niedziela, 6 listopada 2011

Suma wszystkich strachów


Jak Państwo doskonale wiecie: pesymiści to też optymiści – tyle, że lepiej poinformowani. Optymizm jest w związku z tym na łamach tego bloga zwalczany programowo i – jak sądzę – konsekwentnie? Jest to bowiem prosty wyraz niedoinformowania, czyli co najmniej: braku spostrzegawczości. Jeśli nie wręcz: nieuctwa..? A czy można nie piętnować braku spostrzegawczości i nie wytykać nieuctwa?

Bardzo szczególnym i szczególnie często tu piętnowanym rodzajem niczym nie uzasadnionego optymizmu jest wiara w utopie. Dzisiaj zajmiemy się utopią liberalną.

Przy czym od razu zaznaczam, że nie chodzi mi tu o utopijną – jak się niedawno przekonaliśmy – wiarę środowisk wolnościowych w to, że ich polityczna reprezentacja załapie się przynajmniej na budżetową dotację, bo ustuka te minimum 3% głosów (jakkolwiek takie zdanie nie brzmi absurdalnie, to przecież tak właśnie było, n’est pas?). To by było zbyt trywialne. Przy tym – to w końcu nie jest tak całkiem niemożliwe. Jak nie dziś to za 4 lata, a jak nie za 4 lata, to może za lat 40..?

Tym co jest z całą pewnością niemożliwe, jest cel liberalnych dążeń: „państwo minimum“. Skądinąd zresztą, owo „państwo minimum“ liberałów jest tak samo niemożliwe, jak niemożliwy jest „stan bezpaństwowy“ wszelkiej maści anarchistów, zarówno kapitalistycznych, jak i całkiem przeciwnych, jak niemożliwe jest „państwo neutralne światopoglądowo“ czy też „państwo świeckie“ Naszych Ukochanych Postępowców – i jak niemożliwa jest cała masa innych pięknie brzmiących haseł.

Natomiast historia dowodzi, że możliwe jest istnienie Tyranii Doskonałej. Co prawda: raczej na krótką metę. Korea Północna niczego w tej materii nie dowodzi o tyle, że jej istnienie nie byłoby możliwe bez zewnętrznego wsparcia, które panująca tam dynastia Kimów nader zręcznie potrafi na sąsiadach wymuszać.

Symptomatyczna asymetria. Ten świat nie jest miłym i przyjaznym miejscem do zamieszkania. Niszczyć jest o wiele łatwiej niż tworzyć – skądinąd też: lenić się jest łatwiej niż pracować, a żyć na cudzy koszt – łatwiej, niż samemu zasuwać w pocie czoła. Taka jest po prostu natura otaczającej nas rzeczywistości: stany nieuporządkowane są daleko bardziej prawdopodobne od uporządkowanych – o czym wielokrotnie i o wiele ode mnie kompetentniej pisał Profesor Bobola.

Życie w ogóle, a życie społeczne w szczególności, jest tylko wyjątkiem od ogólnego stanu chaosu cieplnego. Nieustannie też, jest przez ów chaos atakowane: tak samo jak molekuły żywej komórki muszą się opierać anarchii ruchów Browna, atakującej porządek od wewnątrz i z zewnątrz – co robią dzięki srogiej sprawności wielopiętrowych mechanizmów regulacyjnych i samonaprawczych – tak i życie społeczne nieustannie musi się bronić przed lenistwem, agresją, skłonnością do życia na cudzy koszt i całą masą innych przywar, które atakują je od wewnątrz i z zewnątrz.

Dotyczy to wszystkich istot społecznych: nawet wśród mrówek są przecież wojowniczki, które bronią mrowiska przed atakami skłonnych do rabunku (a więc – do życia na cudzy koszt!) konkurentek lub… same rabują dobytek innych! A przecież zachowanie mrówek wydaje się w 100% zdeterminowane wrodzonym instynktem, prawda? Mrówki żadnej wolnej woli nie mają. Widać, że strategia „życia na cudzy koszt“ – jest uniwersalnie skuteczne. Czego zresztą jest w przyrodzie (i to nie tylko w królestwie zwierząt, ale i wśród roślin) o wiele więcej przykładów. Mrówki miały miliony lat na to, aby wykształcić instynkt atakowania konkurencji i rabowania jej dobytku – oraz instynkt obrony przed takimi atakami.

