieco do powiedzenia…) – ale przynajmniej samosiejkami nie zarasta, więc w razie głodu da się to łatwiej wziąć pod siew… A przypominam: ceny żywności na rynkach światowych właśnie wzrosły średnio o 25% w stosunku do ubiegłego roku. Co prawda: nie ma to żadnego związku z cenami podstawowych artykułów żywnościowych na rynku europejskim, bo te i tak są sztuczne, kwotami produkcyjnymi i zaporami celnymi windowane, więc taki wzrost nic jeszcze nie znaczy – ot, hurtownicy i pośrednicy więcej zarobią, bo się im automatycznie marża zwiększy, podobnie jak VAT dla gosudarstwa, ceny skupu wcale nie muszą od tego drgnąć nawet, jakoż i nie drgnęły do tej pory – a nawet, w niektórych kategoriach: trochę spadły… Takie są niestety skutki życia w wirtualnym świecie, a nie da się ukryć, że europejskie rolnictwo jest bytem w swej obecnej postaci – wirtualnym. Podejrzewam, że gdyby nie było tych barier to przy obecnych, ciągle bardzo niskich mimo wzrostu cen ropy kosztach transportu, w Europie opłacałaby się głównie produkcja nowalijek i różnych „produktów specjalnych“ – np. właśnie żywności ekologicznej. I nie wiadomo, kto by się w tym sporcie lepiej sprawdzał: firmy gospodarujące na tysiącach hektarów, czy właśnie – małorolni..? Ale już dość dygresji o sprawach współczesnych, wracamy do naszych baranów, czyli do historii.


W tradycji śródziemnomorskiej miasto kojarzy się z wolnością. A także z oświeceniem, postępem, cywilizacją. Ma to swoje źródła w starożytności, a jakże: przede wszystkim bierze się to stąd że wielcy właściciele ziemscy w świecie śródziemnomorskim zwykli rezydować w większych lub mniejszych miastach, tam wydając zarobione dzięki mozolnej pracy swoich niewolników/kolonów/chłopów pańszczyźnianych pieniądze. Pędząc przy tym żywot wolny (od trosk materialnych i konieczności fizycznej pracy, która to praca fizyczna jeszcze całkiem niedawno była prawdziwym przekleństwem człowieka – mam wrażenie, że jeszcze 30 czy 40 lat temu ludzie trochę dosłowniej odbierali jak raz rok liturgiczny rozpoczynające czytanie o wygnaniu Adama z Raju…) i dając zatrudnienie tak samo wolnym duchom – nauczycielom wymowy, filozofom, artystom.

Już w odniesieniu do naszej bezpośredniej przeszłości to wcale nie jest takie oczywiste. Owszem owszem – wieś niby pańszczyźniana, a miasta niby wolne. Tylko jakoś nam te wolne miasta marniały, biedniały i więdły – więc jeśli kto chce w Polsce zabytków szukać, to się nie może ograniczyć do miast (w Warszawie, tak po prawdzie, to niewiele tego zostało – przez narwanych naszych dziadów, nie ma co kryć…), bo na wsi łatwiej o barokowy kościół czy klasycystyczny dwór, a trafiają się i starsze perełki. Zresztą, owa tyrania pańszczyźniana jest po większej części mitem – źle z chłopami zrobiło się dopiero pod zaborami, gdy w sukurs właścicielom ziemskim przyszła wcześniej nie istniejąca policja.

W Chinach zawsze było i dalej jest całkiem na odwrót. Miasto, pod okiem władzy zakładane, poddane było ścisłej kontroli i reglamentacji. Metody tej kontroli, nader zmyślne, kiedyś może osobno opiszę, bo to samo w sobie ciekawe, a nader niewesołe nasuwa analogie do czasów nam współczesnych. Wieś za to – przeciwnie niż u nas: zwykle liczna, zwarta, murem otoczona – cieszyła się i nadal się cieszy znacznym zakresem autonomii.

Swoją drogą widać, jaką „ścieżką rozwoju“ nasza cywilizacja podąża. Jak możemy nie dać się wyprzedzić Chińczykom, skoro ich właśnie naśladujemy..? Przecież jasnym jest, że oryginał zawsze będzie sprawniejszy od imitacji, w dodatku przeszczepianej na niezbyt podatny grunt, bo całkiem przeciwną tradycją ukształtowany. Wszak w tej chwili, chcąc się podatkowej i reglamentacyjnej tyranii wymknąć – dobrze jest właśnie wyprowadzić się z miasta na wieś… dokładnie tak samo, jak w Chinach!

Przechodząc już do konkluzji, czyli do owego „miejskiego bydła“ i (wiejskich – w domyśle) „kołtunów“. Samo to przeciwstawienie jest dla naszej tradycji kulturowej normalne, odwieczne i zmienić się tego nie da. Mieszkaniec wsi, choćby był doktorem filozofii, dla mieszkańca miasta, choćby ostatniego menela – będzie „wieśmakiem“, „wiochmenem“, „kołtunem“, itp. Nawet nie ma co z takim oglądem sprawy dyskutować. Prawda jednak – że kiedy sobie człowiek uświadomi z jakiej otchłani dziejów się to przeciwstawienie wywodzi, od razu robi się cieplej na sercu, a jak się jeszcze wie – z czego ono się wzięło – to już tylko pośmiać się nad taką ciemnotą wypada..?

Inaczej sprawa się przedstawia z konkretną treścią pod owe puste, a z przeszłości zaczerpnięte symbole podkładaną. Po pierwsze – jak chodzi o „wolność“ w każdym możliwym sensie tego słowa, to osiągnęliśmy już chyba czas jakiś temu dokładne tradycyjnego stanu rzeczy przeciwieństwo – czyli właśnie jest u nas jak w Chinach, a nie jak w starożytnym Rzymie epoki późnego cesarstwa czy bodaj za pańszczyzny. Tym łatwiej być wolnym, im dalej od złowrogiego oka niemiłosiernie nam panującego gosudarstwa się odsuniemy, a o to łatwiej na wsi niż w mieście. Po drugie – co zwykłem podkreślać nieustannie, acz chyba bez echa i bez efektu: znakomita większość pojęć, tradycji, nawyków które obecnie uważamy za charakterystyczne dla „życia wiejskiego“ i „życia miejskiego“ – jest bardzo świeżej daty.

Z zawodowej ciekawości kolekcjonuję śmiesznostki i ciekawostki związane z końmi. Niedawno się dowiedziałem, że jednym z „szabasowych zakazów“, określających sposób świetowania niedzieli – jest zakaz wyprowadzania w niedzielę konia ze stajni. Choćby po to, żeby go komuś pokazać.

Czy to jest „odwieczna tradycja“..? A gdzież u nas przed rokiem 1863 były jakieś stajnie po wsiach..?[1] Już pomijając to, że moim zdaniem, jest to zwyczaj który nie miał szans pojawić się na szerszą skalę wcześniej niż 80 lat temu. Bo dopiero po I wojnie światowej sieć parafii stała się na tyle gęsta, by konieczność dojeżdżania na Mszę niedzielną wozem zmniejszyć lub wyeliminować. Kto nie wierzy, niech się przejedzie po okolicy i sprawdzi daty erygowania parafii, zwykle są przy drzwiach do kościoła dużym drukiem wypisane.

Ogólnie rzecz biorąc – uwłaszczenie chłopów dopiero było tym czynnikiem, który obecny sposób życia na wsi (i przez kontrast – a także: dzięki tym milionom pozbawionych w wyniku tego zjawiska źródeł utrzymania na wsi, byłych chłopów, którzy wyemigrowali do miast lub za Wielką Wodę… - również: życia w mieście) ukonstytuował. Owszem, są zwyczaje starsze – zwłaszcza te związane ze sposobem obchodzenia niektórych świąt, z traktowaniem pewnych zjawisk przyrody – tu bywają wcale liczne relikty jeszcze pogańskie, plemiennej, przedpaństwowej przeszłości. Zasadnicza treść jednak tych przesądów, jakie wzajem wobec siebie mieszkańcy miast i wsi żywią: jest ledwo XIX-wieczna w najlepszym razie…


[1] Oczywiście dotyczy do zaboru rosyjskiego. Na Śląsku stajnie po wsiach były wcześniej. Tyle że – nawet obecni mieszkańcy Śląska to przecież w większości osiedleńcy z zaboru rosyjskiego…

czwartek, 20 stycznia 2011

Baśniowy ogród

Nocny opad atmosferyczny w postaci stałej przy braku wiatru pokrył otaczające nas błoto niepokalaną bielą i wysrebrzył badyle porastające ciągle jeszcze niezagospodarowane doły w pobliżu naszej chatki:
oraz drzewa Lasku Centralnego:
Bardzo mi się podoba nasza samotna brzoza nad hydrofornią: co prawda najkorzystniej wyglądała rano, gdy karmiłem konie jeszcze przy świetle elektrycznym - ale to było nie do sfotografowania:
Co my tu jeszcze mamy..? Ano tak: Buba, czyli Osman Guli w swojej ulubionej pozie "na źrebaka":
i Gluś w swojej samotni:
reszta czterokopytnych przebywała akurat pod wiatą. Za to na świat Boży wyjrzał osobnik stanowczo najmniej z nas wszystkich entuzjazstyczny wobec "białego gówna":

środa, 19 stycznia 2011

Doktorat

Lepsza Połowa pewnie będzie zła, bo nie lubi jak o niej pisać. Ale trudno. Nie mogę się nie pochwalić. Właśnie obroniła doktorat z filozofii. Mówi jednak, żem choć prosty magister (dla przyjaciół: "Megi..."), dalej mogę do niej mówić na "ty"...

