czwartek, 29 grudnia 2011

Zdziwienie

Przeforsowałem się wczoraj przy robótkach ręcznych, tj. przy machaniu siekierą i dziś zwyczajnie nic mi się nie chce robić. Najpierw długo siedziałem przed komputerem, a potem, po wywiezieniu kilku taczek guana, zabrałem się do leniwej, międzyświątecznej lektury. W ramach bowiem chwilowego rozpasania, kupiłem sobie zbiór opowiadań pt. „Głos Lema“ – rozlicznych autorów piszących „w stylu“ Mistrza.

Zdziwienie ogarnęło mnie przy czytaniu wstępu autorstwa Jacka Dukaja. Dowiedziałem się oto, że… Lema się już dzisiaj nie czyta! Że to taki sam „starożytny“ dla młodzieży autor, jak jakiś tam Mickiewicz, Sienkiewicz czy inny Białorusin znany głównie z podręczników szkolnych, skrótowych bryków i mniej lub bardziej nudnawych ekranizacji na które obowiązkowo chodzą całe szkoły. Z tą tylko różnicą, że ekranizacji Lem ma jednak stanowczo mniej od Sienkiewicza…

Cóż: nie jestem w stanie polemizować z tą tezą. Bo po prostu nie wiem. Nie robiłem żadnych badań na młodzieży w tej materii! Jeśli tak jest istotnie, to po raz kolejny przekonałem się, jakim jestem beznadziejnym zgredem… Skądinąd: dlaczego miałoby mnie to w ogóle obchodzić? Jeśli ktoś nie czyta lub nawet coś tam czytając nie ceni Mistrza – tym gorzej dla niego! Oznacza to li i jedynie, że jest idiotą, z którym nie warto rozmawiać, bo i nie ma o czym… Czy to mój problem? W żadnym razie..! To wyłącznie problem tych, którzy Lema nie czytają, lub nawet coś tam czytając – nie cenią.

Czy w związku z tym należy zmuszać do czytania Lema, na ten przykład zwiększając liczbę jego dzieł w szkolnym curriculum? Ależ w żadnym razie! Po pierwsze – czytanie Lema to jedna z największych przyjemności intelektualnych, jakich można doświadczyć w życiu. Jeśli ktoś sam, dobrowolnie się tej przyjemności pozbawia..? Co komu do tego?

Po drugie zaś – liberalizm liberalizmem, wolność pięści kończąca się na granicy cudzego nosa wolnością pięści i nosa – a świat byłby o wiele lepszym miejscem do życia, gdyby ludzie RZADZIEJ używali generalizacji. Osobliwie, gdy nie potrafią tego robić. A naprawdę mało kto potrafi.

Na ogół nie istnieją żadne „problemy społeczne“. Tak samo jak nie istnieje (bo istnieć z definicji w ogóle nie może!) „społeczny problem nieczytania Lema“ – tak też nie istnieje żaden „społeczny problem pijanych kierowców“. I sympatyczni skądinąd blogerzy bredzą jak potłuczeni i niestworzone opowiadają androny twierdząc inaczej!

Żeby wykazać istnienie statystycznie ważkiego związku pomiędzy spożywaniem lub niespożywaniem alkoholu a jakością prowadzenia samochodu nie wystarczą durne wyzwiska, bezmyślne powtarzanie medialnej papki czy odwoływanie się do „wiedzy potocznej“ (nad czym popastwię się jeszcze niżej!). Do tego potrzebne są żmudne badania i niezgorsza matematyka. Jeśli wierzyć autorom „Superfreakonomii“, które to dzieło recenzowałem tu dawno temu, takie badania podjęto, a matematykę zastosowano. Jak w wielu innych sprawach wynik okazał się z „wiedzą potoczną“ nieuzgadnialny. Albowiem siadając za kierownicę po alkoholu rzeczywiście mamy większą szansę spowodować wypadek drogowy niż prowadząc na trzeźwo. Mniej więcej: trzynaście razy większą szansę. Problem jest jednak jeszcze poważniejszy,  gdy jakiś biedak po kielichu decyduje się wracać do domu pieszo – wówczas jego szanse na udział w jakimś „zdarzeniu drogowym“ rosną w sposób statystycznie ważki. Pijany pieszy ma – po uwzględnieniu wszelkich statystycznych poprawek – jeszcze pięć razy większą szansę na to, że spowoduje wypadek, niż pijany kierowca!

