niedziela, 4 grudnia 2011

Dzień Zagłady

Uwaga! Tekst zamierzałem opublikować na Agepo, ale nie mogę wejść na portal. Kiedy mi się to uda - zostanie tam przeniesiony...

Upływa prawie rok od chwili, gdy zaczęliśmy z Kolegami: Wojtkiem Majdą, a potem Maczetą Ockhama dyskutować na temat możliwości przetrwania – w perspektywie tych 20 – 40 najbliższych lat, co do których możemy w ogóle snuć jakieś domniemania i nie popadać przy tym w oczywistą śmieszność. Projekt Agepo zrodził się z tych dyskusji – i od samego początku cieszył się Państwa zainteresowaniem.

Od dłuższego czasu żaden z nas nie ma czasu na tworzenie nowych wpisów. Moi młodsi Koledzy zajęli się praktyczną realizacją peakoilowego survivalu: Maczeta prostą drogą zmierza do celu, przeniósłszy się w cieplejsze strony, gdzie już dobija targu o spłacheć ziemi – a Wojtek gromadzi kapitał, pracując w centrum naszej industrialnej cywilizacji. Ja, jako teoretyk z krwi i kości, przy tym niemłody już i bezdzietny – pozostałem wprawdzie na własnych, boskowolańskich zagonach i całe moje praktyczne ćwiczenia z survivalu to zakończony sukcesem eksperyment w uprawie kartofli na końskim nawozie, który wiosną powtórzę na większą skalę – ale również mam teraz o wiele więcej innej pracy. Przy tym, moją specjalnością jest perspektywa historyczna – a to nie wystarczy do samodzielnego „ciągnięcia“ tak złożonego problemu. Tak więc, Drodzy Czytelnicy: jeśli chcecie więcej tekstów o przetrwaniu w trudnych czasach – trudno i darmo: musicie je sami napisać! Już dawno ogłosiliśmy, że czekamy na propozycje – kilka takich propozycji, bardzo ciekawych, dostaliśmy i opublikowaliśmy. Prosimy o następne! Przypominam chociażby o apelu, aby dzielić się treścią dobrych rad zawartych w starych (sprzed półwiecza mniej – więcej) poradnikach rolniczych czy gospodarstwa domowego: wbranie takich porad nie wymaga przecież wielkich talentów literackich – a bardzo może się szerokiej publiczności przydać..!

Do zabrania głosu zainspirował mnie tekst JKM w ostatnim „Najwyższym Czasie!“, pt. „Czy Bóg jest partaczem?“. Tekst ten zajmuje się poniekąd podobnym co my na tym portalu problemem – problemem równowagi homeostatycznej.

Od samego początku twierdzimy tutaj zgodnie, że Peak Oil sam w sobie – to w ogóle nie jest żaden problem dla przetrwania cywilizacji! Nasza cywilizacja istniała i potrafiła wyżywić potencjalnie tyle samo lub nawet więcej ludzi przed upowszechnieniem się ropy naftowej jako paliwa (fakt, w Roku Pańskim 1913 nie żyło na Ziemi 7 miliardów ludzi – ale ile wtedy było nieuprawnych pustek..???) – i spokojnie da sobie radę w sytuacji, gdy ten rodzaj paliwa trzeba będzie w coraz to większym stopniu zastępować innymi. Tym bardziej, że przecież ropy nie zabraknie z dnia na dzień – traktory nie staną w połowie nie zaoranego pola, statki nie zatrzymają się na środku morza, a samoloty nie spadną… Po prostu to, co mamy teraz: rosnące ceny na stacjach benzynowych (nie bez możliwości krótkoterminowego odwrócenia tego trendu – w końcu: ile w tej cenie faktycznie ropy – a ile podatku..?) – wydaje się zjawiskiem, do którego warto się już przyzwyczaić, bo raczej będzie nam towarzyszyło do końca naszych dni – ile byśmy na tym łez padole nie żyli…

