wtorek, 1 listopada 2011

Siła przyzwyczajenia


Jak wiele razy podkreślał Mistrz Lem: nawet konklawe da się doprowadzić do ludożerstwa – byle postępować cierpliwie i metodycznie. Tym razem jednak nie będzie o zmianie czasu, podwyżkach podatków czy innych ćwiczeniach, które cierpliwie i metodycznie prowadzą nas do ludożerstwa. Tym razem będzie po męsku – o życiu i śmierci. Takie rozmowy po świt (akurat mglisty i dżdżysty), najlepiej przy mocniejszym trunku!

Jeszcze 200 lat temu zdrowy, silny mężczyzna, jeśli w miarę o siebie dbał i miał odrobinę szczęścia, mógł spokojnie pochować po kolei trzy żony i dziesięcioro dzieci (w zdecydowanej większości: żony umierały w połogu, a dzieci nie dożywały pierwszych urodzin), nim wreszcie czwarta z kolei połowica nad nim wyprawiła egzekwie.

Oczywiście, bywały też przypadki odwrotne, jak pani Krystyna de domo Jeziorkowska, primo voto Świrska, secundo voto Kondracka, tertio voto Ćwilichowska, quatro voto (ojoj, łacina mi się kończy, nie wiem czy dobrze!) Wołodyjowska – pierwowzór sienkiewiczowskiej Baśki. Przyjmimy jednak, że kolejni mężowie tej pani wykonywali zawód podwyższonego ryzyka, nie dbali o siebie, mieli pecha, a w ogóle – był to jednak raczej wyjątek.

Wyjątek, który w dodatku w niczym nie zaprzecza tezie, którą dopiero zamierzam postawić: ludzie dawniej bardziej byli przyzwyczajeni do śmierci! Bo ją spotykali na każdym kroku. Już choćby dlatego, że 200 lat temu nikt nie ukrywał bezradnych starców w „domach opieki“, a kalek w szpitalach – wręcz przeciwnie: wszystkie te żywe przykłady rozkładu cielesnego i ludzkiego nieszczęścia co niedziela wystawiały się same lub były wystawiane przez bliskich na widok publiczny w kruchcie lokalnego kościoła – każdy, kto tam wchodził (a każdy wchodził…) widział je od maleńkości – miał czas się przyzwyczaić!

200 lat temu wyroków śmierci nie wykonywano wstydliwie, w nocy, gdzieś w podziemiach więzienia – robiono to publicznie, na głównym placu miasta lub na stosownym wzgórzu tuż za miejskimi murami tak, aby każdy miał szansę wziąć udział w widowisku i dobrze mu się przyjżeć. Często zresztą wybierano „porę najwyższej oglądalności“ – dzień targowy lub wigilię ważnego święta, gdy ludzie kończyli już wszystkie niezbędne przygotowania i mieli czas, aby nacieszyć oczy triumfem sprawiedliwości. Zwłoki skazańca pozostawiano zresztą często na dłużej tak, aby swoim widocznym rozkładem o tym triumfie jak najdłużej i jak największej liczbie przechodniów – przypominały.

Wcale nie twierdzę, że 200 lat temu było lepiej niż dzisiaj. Ani mi to w głowie! Powrotu do tego smutnego stanu rzeczy zresztą tak, czy inaczej – sobie nie wyobrażam. Nie dlatego, że nasza cywilizacja nie może upaść: gdyby jednak nawet upadła, to przecież nie zapomnimy chyba, jak się produkuje antybiotyki (a choćby i ze spleśniałego chleba i pajęczyny!), że położnik powinien myć ręce nim zacznie grzebać w brzuchu położnicy, a wodę przed wypiciem dobrze jest przegotować..? Tak się bowiem składa, że znakomita większość odkryć, które pozwoliły drastycznie zmniejszyć śmiertelność i kobiet w połogu i małych dzieci – to usprawienia tak właśnie trywialne, jak owo mycie rąk czy przeważanie wody. Cywilizacja techniczna, która nas otacza, tylko automatyzuje i ułatwia stosowanie tych prostych reguł. Poniekąd być może – ułatwia za bardzo: bo skoro wszędzie są detergenty i dezodoranty, to odruch mycia rąk zanika, a kto całe życie pił butelkowaną coca-colę – nie będzie pamiętał, żeby przegotować stęchłą wodę ze stawu nim wleje ją sobie do ust. W tym istotnie tkwi spore ryzyko: i właśnie dlatego powstał projekt Agepo, żeby o takich prostych, a zapomnianych technikach Państwu – na wszelki wypadek – przypominać!