Dlaczego zatem policja nie poluje na pijanych pieszych – tylko na pijanych kierowców, którzy są o tyle mniej groźni dla otoczenia..? Dlaczego nikt nie kontroluje przechodniów alkomatem, a kierowcy są kontrolowani regularnie? Czyżby dlatego że z kierowców można – potencjalnie – więcej zedrzeć finansowo niż z pieszych..?

Można się na to obrażać, można nie przyjmować do wiadomości, można powtarzać swoją mantrę – proszę bardzo: można! Czy to jest mój problem? Nie! To jest problem idioty, który się z wynikami badań naukowych pogodzić nie potrafi…

Skąd się w takim razie bierze ta mantra, owa „wiedza potoczna“? Powtarzana przecież nie tylko przez sympatycznych skądinąd blogerów, ale i przez policję, przez ustawodawców i sądy?

Pewnie już tę historyjkę Państwu opowiadałem, możliwe że niejeden raz – ale co mi szkodzi powtórzyć? Tak samo jak nie widzę najmniejszego powodu przejmować się faktem, że biedni idioci nie czytają Lema – tak też nie widzę najmniejszego powodu by przejmować się, że być może niektórych z Państwa nudzę. Za długie teksty? Obiecuję pisać jeszcze dłuższe! Zbyt dużo trudnych słów? OK – w takim razie koniec ze słitaśnymi zdjęciami koników i przyziemną prozą dnia codziennego – w końcu prowadzę ten blog trzeci już rok i wszystko, co się w gospodarstwie dzieje dzień po dniu pewnie ze dwa razy opisałem. Od tej pory będzie tu tylko ciężka metafizyka z socjologią. To – ze specjalną dedykacją dla czytających bloga służbowo. Kupcie sobie słownik, biedni durnie…

Alors, reverons a nos moutons! Wiele lat temu zdarzyło mi się pracować w „Super Expressie“. W dziale zagranicznym konkretnie – przez co uczestniczyłem w tej akcji tylko doraźnie, nieledwie z boku. Chodzi o akcję „psy gryzą dzieci“. Jak już z całą pewnością pisałem i tu i w „NCz!“ – jeśli mamy pewną populację psów i pewną populację dzieci i te dwie populacje nie są od siebie izolowane, to liczba wypadków pogryzień dzieci przez psy (a także – nigdzie nie zgłaszana i przez to „ciemna“ liczba wypadków pogryzień psów przez dzieci!), zależy li i jedynie od liczebności obu zbiorów. Nic się na to nie da poradzić. Z czego łatwo wywnioskować, że jak ktoś próbuje „coś na to poradzić“, to niechybnie wyjdzie na durnia. Co oczywiście w niczym nie przeszkadza – próbować! Albowiem głupota ludzka jest niewyczerpana – i jest to jedyny rodzaj nieskończoności, którego istnienia możemy być całkowicie i bez najmniejszych wątpliwości pewni.

„Super Express“ gdy doń trafiłem był właśnie głęboko zaangażowany w podpuszczanie ówczesnego wicepremiera Tomaszewskiego do tego, żeby „coś zrobił“ w kwestii dzieci pogryzionych przez psy. Przynajmniej raz w tygodniu dawaliśmy opis jakiegoś incydentu. Jako pracownik działu zagranicznego zbierałem oczywiście informacje na temat incydentów spoza Polski – tudzież opracowywałem tzw. „ramki“, w których podawane były przykłady zagramanicznych uregulowań prawnych w kwestii trzymania psów. Nie umiem wskazać zleceniodawcy tej kampanii – zbyt nisko stałem w hierarchii, żeby się tego chociażby domyślać. Tym bardziej, że oprócz macierzystego „Supera…“, takie same teksty puszczała w tym czasie „Wybiórcza“ i cała reszta merdiów, z telewizyjnymi na czele. Sporo to musiało kosztować! Ale tego, że kampania jest celowa i sterowana, nikt nawet nie próbował ukrywać – zresztą jak to można było zrobić, kiedy po każdej odprawie bezpośredni przełożony przychodził i kazał znowu szukać czegoś o psach..?

Inna sprawa, że w dziennikarstwie jak w żadnej innej dziedzinie życia sprawdza się mądrość z „Rejsu“: ludzie najbardziej lubią te filmy, które już znają! Skoro temat dzieci pogryzionych przez psy okazał się nośny, podchwyciły go inne media – to siłą rzeczy trzeba go było ciągnąć, bo widać: tego właśnie oczekują czytelnicy! Tak więc absolutnej pewności rozróżnienia, co było polityczną intrygą, a co zwykłym we współczesnym dziennikarstwie owczym pędem – mieć nie można.