Z drugiej strony, od samego początku twierdzimy też zgodnie, że Peak Oil nie jest zjawiskiem, nad którym można przejść do porządku dziennego – tak, jak można było przejść do porządku dziennego nad spadkiem połowów wielorybów (tłuszcz wielorybi przez wieki był podstawą „energetyki“ przynajmniej w krajach północnej Europy…), czy spadkiem plonów oliwek w starożytnym świecie śródziemnomorskim (takie spekulacje to już domena kol. Maczety, który w ogóle – lubi oliwki – ja się przyznaję do niewiedzy na temat aż tak odległej przeszłości…). Nie tylko dlatego, że jak na razie nie widać technologii, która mogłaby za naszego życia zastąpić silnik spalinowy. Ostatecznie: taka technologia się przecież wcześniej czy później na pewno pojawi, żadne prawa fizyki nie wydają się tego zabraniać – a jeśli przy okazji nastąpi złamanie dotychczasowego trendu, wedle którego każdy kolejny nośnik energii był nie tylko wydajniejszy, ale i bardziej uniwersalny od poprzedniego (co nie jest takie pewne – bo być może jednak silnik spalinowy zostanie zastąpiony przez elektryczny?) – to cóż z tego? Nie musimy się znać na wszystkich potencjalnie zbawczych dla naszej industrialnej cywilizacji technologiach. Mało tego! Byłoby nader dziwnym, gdybyśmy się znali i gdybyśmy umieli trafnie przewidzieć, która to z potencjalnie wchodzących w grę technologii rzeczywiście silnik spalinowy zastąpi. Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że „nikt na świecie nie wie, jak powstaje ołówek“ – technologie którymi się posługuje nasza industrialna cywilizacja są tak skomplikowane i wymagają tak złożonej kooperacji, że na ogół nie sposób ich ogarnąć pojedynczym umysłem. Co, swoją drogą – jak się Państwo domyślacie – rodzi też pewne ryzyko. Czytałem ongiś opowieść o królowej Madagaskaru, na dwór której w XVIII wieku (ale już po Beniowskim, który tak naprawdę żadnym tam „królem Madagaskaru“ nie był, tylko zwykłym blagierem i oszustem… A może zresztą wcale to nie była królowa Madagaskaru tylko cesarz Etiopii? Naprawdę: nie pamiętam. Nie ma to zresztą większego znaczenia…) dotarł pewien francuski podróżnik – bodaj czy nie rozbitek zresztą. Miał w każdym razie przy sobie podręczne wydanie „Encyklopedii“ – i korzystając z tej jednej książki umiał zachwycić królową budując jej cały szereg zabawek: zegar, armatę, krosna, młyn wodny, organy… Problem pojawił się, gdy królowa (czy tam cesarz – wszystko jedno…) zażyczyła sobie… butów! Biedak męczył się niewymownie – ale nie znalazł w „Encyklopedii“ wystarczająco poglądowego przepisu na uszycie butów, by dało się cokolwiek zdziałać wychodząc od kawałka nie garbowanej skóry, bo takim surowcem wstępnym dysponował. W końcu rozberał na czynniki pierwsze własne obuwie (był bowiem nie tylko zręcznym czytelnikiem „Encyklopedii“, ale i – jak to Francuz – człowiekiem błyskotliwym i inteligentnym) i na tej podstawie – sklecił jakieś mokasyny. Nie zachwyciły wymagającej klientki, ale podróżnik przynajmniej głowę ocalił – na tyle długo, że go w końcu ktoś znalazł i do cywilizacji przywrócił.

Otóż współcześnie nawet dysponując pełnym wydaniem „Encyclopedia Britannica“ na nośniku usb (nikt przecież nie będzie ze sobą taszczył tylu tomów…) nikt nie zbuduje od podstaw komputera, rakiety, a nawet – prostego silnika diesla. Już prędzej: buty. Przy odrobinie zręczności. Bo wyprodukowanie komputera wymaga współdziałania tylu wysoko (i wąsko!) wykwalifikowanych fachowców i tak skomplikowanych procesów technologicznych, że ich odtworzenie naprawdę od podstaw, bez użycia gotowych elementów – jest dla pojedynczego człowieka całkowitą fantsmagorią. Życia na to nie wystarczy. Chyba, że znacie Państwo jakiś udany eksperyment tego rodzaju..? A już problem się zacznie, gdy tego nośnika usb nie będzie gdzie wetknąć…

