poniedziałek, 21 listopada 2011

Jesteśmy, jesteśmy,

tylko doświadczamy trudności technicznych. W drugiej połowie przedpoprzedniego tygodnia nie pisałem, bo kobyła przechodziła kryzys: przestała w ogóle jeść, wydalała głównie sprężony gaz z larwami gzów – makabrycznie to wyglądało. Ogólnie – pomysł Pana Doktora odstawienia jej od pastwiska i pozostawienia pod wiatą na sianie i słomie nie był najlepszy, choć oczywiście – zwykle tak się właśnie robi i robić powinno. W związku z czym cały świąteczny piątek pasłem ją na najzieleńszych kąskach trawy, jakie tylko udało mi się w okolicy znaleźć, a znajdowłem je głównie na naszej w rajski ogród obróconej pustyni. To było jedyne, co jeszcze jeść chciała. I od tego wypasu zaczęła się poprawa. W sobotę przyjechało dobre, nadwiślańskie siano w belkach – została z belką sam na sam pod wiatą, gdy reszta poszła na pastwisko i do wieczora udało się jej wyżreć dziurę, w której chowała cały łeb i pół szyi…

I tak zszedł nam poprzedni weekend, o święto przedłużony. W poniedziałek dotarła do nas przysłana z Litwy płytka instalacyjna Mac OS 10.4… Od pewnego czasu nasz „piecyk“ G5 nie działał najlepiej: częste awarie zasialania, jakie dotykały naszą wieś przez ostatni rok, tudzież dwukrotne „uratowanie“ końputera przez naszego kochanego kociambra, który spuścił wazonik z wodą z parapetu na przedłużacz (a mógł spuścić wprost na komputer, prawda?!) sprawiły, że system często się wieszał i nie zawsze startował tak chętnie, jak powinien. Problemy objawiały się szczególnie często przy próbach uruchomienia – jak to zwykle u Apple’a bywa – „third party applications“. To jest – na ten przykład: blueconnecta!


Od razu wyjaśniam na potrzeby Szanownych P.T. Komentatorów: nie szukam nowego sprzętu komputerowego, nasz „piecyk“, kupiony w lepszych czasach na Allegro za niewielkie pieniądze, najzupełniej nam wystarczy na następne lata – jak sądzę. Przynajmniej do czasu, dopóki działa stary modem usb od Ery (jeszcze wtedy…) – bo nowy, który dostaliśmy kilka miesięcy temu wraz z nową umową już się domaga Intela i z innym procesorem nie chce gadać. A dlaczego Mac? Bo tak! Raz, że przyzwyczaiłem się w mojej pierwszej pracy, czyli w redakcji „Super Expressu“ (tu w tle słychać buczenie Moralnej Większości: błeee, ludowi ciemnotę wciskał! A tak – wciskałem. Nie mam sobie jednak nic do zarzucenia: zrobiłem materiał o potworze z Loch Ness, to prawda – ale Nessi całość tekstu autoryzowała, nie było tam więc ani słowa nieprawdy! Poza tym: była to jedna z dwóch prac w moim życiu, które dostałem bez żadnych znajomości i protekcji – z ogłoszenia. Drugą jest współpraca z „Końskim Targiem“, gdzie po prostu posłałem mailem tekst – i poszedł…).

Dwa, że w czasach, kiedyśmy się komputeryzowali z Lepszą Połową, czyli te… naście lat temu: w zasadzie nie było innego wyboru. Kilkanaście różnych języków do wyboru można było sobie zainstalować bez drapania się w lewe ucho przez prawe ramię tylko na Mac-u. I tak już zostało. A jedną z najpoważniejszych zalet tej sytuacji jest to, że rzadko bardzo cokolwiek trzeba z tym sprzętem czynić innego niż zwyczajnie używać. Niestety – zaleta ta staje się wadą, gdy jednak uczynić coś przyjdzie. Bo po prostu: nikła jest moja „sprawność komputerowa“ i mimo, że przeinstalowanie Mac OS-a naprawdę nie jest trudne – to i tego potrafię zapomnieć, skoro robię to raz na 5 – 6 lat… W tym przypadku – nie miałem nawet z czego, bo „piecyk“ kupiłem na Allegro z gotowym, zainstalowanym systemem i płytki z „Tigerem“ nigdy nie miałem. Przez lata nie było takiej potrzeby. Teraz, poratowała nas rodzina Lepszej Połowy, dosyłając płytki.

Oczywiście, druga płytka, MUSIAŁA być walnięta. W czym zapewne walny był udział Poczty Polskiej: przesyłka, mimo że w dobrze zabezpieczonej kopercie, dotarła do nas w stanie takim, jakby ją ktoś żuł i wypluł.