Wśród zwierząt odrobinę bardziej skomplikowanych takich, których zachowanie nie jest aż tak dokładnie zdeterminowane – o ile tylko zwierzęta te tworzą choćby i doraźnie stada: występuje zawsze władza i prawo. Stado bez władzy i prawa, tj. bez akceptowanej przez wszystkich jego członków hierarchii z przywódcą na czele i bez akceptowanych i znanych wszystkim jego członkom reguł – rozpada się i przestaje gwarantować bezpieczeństwo. Jest przy tym naturalnym, że osobniki postawione wyżej w hierachii mogą karać za naruszenie reguł tych, którzy są od nich w hierarchii niżej.

Brak ustalonej hierarchii u zwierząt stadnych wywołuje zresztą silny dyskomfort psychiczny – czego nieprzyjemne skutki mogę teraz na codzień obserwować wśród naszych podopiecznych: mimo, że minęły już bodaj cztery miesiące i mimo, że stado przejawia czasem zdolność do zorganizowanego, wspólnego działania (osobliwie, kiedy trafi mu się dziura w płocie i, co za tym idzie – możliwość wybycia w siną dal!) – jakieś dawne błędy w socjalizacji wałachów pani Beaty sprawiają, że wciąż mamy dwie odrębne hierarchie wśród zaledwie ośmiu czterokopytnych, a co gorsza: wałachy nie akceptują wyższości klaczy nad sobą (poza jedną tylko Szafranką) – co zresztą, gdybym tych koni nie karmił i nie chronił przed drapieżnikami, szybko by się dla nich skończyło zagładą, bo jest zachowaniem z punktu widzenia interesów gatunku absurdalnym i aspołecznym.

U większości roślinożerców przywódcą stada jest osobnik żeński – a generalnie: samice z potomstwem stoją wyżej w hierarchii od samców, trzymając się centrum stada, zjadając najlepszą karmę i najdłużej się pasąc – podczas gdy łatwe do zastąpienia samce, których o wiele mniej potrzeba dla skutecznej reprodukcji, patrolują obrzeża, gdzie częściej zjadane są przez drapieżniki. Sytuacja w której Ramzes z kolegami okupują wiatę i wyrzucają stamtąd kobyły (poza Szafranką, z którą tu przyszły i której przywództwo uznają), nie dając im dojść do siana i wody – to stan kompletnej anarchii. Trudny zresztą do pojęcia: tylko ingerencja człowieka mogła aż tak wypaczyć końską psychikę!

Również człowiek jest zwierzęciem stadnym. Człowiek wprawdzie nie jest roślinożercą – a prawdę pisząc: jak tam wygląda kwestia ważności płci w stadach naszych najbliższych małpich krewnych, to nawet i nie wiem. Nie ma to większego znaczenia. Tak czy inaczej: tak samo jak nigdy nie istniał żaden „pierwotny komunizm“ i „wspólna własność środków produkcji“ (tego nie ma nawet i wśród czterokopytnych: kęs siana, który mam zębach jest mój i tylko mój, a co moje – od tego wara komukolwiek!), tak samo nigdy też nie istniał żaden „stan natury“, bez władzy i prawa. Wyobrażenia XVIII-wiecznych filozofów na ten temat – to czyste banialuki, z którymi i dyskutować nie ma po co.