Innymi słowy: rosnąca komplikacja i współzależność charakteryzująca naszą industrialną cywilizację ZMNIEJSZA jej zdolność do homeostazy. A to już jest pewna przesłanka do tego – żeby się jednak tego Peak Oil trochę bać. Nie bardzo – ale jednak: troszeczkę. W końcu, jeśliby Wikingom nagle zabrakło wielorybiego tranu, to by co najwyżej kolejny łupieżczy napad na Irlandię zaplanowali po ciemku. A jeśli nam nagle zabraknie procesorów..? A procesory wytwarza się raptem w kilku miejscach na świecie – 90% bodajże: na Tajwanie – i wcale nie będzie łatwo ich produkcję uruchomić gdzie indziej…

Tak więc, sama komplikacja naszej industrialnej cywilizacji poważnie utrudnia rozeznanie, któraż to z raczkujących, dopiero rozwijanych czy ledwo perspektywicznych technologii zastąpi za 20 czy 40 lat silnik spalinowy. Tego nikt na świecie nie wie – i właściwie: wiedzieć nie może. Nie ma takiej szansy! W praniu wyjdzie – a próby przewidywania niczym się nie różnią od obstawiania wyników totolotka.

Po drugie: przecież gdybym wiedział (jakimś cudem…), albo chociaż, gdybym miał silne przekonanie że wiem, co za 20 lat zastąpi silnik spalinowy, to bym o tym nie strzępił klawiatury, tylko, idąc za biblijną radą, sprzedał wszystko co mam i uzyskane środki zainwestował w tę właśnie technologię… Jeśli więc strzępię na ten temat klawiaturę, to już samo w sobie dowodzi, że nie wiem, a nawet – że nie mam żadnych silnych przekonań co do tego, czym będzie napędzany świat za 20 lat!

Poza tym, rzecz jasna, że za 20, a nawet za 40 lat ludźmi będą rządziły te same namiętności, te same pragnienia i potrzeby, które rządzą nami – i które rządziły naszymi przodkami tak w górnym, jak i w dolnym paleolicie. Chyba, że ktoś się weźmie na serio za inżynierę genetyczną, ale to jest raczej w tak krótkiej perspektywie mało prawdopodobne – a poza tym, wątpliwym jest, by właśnie od namiętności i potrzeb zaczynał: w końcu, o ile mnóstwo ludzi jest niezadowolonych ze swojego wyglądu czy zdrowia – to pokażcie mi choć jednego, który by narzekał na konstrukcję swojej mózgownicy..?

Właśnie dlatego, że ludzkie namiętności i potrzeby pozostają przez tysiąclecia niezmienne – Peak Oil nie jest zagadnieniem, nad którym można by przejść do porządku tak łatwo, jak nad spadkiem połowów wielorybów w drugiej połowie XIX wieku czy nad (hipotetycznym) spadkiem produkcji oliwy w starożytnym świecie śródziemnomorskim. O tych ludzkich namiętnościach i potrzebach popełniłem ostatnio dwa duże teksty u siebie na blogu: oba też ukazały się w „Najwyższym Czasie!“ na przestrzeni minionego miesiąca.

Tak się bowiem składa, że głównym powodem, dla którego Peak Oil jednak trzeba się obawiać jest fakt, iż bezprecedensowy w dotychczasowych dziejach ludzkości dobrobyt wynikły z powszechnego stosowania ropy naftowej i silnika spalinowego dał też bezprecedensowe w dotychczasowych dziejach ludzkości możliwości zaspokajania namiętności i potrzeb bezprecedensowo wielkiej liczby ludzi – bez pracy.

W starożytności zaspokajać głód, pragnienie i potrzebę rozrywki za darmo mogli tylko mieszkańcy Rzymu – a i to nie wszyscy, trzeba się było zaliczać do jego obywateli (co dopiero od czasów Commodusa przestało być przywilejem, a stało się normą dla wolnych mieskańców Imperium). Potem przyszedł regres dobrobytu, co poznajemy również i po gwałtownym spadku liczebności klasy próżniaczej, która w średniowieczu była nader symboliczna – nie każdy ksiądz mógł sobie pozwolić na unikanie pracy fizycznej, wielu wiejskich wikarych, a nawet i niektórzy proboszczowie zmuszeni byli sami zwozić wybrane w ramach dziesięciny snopy zboża z pól do stodół, a czasem pewnie też i – młócić i mleć. O próżniactwie wśród rycerzy, przynajmniej w kontekście owych planujących co roku, w świetle zasilanych wielorybim tłuszczem kaganków, łupieżcze napady na Irlandię czy Francję Wikingów – w zasadzie mówić nie należy, bo jest to dla tych dzielnych, zapracowanych po uszy ludzi wybitnie krzywdzące. Próżnictwo w średniowieczu zatem, to wesołe życie żaków na tych kilkudziesięciu w całej Europie uniwersytetach – no i „dzielnice cudów“ w większych miastach, gdzie żyli z łaski swoich bliźnich (a czasem za przyczyną ich nieroztropności…) żebracy i złodzieje.