Tak się jednak złożyło, że ledwo po kilku miesiącach pracy trafiłem do przeciwnego obozu – do Biura Informacji i Propagandy… tfu: Promocji, oczywiście że Promocji – MSWiA. Jak tylko tam trafiłem, zaraz podniosłem alarm, że z tymi psami to podpucha jest i sprawa nie może się dobrze skończyć: trzeba koniecznie ten nawał publikacji zignorować, po jakimś czasie same wygasną, a ludzie zapomną i nie będzie sprawy. Oczywiście – kto by tam słuchał takiego leszcza jak ja? Prace nad rozporządzeniem o obowiązku rejestracji psów niektórych ras były już zresztą zbyt zaawansowane – i wkrótce potem zostało ono podpisane.

Efekt? Efekt był bardzo łatwy do przewidzenia. Z dnia na dzień wszystkie merdia jednogłośnie zmieniły front o 180 stopni i wicepremier zamiast zebrać laur obrońcy niewinnej dziatwy przed krwiożerczymi rotweilerami czy amstafami – dostał nową (wcześniej był znany jako „taksówkarz z Pabianic“) ksywkę: „hycel“. Ksywka się przyjęła.

Tak właśnie rodzi się „wiedza potoczna“. Jest to efekt albo celowych manipulacji, albo – typowego dla współczesnego dziennikarstwa owczego pędu. Prawdziwość czy nieprawdziwość informacji która u podstaw jednego lub drugiego leży – nie ma przy tym najmniejszego znaczenia. Jak będzie się to dostatecznie często powtarzać – ludzie uwierzą, przyswoją, zapamiętają i będą od tej pory powtarzać z najgłębszym przekonaniem! Choćby i na blogach…

Co do pijanych kierowców – to oczywisty interes policji i polityków w ich prześladowaniu widać jak na dłoni. Taki sam związek można by spokojnie udowodnić w odniesieniu do wieku kierowcy czy też jego płci. Kierowca starszy wiekiem jest oczywiście mniej sprawny, częściej go trapią różne ograniczające orientację i sprawność psychomotoryczną przypadłości – co więcej: niektóre z tych przypadłości mogą się objawić nagle i nawet obowiązek przechodzenia częstych badań kontrolnych przypadku nagłego zawału za kierownicą nie wykluczy. Z łatwością można by znaleźć nawet i codziennie – jeden lub dwa incydenty spowodowane przez starszych kierowców. Pobombardować tym publikę przez kilka tygodni – a prace nad nowelizacją kodeksu drogowego ruszą jak z kopyta… Podobnie z płcią. A trudno by to było znaleźć przykłady wypadków powodowanych przez kobiety w stanie PMS?

Dlaczego zatem tak się nie dzieje? Odpowiedź: bo to się nie opłaca! Odebranie prawa jazdy wszystkim którzy kończą 65 rok życia (na ten przykład) – zmniejszyłoby wpływy niemiłościwie nam panującego gosudarstwa z akcyzy paliwowej, VAT i paru innych podatków. Z kolei kazać staruszkom słono płacić za obowiązkowe badania np. co trzy miesiące..? E, tylko lekarze na tym zarobią, a nie budżet! Uczciwi badań i tak nie przejdą (pokażcie mi człowieka który badany co trzy miesiące nie okaże się za którymś razem ciężko chory?), reszta da w łapę – a sama trudność techniczna tego przedsięwzięcia, za które ktoś przecież musiałby zapłacić jasno wskazuje na nieopłacalność takich pomysłów. Podobnie jak pomysłów ograniczania kobietom prawa do prowadzenia pojazdu przez jeden tydzień w miesiącu. Kto niby miałby wystawiać stosowny papierek..?

A pijany? Stan upojenia stwierdzić jest bardzo łatwo, bardzo tanio i może to zrobić każdy patrol drogówki przy pomocy prostego w obsłudze urządzenia. Koszt – pomijalny. Zarobek – i dla budżetu i dla policjantów (co też trzeba brać pod uwagę: dzięki temu budżet może zaoszczędzić, nie podnosząc im pensji!): oczywisty.