Owszem: władza i prawo potrafi być trudno dostrzegalne. Tak samo jak własność wśród Tobriandczyków. Jednak ta, trudno czasem dostrzegalna władza i prawo – istnieją i skutecznie ograniczają anarchiczne skłonności członków danej społeczności. Niezależnie od tego, czy karą za nieuprawnione ujawnianie tych skłonności jest czasowe wygnanie, społeczny ostracyzm – czy śmierć. Nie jest możliwe jakiekolwiek zrzeszenie ludzkie bez władzy i bez prawa – a zatem: i bez kary. Dobrowolnie, czy niedobrowolne – to nie ma znaczenia. Nawet wśród hodowców gołębi pocztowych, jeśli ma panować jakikolwiek porządek – organizacja musi posiadać władze i prawo karania. Choćby: odebraniem nagród, jeśli okażą się nieuczciwie uzyskane – czy wykluczeniem z szeregów.

To, czy władza używa swoich przywilejów sprawiedliwie czy niesprawiedliwie – to zupełnie inna historia! Niewątpliwie i wśród koni klacz alfa jest najlepiej odżywiona, bo pierwsza korzysta z pastwiska i wodopoju, a inne konie po niej dopiero dojadają. W każdym razie: tak być teoretycznie powinno. Jest uniwersalnym prawem natury, że kto wyżej stoi w hierarchii społecznej, ten ma lepszy dostęp do zasobów, którymi dana społeczność dysponuje – czy tym zasobem jest pastwisko i wodopój, czy piękne samochody i szybkie kobiety. Czy to jest sprawiedliwe?

Jest to prawdopodobnie nieuchronne. Albowiem w ten sposób chytrość natury zaprzęga w służbę społecznej harmonii te same egoistyczne apetyty, które jej istnieniu zagrażają. Szef ma większą działkę pożywienia, niż sam własną pracą byłby w stanie zdobyć – ale za to pilnuje, żeby inni nie kradli sobie żarcia. Szef ma piękne i młode kobiety – ale za to pilnuje, żeby inni się nawzajem nie pozabijali o pozostałe. Szef mieszka w najlepszym szałasie – ale za to dba, aby inni nie wyrzucali się nawzajem na słotę. Dzięki temu jednostka, lub pewna grupa, zwykle niewielka (elita) – może żyć na cudzy koszt, ale za to nie pozwala, aby to słodkie nieróbstwo ogarnęło szeroki ogół, co skończyłoby się rychłą katastrofą, gdyby już nikt nie pozostał, kto się trudzi w pocie czoła i cały ten bajzel utrzymuje…

To, czy szef nazywa się „starszym rodu“, kacykiem, księciem, królem czy prezydentem – nie ma żadnego znaczenia. Rolę szefa może zresztą z powodzeniem wypełniać kolektywnie koło gospodyń wiejskich zgromadzone w miejscowym maglu – o ile tylko będą Szanowne Panie wystarczająco skuteczne w gonieniu swoich małżonków do roboty, bez czego ci by się kompletnie zapuścili, siedząc pod sklepem i sącząc bełta. Zwykle są!

Nie zawsze szefa (lub szefowe – bo takie „zgromadzenie matron“ to wcale autorytatywna instytucja jest!) otaczały czy otaczają atrybuty, które zwykle skłonni jesteśmy przypisywać państwu. Ale czy z tego wynika, że jego władza jest mniej realna? Jeśli tylko potrafi gonić do roboty i pilnować porządku – jakie znaczenie mają atrybuty?

Wcale przy tym nie musimy mówić o czasach dawnych i słusznie minionych. Czy w slumsach, na blokowiskach wielkich miast, wśród gimnazjalnej młodzieży i w kryminalnym półświatku – tam wszędzie, gdzie nie sięga „oficjalny“ porządek prawny i (zbrojne) ramię legalnej władzy: aby na pewno panuje anarchia, rozumiana jako całkowity brak autorytetu i reguł? Przecież wszyscy dobrze wiemy, że nie: owszem, panuje prawo silniejszego, a różne autorytety konkurują między sobą dość swobodnie (tym swobodniej, im częściej władzy legalnej udaje się autorytet najbardziej się wybijający zniszczyć!) – jest to jednak porządek, który ma i prawo i władze pilnujące, by prawo to było przestrzegane. Anarchia jest niemożliwa. Zawsze będzie istnieć władza i prawo – jeśli jedna zostaje zniszczona, jej miejsce natychmiast zajmuje inna. Ludzie bez władzy i bez prawa żyć nie mogą i nie potrafią – tak samo, jak wszystkie inne zwierzęta stadne.