Tutaj jednak, chciałbym się zająć nie techniką, a życiem i śmiercią – przypominam. I dlatego ten tekst nie trafi na portal Agepo. Pytanie zresztą, jaki właściwie jest związek między techniką, a postrzeganiem śmierci? Nie bezpośredni przecież: technika najpierw posłużyła usprawieniu zadawania śmierci, w dalszym ciągu przy tym wystawianej na widok publiczny – a dopiero dwa pokolenia później, poczęto ukrywać egzekucje za murami więzienia. Czy zresztą wynikło to rzeczywiście z postępu techniki, odzwyczajającego ludzi od widoku śmierci, czy z innych przyczyn?

Niewątpliwie pierwszym krokiem na drodze od „stanu dawnego“ (który z perspektywy dziejowej należy właściwie nazwać „stanem normalnym“) było wyrzucenie z kościelnych krucht żebraków i kalek. Najpierw stało się to w niektórych krajach protestanckich i miało więcej wspólnego z rozgrabieniem kościelnych majątków (skoro zlikwidowano klasztory, przy których koncetrowały się owe „pandemonia ludzkie“ – to czymś trzeba je było zastąpić i tak w Anglii najpierw, a w innych krajach potem, powstały zamknięte „zakłady dobroczynne“, gdzie kaleki i inne wyrzutki pozostawały pod przymusem skoszarowane, nie wchodząc już w oczy szerokiemu ogółowi…). Potem przyszły reformy józefińskie w Austrii i rewolucja francuska – i tak w drugiej połowie i w końcu XVIIII wieku beznodzy, bezręcy, owrzodzeni i cuchnący żebracy zniknęli z ulic większości krajów „cywilizowanych“ – za czym poszła, prostym prawem naśladownictwa, większość krajów „cywilizujących się“ później. Była to jednak przecież decyzja czysto administracyjna, której motywy nic wspólnego z troską o higienę fizyczną, najmniej zaś – o higienę psychiczną publiczności, molestowanej tak nachalnym widokiem ludzkiej biedy – zaiste nie miały! Jednak, dzięki temu odzwyczailiśmy się od takich widoków. Nieprawdaż? Wymaga pewnego wysiłku przezwyciężenie odruchu wstrętu i przerażenia na widok kaleki – do czego, prawem akcji i reakcji dla odmiany, zmuszamy się teraz, kiedy od pokoleń trzymano tych ludzi w zamknięciu, nim całkiem niedawno przypomniano sobie, że może jednak i oni są właśnie: ludźmi – i że w związku z tym, mają pewne „prawa“…

Egzekucje na ogół ukrywają – gdzieś tak od połowy XIX wieku: rządy. Bo rewolucje obnoszą się ze swoimi zabójstwami w dalszym ciągu jawnie i publicznie: cośmy niedawno widzieli przy okazji zamordowania pewnego dyktatora. Prawdopodobnie rację ma autor „Pochwały kata“, Józef de Maistre, widząc w jawnej, publicznej egzekucji akt wiary reżimu we własną prawomocność. Dwa pokolenia po rewolucji dokonał się już pierwszy akt „długiego marszu przez instytucje“ i pod sędziowskimi togami i perukami, w mundurach komendantów policji i żandarmerii, wśród nosicieli ministerialnych tek i deputowanych – nawet do izby wyższej! – przeważali ludzie, którzy w studenckich czasach słuchali wykładów filozofów osądzających monarchie i kościoły z punktu widzenia absolutnego rozumu, a może nawet i sami wznosili barykady w czasie kolejnych zamieszek. Jeśli więc nawet potem, obrastając w bakobrody, piwne brzuszki, tłuste żony i rozwrzeszczane dzieciaki w liczbie nie mniejszej niż tuzin (bo właśnie w tym samym czasie odkryto, że położnik powinien myć ręce, nim zacznie grzebać w brzuchu położnicy!), oddali dusze w pacht reżimowi i przyjęli (z obrzydzeniem oczywiście!), liczone w złotych półimperiałach, suwerenach czy luidorach pensje, na tyle sute że i na bakobrody i na piwne brzuszki i na tłuste żony z tuzinem rozwrzeszczanych dzieci (a od święta też i na wizytę w luksusowym burdelu) było ich stać bez wyrzeczeń – to przecież nie mogli sądzić, skazywać i ścinać po dawnemu: jawnie, publicznie, „w porze najwyższej oglądalności“, w dzień targowy czy w wigilię ważnego święta, nie mogli manifestować wystawieniem okaleczonych zwłok przestępcy na widok publiczny triumfu sprawiedliwości – bo nie wierzyli już, że sprawiedliwość czynią i że warta jest ona publicznych triumfów…