Głupi by z tego nie skorzystał! Że więc niemiłościwie nam panujące gosudarstwo (aż tak) głupie nie jest – to korzysta. I stąd merdia zgodnym chórem wmawiają ludziom, że „pijani kierowcy wiozą śmierć“. A wyniki badań naukowych? Kto by się tam jakimś jajogłowym ględzeniem przejmował…

Tym bardziej, że powstała na skutek takich manipulacji (czy też owczego pędu…) „wiedza potoczna“ jest niezmiernie trwała i odporna na próby rewizji! O ile ludzie bywają niezadowoleni ze swojego wyglądu, statusu materialnego czy nawet – prowadzenia się własnej połowicy – to na ogół nikt nie jest niezadowolony ze sprawności własnego umysłu. A skoro tak, to wszelkie próby udowadniania że interlokutor był w błędzie i że głośno ten błąd rozgłaszał, powodują odruchowe zaperzanie się i agresję. Zmiana poglądów to zjawisko tak rzadkie, że prawie niespotykane.

„Wszyscy wiedzą, że“, „każdy zgodzi się z tym“, „mówi się powszechnie“ – i temu podobne nic właściwie nie mówiące stwierdzenia – to takie magiczne wytrychy, które z każdego komunału, byle był często i z wielką pewnością siebie powtarzany, czynią przekonania o solidności gibraltarskiej Skały. Z takimi sobie nie podyskutujesz, bo tylko guzy można sobie nabić! I wiecie co? Po prostu żal mi ludzi, którzy takich słów – wytrychów muszą używać, bo inaczej swoich poglądów uzasadnić nie potrafią. Czegoś im braknie widać – i całe ich szczęście w tym tylko, że zwykle nie zdają sobie z tego sprawy. Tak czy inaczej – żal mi ich prawie tak bardzo jak tych biednych durni, którzy muszą czytać tego bloga bo takie dostali służbowe polecenie – i jak tych biednych idiotów, którzy od Lema wolą jakąś tam fantasy, jak twierdzi Dukaj!

Owszem, okładki to mają te książki fajne – wszystkie te lalunie w skąpych strojach lub zgoła bez – hm, hm, czemu nie? Raz na jakiś czas, w pociągu na przykład – pewnie to lepsze niż przaśna dosłowność pornosa, no i nie trzeba się przed ludźmi kryć… Ale tak na zawsze, bez wyjątku, tylko i wyłącznie? Biedni idioci…


A „Głos Lema“? Z opowiadania na opowiadanie czyta się coraz lepiej. Wirtualny świat Wojciecha Orlińskiego ze „Stanlemiana“ chętnie bym odwiedził po raz kolejny, pomysł i bohater aż proszą się o cykl (albo i serial telewizyjny..?). Następujący zaraz po nim „Telefon“ Rafała Kosika zostawia czytelnika z poczuciem nie rozwiązanej do końca zagadki i też ma w sobie potencjał na coś większego. Bardzo jestem ciekaw co będzie dalej? Czytam sobie tedy – a Państwo, Szanowni Czytelnicy, męczcie się z powyższym tekstem, a proszę bardzo…

20 komentarzy:

  1. A mi jest żal, że szanowny autor zamierza przestać opisywać słodkie historie z życia gospodarstwa które okraszał zdjęciami. Po prostu bardzo lubię czytać o gospodarskich sprawach i oglądać zdjęcia inwentarza. Mam nadzieję, że po przejedzeniu się pisaniem tłustych tekstów wrócą na karty tego bloga miłe wszystkim wiejskie historyjki.
    Chociaż z drugiej strony wiele z "długich tekstów" które znajduję na tym blogu całkiem mi się podoba. I tu muszę się pochwalić przy okazji, że potrafię przeczytać cały taki długi tekst ze zrozumieniem aż do końca.