Nie jest też możliwe żadne idealne „państwo minimum“. Władza miałaby nie zaspokajać swoich apetytów? To jest: nie korzystać z materialnego dobrobytu, nie zapładniać pięknych kobiet i nie dbać o lepszą przyszłość tak spłodzonego potomstwa? To wbrew naturze!

Owszem: jest możliwe, iż rządząca (i jak najbardziej, zgodnie z naturą, dowoli zaspokajająca swoje apetyty!) grupa będzie widziała swój interes w tym, żeby jej poddani nie mogli się nawzajem rabować, wyzyskiwać czy niewolić – weźmie więc towarzystwo za twarz i zaprowadzi liberalizm.

Są tu jednak dwa kłopoty. Jeden mniejszy – drugi większy. Kłopot mniejszy polega na tym, że zaspokajając swoją naturalną potrzebę zapewnienia lepszego bytu potomstwu, rządzącą grupa ulega z czasem multiplikacji. Rychło się okazuje, że trzymając się liberalizmu trudno jest wszystkim potomkom zapewnić równie świetlaną przyszłość i potrzebne są pewne kompromisy. Tj.: tworzenie nowych stanowisk „szefowskich“, rozbicie feudalne czy też pomnożenie biurokracji – jak zwał, tak zwał. A tu jeszcze i wśród rządzonych nie brak nieustannie takich, co też by chętnie na cudzy koszt pożyli – i nie wszystkich da się zawsze z należytym wyprzedzeniem zaciukać w ciemnym kącie. Potrzebne są więc dalsze kompromisy i dalszy, dynamiczny przyrost liczebny klasy pasożytniczej. Który, z braku innych hamulców trwa dopóty, dopóki liczba i wydajność pracy tych, którzy jeszcze rzeczywiście pracują w pocie czoła – na to pozwala. Potem następuje krach, reset systemu i proces może się zacząć od nowa, tj. od nowej, wąskich grupy „trzymającej władzę“, która ewentualnie bierze za twarz i zaprowadza liberalizm.

Jak więc widać, w tym ujęciu „państwo minimum“ może być tylko pewnym momentem – dość efemerycznym zresztą – w dialektycznym rozwoju tkanki tłuszczowej żyjącej na cudzy koszt elity. Wcale przy tym niekoniecznym! Bo przecież dlaczego właściwie nowo powstająca elita miałaby uważać, że lepiej jej się będzie żyło, jeśli weźmie towarzystwo za twarz i zaprowadzi liberalizm – skoro żyje jej się dostatecznie dobrze, jeśli ograniczy się do pierwszego z tych kroków..?

I to jest właśnie kłopot większy. Kłopot większy polega na tym, że po wzięciu za twarz – co jest posunięciem absolutnie oczywistym, niezależnie od tego, czy ogranicza się do obsadzenia „swoimi“ telewizji, czy też wymaga postawienia czołgów i koksowników na każdym rogu ulicy – zaprowadzić liberalizm może tylko elita wyjątkowo dalekowzroczna lub wyjątkowo ascetyczna, skoro ma sama sobie na starcie aż tak bardzo żerowisko ograniczyć. Oczekiwanie, że taka się kiedykolwiek gdziekolwiek pojawi – nie ma sensu. To by było wbrew prawom natury przecież…