Z tej też klasy, potocznie zwanej „klerkami“ wywodzi się „nowa arystokracja“ – czyli podstawowa klasa próżniacza Ery Nowożytnej: biurokracja. Aż do roku 1913 jednak, który nie bez przyczyny tak często tutaj wspominam – owa biurokracja była jedyną i jednak dość nieliczną „klasą próżniaczą“. Wraz z upowszechnieniem się silnika spalinowego i niebywałym wzrostem dobrobytu, jaki temu towarzyszył – liczebność klasy próżniaczej, przynajmniej w tej części świata, do której mamy przywilej się zaliczać – wzrosła wielokrotnie. W tej chwili WIĘKSZOŚĆ mieszkańców Polski pracować nie musi – i w związku z tym: nie pracuje.

Że tak pojmowana „klasa próżniacza“ wcale nie opływa w wielkie dostatki, bo składają się nań w głównej mierze konsumenci zasiłków, stypendiów i innej „pomocy socjalnej“…? Rzymski proletariat też w wielkie dostatki nie opływał – a np. taki Feliks Koneczny w swojej publicystyce historycznej głośno i wyraźnie protestował przeciw zaliczaniu do „klasy próżniaczej“ wielkich właścicieli ziemskich, jak najbardziej opływających w dostatki i luksusy – wskazując, jak pracowite musieli pędzić życie, by owe dostatki i luksusy bodaj utrzymać… To jest oczywiście nieco kontrowersyjna teza i ci z Państwa, którzy poddali się marksistowskiej propagandzie sączącej się obecnie z każdego kąta, pewnie się z nią nie zgodzą – ale z własnego doświadczenia potwierdzam, że własność to w pierwszej kolejności: odpowiedzialność i praca, niczym zresztą nie normowana – a dopiero na drugim miejscu i wcale nie zawsze – jakieś tam profity…

Ogromna liczebność klasy próżniaczej, której sama egzystencja (wcale, a wcale nie opływająca w dostatki i luksusy, tu pełna zgoda..!) zależy od utrzymania obecnego modelu cywilizacji – to jest właśnie ten powód, dla którego Peak Oil jednak należy się obawiać. Ta klasa próżniacza jest mimo wszystko dość biedna i nie ma wielkich rezerw. Nie trzeba wiele, aby emeryci czy bezrobotni zaczęli umierać z głodu i chorób. W gruncie rzeczy, trzeba do tego tak niewiele, że aż dziw bierze: starczy nieco przedefiniować „koszyk usług“ NFZ – i starczy dalej podnosić VAT i akcyzę na paliwo. Nie wierzycie Państwo? Ale to przecież właśnie teraz się dzieje. Ponieważ nie ma politycznej woli redukcji liczebności klasy próżniaczej wprost i otwarcie – robi się to metodą fizycznej likwidacji dookólnie i pośrednio. Zresztą, nie trzeba żadnej futurologii żeby sobie wyobrazić, jak ten proces będzie przebiegał w przyszłości – na terenie dawnego Związku Sowieckiego, gdzie załamanie słusznie minionego systemu było najsilniejsze, dzieje się to na naszych oczach. U nas też tak może być – i pewnie będzie, bo trudno sobie wyobrazić, żeby mogło być inaczej.

Ogromna liczebność klasy próżniaczej i ogromna liczebność biurokracji, która jest prawdziwym właścicielem niemiłościwie nam panującego gosudarstwa to główny, a właściwie – jedyny poważny – powód, aby Peak Oil się bać. Przede wszystkim dlatego, że tak jest właściwie na całym świecie. Wszędzie też, zagrożoną w swojej egzystencji klasą próżniaczą kierować będą te same instynkty, z tych samych namiętności i potrzeb się wywodzące.