Wyższym stopniem owego zwątpienia, owej niewiary w słuszność sprawy, której słudzy państwa i sprawiedliwości służą – jest owo tajemnicze „cóś“, co zabrania, bynajmniej w Europie, wykonywać karę śmierci w ogóle. Niezależnie od tego, że nie ma chyba kraju na świecie, w którym by ogół wyborców zniesienie kary śmierci popierał – sam aparat państwowy, owi sędziowie, komendanci żandarmerii i policji, nosiciele tek ministerialnych i deputowani – nawet do izby wyższej! – nie wierzą w państwo, któremu służą, a skoro w nie nie wierzą – jakże mogą w jego imieniu uśmiercać? Przynajmniej: uśmiercać tak, żeby to było widać, bo co innego zaciukać gdzieś w ciemnym kącie, czy „zniknąć“ nadmiernie pyskatego czy zbyt dobrze poinformowanego przeciwnika – takie rzeczy robiło się, robi się i będzie się robić tym chętniej, że ani nie oświetla ich blask naszej dziennej gwiazdy, nie mówiąc już o telewizyjnych jupiterach, ani też – na ogół – nie brudzi sobie rąk taką robotą ten, kto ją zleca, tylko raczej obarczeni felernym zestawem chromosomów XYY, płatni zwyrodnialcy.

I tak odzwyczailiśmy się od widoku egzekucji – wstrętnym i budzącym grozę stał się dla nas smród trupi i widok cielesnego rozkładu. Znowu jednak: nie stało się to dzięki postępowi techniki, tylko na skutek pewnej zmiany politycznej. Która to zmiana dopiero wtórnie wywołała ów wstręt i grozę.

Zarazem powolny, ale stały i metodyczny postęp medycyny i rolnictwa sprawił, że przestaliśmy mrzeć jak muchy z głodu, od połogowej gorączki, banalnego zakażenia czy byle bakterii. Odzwyczailiśmy się od widoku śmierci nawet wśród najbliższych – gdzie, na skutek bliskiego obcowania, widok taki najtrudniejszy jest do ukrycia, boż skoro żyje się z człowiekiem pod jednym dachem – trudno nie dostrzec, gdy mu się zemrze!

I tu jednak, cywilizacja współczesna wkracza ze swoim pudrem i różem. Większość ludzi umiera jednak w szpitalach, a więc w instytucjach gdzie tego rodzaju sytuacje ulegają ubezosobowieniu przez swoją stosowną procedurą uregulowaną powtarzalność. Nim zrozpaczona rodzina zbierze się u łoża zmarłego, już czeka na nich przez „zblatowanego“ lekarza powiadomiony przedstawiciel domu pogrzebowego, który chętnie (za stosowną opłatą rzecz jasna), wyręczy bliskich we wszystkich uciążliwych obowiązkach – jak to mycie martwego ciała, odziewanie go w strój trumienny, a za tym też i poprawienie mankamentów trupiej urody, jeśli się takie (na ten przykład na skutek wypadku czy ciężkiej choroby) na martwym licu pojawiły – i tak dalej, i tak dalej… Łatwiej to z całą pewnością przeżyć, mniej nerwy szarpie, mniejszym jest wstrząsem. Tylko okazja do wypitki na stypie pozostaje – a potem długie spory sądowe o spadek. I tyle człowieka było, jeszcze się sztuczne kwiaty albo chryzantemy na nagrobku postawi 1 listopada, da na mszę albo i nie (zależy, ile miejscowy pleban za tę usługę woła!) – i po wszystkim.