    Pozdrawiam i Życzę Szczęśliwego Nowego Roku,
    Tomek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Arrête-toi, cher Jacek (nie jestem pewna jak Jacek brzmi po francusku) :)
    Myślę, że nikt z Twoich stałych czytelników specjalnie się nie zmęczy, poza tym grubaśnych słowników teraz nosić nie trzeba, wszystko jest w internecie! Niezmiernie mnie jednak zaciekawiłeś, któż to taki i na czyje polecenie musi Cię służbowo czytać!?
    Nie da się uniknąć uogólnień, sam nie jesteś od nich całkowicie wolny. Tylko się nie tu nie zaperzaj przed czym sam przestrzegasz.
    Mnie przeraża, że na kilkanaście osób czekających na dzieci pod salą baletową, ja jestem jedyną czytającą książkę lub gazetę niekolorową. Co do Lema, to miał, ma i mieć będzie swoich czytelników.
    Nie od dzisiaj wiadomo, że media są zmanipulowane i manipulują, nie do tego stopnia jednak, żeby inteligentny czytelnik lub widz nie wyszedł na tym na swoje.
    Mnie najbardziej podoba się walka z bezrobociem.
    Ze wielokrotnie powtarzane kłamstwo staje się ogólnie przyjętą prawdą(jak pisał Łysiak, którego jednak niektórych książek przeczytać nie jestem w stanie), to już zupełnie inna sprawa.
    Wyobrażasz sobie co by było jakby jazda z promilami była w Polsce dozwolona. Polacy nie potrafią pić. Francuzi czy Włosi jeżdżą w stanie lekkiej nieważkości i nieźle im to idzie.
    Stanowczo powinno się łapać nietrzeźwych pieszych, bo wracają, aby w zaciszu domowym lać swoje żony. Na polskich drogach nawet trzeźwy pieszy, zwłaszcza w nocy jest sporym zagrożeniem, bo nie ma chodników, ale za to powinno się wyłapywać odpowiednie władze.
    Odczep się od kobiet, które w Polsce GENERALNIE gorzej jeżdżą, bo w STATYSTYCZNEJ polskiej rodzinie jest jeden samochód i wiadomo kto nim jeździ. Bardziej niebezpieczni od kobiet z comiesięczna przypadłością są sfrustrowane faceciki, lub wkurzeni czymś kierowcy płci obojętnej.
    I nie denerwuj się tak bardzo opiniami z komputera, a zwłaszcza z końskich forów. Lem powiedział, że nigdy nie przypuszczał, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie zaczął korzystać z internetu.
    Pisz wszystko jedno o czym, bo robisz to świetnie!
    Meilleures salutations, Łucja

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy wiesz, że Lem powiedział także, że najlepszym dowodem na istnienie cywilizacji pozaziemskiej jest to, że się z nami nie kontaktują. Bardzo go lubię.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziwię się autorowi bloga, że broni pijane bydlęta siadające za kółko. Autor powołuje się na jakieś statystyki, tyle że statystycznie ja i pies mamy po trzy nogi. Autor zapomina, o energii związanej z ruchem obiektu (masa pomnożona przez połowę kwadratu prędkości) . Pijane 70 kg jest dużo mniej groźne niż pijane 1000 kg czy kilka-kilkanaście ton. Pijany pieszy to energia rzędu kilku kilodżuli, pijany kierowca osobówki to już około stu kilodżuli, a pijany kierowca tira z ładunkiem to kilka tysięcy kilodżuli.
    Dlatego też wszelkie działania policji polegające na wyłapywaniu swołoczy jeżdżącej po pijaku uważam za słuszne.

    OdpowiedzUsuń
  5. O, a jednak nie wszyscy są w stanie czytać ze zrozumieniem, zawsze, gdy zaczynam wierzyć w ludzkość, spada na mnie kara.
    Kierowcy tirów nie piją, bo są STATYSTYCZNIE najczęściej kontrolowani przez wszystkie możliwe służby. Oni powodują wypadki z niewyspania.
    Pijani, a czasem trzeźwi piesi zmuszają kierowcę do trudnej decyzji, większość wybiera zderzenie z nadjeżdżającym z przeciwka samochodem, bo rozjechanie nieopancerzonego człowieka jest dla psychiki trudniejsze. Jeśli nie ma czasu, to i tak próbują odbić, jeśli dojdzie do uderzenia w pieszego to hamujący samochód może spowodować karambol.W mojej okolicy były takie wypadki. Dziury w drodze też działają podobnie.
    Wracając do tirów przypomniała mi się smutna historia. Rodzina wracała z wakacji we Włoszech, po polsku, czyli non-stop, kierujący, pan mąż zażył jeszcze jakieś lekarstwa. Już w Polsce doszło do zderzenia z tirem. Trzeźwy jak świnia rumuński kierowca przesiedział kilka godzin w areszcie, bo policji nie mieściło się w głowie, że sprawcą wypadku, w którym sam zginął i zabił dwójkę swoich dzieci mógł być również trzeźwy kierowca osobówki. Ślady były ewidentne, zasnął i wjechał pod jadącego swoim pasem tira.
    Nie pochwalam jazdy po pijaku, ale tak samo niebezpieczni są kierowcy niewyspani, zażywający leki, słabowidzący, starsi, chorzy, w depresji, przed i po rozwodzi, cholerycy, anorektycy, bulimicy, piszący smsy, zamyśleni, zakochani....... Samochód to narzędzie zbrodni, a jego kierowca to potencjalny zabójca.