Podstawową potrzebą klasy próżniaczej jest utrzymanie status quo. Niezależnie od kosztów. A to już samo w sobie jest wielkim zagrożeniem dla homeostazy naszej industrialnej cywilizacji w chwili, gdy powinna ona zacząć się rozglądać za nowym nośnikiem energii!

Owo status quo bowiem, koniecznie wymaga aby – tak, jak łatwo jest kontrolować podaż i przepływ ropy naftowej, na czym wszędzie na świecie tuczy się klasa próżniacza – tak samo łatwo było kontrolować podaż i przepływ owego nowego, hipotetycznego nośnika energii, który ma ropę zastąpić. Promowane zatem będą tylko rozwiązania spełniające ten warunek. A skąd mamy wiedzieć, czy wśród nich właśnie jest owo – jedyne słuszne i właściwe, które rzeczywiście pozwoli nam wziąć ten zakręt dziejów bez szwanku..?

Poza tym, biurokracja jest ze swej natury niezdolna do innowacji. A jednocześnie – tak samo z natury nie potrafi przyznać, że są zdarzenia na tym łez padole, których przewidzieć i kontrolować się nie da. Nie tylko więc, pewne – wcale niekoniecznie najefektywniejsze i najbardziej perspektywicznie opłacalne – rozwiązania będą promowane i wspierane, ale też – nieuchronnie zwalczane będą inne, jeśli tylko nie spełniają fundamentalnego warunku, istnienie klasy próżniaczej warunkującego: nie dają się łatwo kontrolować fiskalnie.

Zdolność naszej industrialnej cywilizacji do homeostazy warunkowana jest utrzymaniem niezwykle subtelnej i złożonej równowagi ogromnej liczby składających się na nią elementów – bez tego zginiemy. A jednocześnie element pretendujący do roli kontrolnej, nadrzędnej – zachowuje mentalność napoleońskiego podprefekta, który tak samo zarządzał powierzonym sobie powiatem w Normandii, jak na Litwie (i – na Litwie – pamiętnej zimy 1812 roku zapomniał wysypać piaskiem stromy podjazd pod górkę w pobliżu Trok, co kosztowało Bonapartego resztę uratowanych z Moskwy dział i wszystkie wozy…). Nie wróży to dobrze na przyszłość.

Jeśli chwaliłem i chwalę w dalszym ciągu korupcję – to dlatego, że uważam sprawność i pewność działania aparatu państwowego za dużo większe zagrożenie naszej przyszłości, niż oczywistą niesprawiedliwość, jaka wynika z istnienia przekupstwa. Wiem, że dla wielu z Państwa jest to kamień obrazy, obelga i pogląd absolutnie nie do przyjęcia. Cóż. Uważam w takim razie Państwa za niepoprawnych optymistów: nie tylko wierzycie w to, że przestrzeń publiczna w ogóle może być urządzona sprawiedliwie i transparentnie i że takie jej urządzenie przyczynia się do ogólnego dobrobytu i szczęśliwości (OK, OK – są na to przykłady, to prawda, zgadzam się – i cóż z tego..? Czy istnienie takich przypadków dowodzi, że jest to możliwe u nas..?) – ale i w to, że ludzkimi sprawami w ogóle da się rządzić rozumnie i sprawiedliwie. Niezależnie od stopnia komplikacji tych spraw. To drugie zwłaszcza przekonanie mam za absurdalne. Nie tylko żaden ludzki umysł, ale i żaden ośrodek obliczeniowy na świecie nie podoła zadaniu kontrolowania całej naszej industrialnej cywilizacji – a cała jest potrzebna do zachowania homeostazy – tak samo, jak „Encylopedia Britannica“ nie wystarczy do zbudowania komputera wychodząc od garści piasku. Próba takiej kontroli – podjęta w imię najszlachetniejszych ideałów i z jak najlepszymi intencjami – MUSI zakończyć się katastrofą. Prawdziwym Dniem Zagłady – takim właśnie, na jaki skądinąd wcale nie jesteśmy skazani tylko dlatego, że akurat spada wydobycie ropy naftowej…

Brak kontroli oznacza przede wszystkim tyle, że wypróbowanych zostanie więcej technik i technologii niż zostałoby wypróbowanych przy istnieniu takiej centralnej kontroli. Zwiększy się różnorodność. Różnorodność dla homeostatu jest o wiele ważniejszą cechą niż sprawiedliwość, równość czy poczucie bezpieczeństwa jego elementów.