Takeśmy się już odzwyczaili od widoku śmierci, że nawet śmierć zwierzęca, jeśli przypadkiem ktoś na jej widok trafi: wprawia nieprzyzwyczajonego widza we wstrząs, który 200 lat temu tylko widok mąk przez nader wprawnego kata zadawanych, może w co wrażliwszych widzach wywoływał! Stąd i „ratowanie“ rzeźnych zwierząt z transportu, stąd ideologiczny wegetarianizm (skądinąd, postulujący de facto uśmiercenie całej gospodarskiej fauny – no bo skoro nie wolno będzie zwierząt na mięso hodować, to po co ktoś miałby je karmić i rozmnażać..?) i całe to, naszym przesyconym dobrobytem czasom właściwe wariactwo.

Jedną z konsekwencji naszego nieprzyzwyczajenia do widoku śmierci i kalectwa, jest też i wielka dbałość o kondycję i całość naszych powłok cielesnych. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie twierdzę że to źle. Nie twierdzę że nie należy ćwiczyć na siłowni, zakładać odblaskowych kamizelek wsiadając na rower i uważnie prowadzić samochodu. Twierdzę tylko – i aż tylko – że takie zachowania byłby naszym przodkom 200 lat temu całkowicie obce i dla nich niezrozumiałe. Kiedy bowiem na co dzień obcowali ze śmiercią i byli do jej widoku (a także do widoku kalectwa i rozkładu) przyzwyczajeni – oczywiście, że ryzykowali zdrowiem i życiem nie tylko z istotnej potrzeby, ale i dla zabawy. W zasadzie chyba – częściej dla zabawy, niż z istotnej potrzeby!

Jak ułan Legionów Polskich we Włoszech, Trendowski. Ówże Trendowski stacjonując ze swoim oddziałem nad rzeką Salzach założył się z kolegą o bukłak wina, że porwie dowódcę stojącej przed ich frontem austriackiej brygady. Wsiadł na konia i ruszył galopem w stronę nieprzyjaciela. Na widok samotnego jeźdźca Austriacy nie zareagowali – Trendowski podjechał wprost do punktu dowodzenia, porwał na kulbakę księcia Lichtenstein i galopem wrócił do swoich nim Austriakom zdążyły szczęki opaść na ziemię z wrażenia, nie mówiąc o strzelaniu.

Księcia wymieniono potem za wziętego przez Austriaków do niewoli Stanisława Fiszera. Ale powiedzmy sobie szczerze: czy w tej akcji była chociaż krzytna sensu? No nie było! Udało się tylko przypadkiem, tak naprawdę Trendowski miał 99% szans że zginie lub dozna ciężkich obrażeń zakończonych niewolą i dożywtonim kalectwem.

Jak mawiał mój znajomy z dawnych czasów, Andrzej Wojewódzki, sam pilot śmigłowca i zapalony jeździec (po latach w kokpicie śmigłowców z serii „Mi“ miał tak zniszczony kręgosłup, że po dwóch godzinach jazdy zsuwał się z konia sparaliżowany bólem – ale nie poddał się, wsiadał z powrotem – i ekspresowo nauczył się jeździć tak dobrze technicznie, że mu już to na kręgosłup nie szkodziło – co nie jest takie proste!): pilotowi szabla jest potrzebna tak, jak ułanowi rozum. Mawiał to a propos zwyczaju obdarowywania odchodzących do rezerwy oficerów (sam odszedł z wojska w stopniu kapitana twierdząc z kolei, że majora dają za zaświadeczeniem lekarskim o niepoczytalności!) szablami – ale tenże sam aforyzm można przecież czytać i w drugą stronę, nieprawdaż? Ułanowi rozum z całą pewnością nie jest do niczego potrzebny. O czym skądinąd ostatniośmy się z paniami przekomażali a propos odmóżdżonego kotka. Dobry ułan – w ogólności: człowiek z fantazją ułańską, jak ów Boskowolanin, który po pijanemu przewoził rowerem świeżo wyklepaną kosę i łeb sobie uciął – będzie ryzykował życiem własnym i cudzym bez zastanowienia i bez szczególnego powodu, także dla zabawy, z głupoty, dla zgrywu, żeby się popisać lub w ogóle bez jakichkolwiek dających się zidentyfikować lub wyobrazić przyczyn. Na trzeźwo i po pijanemu – wszystko jedno!

Rozumiem, że wielu ludziom może to przeszkadzać. Mają przecież swoje wypielęgnowane ciała, z którymi nie chcieliby się przedwcześnie rozstawać tylko dlatego, że jakiś bezmózg wpadnie na nich swoją rozpędzoną bryką. Mają żony i dzieci – mają po co żyć i chcieliby żyć jak najdłużej, w jak najlepszej kondycji.