    OdpowiedzUsuń
  6. Otóż to: przyczyn wypadków drogowych jest wiele. Wiele jest też "grup ryzyka": kierowcy niewyspani, chorzy, na lekach, zbyt starzy, za młodzi, zbyt bojaźliwi, zbyt brawurowi, za głupi, zbyt zamyśleni, zakochani, uzależnieni od telefonu komórkowego, niedoszkolone kobiety bo mąż prowadzić nie daje i faciki stroszące kogucie piórka przed połowicami (lub kandydatkami na połowice...). Prawdopodobnie dla wszystkich lub dla ogromnej większości dałoby się przeprowadzić takie same badania jak dla pijanych - i zapewne ryzyko spowodowania wypadku byłoby dla wielu z tych grup takie samo lub większe niż dla kierowców pijanych. A jednak rządy na całym świecie - oraz idące za nimi media i za mediami idący idioci niezdolni do samodzielnego myślenia, których jest, zgodnie z zasadami statystyki, 93% w każdej populacji, wśród blogerów i wśród komentatorów też - walczą TYLKO z pijanymi. Dlaczego? Bo tylko to jest efektywne fiskalnie! Zwalczanie ryzyka prowadzenia samochodu w stanie niewyspania (co robi się, znacznym kosztem zresztą, w odniesieniu do TIR-ów) na skalę powszechną jest z całą pewnością dla budżetu nieopłacalne. A zwalczanie ryzyk związanych z chorobą, zakochaniem czy brakiem praktyki - po prostu: niewykonalne. Stąd i cała walka z pijanymi kierowcami NIC NIE MA WSPÓLNEGO Z ŻADNYM TAM BEZPIECZEŃSTWEM, a wszystko - z dochodami budżetu! Ergo: jest to bezsensowne bicie piany, a każdy, kto do tej walki nawołuje, powinien mieć etat u Rostowskiego... Nie mówiąc już o tym, że ja aksjologicznie w dupie mam dbanie o czyjekolwiek bezpieczeństwo (poza własnym) prze rząd - i tyle!

    @ Łucji - nie dam tej satysfkacji moim paranoicznym, połamanym duchowo i mentalnie prześladowcom i nie nazwę ich po imieniu. Oni doskonale wiedzą o kim piszę. I boją się. Boją się - bo mają nieczyste sumienie. Ta słodka wiedza wystarczy mi za każdy rodzaj satysfakcji, nic więcej już robić nie muszę i nie zamierzam...

    OdpowiedzUsuń
  7. Jacek:
    zgadzam sie w calej rozciaglosci.
    Od siebie dodam, ze w niektorych krajach zadbano i o pijanych pieszych: wprowadzono zakaz (pod kara) poruszania sie w stanie wskazujacym na w miejscach publicznych.
    A w ramach prewencji odnosnie pijanych kierowcow wprowadzono tez kare DUI (driving under influence of alcohol) za samo ZBLIZENIE SIE do samochodu w stanie nietrzezwym. To, ze ktos chce otworzyc bagaznik i wyjac plaszcz czy parasolke a potem pojsc do domu, nie jest "wytlumaczeniem". Znam ludzi, co im za taki "wyczyn" zabrano prawo jazdy.

    Ale najstraszniejsze jest jedno: paranoje tych zakazow i calej sytuacji widza tylko ludzie przyjezdzajacy z innych, bardziej wolnych krajow. Bo tubylcy maja juz tak mozgi wyprane, ze odpowiadaja tylko "sam sie prosil, wiedzial ze to karalne, mogl nie podchodzic do samochodu".

    A... zapomnialam o jeszcze jednym debilizmie: karalne jest rowniez przewozenie w samochodzie odpieczetowanej butelki z alkoholem (obojetnie, co to i obojetnie, czy ktos z tego pije, czy nie.

    Takze, wladzuchna polska ma JESZCZE szerokie pole do popisu w rzeczonej kwestii. Widocznie narazie wyobrazni im brakuje albo nikt jeszcze nie byl w owych "swiatlych" krajach gdzie panuja tak dalece prewencyjne prawa...

    OdpowiedzUsuń
  8. Generalnie kol. Autor zarzuca mi, że pierdzielę bzdury, że potłuczony, itp. z resztą nie raz pierwszy między nami jest spięcie o pijanych kierowców.

    Kolega uprawia twórcze "dziennikarstwo", widzę w tym próbę szukania jakiejś statystyki, logiki i racjonalizmu.

    Moja odpowiedź będzie prosta i konkretna: niech sobie kolega przy pierwszej okazji oglądnie taki stary, fajny, klasyczny film z okresu PRL - nazywa się Dekalog I.