Tymczasem instynkt zagrożonej klasy próżniaczej skłania ją wszędzie na świecie do zmniejszania różnorodności – do integracji, monopolizacji, reglamentacji, regulacji i całej masy różnych, równie bezsensownych „-acji“. Im sprawniejsze państwo, im mniejsza korupcja i lepsze morale aparatu biurokratycznego – tym łatwiej mu wprowadzać najsłuszniejsze i najsprawiedliwsze choćby prawa, których niechcianym i nieoczekiwanym skutkiem jest wszędzie i zawsze to samo: zmniejszenie różnorodności, pogorszenie homeostazy.

Oczywiście, możemy skrachować jako cywilizacja także i przy braku centralnej kontroli. To już kwestia przypadku. Jednak przy istnieniu centralnej kontroli planującej jak z kryzysu wywołanego spadkiem wydobycia ropy naftowej wyjść i potrafiącej skutecznie swoje plany implementować – skrachujemy NA PEWNO, niezależnie od tego, czy plany te będą słuszne, czy nie! Stąd, KAŻDE sypanie piachu w szprychy aparatu państwowego, każde zmniejszanie jego skuteczności i obniżanie morale – na pewnym etapie rozwoju kryzysu staje się już grą o przetrwanie.

Z czego oczywiście nie wynika, żebym namawiał Państwa np. do terroryzmu, czy do korumpowania urzędników państwowych. Namawiam Państwa, byście myśleli o sobie i o swoich rodzinach. Myśląc o sobie i o swoich rodzinach LEPIEJ służycie ogółowi, niźli próbując stosować się do cudacznego hasła eko-terrorystów think globaly, act localy. Właśnie dlatego, że Wasza i Waszej rodziny strategia przetrwania będzie choć odrobinę inna – niż strategia Waszego sąsiada…

I tu właśnie wracamy do artykułu JKM, na który się wstępnie powołałem i który był powodem całego tego wywodu. Otóż JKM twierdzi, że Pan Bóg może wszystko. A skoro może wszystko – to nie ma potrzeby nieustannie wtrącać się w dokonane stworzenie, bo mogąc wszystko, tak je zaplanował, aby było idiotoodporne. Innymi słowy: jak byśmy nie majstrowali przy naszej cywilizacji i czego nie spieprzyli – nie zginiemy. Chyba, że powinniśmy zginąć, bo tym właśnie aktem, damy miejsce nowej, lepszej rasie rozumnej… No więc: jest to rozumowanie niewątpliwie słuszne. W gruncie rzeczy: niezależnie od tego, czy hipotezę istnienia Wszechmocnego przyjmujemy, czy też jest nam ona akurat zbędna.

Problem polega na tym, że ja osobiście jestem cholernie przywiązany do mojej Boskiej Woli, moich zagonów i koników i do wszystkich zalet i wad tej konkretnej cywilizacji – do status quo. I wcale mi się nie marzy zobaczyć na północnym niebie (od strony Warszawy…) atomowy grzybek, czy też kopać wzdłuż linii kolejowej, przebiegającej na południe od nas (od strony, skąd potencjalnie mogą przyleźć jakieś, jak to się w pewnych kręgach mawia – „bambusy“) okopy. Jednak, żeby wszystko zostało po staremu tak, jak wszyscy chyba chcemy – wiele się, niestety, koniecznie musi zmienić. I to jest problem. Ludzie bowiem, a zwłaszcza ludzie przy władzy – będą się tym koniecznym dla zachowania status quo zmianom aktywnie sprzeciwiać. I jeśli coś naszą industrialną cywilizację w końcu wykończy – to nie będzie to wcale brak ropy naftowej, tylko upasiona wcześniej na obfitości tego surowca: klasa próżniacza…

4 komentarze:

  1. jeju czasem się zastanawiam czy w gospodarstwie zima zawitała, nie ma co robić czy jak

    OdpowiedzUsuń
  2. nie rozumiesz, umysł twórczy potrzebuje takiego uwolnienia napięcia intelektualnego

    ten typ tak ma

    i czasem wychodzi z tego arcyciekawy materiał

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajne te przemyślenia.
    Pozdrawiam, Tomek.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...