To tyle na dzisiaj. :-)

wtorek, 18 stycznia 2011

Co by było, gdyby..?


Powinienem pisać dla „KT“ artykuł o udomowieniu koni (przy okazji – dzięki, Riannon, za inspirację, pogrzebyłem trochę, idąc tropem który mi wskazałaś – kultury Botai – i jakiś chleb z tej mąki będzie). Ale, tak prawdę pisząc, to czuję się zmęczony i chyba trochę przeziębiony. Może mi przejdzie w trakcie, to zabiorę się do roboty – na razie nie mam sił, pozostaje więc tylko dystrakcja…

Pisałem już tutaj o osobistej odpowiedzialności Augusta Aleksandra ks. Czartoryskiego za rozbiory i upadek I Rzeczypospolitej. Zaś na moim ulubionym forum próbowałem, bez większego zainteresowania ze strony współużytkowników, pogdybać sobie na temat tego, co powinien był zrobić, żeby i władzą zdobyć i potęgę rodu ugruntować i jeszcze przy okazji (ale naprawdę przy okazji..!) Rzeczpospolitą ocalić. Do konkretów jakoś jednak nie doszliśmy, choć i to jest cenne, że chyba udało się wespół w zespół określić, co było możliwe i strawne dla carycy, a co niemożliwe lub niestrawne – a to już coś!

Żeby zacząć od początku, a nowo przybyłego Czytelnika w temat wprowadzić: August ks. Czartoryski, przywódca ugrupowania magnackiego zwanego „Familią“ (ugrupowanie to – z tajemniczych zupełnie względów – ma „dobrą prasę“ w szkolnych podręcznikach, więc pewnie Czytelnik wie, że takowe było…) pod koniec panowania Augusta III wpadł na pomysł, że pognębi konkurentów do władzy nad Rzeczpospolitą – tj. głównie Radziwiłłów i Potockich forujących wówczas wybór na tron kolejnego Sasa po spodziewanej już śmierci Augusta III. A pognębi ich w taki sposób, że dogada się z Rosją i przy rosyjskiej pomocy wprowadzi na tron… własnego syna: Adama Kazimierza ks. Czartoryskiego. Co mu się udało tylko częściowo: Katarzyna II propozycję przyjęła, groszem dla Czartoryskich i familiantów sypnęła, wojska rosyjskie do Rzeczypospolitej wprowadziła, ale królem uczyniła nie Adama Kazimierza ks. Czartoryskiego, tylko szerzej nie znanego Stanisława Antoniego Poniatowskiego, wprawdzie też po kądzieli z Czartoryskimi spokrewnionego, ale z dość biednej (jak na magnaterię…), nie dzierżącej nigdy ważnych urzędów, świeżo z prostego stanu szlacheckiego awansowanej rodziny – przy tym: kochanka Katarzyny z czasów, gdy ona była tylko żoną następcy tronu (czyli „wielką księżną“), a on: swego rodzaju praktykantem, bo „członkiem orszaku“ - sekretarzem brytyjskiego poselstwa w Petersburgu (o takich „przyjaciołach posła“ i ich roli pisałem skądinąd w „Historii sekretnej…“), a potem: posłem saskim.

Za czym ks. August się obraził i na nowo mianowanego króla (tu akurat o tyle miał rację, że Stanisław Antoni dość długo za plecami ks. Augusta z Katarzyną w tej sprawie spiskował i zwyczajnie seniora rodu – wykorzystał!) i na Katarzynę. Od czego – zdaje się: właśnie ta „dobra prasa“ w podręcznikach do historii, bo nagle zwykłe, niczym się nie różniące od pozostałych, stronnictwo magnackie, którego jedynym istotnym celem była maksymalizacja korzyści osobistych i politycznych jego członków – urosło do rangi „patriotycznej opozycji“. Ha! A jakie mieli inne wyjście..?

Wszelkie gdybania zacząć trzeba od prostego stwierdzenia, które już poprzednio Państwu tu podałem: ks. August był zwyczajnie naiwny wierząc, że Katarzyna wprowadzi na tron polski jego syna. Nie wiem zresztą, czy na tym stwierdzeniu nie należałoby w ogóle poprzestać, bo jest to naiwność z gatunku piramidalnych. Jak mówi znane powiedzonko: „to nie błąd – to wielbłąd!“ Katarzyna miałaby wprowadzać na tron polski człowieka za którym stał majątek szacowany na ponad 100 mln ówczesnych złotych (wielokrotnie zatem większy niż cały budżet państwa…), prywatna armia niewiele mniejsza od państwowej i poparcie połowy najmożniejszych rodów Rzeczypospolitej..? A to w jakim celu..? Z dobroci serca..? Z sympatii dla rodziny? Ks. August chyba tak właśnie sądził – bo czynił potem synowi w listach wyrzuty, że ten się do carskiej łożnicy dał Poniatowskiemu wyprzedzić…

Wobec takich dowodów braku politycznego rozumu i zwykłego rozeznania w sytuacji oczekiwanie, że to właśnie „Familia“ miałaby cokolwiek dobrego dla kraju zrobić, trąci niepodobieństwem. To już lepiej rozważyć wariant – co by było, gdyby Katarzyna propozycji ks. Augusta jednak nie przyjęła..? 

Wówczas królem polskim prawie na pewno zostałby Fryderyk August Wettin. Korony podobnoż nie chciał, tj. nie chciał jej dla niego stryj, Fryderyk Ksawery, który nad 14-letnim zaledwie elektorem saskim osieroconym prawie jednocześnie przez dziadka i ojca, sprawował opiekę – ale przecież w końcu by naleganiom zgodnym Polaków uległ. Robiłby to samo co robił później jako – z łaski Napoleona – wielki książę warszawski, czyli rezydował w Dreźnie, sprawami polskimi zajmując się jak najmniej – i jakoś byśmy pewnie do tegoż właśnie Napoleona przebiedowali. Potem zaś, koniunktura by się zmieniła o tyle przynajmniej, że Austria i Prusy chwilowo nie odgrywałyby większej roli na arenie dziejów i niezależnie od tego, czy Rzeczpospolita byłaby rosyjskim satelitą przygotowującym się na odparcie napoleońskiej inwazji, czy też francuskim, przygotowującym się do inwazji na Rosję (o wiele zresztą – przy założeniu, że granice nasze pozostałyby nieuszczuplone aż do tego czasu – łatwiejszej…): tak, czy inaczej, konieczne reformy by nastąpiły. A gdyby nas nawet Napoleon podzielił, co też być mogło – to przecież kongres wiedeński chyba by nas na powrót scalił, skoro zwykł takie niesprawiedliwości „tyrana z Korsyki“ naprawiać..? Fryderyk August miał zresztą dobry „pijar“ i również dzięki temu Prusom nie udało się w Wiedniu całej Saksonii połknąć, jak chciały – w zasadzie wszyscy poza carem Aleksandrem I, który miał w zamian dostać dla swojej „Kongresówki“ Wielkopolskę, byli temu przeciwni.

Tak dobrze jednak nie ma. August Aleksander ks. Czartoryski wpadł na pomysł wezwania na pomoc Katarzyny – a ta ofertę przyjęła, bo dlaczegóżby miała tego nie zrobić..? Tak więc układanie scenariuszu alternatywnego powinno te fakty uwzględniać. Siłą rzeczy zatem, musi to być scenariusz oparty na założeniu, że ks. August jest lepszym politykiem niż rzeczywiście był. Jest to, ma się rozumieć, założenie ryzykowne. Raz dlatego, że nikt z nas nie siedzi w głowie ks. Augusta i tak naprawdę to przecież nie wiemy i wiedzieć nie możemy, co go do tak nierozsądnego zachowania skłaniało. A dwa – że przyjmując takie założenie trudno jest nam rozdzielić to, co wiemy z perspektywy dwóch i pół wieku od tego, co jak możemy zakładać – powinien był wiedzieć nasz bohater. Łatwo zatem o błąd. Ja przypisuję ks. Augustowi niską żądzę władzy – trochę przez przekorę wobec podręczników szkolnych, które w „Familii“ same cnoty widzą. Może to jednak rzeczywiście był patriota co się zowie – tylko, jak to zwykle w Polsce patrioci: głupi..?