To dlaczego jednak zdarzało się w przeszłości, że – na krótko wprawdzie ale jednak – gdzieniegdzie rządząca elita rzeczywiście zaprowadzała liberalizm? A – to inna historia! Tak się zdarzało wtedy, gdy „pojemność żerowiska“ była na tyle nieduża – że rządzący nie mieli innego wyjścia: po prostu nie było czego zawłaszczać. A te czasy już dawno i z całą pewnością słusznie minęły – postęp techniczny i przyrost wydajności pracy sprawił, że nie umieramy z głodu mimo, że na roli (faktycznie, nie wedle statystyk KRUS) pracuje ledwo 4 – 5% populacji, nie jest nam zimno mimo, że wszystkie ubrania jakie nosimy szyje nam kilka wiosek w prowincji Fujien i nie pada nam na głowy mimo, że jeden tylko sołtys z całej Boskiej Woli obskakuje na miejscu cały „przemysł budowlany“ – i to bez pomocnika, bo mu go Urząd Pracy skierował na (dotowane) roboty interwencyjne gdzieś w Warce. Cała reszta – nadaje się do zawłaszczenia. Żerowisko jest olbrzymie!

Po co zatem jakakolwiek elita gdziekolwiek na świecie miałaby się bawić w liberalizm?

Czy może któryś z Czytelników jest tak naiwny iż sądzi, że zażyczą sobie tego „masy wyborców“?

Innymi słowy: dość łatwo wyobrazić sobie warunki wystarczające do zaprowadzenia liberalizmu (światła, skłonna do samoograniczenia elita albo Oświecony Tyran) – ale jest logiczną sprzecznością oczekiwać, iż którykolwiek z tych warunków spełni się inaczej, niż w stanie skrajnego załamania takiego, żeby już po prostu nie było innego wyjścia. A i to nie jest wcale takie pewne, bo co najmniej równie kuszącą dla elity alternatywą jest Tyrania Doskonała.

A tak po prawdzie, to cała ta wolność i cały ten liberalizm są dla przeciętnego pobieracza zasiłku i konsumenta dotacji – straszniejsze niż woda święcona dla Szatana: to suma wszystkich strachów! O wiele lepiej jest bowiem nawet i biedę klepać – ale na cudzy koszt, bez pracy i potu – niż dorabiać się milionów kosztem wyrzeczeń, wysiłku i zszarganych nerwów. A jeśli jeszcze WSZYSCY są w takiej samej sytuacji i wszyscy na tym zasiłku, czy na tej dotacji wiszą i nikt się ponad przeciętną nie wybija..? Żyć, nie umierać..!

6 komentarzy:

  1. nasiona libertarianizmu będę siał na swoim blogu, i gdzie mnie net zaniesie, bo to po prostu "psychiczna choroba nieuleczalna"

    natomiast co do realnego działania w partiach liber/ko-liberalnych to dałem sobie spokój

    lepiej robić interes i myśleć o własnym dobrobycie - bo gdzie 99% populacji ma poglądy wolnościowe - pokazuje któryś raz z rzędu wynik wyborów

    w realnym życiu skończyłem z uszczęśliwianiem ludzi na siłę - tak samo, jak powoli kończę z prób dostosowywania do siebie środowiska pracy/biznesu - i zaczynam się coraz lepiej i bardziej adaptować

    słowem - fajnie popisać sobie na blogu - a w 'realu' golić małpy ile wlezie - skoro chcą być golone o znajdują w tym przyjemność

    może się nawet zapiszę do jakiejś partii z kręgu bandy czworga :>

    OdpowiedzUsuń
  2. swoją drogą kolejny doskonały artykuł

    po prostu miodzio

    OdpowiedzUsuń
  3. To ciekawy artykuł, gratuluję talentu w pisaniu i zrozumienia otaczającej rzeczywistości.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. za długie, nie czytam

    OdpowiedzUsuń
  5. Racja Jacku! Jeden z ostatnich przykładów "wzięcia za twarz" i wprowadzenia liberalizmu to Chile z jego Pinochetem. I bynajmniej nie zrobiono tego z powodu nadmiaru bogactwa tego kraju, ale jego ekonomicznej ruiny. Zaczynam rozmieć koncepcję "grzechu pierworodnego" na poziomie emocjonalnym.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...