OK. Pozostaje tylko pytanie: za jaką cenę? Oczywiście, że jak ktoś chce być racjonalny, oszczędny, rozsądny i rozumny – to mu wolno. Godne to jest pochwały i cnotliwe, z całą pewnością. Sprawy to jednak nie załatwia, bo cóż z tego, że sami jesteśmy ostrożni, dbamy o nasze doczesne powłoki, powstrzymujemy się od pobudzających fantazję używek – gdy po drogach i bezdrożach dalej mkną pijane bezmózgi prawda..? Trzeba więc narzucić ten sam styl życia, tę samą trzeźwość, ostrożność, dbałość o powłokę cielesną, racjonalność i oszczędność – także i owej bezmózgiej reszcie, która dalej zachowuje się tak, jak się normalnie zachowywali ludzie bardziej od nas przyzwyczajeni do widoku śmierci i kalectwa 200 lat temu.

Póki słowem i przykładem – proszę bardzo: można narzucać. Ale są przecież ludzie na słowo i przykład odporni, prawda? No i tych pozostaje: karać…

A że jest tu cała masa praktycznych trudności? Że nie sposób zdefiniować pojęcia „pijanego“ inaczej, niż bezdusznym limitem promili, który wcale nie uwzględnia indywidualnej tolerancji na alkohol? Że przy okazji powstaje, bo powstać musi, bez tego się nie obędzie – aparat przemocy, który w pierwszej kolejności zaspokaja własne interesy, o bezpieczeństwo i całość wypielęgnowanych ciał oraz drogich małżonek i dziatek dbając w sumie tylko przy okazji! Że to wszystko kosztuje – i że w pierwszej kolejności kosztuje: wolność? Ależ komu jest ta wolność i do czego w ogóle potrzebna..?

Nie twierdzę że to źle. Nie twierdzę że to dobrze. Twierdzę tylko, że przyjęcie „życia i zdrowia ludzkiego“ za wartość najwyższą nieuchronnie prowadzi do sprzeczności. W imię bowiem ochrony owego życia i zdrowia – koniecznie trzeba (nie ma innej możliwości, bez tego się nie obejdzie!) pozbawić ludzi wolności. Tertium non datur. Kto chce – ten wybiera. Jego w tym dobre prawo…

12 komentarzy:

  1. artykuł jest bardzo dobry, zawiera szereg słusznych spostrzeżeń

    między innymi to, że było to 200 lat temu!

    no własnie - rzeczywistość się zmienia i nie można już myśleć jak 200 lat temu

    co do cielesności - moim celem jest pisać nie tylko o oszczędzaniu, w rozumieniu "nie spuszczania wody po siku", ale o oszczędzaniu racjonalnym, też inwestycyjnym

    a prawda jest taka, że lekarz kosztuje - ruszając pupą i ćwicząc "kociewski" biceps mniej choruje i taki jest fakt

    ty masz ten ruch z końmi i na swojej posesji "z natury"

    nie odmawiaj skapciałemu mieszczuchowi prawa do odrobiny ruchu i zabawy!

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. Nie wiem, czy dzieci w szkołach dalej uczą się tej bajki biskupa Krasickiego, która kończy się morałem: "Lepszy na wolności kąsek lada jaki/niźli w niewoli przysmaki". Oczywiście, zgodnie z duchem czasów, ocenny element tego morału możemy pominąć, ale poza tym, jest to prawda, tylko prawda i cała prawda: wolność oznacza mniej "przysmaków", również i w tym sensie, że im więcej wolności - tym gorsza jakość "usług publicznych". Im więcej wolności - tym mniejsze bezpieczeństwo, więcej korupcji, więcej nierówności - i czego tam jeszcze chcecie. Więc jeśli ktoś pożąda bezpieczeństwa, uczciwości, równości szans - to wolność z konieczności musi zwalczać...

    2. Staranie o jak najlepszą kondycję cielesną jest oczywiście racjonalne. Ale nie przeszkadza to i w tym, że w ostatecznym rachunku - jest zarazem absurdalne. Jest absurdalne, bo jak byśmy się nie starali, przed śmiercią nas to przecież nie uchroni! I dlatego mam za szaleństwo stawianie "życia i zdrowia" jako wartości naczelnej, najwyższej. Pomijając wszystko inne, taka hierarchia wartości czyni życie mało smacznym! Po kiego Dyabła katować się dietami, odmawiać sobie trunków i innych przyjemności - bo co, bo o tydzień czy dwa przedłuży to potem naszą agonię, gdy już będziemy warzywem podłączonym do respiratora..?