Dylemat: nieskuteczny karierowicz zaślepiony nadmierną ambicją – czy głupi patriota bez elementarnego rozeznania rzeczywistości? To dopiero pokazuje głębię naszego upadku! Bo czy wiele da się znaleźć postaci, które by poza te dwa wymiary wykraczały – w naszych dziejach ostatnich trzech wieków..?

Jak już pisałem poprzednio, ks. August powinien był z góry założyć, że jego syn na pewno królem nie zostanie. Takiej kandydatury ani Katarzyna ani Prusy, z którymi caryca dla dokonania  „wyboru“ polskiego króla podpisała 11 kwietnia 1764 traktat – na pewno by nie zaakceptowały. Stanisław Antoni (lub postać równoważna mu kalibrem i „siłą ducha“ – bo i o łatwość manipulowania nowym królem carycy jak najbardziej chodziło…) był nie do uniknięcia. I tak jak poprzednio napisałem, powinien był ks. August z tym faktem się pogodzić – i próbować przynajmniej obrócić go na swoją korzyść. Tj. rządzić Rzeczpospolitą tak, jak pierwotnie zamierzał, tylko nie przy pomocy syna, a przy pomocy – gamoniowatego skądinąd i uległego siostrzeńca. Dbając tylko o to, żeby się temu ostatniemu w głowie nie przewróciło, czemu znakomicie służyłoby utrzymanie strategicznego sojuszu z Katarzyną ponad głową jej mianowańca.

Na czym taki sojusz mógłby polegać? I czy Katarzyna w ogóle potrzebowała jeszcze ks. Augusta i jego stronnictwa gdy już jej się udało swojego pupila na tronie osadzić?

Cóż: to zależy od tego, co by carycy ks. August zaoferował. A moim zdaniem miał co oferować. Ostatecznie protektorat rosyjski nad Polską był mimo osadzenia na tronie pupila carycy dalej niepewny i nietrwały. Rosja nie była jedynym opiekunem i protektorem Rzeczypospolitej. Swoje wpływy zachowały Prusy i Austria – a jak pokazało wkrótce doświadczenie, mieszać w tym kotle potrafiły też i mocarstwa geograficznie bardziej odległe, bo w końcu za czyje pieniądze robiono „konfederacę barską“, jak nie za francuskie..? Tak niepewny, nietrwały, wymagający ciągłej obecności wojskowej i uwagi protektorat nie mógł spełniać swojej podstawowej roli: bufora, osłaniającego planowaną przez Katarzynę na wielką skalę ekspansję Rosji na południe, w stronę Bosforu i Dardaneli (jak myślicie, dlaczego jej drugi wnuk, skądinąd dobrze nad Wisłą potem znany, miał na imię Konstanty..? Bo babka planowała dla niego tron – w Konstantynopolu właśnie…). Za zmianę tego stanu rzeczy caryca mogła co nieco ks. Augustowi zapłacić…

Oczywiście, jest to zdrada stanu ze strony ks. Augusta Aleksandra. Jednak, czy zawierając poprzednie porozumienie z Katarzyną, biorąc od niej pensję na utrzymanie i rozbudowę swoich prywatnych wojsk i opłacenie stronników i zapraszając do Rzeczypospolitej rosyjskie wojska, ks. August już zdrady stanu nie popełnił? Popełnił, jak najbardziej. I nic go w tej sytuacji nie usprawiedliwia, że nie poszedł krok dalej. Ponieważ pełny, efektywny i obustronnie korzystny układ powinien iść dalej niż wprowadzenie na polski tron carskiego mianowańca. Uważam, że ks. August mógł zaproponować carycy przekształcenie Rzeczypospolitej w wyłączny protektorat rosyjski (a więc „wykolegowanie“ Prus i Austrii i eliminację wpływów innych mocarstw) z opcją albo całkowitej aneksji, albo wprowadzenia na tron polski kolejnego carskiego mianowańca (a choćby i Romanowa, gdyby taki był już do dyspozycji – w roku 1764 caryca jeszcze wnuków nie miała…) – po śmierci Stanisława Antoniego ma się rozumieć.

W zamian powinien był wymóc na carycy nie tylko pomoc we wprowadzeniu na tron jej mianowańca, ale i – w pacyfikacji potencjalnej opozycji oraz uchwaleniu wcześniej przygotowanego i uzgodnionego pakietu reform, które by z Rzeczypospolitej czyniły kraj łatwiejszy w rządzeniu, a rządy nad nim oddawały niepodzielnie ks. Augustowi i jego potomkom…

Oczywiście ta pacyfikacja opozycji siłą rzeczy musiałaby uwzględniać „wrażliwość“ Prus i Austrii, chwilowo ciągle mocno siedzących w siodle – i przynajmniej części  najbardziej prominentnych stronników tych mocarstw na listy proskrypcyjne wpisać by się nie dało, bo by ich odnośne ambasady uchroniły. Tak czy inaczej jednak, korzystając z obecności wojsk rosyjskich trzeba było zaraz po zawiązaniu „konfederacji wieczystej“ na sejmie konwokacyjnym część przynajmniej potencjalnych opozycjonistów zamknąć pod kluczem. Na forum zaproponowałem, żeby ich wysłać do (na razie wolnej) Australii i tam zostawić. Co miałoby tę zaletę, że gdyby mimo wszystko (chcieliśmy źle – a wyszło jak zwykle!) sprawy potoczyły się tak samo jak się naprawdę potoczyły, to przynajmniej byłoby dokąd uciekać. Jest to jednak drogie w realizacji rozwiązanie i mało prawdopodobne, by ktoś na nie w epoce rzeczywiście wpadł. Pozostaje zatem, tradycyjnie, Kaługa i temu podobne lokalizacje.

Dalej, trzeba było działać dwutorowo. Oficjalnie i jawnie reformując szkolnictwo i morale publiczne (prawdziwą rewolucją by było, gdyby tak na biskupów mianować księży rzeczywiście wierzących w Boga..! Tylko – czy takich by się w tej epoce udało znaleźć..? Poza tym: na to na pewno żaden z naszych bohaterów by nie wpadł, pomysł jest zbyt jak na epokę rewolucyjny, dopiero Napoleon coś takiego robić zaczął..). Dobrym krokiem w tym ostatnim kierunku było wprowadzenie „mundurów wojewódzkich“ przez Stanisława Antoniego. Trzeba było iść jeszcze dalej.

[Tu była przerwa w pisaniu. Przed oknem naszej chatki przedefilowało rządkiem stado ok. 30 dzików. Coś je musiało wypłoszyć, bo powinny już o tej porze spać, zaszyte w którymś z otaczających nas zagajników. Nim wybiegliśmy – zdołały się schować. Koniowate długo jednak będą jeszcze wypatrywać świńskiego towarzystwa po krzakach, popuszczając od czasu do czasu stres – kupki…]

O czym to ja..? Acha! O morale publicznym. To byłby w sumie najistotniejszy punkt całego programu. W opinii popularnej pokutuje wizerunek Sarmaty – warchoła i indywidualisty. Jak wiele razy już tutaj pisałem – nieprawdziwy. Szlachta nasza żyła bowiem stadnie, gromadnie i pospólnie – a najważniejszą cechą sarmackiej umysłowości był konformizm wobec opinii podobnych sobie. Wszystko zatem, co jest potrzebne dla wprowadzenia zdrowego zamordyzmu, już było na miejscu – tylko trzeba było treść tej sarmackiej opinii publicznej odpowiednio zmanipulować. Co, koniec końców, nie było takie trudne.

Starczyło bodaj rozszerzyć nieco pomysł owej „konfederacji wieczystej“. Organizując konfederacje wojewódzkie i powiatowe, które by już o dyscyplinę i konformizm, każda na swoim terenie – zadbały. Wszystko, ma się rozumieć, pod szczytnymi hasłami oświecenia i rozumu, których żadna z ościennych potęg kwestionować by nie mogła – a „Semiramida Północy“ mogłaby jeszcze jeden laurowy listek do wieńca, który już jej Wolter i Diderotem wili, dodać.