    Ponieważ Kolega jest wyjątkowo inteligentny, bez problemu zastosuje zasadę analogii.

    Lepiej ja tego nie wytłumaczę (niż ten film).

    OdpowiedzUsuń
  9. Wiesz, mnie tam nikt nikogo nie zabił po pijanemu i może stąd mam takie chłodne podjeście do problemu - ale nie chciałbym go tracić (tego podejścia) bez względu na okoliczności: logika i racjonalizm SĄ chłodne i z magmą emocji się nie liczą. I tak ma być!

    OdpowiedzUsuń
  10. No dobra, wyjaśnię jeszcze raz, jak komu dobremu. Zdanie "pijany kierowca wiezie śmierć" nie jest wyrazem WIEDZY, ale WIARY. Wiary, jak dobrze wiemy, wynikłej ze zmasowanego prania mózgu stosowanego przez wszystkie przekaziory na całym prawie świecie przez kilka ostatnich dziesięcioleci - wiary, która jest ewidentnie korzystna fiskalnie dla rządzących, bo usprawiedliwia uprawiany przez nich rabunek.

    Stosunek wiary do wiedzy bywa rozmaity jak dobrze wiemy. Najlepiej to kiedyś wyjaśnił ksiądz proboszcz w Kasparusie, mówiąc swoim wiernym: "widzicie moje drogie dziatki w pierwszej ławce pobożną rodzinę państwa Kowalskich - pani Kowalska WIE, że ich piątka dzieci to jej dzieci. Natomiast pan Kowalski WIERZY, że to są także i jego dzieci!".

    W tym akurat przypadku, wiara zawiera pewien element wiedzy - ponieważ istotnie, stan upojenia alkoholowego, statystycznie pogarsza zdolność panowania nad pojazdem mechanicznym. Jak wynika z badań: 13-krotnie, a więc dość znacznie (choć w liczbach bezwzględnych to aż tak źle nie wygląda: w USA pijany kierowca średnio przejeżdża 43 tysiące kilometrów nim... Po prostu: jazda samochodem jest bezpiecznym sposobem poruszania się! Więc ten 13-krotny wzrost dalej sytuuje prawdopodobieństwo kraksy w jakichś tam promilach... Oczywiście: w Polsce konkretne liczby wyglądają inaczej, ale mechanizm jest pewnie ten sam - i proporcja też!).

    Tyle tylko, że:
    - istnieje bardzo wiele innych niż picie alkoholu zachowań, które co najmniej w takim samym stopniu obniżają sprawność prowadzenia pojazdu - ale na ten temat się nie mówi, bo nie są to zachowania dające się łatwo obciążyć fiskalnie!
    - jeszcze większe (5 razy większe!) zagrożenie niż pijani kierowcy stwarzają pijani piesi - a tego tematu się (na razie, w Polsce...) nie podejmuje - bo też nie obiecuje on gosudarstwu zysków...

    OdpowiedzUsuń
  11. Można na to spojrzeć też w ten sposób, że bycie pod wpływem podnosi ryzyko i jesteśmy w stanie obniżyć to ryzyko ścigając pianych. Ponieważ dla większości liczy sie tylko to co widać dlatego władzuchna sie popisuje a że przy okazji nieźle na tym zarobi...


    Problem polega na tym, że tylnimi dzwiami penalizuje się MOŻLIWOŚĆ spowodowania szkody a stąd już tylko do uznaniowego karania obywatali. Oczywiście obrzucający mięsem bloger nie widzi w tym problemu ale niestety Jacku nie jest to tylko jego problem. Konsekwencje takiej uznaniowości będziemy doświadczać wszyscy. Z drugiej strony czy jest sens kopać się z koniem? Żyjemy w państwie o korzeniach i celach totalitarnych lepiej żeby zajmowało się pierdołami niż miało działać sprawnie i skutecznie.

    Antyetatysta

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja też przeczytałam do końca i też ze zrozumieniem:)
    A z super ekspresem i z końmi kojarzy mi się następujący artykuł (tylko trochę nie pasuje do Lema :)
    http://www.wykop.pl/ramka/118630/kon-chuligan-rozbil-wino-fakt/#

    pozdrawiam
    Kaśka

    OdpowiedzUsuń
  13. Jeśli autorowi przeszkadza, że karze się tylko pijanych (a nie naćpanych, niewyspanych, złych czy starych) kierowców, to niech walczy o to, by rozszerzyć represje.

    Chociaż chętnie poczytam o tym, jak to alkohol we krwi zmniejsza ryzyko wypadku, bo ta teza wydaje mi się tak karkołomna, że aż niemożliwa do udowodnienia.