    OdpowiedzUsuń
  3. 1. Tyle, że mamy tu jeden, zasadniczy błąd rozumowania. Ja nie krzyczę na blogu" Stop! niech sejm zabroni jazdy bez kamizelki i kasku! Dosyć! Niech w rządzie zabronią halołin, brutalnych gier..."

    Ja mówię i proszę - ubierz kamizelkę i oświetl rower - w naszym wspólnym interesie. (domyślnie: Jeśli chcesz)

    Ja proszę - nie puszczaj dziecku horroru i morderczych gier, ale nie krzyczę o urzędowej prohibicji na ostre produkcje!

    wszystko na zasadzie dobrowolności, samoorganizacji społeczeństwa - aby ludzie nie stali jak owce - biernie

    a jeśli się ze mną jeden z drugim nie zgodzi, ekhmmm - chcącemu nie dzieje się krzywda

    gdzie tu gadanie przeciwko wolności widzisz?


    2. równie absurdalne jest mieszkanie w chatce na wsi i hodowla koni - narażając się na niewygody

    twój argument można podciągnąć pod każdy wybór w życiu

    OdpowiedzUsuń
  4. 1. Dostrzegłem i doceniłem ten fakt. Ale dla pijanych kierowców robisz wyjątek - prawda? Przy tym, paradoks ten jest w istocie nierozwiązywalny - bo NAPRAWDĘ na nic się zda samodyscyplina i samoopanowanie, jeśli pijany bezmózg, itd....

    2. Życie jest fenomenem immanentnie absurdalnym. O czym ogólnie warto pamiętać w każdej sytuacji - bo to odsyła każdą racjonalność, jaką tylko możemy sobie wyobrazić, do jej właściwego miejsca - czyli: do kąta!

    OdpowiedzUsuń
  5. 1. Swoje podejście do pijanych kierowców wyjaśniłem w poście. Po co się powtarzać. Nie zgadzam się z korwinowskimi dogmatami.

    Chcesz - pij i wsiadaj za kółko. W państwie minimum, które sobie wyobrażam - bekniesz za to ostro i tak. Będą konsekwencje. Tak samo jak intruz z nożem, co o 2.00 w nocy w naszym domu chciał sobie tylko ukroić chleba. Dalej uważam, że tutaj "chcącemu nie dzieje się krzywda".

    2. Ciekaw jestem co na to kol. Wojtek Majda, który pewnie też czyta naszą rozmowę? Co jak co - przy Wojtku to ja jestem wróbelek. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Jacek:
    "Im więcej wolności - tym mniejsze bezpieczeństwo, więcej korupcji"

    O tu sie nie zgodze. Korupcja idzie w parze z ograniczeniem wolnosci, a nie na odwrot.
    Jesli jest wiecej wolnosci - czytaj mniej codziennych czynnosci, takich jak budowa domu, zakup auta etc. obwarowanych Przepisami, Nakazami i Dokumentami - tym bardziej znika potrzeba korumpowania kogokolwiek.

    Po co? Gdyby nie bylo wymogu prawa jazdy, nie trzebaby przekupowac egzaminatorow; gdyby nie bylo stosu debilnych regulacji, nie trzebaby przekupowac urzednika w gminie zeby sobie na ziemi "rolnej" dom postawic i tak dalej...

    OdpowiedzUsuń
  7. @ futrzak

    Częściowo masz rację. Zauważ jednak, że receptą pewnych środowisk uchodzących nawet za prawicowe w Polsce na korupcję nie jest bynajmniej zniesienie bzdurnych przepisów prawa budowlanego, obowiązku posiadania praw jazdy, wykupienia OC czy innych uciążliwości życia codziennego, dających okazję do korupcji - tylko zwiększenie kontroli.

    I nie jest to recepta ze wszystkim szalona! Stalinowi się przecież udało - i to w Rosji, kraju, który uchodzi za światowe centrum korupcji. Mao też się udało - a trudno powiedzieć, żeby Chińczycy nie cenili dóbr doczesnych!

    Innymi słowy: jak się przykręci śrubę tak, że już sok z ludzi płynie, to i poziom korupcji spada. Skądinąd: po co się korumpować, skoro za chwilę i tak rozwalą pod murem, nieprawdaż..? Pewno minimum wolności jest niezbędne nawet dla tego, żeby się skutecznie i z sensem korumpować...