Ani podejrzewając, jakie mogą być owej zmiany skutki uboczne. Nieoficjalnie bowiem, acz również we współpracy z Katarzyną (za to w tajemnicy przed pruskim i austriackim konkurentem), trzeba by też było choć trochę aparat skarbowo – policyjno – wojskowy Rzeczypospolitej upgrade’ować, coby ów potencjalny, a na razie jeszcze nie istniejący Romanow, który miałby na jej tronie Stanisława Antoniego zastąpić, miał czym i jak w przyszłości rządzić. Być może także wykorzystując dobry i wart upowszechnienia pomysł „konfederacji wieczystej“ (taka prefiguracja monopartii monopolizującej władzę i zarazem stanowiącej jej administracyjne narzędzie – z braku lepszych nieomal jedyne – w drugiej połowie XVIII wieku: dziwne..? Ale przecież „konfederację wieczystą“ ks. August naprawdę wymyślił był – to czemu nie miałby tego pomysłu bardziej eksploatować, ku własnej i carycy korzyści..?).

Wstępna pacyfikacja plus zdominowanie szlacheckiej opinii publicznej plus  zamaskowany pozorami konfederacji upgrade aparatu władzy – i ks. August niepodzielnie i absolutnie panuje nad Rzeczpospolitą jak chciał. Tyle, że na razie jest uzależniony od carycy, a jego rządy jej interesom służą. Trudno. My wiemy, że starczyło poczekać nieco ponad 40 lat. Ale przecież i ówcześni wiedzieli, że ludzie rodzą się – i umierają, i że caryca, jakkolwiek w roku 1764 ciągle jeszcze młoda i imponująca jędrnym biustem słusznych rozmiarów, też żyć wiecznie nie będzie. A stan taki jak opisałem gwarantował dotrwanie w jednym kawałku i we w miarę dobrej kondycji co najmniej do śmierci Stanisława Antoniego – które zaś z dwojga byłych kochanków pierwsze ten padół łez opuści, przewidzieć wprawdzie nie sposób, ale też nic nie wskazywało na możliwość, że może tu ks. Augusta jakaś nagła a niespodziewana katastrofa spotkać. Stanisław Antoni jakkolwiek słabego charakteru i po zachodniemu zniewieściały (konno jeździł kiepsko, nie pił i nie ucztował), na zdrowie i kondycję fizyczną bynajmniej nie narzekał (osobliwe w towarzystwie niewieścim, gdzie cieszył się bardzo dobrą opinią…), zresztą jako się rzekło, w roku 1764 i tak żadnego Romanowa który mógłby go zastąpić nie było, a o aneksji całej Rzeczypospolitej przez Rosję też nie mogło być mowy – za bardzo by to równowagę europejską naruszało (zresztą rozbiory miały właśnie na celu owej równowagi zachowanie…). Byłby się więc Stanisław Antoni zużył przedwcześnie, to by się w jego miejsce innego figuranta wstawiło – i można by tę operację powtarzać dowolnie długo, póki sprawy nie dojrzeją do ostatecznego rozwiązania. A już ks. Agusta Aleksandra, a potem ks. Adama Kazimierza, który by pewnie schedę po ojcu przejął w tym głowa – by Rzeczpospolita dojrzewała do wchłonięcia przez Rosję dostatecznie powoli… I tu akurat nie trzeba żadnego patriotyzmu z ich strony zakładać, bo taki właśnie byłby ich własny interes!

Jakie mogłyby być długofalowe skutki takiej polityki..? Dotrwalibyśmy do Napoleona tak samo w jednym kawałku jak pod Sasem – tyle że w nieco lepszej kondycji jak chodzi o wewnętrzną spoistość i koherencję państwa. Raczej nie byłoby mowy o tym, żeby nas dzielić w tym momencie. Być może rzeczywiście, po śmierci Stanisława Antoniego na naszym tronie zasiadłby car Aleksander (ewentualnie opłacając się Prusom tym, co realnie wzięły w I zaborze – Austria już w tym momencie nie była w stanie upomnieć się o swój udział, car był jej potrzebny dla ratowania skóry…). Być może by nie zasiadł. Być może, koniec końców, na tron w Warszawie trafiłby Konstanty lub Mikołaj – tworząc tu secundogeniturę Romanowów. Już bez żadnego opłacania się Prusom.

Ciekawie wyglądałaby sprawa chłopska bez kodeksu Napoleona. Już w chwili osadzenia na tronie Stanisława Antoniego mieliśmy wśród naszych elit dobrze rozwiniętą anglomanię. Co prawda ograniczoną raczej do naśladowania angielskich obyczajów, mody, koni, zabaw, ogrodów i języka. Dopiero założenie przez cara i króla Aleksandra Szkoły Agronomicznej na Marymoncie i stadniny koni w Janowie Podlaskim rozpoczęło na szerszą skalę implementację także angielskiej rewolucji rolniczej. Może jednak, wobec braku takich wstrząsów jak kolejne rozbiory, konfederacja barska, powstanie kościuszkowskie itp. – przeszlibyśmy od mody do buraków, koniczyny i seradeli wcześniej, np. już w ostatniej ćwierci XVIII wieku..? W takim razie, wprowadzanie płodozmianu wymagałoby czegoś na kształt częściowego i pełzającego uwłaszczenia chłopów. Prawo polskie, w przeciwieństwie do kodeksu Napoleona, na dowolne rugowanie chłopów z ziemi nie pozwalało. Oczywiście, jak by się taki Radziwiłł czy Czartoryski uparł, to jedną czy drugą wieś był w stanie znieść z powierzchni ziemi, choćby siłą zbrojną (Radziwiłł „Panie Kochanku“ rzeczywiście zresztą powstanie swoich chłopów sam własnym wojskiem stłumił był w tym czasie) – wobec ciągle jednak ułomnego aparatu policyjnego państwa, nie da rady zrobić tak ze wszystkimi. Trzeba by zatem negocjować. I pewnie tak by się to skończyło, że część chłopów dostałaby większe i skomasowane gospodarstwa od których opłacałaby czynsz, większość zaś – musiałaby się zadowolić działkami przyzagrodowymi o minimalnych rozmiarach, pracując po dawnemu w pańskim folwarku lub manufakturze (najbardziej zaś przedsiębiorczy poszliby do miast). Wszyscy ci chłopi by się przy tym w ciągu jednego lub dwóch pokoleń – spolonizowali, całkowicie zmieniając etniczny obraz naszych późniejszych „Kresów“. Tak sądzę przynajmniej, bo oczywiście, wobec braku możliwości potwierdzenia tego eksperymentalnie – jest to przypuszczenie niemożliwe do udowodnienia…

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Koni achałtekińskich historia sekretna, cz. 19 – Włodzimierz Szamborant

Włodzimierz Piotrowicz Szamborant urodził się 17 września 1909 roku jako potomek starego rodu francuskiej szlachty, który w Rosji szukał schronienia przed Rewolucją Francuską. Na początku lat 90. XX wieku, Włodzimierz Piotrowicz nawiązał zresztą kontakt z rodziną pozostałą we Francji – jak się okazało od setek lat zajmującą się hodowlą koni w rodzinnych dobrach (pierwsza wzmianka o jego przodkach – z tytułem hrabiego – pochodzi z roku 1070). Był też z honorami należnymi potomkowi tak znakomitego rodu podejmowany przez pułk pancerny (niegdyś kawaleryjski) armii francuskiej, noszący  nazwę 2 Pułku Huzarów „de Chamborant“, który kultywuje tradycję jednoski, jaką przed Rewolucją 1789 roku wystawiała jego rodzina.

Zanim do tego doszło, Włodzimierz Szamborant przez pół wieku zmagał się z sowiecką biurokracją, walcząc o możliwość zachowania i rozwoju rasy koni, którą ukochał jeszcze jako mały chłopiec, gdy w 1923 roku w Moskwie, jako nastolatek, miał okazję dzięki swojemu ojcu (podówczas oficerowi remontowemu kawalerii Armii Czerwonej) pogłaskać złotą sierść znamienitego Melekusza, ostatniego i najlepszego syna Bojnou.

W 1937 roku jego ojciec jako arystokrata i dawny oficer carskich dragonów był represjonowany. Młodemu Włodzimierzowi Piotrowiczowi udało się jednak – cudem – ukończyć w 1938 roku moskiewski instytut weterynarii. Przed wybuchem wojny przez rok „przydziałowo“ pracował z kłusakami, nim udało mu się dostać do szkoły jeździeckiego przy Akademii Rolniczej im. Timiriazewa. Po wybuchu wojny z Niemcami wraz ze wszystkimi innymi instrukorami tej szkoły został wcielony do korpusu kawalerii gen. Dowatora i niemal w pierwszym starciu ciężko ranny. Do końca życia kulał. Resztę wojny spędził za biurkiem, a w 1945 roku otrzymał stanowisko głównego zootechnika odpowiedzialnego za hodowlę koni (głównego hodowcy) Aszchbadzkiego konnego zawoda (później noszącego nazwę Konzawoda im. Komsomoła, a obecnie im. Nijazowa), które sprawował przez zaledwie trzy lata, stając się jednak twórcą podwalin sukcesu tej hodowli.