A skoro druga płytka była walnięta, bo musiała taka być – to natychmiast wpadliśmy w błędne koło: instalator domagał się drugiego dysku, kiedy go dostawał wieszał się, po restarcie proces zaczynał się od nowa. Potwornie irytująca sytuacja! Nie obyło się od dzwonienia po znajomych, żeby nam numer telefonu do przesympatyczne firmy komputerowej na Ateńskiej znaleźli (zapisany go miałem na mailu, do którego w tej sytuacji oczywiście nie było dostępu…). Rady typu „jabłko C“, czy „jabłko – shift – p – r“, niewątpliwie w innych okolicznościach zbawienne, nic nie dały, przeklętego instalatora wyłączyć się nie dało. Czarna rozpacz!

Aż przypomniało mi się, że mam śrubokręt… i po prostu odłączyłem dysk „Behemot“, na którym ów przeklęty instalator zdołał się już zapisać. Potem wystarczyło ponownie go włączyć, po uprzednim starcie z płytki – i rozpocząć instalację od początku, z pominięciem programów z „dysku drugiego“. Z tym, że oczywiście: tu już nie było mowy o żadnej podmiance systemu „na barana“ – trzeba było sczyścić twardziela do końca, na nowo go formatując.

No i pięknie, wszystko działa. Tylko pojawił się jeden drobny problem: Safari 2.0, które się nam tym sposobem zainstalowało w miejsce swojej o oczko nowszej wersji którą mieliśmy poprzednio – okazało się bardzo niestabilne. W szczególności, wieszało się na Googlach, mowy nie było o zalogowaniu się do Bloggera – i tu już Państwo wiecie, dlaczego przez kolejny tydzień milczałem…

Oczywiście, podjąłem natychmiast zakrojone na szeroką skalę próby ściągnięcia update’u, tudzież – znalezienia dla tego poronionego Safari jakiegoś sensowniejszego zamiennika. Tak szeroka była skala tych prób, że się nam limit w T-mobile  wyczerpał i kiedy wreszcie w piątek wygrzebałem gdzieś w zakamarkach końputerowej pamięci (dobrze jest mieć dwa twarde dyski!) stareńkiego Firefoxa, który o dziwo – działa – logowanie się do czegokolwiek poza najmniej wymagającymi pod względem szybkości transferu forami internetowymi, po prostu nie miało sensu. Dziś jest 21, więc nowy limit – melduję się zatem Państwu – nie obiecując wcale, że będę pisał często i obszernie. Po prostu: mam bardzo dużo pracy a mało wolnego czasu i wygląda na to, że w najbliższej przyszłości tego wolnego czasu będę miał coraz mniej. Ale głowę przez ten tydzień z okładem wypełniły mi tysiące słów, więc jakoś trzeba będzie to ciśnienie spuścić, to prawda…

A kobyła ma się już dobrze. Nawet owies żre, lubo na razie bez zwykłego dla niej łakomstwa – konsystencja kału też się bardzo poprawiła. Tyle, że znowu kłopot: siano nadwiślańskie w belkach schodzi nam mniej więcej o 30% szybciej, niźlim się spodziewał – a to burzy zarówno wyliczenia terminów kolejnych dostaw, jak i kalkulację kosztów.

3 komentarze:

  1. Rozumiem używanie Mac'a - jednak doinstalowałbym mu jakiegoś Linuksa dla architektury PPC (czyli dla makówek).

    Najlepiej przez zaprzyjaźnionego znawcę :)

    Stare maki nie są już w żaden sposób rozwijane i te systemy PPC odchodzą do przeszłości. Z tego co widzę - jeśli chcesz mieć nowy, sprawniejszy soft dla makówki PPC - to jedyne wyjście.

    OdpowiedzUsuń
  2. aha

    piszę oczywiście tylko technicznie, jako geek, może się przyda komuś, komu wpadnie makówka ze szrotu, a kto zechce zrobić z tego maszynę na czasie

    jeśli Tobie się ta makówka dobrze sprawuje - spełnia swoje zadania i jest ci z tym dobrze - nie ma po co zmieniać

    a modem, jak podejrzewam, nie robi problemów z uwagi na procka - tylko na jądro systemu (za stare)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciszę się z powrotu szanownego Kolegi do naszej wirtualnej rzeczywistości.

    Bardzo mnie cieszy również, że kobyła Dalia wielkopolska zdrowieje.

    Pozdrawiam i czekam na dalsze publikacje,
    Tomek.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...