    OdpowiedzUsuń
  8. parę myśli dodatkowych dot. punktu 2., czyli dbania o cielesność, itp.

    mówisz, że dbanie o siebie - wiążę się z nieprzyjemnościami i wyrzeczeniami - i to jest częściowo prawda

    2.a.

    jednak "burza chemiczna" w moim organizmie po ostrym treningu przypomina dobre upalenie się, albo lekkie ubombanie alkoholem

    z resztą ten stan jest już w trakcie

    więc można to traktować jak rodzaj odlotu od nieźle zasranej rzeczywistości

    2.b.

    wsiąkłem w środowisko ludzi, którzy są racjonalni, chłodni i opanowani do wyrzygania - samo używanie alkoholu, nie mówię to o nadmiernej ilości budzi tamże niesmak

    ma być czyściutko, równiótko, a chłop ma być pachnący, dobrze ubrany, w formie 100%, zarabiać pieniądze, podjeżdżać pod kościół dobrym samochodem...

    walczyć z tym się nie da - wypróbowane (a wierz mi, ja łatwo się nie poddaję!) - więc może w tym szaleństwie lepiej znaleźć dobie jakąś niszę i przyjemność

    OdpowiedzUsuń
  9. Jacek:
    czy sie udalo? A bo ja wiem? Mimo takiej dokreconej sruby przekupstwa i tam sie zdarzaly (z tego co mi wiadomo z literatury).
    Mysle, ze zycie idzie "sobie" w sensie zwykli ludzie maja okreslone potrzeby i kazdy bedzie dazyl do ich zaspokojenia. Jesli na drodze stana jakies glupie przepisy a ich wykonanie bedzie zbyt uciazliwe, drogie, wiazace sie ze zbyt duza iloscia czasu - to kazdy bedzie probowal je obejsc.

    Druga sprawa to jak napisales rozkladajacy sie aparat panstwowy. Jesli mamy wadliwe prawo, sformulowane w sposob niejasny i nierozstrzygajacy, to tez bedzie okazja do korupcji.

    Trzeci element to mentalnosc ludzka. Ta najtrudniej zmienic. Mialam okazje zaobserwowac jak to dziala w praniu: nawykow wyrobionych od dziecinstwa ludzie sie pozbywaja dopiero, kiedy maja noz na gardle i zaczynaja sie bac.

    RO:
    reprezentujesz jakies dziwne podejscie. Tak jakbys wymyslal sobie racjonalizacje do tego, ze chodzisz do gymu - bo wszystkie tlumaczenia jakie podajesz sa zewnetrzne.

    W okreslone srodowiska sie "wsiaka" na wlasne zyczenie. Jak ktos nie chce, czy mu z jakimis ludzmi nie po drodze, to przeciez nie musi sie podporzadkowywac ich regulom - po co? Potrzebna Ci na gwalt akceptacja srodowiska, w ktorym zyjesz? Nie mozesz bez tego zyc?

    OdpowiedzUsuń
  10. @ futrzak

    Przykro mi, ale w Polsce podobno "prawicą" jest partia z małym "i" w środku - a wśród jej przywódców Twoje rozumowanie (jak najbardziej słuszne, skądinąd...) - jakoś chyba by nie znalazło uznania..? Bo przecież ludziom należy ufać - jak mawiał Wielki Językoznawca i Słońce Narodów - ale i kontrolować...

    OdpowiedzUsuń
  11. @futrzak

    tak potrzebna mi akceptacja środowiska w którym żyję - i to nawet na gwałt

    muszę się podporządkować ich regułom, sytuacja jest taka, że niemalże nie mogę bez tego żyć (=przyzwoicie funkcjonować)

    jak się znalazłem w tym otoczeniu to długa historia i w sumie ze sfer prywatnych, słowo "wciskać" też by się w niej znalazło, tyle, że nie powiem co i gdzie :P

    a ta racjonalizacja - to odpowiedź koledze autorowi

    i nie chodzi o sam "gym" ale o ogólne podejście do sytuacji, siłownia to symptom - a nie przyczyna

    OdpowiedzUsuń
  12. RO:
    twoje zycie, twoj wybor.
    Jak sie chcesz uzalezniac od innych w takim stopniu - deal with it.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...