Włodzimierz Szamborant miał swój ideał konia achałtekińskiego: cechującego się wyrazistym, wschodnim typem, zgodnym z wyglądem bojowego konia Tekińców takiego, jakim go opisywali XIX wieczni podróżnicy – wysokiego, o swoistych cechach budowy; do tego lekki, swobodny i posuwisty ruch, właściwy tylko tej jednej na świecie rasie koni, oraz oczywiście ogromna wszechstronność (widoczna już wcześniej przy okazji opisu sportowych karier Araba i Absenta) i dzielność. Jako prawdziwy wyznawca i fanatyk rasy, nigdy nie ustawał w podkreślaniu jej jedynych w swoim rodzaju właściwości: „To najstarsza z kulturalnych ras świata“ – pisał w swoich artykułach. – „Najczystsza z czystych ras. Zarekomendowała się zadziwiającą urodą, suchością budowy, wysokim wzrostem, wyróżniającymi się uzdolnieniami sportowymi, przyrodzoną przydatnością do ujeżdżenia i skoków.“ To właśnie Szamborant był głównym propagatorem – być może nawet twórcą – teorii „ostatniej kropli“, o której pisałem na samym początku tego cyklu.

Szamborant jeszcze w latach 40. nieustannie krytykował właściwą dla socjalistycznej hodowli tendencję do przekształcania konia achałtekińskiego w „konia wszechstronnie użytkowego“, co to i pod siodło i do pługa miałby się nadawać. ”To wąsko wyspecjalizowana rasa wierzchowa“ – pisał. – „Jeśli nie uda nam się utrzymać jej typu i cech użytkowych, po co mamy ją w ogóle hodować?“

Natychmiast po objęciu stanowiska głównego hodowcy jednym posunięciem wybrakował wszystkie konie, które jego zdaniem nie spełniały wymagań odnośnie typu i jakości – de facto cały niemal dorobek poprzednich 25 lat hodowli, polegającej na przypadkowym krzyżowaniu koni achałtekińskich, w tym także z innymi rasami (z końmi pełnej krwi, o czym była już mowa). Koni, które spełniałyby postawione przez niego kryteria poszukiwał w najbardziej zapadłych kołchozach pustynnej i półpustynnej strefy Turkmenii – były to często zwierzęta niedożywione i cierpiące na poważne schorzenia spowodowane nadmierną i niezgodną z ich wrodzonymi cechami pracą, o marnym z pozoru wyglądzie. Już jednak pierwsze pokolenie ich potomstwa dowiodło, że Włodzimierz Szamborant nie mylił się w swoim wyborze. Przez 3 lata udało mu się zebrać stawkę ok. 40 – 50 w pełni typowych i dzielnych matek czystej krwi oraz grono znakomitych reproduktorów, założycieli uznanych jeszcze za jego życia nowych linii męskich, znakomicie wyrażających swoisty typ i ogromną żywotność tej rasy. Byli to dwaj synowie Fakirsulu (od różnych matek), Fakirpelwan i Geliszykli. Obie te linie (nie wywodzące się zresztą wprost od Bojnou, choć oczywiście posiadające w żyłach jego krew za pośrednictwem matek obu założycieli) są obecnie jednymi z najpopularniejszych w hodowli koni achałtekińskich.

Program hodowlany Szamborant rozwijał się do 5 października 1948 roku. Tego dnia o 2.30 w nocy czasu lokalnego Aszchabadem wstrząsnęło trzęsienie ziemi o sile 7,3 w skali Richtera, dziewiąte najbardziej niszczycielskie trzęsienie ziemi w pisanej historii ludzkości, z ponad 110.000 ofiar śmiertelnych. Straty samej stadniny były niewielkie – nie zginął ani jeden koń: stado mateczne było na pastwisku, gdzie oczywiście nic mu nie zagrażało, a gruby mury zbudowanej jeszcze przez generała Kuropatkina stajni ogierów wytrzymały wstrząs. Zawalił się tyko szpital dla koni, w którym przebywały dwie klacze i jedno źrebię – na szczęście nie robiąc im krzywdy. Włodzimierz Szamborant w ostatniej chwili wyskoczył przez okno swojego walącego się domu. Zginęło jednak wielu pracowników, a stadnina straciła dostęp do wody: ruchy górotworu spowodowały przesunięcie podziemnych cieków i dotychczas zaopatrujące ją źródła wyschły. Szamborant próbował ratować stadninę sprowadzając z Moskwy wiertło do wywiercenia studni głębinowej, jednak jego władze zwierzchnie uznały, że taniej będzie przenieść całą stadninę bliżej Aszchabadu. Zniechęcony, Szamborant w następnym roku zrezygnował ze stanowiska.

Spędziwszy nieco czasu na odeskim torze wyścigowym, Szamborant otrzymał swoje ostatnie oficjalne stanowisko jako główny hodowca Terskiego konnego zawodu – jednej ze starszych, jeszcze przedrewolucyjnych rosyjskich stadnin koni, od początku specjalizującej się przede wszystkim w koniach arabskich. Był to paradoks, który sam Szamborant dostrzegał i wielokrotnie dawał mu wyraz: nie ma większej niezgody niż pomiędzy hodowcami i wielbicialami rasy arabskiej a hodowcami i wielbicielami rasy achałtekińskiej. I jedni i drudzy twierdzą, że to ich ulubiona rasa jest najstarszą i najczystszą z ras wschodnich, od której wywodzą się wszystkie pozostałe – i jest to spór niemożliwy do rozstrzygnięcia w drodze racjonalnej argumentacji, gdyż z obu stron w grę wchodzą najsilniejsze emocje. Tym niemniej, Włodzimierz Piotrowicz poradził sobie z hodowlą arabów, czego dowodem są choćby wyniki finansowe: to jemu udało się wyhodować ogiera Nabieg, ojca Piesniara, sprzedanego za milion dolarów i nie mniej znakomitego Menesa. Oczywiście, zdanie polskich hodowców koni arabskich o polityce hodowlanej Terskiego konnego zawodu w tym okresie jest całkowicie odmienne: co nie jest tak zupełnie bez znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, że używano tam także klaczy zagrabionych w Polsce w 1939 roku.[1]

Szamborant nie wytrzymał długo bez achałtekińców i wyprosił w końcu zgodę na przywiezienie z Turkmenii ok. 50 koni, od których zaczęła się północnokaukaska gałąź hodowli tej rasy, prowadzona najpierw w Terskim, potem w Dagestańskim konnym zawodzie, a obecnie przede wszystkim w Stawropolskim konnym zawodzie i kilkudziesięciu już prywatnych stadninach w tej części Federacji Rosyjskiej. Stawka sprowadzonych koni składała się z 30 matek, 20 młodzieży i 3 reproduktorów: Geliszykli, Karakira i Fakirpelwana. Już w Tersku urodził się najlepszy syn Geliszykli i ulubieniec swojego hodowcy, Julduz.

«Юлдуз» по-туркменски значит «Звезда», — opowiadał o nim Włodzimierz Piotrowicz — он был отличного происхождения. Сын Гелишикли, чемпиона породы, красивейшего жеребца золотисто-гнедой масти, и Гуль, самой красивой нашей кобылы. Юлдуз имел самую длинную шею и самую сухую голову. Его шаг был в полтора раза длиннее, чем у других. У него была тонкая нежная шерсть, высокий выход шеи и необыкновенная длина ног, говорящая о прочности связок и сухожилий…» tj.: „Julduz po turkmeńsku znaczy „Gwiazda“. Był on doskonałej budowy. Syn Geliszykli, czempiona rasy, najpiękniejszego ogiera złocisto – gniadej maści i Gul, naszej najpiękniejszej kobyły. Julduz miał najdłuższą szyję i najdłuższą głowę. Jego krok był półtora raza dłuższy niż u innych. Miał cienką, delikatną sierść, wysoko zawieszoną szyję i niezwykle długie nogi, mówiące o wytrzymałości ścięgien i suchości tkanki…“

Oprócz Julduza, Szamborant uzyskał i inne konie, w pełni odpowiadające jego wyobrażeniom – Gundogara, Guneszli, Guldżachana, Polieta oraz Ametysta i Ararata (synów Absenta). Konie te stały się wizytówkami rasy, a ich potomstwo hoduje się obecnie we wszystkich rosyjskich stadninach. Wydawało się, że cel pracy hodowlanej został osiągnięty. Jednak, zajęty pracą Włodzimierz Piotrowicz nie dostrzegł, jak nad jego głową gromadzą się chmury. Konflikt arabsko – achałtekiński stopniowo się rozgrzewał. Obwiniano go, że wszystko co najlepsze – od karmy po trenerów – oddaje „swoim“ achałtekińcom, szkodząc rasie arabskiej. Co, po prawdzie, nie było kłamstwem – z arabami Szamborant pracował wyłącznie z konieczności, traktując to jako obowiązek służbowy.