    OdpowiedzUsuń
  14. Gosudarstwo nie dlatego poddaje represji pijanych, że chce zmniejszyć ryzyko towarzyszące jeździe samochodem, tylko dlatego, że ma z tego dochód. Taka jest natura gosudarstwa - i naiwnością jest oczekiwanie czegoś innego!

    Oczywiście, równie naiwnym jest twierdzić, że gosudarstwo powinno przestać się ruchem drogowym interesować (tak samo jak innymi dziedzinami, gdzie może TYLKO szkodzić: zdrowiem swoich poddanych, ich kondycją ekonomiczną czy poglądami...) - gosudarstwo jest równie niezmienne jak natura ludzka, z której słabości pochodzi i oczywiście że żadne tam "państwo minimum" nie jest możliwe! Ale podobać mi się obecny zamordyzm przecież nie musi???

    OdpowiedzUsuń
  15. Mając lat kilkanaście i obracając się w gronie miłośników fantastyki, sama zaczęłam czytać od... Lema. I nie wynikało to z tego, że jego dzieła zdobią bibliotekę w moim domu od zarania dziejów, ale dlatego, że uważany jest za ojca sci-fi. Poczytałam, pozachwycałam się i często wracam. Nie znam chyba żadnej osoby lubiącej fantasy, która nie przeczytała żadnej z jego dzieł. Dla mnie tak samo, nie znajomość pewnej.. klasyki gatunku, jak i muzyki (tu mam na myśli klasyczną, od Czajkowskiego po Możdżera) sprawia, że mój rozmówca traci w oczach. Można czegoś nie lubić, za czymś nie przepadać, ale twierdząc, że jest się melomanem czy też książkofilem (że tak ujmę) i nie znając podstaw to żenada.
    z innej beczki:
    Polecam Lewandowskiego i jego osławiony "Most nad otchłanią".

    OdpowiedzUsuń
  16. Waldemar z Roztocza. Czy Kolega obserwuje blog Indianki z Mazur. Ta dziewczyna pogubiła się

    OdpowiedzUsuń
  17. @jkobus:
    Przesadzasz. Kto czyta (a nie "czytuje) książki, Lema co najmniej zna. Wypraszam sobie dychotomię "mądre scifi z przesłaniem"-"mózgojebne, kryptopornograficzne fantasy". W obu nurtach pełno jest dzieł typowo pulpowych. Tak to już jest, iż przypadek (bądź Bóg, nie mi wnikać) nie raczył obdarzyć ludzi po równo rozumem- jedni oddają się intelektualnym przyjemnościom przy lekturze, inni mogą co najwyżej pić jabole pod sklepem; nie widzę sensu w denerwowaniu się tym faktem. Ludzi są po prostu różni.

    Lem był po prostu kiedyś na topie jako pisarz "świeży"; tak samo jest obecnie moim zdaniem z Dukajem- to jego nazwisko jest rozpoznawane z książek, leżących u mnie na półce. Zobaczymy za 40 lat...


    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  18. A jak ja się dopiero zdziwiłam na ten komplement "biedny idiota"! Cóż, nie znoszę Lema, nie cierpię Lema! Od czasów podstawówki, kiedy musiałam, nie czytam Lema i czytać go nie zamierzam! Tylko z tego powodu przylepiasz ludziom łatki "biednego idioty" z którym nie warto rozmawiać?
    Bardzo lubię i czytuję fantasy, nawiasem mówiąc. Nie cierpię też ani Czajkowskiego, ani Możdżera, a muzyka leży w obszarze moich zainteresowań (to a propos wypowiedzi wschodnigosciniec.

    Dlaczego Wy wciąż uważacie, że to co jest dobre dla Was, musi być takim dla każdego innego człowieka? Czy mam prawo obrzucać kogoś obelgą, nazywać ignorantem, kretynem, jeśli ten nie czytuje Paulo Coelho, którego ja cenię, lub nie słucha Leonarda Cohena?

    OdpowiedzUsuń
  19. ... lub nie ceni aktorstwa Leonardo Di Caprio!

    OdpowiedzUsuń
  20. Pierwszy raz zajrzałam tu zaciekawiona tematem koni achałtekińskich. Teraz zaglądam tu z oczekiwaniem na interesujące wpisy nie tylko o koniach. Nie zawsze zgadzam się w pełni z treścią ale zawsze z zainteresowaniem je czytam.
    Ten wpis zmobilizował mnie do ujawnienia się.

    Jadwiga Drozdz

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...