Lobby „arabskie“ naciskało na Ministerstwo Rolnictwa by zlikwidować oddział achałtekiński w Tersku. Szamborant próbował się temu przeciwstawić, w szczególności z oburzeniem odrzucając sugestie odwiezienia koni z powrotem do Turkmenii – pod koniec lat 60. był już tam na ukończeniu rozpoczęty jeszcze za Stalina Kanał Karakumski, o którym była mowa w jednym z odcinków cyklu i jałowe solniska lub pola bawełny zajmowały miejsca dawnych pastwisk, pozostawiając coraz mniej miejsca dla koni. Ostatecznie, w 1969 roku lobby arabskie zwyciężyło. Achałtekińce przeniesiono z Terska do sowchozu Gubdeńskiego w republice Dagestan. Szamborant zdołał uzyskać tyle, że posłano go tam razem z końmi – i z 60-tką na karku rozpoczął od zera organizację pierwszej w europejskiej części Rosji stadniny koni specjalizującej się wyłącznie w hodowli koni achałtekińskich.

Pierwszą zimę w Dagestanie konie spędziły w niedokończonych stajniach nowego toru wyścigowego w Machaczkale. Ludzie, którzy poszli za Szamborantem mieszkali w barakach lub w namiotach. Przez następne trzy lata Szamborant poszukiwał miejsca, które odpowiadałoby potrzebom koni. „Przejechałem cały Kaukaz“ – opowiadał później. – „Jeździłem do Baku, Majkopu, Czerkieska. Potem Dagestan wydzielił mi 530 ha ugoru w Turali, tuż nad brzegiem morza. W czym jest dobre Turali? W tym, że przyroda tu taka sama, jak w ojczyźnie tekińców, w Turkmenii, ale do tego jest jeszcze morze. Co może być lepszego?“ Stopniowo na miejscu opuszczonej z powodu wysychania Morza Kaspijskiego wioski rybackiej wśród ciągnących się kilometrami płaskich jak stół solnisk, wyrósł Dagestański konny zawod (w końcu lat 80. wydzielony z rodzimego sowchozu). Szamborant, mając na głowie budowę i pracę selekcyjną, znajdował jeszcze czas na liczne publikacje oraz na walkę o jak najszersze wykorzystanie koni achałtekińskich w sporcie i ich regularne sprawdzanie na torach wyścigowych. Po prawdzie, to w swoim bezgranicznym oddaniu ukochanej rasie koni gonił za nierealnym marzeniami – wierzył, że dzięki selekcji i treningowi kiedyś nadejdzie taki dzień gdy koń czystej krwi achałtekińskiej przegoni na torze wyścigowym konia pełnej krwi angielskiej…

W końcu lat 80., już po zakończeniu wszystkich najważniejszych prac, Włodzimierz Piotrowicz przeszedł na emeryturę. Jako weteranowi, pozwolono mu kupić na własność (Związek Radziecki właśnie zaczynał się chwiać w posadach i stalinowski zakaz prywatnego posiadania koni stracił moc) ogiera Jasman, syna Garema. Jasman był jednym z ostatnich odkryć Szamboranta, jego zdaniem – koniem idealnym, bez jakichkolwiek wad. Chciał udzielać go do krycia wszystkim achałtekińskim stadninom, których w tym czasie było już nie tak mało. Jednak po dwóch latach w jednym z takich miejsc Jasman nieoczekiwanie padł, potomstwo pozostawiając tylko w (prywatnej) stadninie koni im. Szamboranta „SzaEl“ należącej do Leonida Babajewa. Jako rekompensatę za śmierć Jasmana oddano Szamborantowi syna ogiera Dagestan, Dorkusza.

Szamborant umarł na zawał serca 9 maja 1996 roku w Machaczkale (stolica Dagestanu), na torze wyścigowym, tuż przed startem Dorkusza do pierwszej w życiu gonitwy.[2]
 
Tarcza herbowa hrabiów de Chamborant
I odznaka 2 Pułku Huzarów...


Wychowankami Szamboranta są najważniejsi z obecnie działających hodowców koni achałtekińskich w Rosji. Dzięki temu właśnie człowiekowi koń achałtekiński nie przeszedł jeszcze (tak całkiem) do historii. Na jego biografii kończy się też nasza „historia sekretna“ tej rasy – w ścisłym sensie tego słowa, bo pewnie jeszcze ze dwa lub trzy odcinki w najbliższej przyszłości napiszę: to już nie będzie jednak opis dziejów, tylko raczej podsumowanie tego, co zostało Państwu opowiedziane (jak zaświadcza tytuł zbiorczy – o tym, czego na temat moich ukochanych koni nie wiem…) i wypunktowanie najważniejszych problemów współczesnych. Muszę nad tym zakończeniem trochę pomyśleć, mam też inne rzeczy do robienia – tak więc: będzie krótka przerwa…

P.S.
Mało tu zdjęć koni. Prawdę pisząc: nie udało mi się znaleźć dobrych, a jednocześnie - takich, które można by publikować - zdjęć Geliszykli, Jasmana, Dorkusza... Ale w każdej chwili mogę ten post edytować - jeśli ktoś z Państwa by mnie na trop tych zdjęć naprowadził..!

P.P.S.
Jeśli po otwarciu pliku z wywiadem z Leonidem Babajewem pokazują się tylko dziwne znaczki - trzeba zaznaczyć całość i wybrać dowolny font cyrylicy (u mnie to jest każdy z rozszerzeniem CY, ale w Windowsach pewnie będzie inaczej..?)


[1] Por. Robert Raznowiecki, Rodziny i rody, które zbudowały potęgę Tierska, nr 4/2009 „Końskiego Targu“, str. 41 - 45

Koni achałtekińskich historia sekretna, cz. 18 - Absent

Należy zacząć od tego, że Absent miał w życiu wielkie szczęście. Szczęście to polegało na tym, że w ogóle przeżył! Urodzony w 1952 roku w Dżambulskim konzawodzie (w Kazachstanie), był jednym z pierwszych synów siwego ogiera Arab – o którym była mowa w poprzednim odcinku. Być może wysoka koneksja jego ojca (fakt, że nosił na swoim grzbiecie samego Żukowa…) sprawiła, że w wieku dwóch lat Absent trafił na trening do Ługowskiego konzawodu. Równie dobrze mógł trafić do rzeźni – jak 4/5 populacji koni achałtekińskich w ZSRR w tym czasie. Po co komu wojenne konie, gdy kawaleria przesiada się na czołgi?

Nota bene zagadka wyjątkowości wyczynu sportowego Absenta przedstawia się już nieco inaczej w świetle tej informacji. Liczebność populacji tych koni dopiero niedawno przekroczyła poziom z początku lat 50. – tj. ok. 4 tysięcy głów. Pół wieku trwała odbudowa rasy, która w czasie olimpijskiego triumfu Absenta w 1960 roku liczyła już ledwo 800 sztuk. Triumf ten pomógł przekonać władze w Moskwie, by nie dobijać koni – nawet konie przydają się wszak radzieckiej władzy, gdy może, sportowo przynajmniej, zatriumfować nad zgniłym Zachodem…


Absent (Arab – Bakkara) pod Sergiejem Fiłatowem.[1]

W ten sposób Absent poszedł chlubnie w ślady swego ojca, Araba. Rajd Aszchabad – Moskwa w 1935 roku, którego Arab był uczestnikiem, przekonał Stalina, że warto zainwestować w egzotyczną rasę wyhodowaną przez buntowniczych „basmaczy“, których NKWD terroryzowało w tym czasie nalotami z powietrza, próbując zapędzić z jurt do kołchozów. W toku tego „postępowego procesu dziejowego“ 1/5 ludności, na najlepszych koniach, uciekła przez góry za granicę, a prawdopodobnie drugie tyle – zginęło.

Warto o tym pamiętać czytając rosyjskie czy jeszcze radzieckie relacje o przewagach Absenta. Tu nie szło o splendory i chwałę – o życie chodziło i tak mądry koń, jak koń achałtekiński, pewnie to dobrze rozumiał…

Jeszcze w Ługowskim konzawodzie ćwiczono z Absentem elementy ujeżdżenia, choć jego podstawowy trening obejmował zajęcia typowo wyścigowe (co jest standardem w przypadku koni achałtekińskich), oraz skoki. Trenerzy wcześnie zwrócili uwagę na wyjątkową grację i płynność ruchów tego konia – mimo, że jeszcze jako sześciolatek uchodził za pozbawionego „ruchu“, tj. obszernego wykroku w stępie. Nadrabiał to przede wszystkim wielką pojętnością, dzięki której bardzo szybko uczył się kolejnych elementów programu (a co ważne, doskonale pamiętał ich kolejność i bardzo płynnie wykonywał wszelkie przejścia pomiędzy elementami!) – oraz wrodzoną lekkością kłusa i galopu. Był także bardzo gibki, co ułatwiło mu zwłaszcza naukę pasażu.

W 1958 roku zaprezentowano go na wystawie w Moskwie, gdzie bez najmniejszej trudności zdobył złoty medal i tytuł czempiona rasy. Tam właśnie wypatrzył go Siergiej Iwanowicz Fiłatow – zawodnik, który startował już w konkursach ujeżdżeniowych wyższej klasy, nie odniósł jednak do tej pory żadnych znaczących sukcesów. Fiłatow rozpoczął trening Absenta, początkowo pod kierunkiem weterana radzieckiego jeździectwa, starego Kozaka Mikołaja Sitko, później już całkowicie samodzielnie. Para koń – jeździec zgrała się ze sobą wyjątkowo szybko: już w 1959 roku wystąpili w Lipsku, na wystawie rolniczej krajów socjalistycznych, a także zdobyli mistrzostwo spartakiady narodów ZSRR i zajęli drugie miejsce na mitingu przedolimpijskim w Sankt Gallen, w Szwajcarii.


Absent pod Fiłatowem podczas treningu w Moskwie.[2]
 
Doskonała pamięć i inteligencja Absenta czasem obracały się przeciwko jeźdźcowi. Skarcony, „płoszył się“ później w tym miejscu czworoboku, gdzie spotkała go kara. Fiłatow musiał praktycznie zrezygnować z używania bata. Zamiast tego, przy pomocy luzaka, Wołodji Aleksiejenki, starał się przed każdym treningiem doprowadzić temperamentnego ogiera do stanu koniecznego rozluźnienia i skupienia.

Do Rzymu Absent dotarł transportowany najpierw koleją do Odessy, później statkiem i wreszcie znowu koleją do Wiecznego Miasta. Konkurs ujeżdżenia rozegrał się w tym roku 17 września, w trzynastym dniu igrzysk. Przejazd Fiłatowa na Absencie najpierw pogrążył całe Piazza di Siena w głuchej ciszy, a potem wywołał burzę oklasków. Do finału weszło pięć par, w tym i drugi reprezentant ZSRR, Iwan Kalita (który startował później na Absencie w Meksyku – Fiłatowa zmogła już w tym czasie typowa niestety, w tym sporcie, namiętność do używek). Dopiero po powtórnym obejrzeniu wszystkich przejazdów na ekranie telewizora, sędziowe wydali werdykt: mistrzem olimpijskim została para Fiłatow – Absent![3]

Absent pod Fiłatowem.[4]
Było to pół wieku temu, a od ostatniego olimpijskiego występu Absenta minęło już całe 40-lecie.[5]

Oczywistym jest, że w tym czasie w sporcie dokonał się ogromny postęp, a poziom trudności współczesnych konkursów ujeżdżeniowych jest o wiele wyższy niż wtedy. Czy kiedkolwiek koń achałtekiński będzie w stanie spełnić tak wysoko postawione wymagania? Nie ulega wątpliwości, że Rosjanie nadal próbują.

W grudniu 2004 roku miesięcznik „Akhalt-inform“ opublikował artykuł trener Galiny Osienienko, zajmującej się przygotowaniem koni achałtekińskich do wyższych konkursów w ujeżdżeniu. Obszerne wyjątki z tego tekstu stanowią, częściową przynajmniej, odpowiedź na postawione wcześniej pytanie:

Doskonałość, szczególna uroda, jezdność, prawdziwa gracja, gibkość i plastyka, przyrodzone dostojeństwo, uwaga skierowana na jeźdźca – to dalekie od zupełności wyliczenie tych cech, które wielokrotnie stawiały konia achałtekińskiego na podium w zawodach ujeżdżeniowych. Dodajcie tu szczególne cechy budowy nóg (długa pęcina, długa skośna łopatka), od czego pojawia się miękki chód, nie trudzący jeźdźca. Długi zad achałtekińca pozwala, przy prawidłowej pracy osiągnąć idealne zebranie konia. Ze względu na długie linie, koń achałtekiński porównywalnie niewielkiego wzrostu, wygląda dobrze także pod masywnym jeźdźcem. Na przykład, znakomity Absent ze swoimi 160 cm w kłębie i słusznej sylwetki S.I.Fiłatow tworzyli razem bardzo harmonijną parę.

W poprzednich latach konie achałtekińskie coraz częściej pojawiały się w wysokim sporcie, gdzie z powodzeniem występują w ujeżdżeniu. Na etapie Pucharu Świata, rozgrywanego w Kazachstanie w 2001 roku, nagradzane miejsca w Dużym i Małym konkursie zajęły konie achałtekińskie i konie półkrwi achałtekińskiej. Tym niemniej pozostaje pytanie, dlaczego tak mało tekińców w poważnych zawodach? Świadomy czytelnik odpowie, że jest ich bardzo mało na świecie, że wiele koni achałtekińskich jest za wąskich i za lekkich aby konkurować z rosłymi końmi ras tradycyjych dla ujeżdżenia. To prawda, jest jednak jeszcze jeden czynnik, nad którym chciałoby się zatrzymać, a konkretnie – osobliwości pracy z koniem achałtekińskim przy przygotowaniu go do zawodów ujeżdżeniowych.

Pracuję z końmi achałtekińskimi ponad 20 lat i najgłówniejsza zasada, w słuszności której utwierdzam się z każdym nowym koniem – to stopniowa, planowa praca. Niestety, wiele jest przykładów, kiedy przy nieco zbyt wczesnej, niecierpliwej pracy koń się narowi. Przeciążenie, przy niedostatku siły fizycznej, u póżno dojrzewającego konia achałtekińskiego mogą prowadzić do odmowy pracy. Dlatego u młodych koni do wieku 5 lat zasadniczy nacisk kładzie się na stopniowy rozwój mięsni i na rozluźnienie szyi. Rekomenduje się pracować pod lekkim jeźdźcem z doświadczonym trenerem.

Wysokie noszenie szyi i długi zad tekińca wymaga podwyższonej uwagi na pracę rąk nad opuszczeniem i rozluźnieniem szyi. Zlekceważenie tego problemu na najwcześniejszych etapach przygotowań konia mocno komplikuje późniejsze zajęcia. Ważnym jest, aby młodym koniom dawać dużo ruchu stępem na lużnej wodzy po to, aby ochronić i rozwinąć przestronny, szeroki krok. Niestety, utrata kroku przy wprowadzeniu bardziej złożonych elementów – to jedna z najważniejszych pomyłek dla większości koni.

Wiele czasu należy poświęcić na przyzwyczajenie achałtekińca do wodzy i wędzidła. Wszyscy znają miękki i czuły pysk tekińca, ale to dotyczy także kiełzna. Tekińce są płaskie w porównaniu z innymi końmi i jeźdźcowi zbyt często trudno jest prawidłowo pracować niższą częścią nogi, dlatego należy przyuczyć konia do reakcji na lekkie pomoce.

Zasadnicza praca z tekińcami zaczyna się w wieku 4 – 5 lat: wymaganie giętkości, skrócenia i dodawania, podstawienia zadu, wykonania elementów Małego konkursu (L). I tylko po ukończeniu 7 lat można przechodzić do Dużego konkursu. W procesie pracy nad elementami zawsze potrzeba pamiętać o rozluźnieniu szyi tak, aby koń mógł „chodzić w dole“. (…), dla pracy z tekińcami konieczne jest znaczące doświadczenie w ujeżdżeniu, ponieważ tekiniec ma dobrą pamięć i naprawienie błędów, do których się dopuściło, będzie bardzo trudne.

Jeszcze raz powtarzam, że najważniejsza w pracy z tekińcami – cierpliwość, brak pośpiechu i uwaga skierowana na osobliwości ich budowy i temperamentu. Dokładnie tak, w stopniowej pracy tworzył się wspaniały Grum, faworyt międzynarodowego mitingu w 2000 roku. Tak samo planowo pracowałam też z Sandżarem, który teraz wspaniale pokazuje się w ujeżdżeniu w USA.

Obecnie mam u siebie w treningu gniadego Chorezma – 96 (Kejk – Chaoma), przygotowywanego do Małego konkursu. Temperamentny charakter i pobudliwość tego konia wydłużają prace ale, z drugiej strony, te cechy dały ruchom trenowanego konia niepowtarzalny impuls i wdzięk.

Opinie o tym, czy gra jest warta świeczki i czy jest sens pracować inaczej niż 99% trenerów pracuje z 99% koni są oczywiście podzielone. Na szczęście, nikt nie może tego zabronić – i mamy już nawet i u nas w kraju pierwsze tego dowody. Kariera ujeżdżeniowa naszej Melesugun była wprawdzie krótka i niezbyt udana, ale za to pod koniec poprzedniego sezonu debiutował na czworoboku ogier p. Marcina Podpory z klubu „Pegaz“ Dziemiany Somah Geli, wygrywając konkurs w których wystąpił.

PRZEJŚCIE DO CZĘŚCI DZIEWIĘTNASTEJ I OSTATNIEJ

[1] Ze zbiorów Olgi Piotrowskiej.
[2] Ze zbiorów Olgi Piotrowskiej
[3] Relacja o treningu i występie Absenta, za: T. Liwanowa, Лошадь трех олимпиад, „Konnyj Mir“, nr 2 z 2000 roku
[4] Ze zbiorów Olgi Piotrowskiej.
[5] Ponownie, dla oddania klimatu epoki, warto przytoczyć obszerny fragment z albumu „Konevodstvo w SSSR“: Jeźdźcy radzieccy występują na Igrzyskach Olimpijskich zaczynając od XV, którego odbyły się w 1952 roku w Helsinkach. Radziecka drużyna narodowa była utworzona w zasadzie z sportowców wojskowych.

Zasłużony trener ZSRR N. Szelenkow, który był uczestnikiem XV Igrzysk wspomina, że wówczas radziecka drużyna nie miała doświadczenia w spotkaniach międzynarodowych. Walczyła „jak równy“ z najsilniejszymi sportowcami świata, ale nie zdobyła punktów w nieoficjalnej rywalizacji pomiędzy drużynami. Głównym celem było – dojść do finału i przekonać się, że olimpijskie trasy są możliwe do przejechania.

Rok ten był przełomowy w rozwoju radzieckiego sportu jeździeckiego. Jeźdźcy zaczęli głębiej wnikać w metodykę przygotowań, naukowe podstawy uwarunkowań treningu i walki sportowej, szczegółowo poznali wymagania i zasady Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej.

Igrzyska XVI Olimpiady (1956) odbyły się w Melbourne. Wyniki radzieckiej drużyny poprawiły się: wkkwiści zajęli siódme miejsce.

Na XVII Igrzyskach w Rzymie (1960) pierwszy radziecki sportowiec stał się posiadaczem złotego medalu w ujeżdżeniu. Był to S. Fiłatow na achałtekińcu Absencie ze stadniny ługowskiej. Nasi wkkwiści nie zdołali wygrać w drużynie. Warto jednak powiedzieć, że rok wcześniej, w 1959 r., drużyna mistrzów sportu w Paryżu, w zawodach w skokach przez przeszkody zdobyła Puchar Narodów, wyprzedziwszy najsilniejszych skoczków świata.

Igrzyska XVIII Olimpiady w 1964 r. odbywały się w Tokio, gdzie nasza drużyna w ujeżdżeniu zajęła miejsce medalowe.

Z Olimpiady na Olimpiadę rosło mistrzostwo radzieckich sportowców. W Meksyku na XIX Igrzyskach Olimpijskich w 1968 r. zwycięstwo radzieckiej drużynie w ujeżdżeniu dał I. Kizimow. Na koniu Ichorze Aleksandrowskiego konnego zawodu został mistrzem olimpijskim.

Z powodzeniem wystąpili radzieccy mistrzowie ujeżdżenia E. Pietuszkowa, I. Kizimow i I. Kalita na XX Igrzyskach Olimpijskich w 1972 r. w Monachium. Zdobyli złoty medal w drużynie. Było to błyskotliwe zwycięstwo radzieckiej szkoły ujeżdżenia i zwycięstwo zasłużonego trenera ZSRR G. T. Anastasjewa.

Na XXI Igrzyskach w Montrealu w 1976 r. drużyna radziecka wystąpiła poniżej swoich możliwości i nie zdobyła medalu.

Szczytem osiągnięć radzieckich jeźdźców stały się XXII Igrzyska Olimpijskie, które odbyły się w 1980 r. w Moskwie. Moskwianie dobrze przygotowali się na spotkanie z zagranicznymi gośćmi. W Bitcewskim parku leśnym, położonym w południowej części miasta, powstał kompleks pierwszej klasy, obejmujący wszystkie niezbędne obiekty dla rozgrywania wszystkich rodzajów zawodów konnych. Paradny plac przed Pałacem Sportu Jeździeckiego upiększają fontanny i grupowa rzeźba koni. Do placu przylega stadion skokowy z trybunami na 12 tysięcy miejsc. Płaszczyzna stadionu posiada darniowe pokrycie i dlatego nie ma na nim pyłu. Kompleks obejmuje także kryty zimowy maneż z trybunami na 2 tysiące widzów. Razem z nim znajduje się odkryty czworobok do konkursów ujeżdżeniowych oraz stajnie na 400 koni, lecznica weterynaryjna i skład furażu. W bezpośrednim sąsiedztwie stadionu – steaplechas’owy tor z podstawową drogą o długości 1650 m, a od niego, w Bitcewski park odchodzi trasa „dróg i ścieżek“ oraz krossu, gdzie odbywają się próby polowe, wchodzące w skład wkkw.

Igrzyska Olimpijskie w Moskwie odbywały się na wysokim poziomie sportowym, wzięli w nich udział najsilniejsi jeźdźcy Austrii, Bułgarii, Węgier, Gwatemali, Indii, Włoch, Meksyku, Polski, Rumunii i ZSRR. Członkowie FEI dostrzegli doskonałe przygotowanie kompleksu w Bitce i jego unikalne wyposażenie.

Pierwsi do walki sportowej przystąpili wkkwiści. Zawody zkończyły się zwycięstwem drużyny radzieckiej, udekorowanej złotymi medalami. Drugi i trzeci indywidualnie byli radzieccy wkkwiści A. Blinow na Gałzunie i Ju. Salnikow na Pincecie, którzy stali się posiadaczami srebrnego i brązowego medalu. Świetnie wystąpili w drużynie także radzieccy skoczkowie, którzy również zdobyli mistrzostwo olimpijskie. Byli to Nikołaj Korolkow (srebrny medalista indywidualnie), występujący na koniu Espadronie i trzej Wiktorzy: Poganowski na Tołkom, Asmajew na Rejsie i Czukanow na Hepatycie. Trzeci złoty medal drużynowo i tytuł mistrzów olimpijskich zdobyli radzieccy mistrzowie w konkurencji ujeżdżenia w programie wyższej szkoły jazdy konnej, Ju. Kowszow (srebrny medalista indywidualnie) na koniu Igroku, W. Ugriumow na Szkwale i W. Misewicz na Płocie.

Zdobycz wystąpień radzieckiej drużyny jeździeckiej na XXII Igrzyskach w Moskwie była znakomita: trzy złote, trzy srebrne i dwa brązowe medale.

Wysokie mistrzostwo, wytrzymałość i wola zwycięstwa, jakie przejawili radzieccy jeźdźcy na Moskiewskiej Olimpiadzie, zostały wysoko ocenione przez Partię i Państwo. Duża grupa sportowców została nagrodzona orderami i medalami ZSRR.

RADZIECCY JEŹDŹCY W ZAWODACH UJEŻDŻENIOWYCH NA IGRZYSKACH OLIMPIJSKICH

XVII/1960
Rzym
Złoty medal – S. Fiłatow
XVIII/1964
Tokio
Brązowy medal drużyny (S. Fiłatow, I. Kalita, I. Kizimow)
XIX/1968
Meksyk
Srebrny medal drużyny (I. Kizimow, I. Kalita, E. Pietuszkowa)
Złoty medal – I. Kizimow
XX/1972
Monachium
Złoty medal drużyny (E. Pietuszkowa, I. Kizimow, I. Kalita)
Srebrny medal – E. Pietuszkowa
XXI/1976
Montreal
Czwarte miejsce drużyny
XXII/1980
Moskwa
Złoty medal drużyny (Ju. Kowszow, W. Ugriumow, W. Misiewicz)
Srebrny medal – Ju. Kowszow
Brązowy medal – W. Ugriumow.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...