niedziela, 27 listopada 2011

Dlaczego jestem (na ogół) pesymistą?

Zamieszczając w poprzednim numerze „Najwyższego Czasu!“ moją „Sumę wszystkich strachów“, Szanowna Redakcja była łaskawa okrasić tekst nader optymistycznymi zdjątkami, opatrzonymi w dodatku podpisami których związku z tekstem – w żaden sposób nie potrafię się domyślić. Widać, jak zwykle, kiepsko u mnie z myśleniem…

Tymczasem wstęp do tego tekstu, w którym przyznałem się do programowego zwalczania optymizmu, był jak najbardziej serio. Właśnie znalazłem kolejny dla pesymizmu w kwestii sytuacji ogólnej powód: doczytałem (do połowy) po raz kolejny, ale po kilku latach od poprzedniej lektury – „Dawny ustrój a rewolucję“ de Tocqueville’a.

Dlaczego lektura klasyka liberalizmu (w dodatku: konserwatywnego!) miałaby mnie tak pesymistycznie nastrajać? Ano dlatego, że między wierszami jego analizy tego, jak monarchia absolutna rozłożyła na czynniki pierwsze (i na łopatki!) dawne społeczeństwo feudalne, torując tym samym drogę rewolucji, a właściwie to – nowoczesności – można wyczytać również i ten sam wniosek, który się w rzeczonej „Sumie…“ pojawił: podległość władzy jest zjawiskiem naturalnym, jest wręcz – naturalną potrzebą człowieka (tak samo, jak każdego innego zwierzęcia stadnego!). De Tocqueville nazywa to „potrzebą“, czy też „namiętnością“ równości – przeciwstawną na ogół „potrzebie wolności“, a tym samym – prowadzącą do despotyzmu, czy to jakobińskiego, czy napoleońskiego który, całkiem dla swoich twórców niespodziewanie, zrodziła rewolucja wolnościowa 1789 roku.

Jeśli Państwo nie nadążacie (sam wcale nie jestem jeszcze pewien tego tak szybko wygłoszonego wniosku), to prześledźmy cały ten proces po kolei, krok po kroku.

Punkem wyjścia analizy de Tocqueville’a jest ów „dawny ustrój“ – „ancient regime“ – niezmiernie podobny, tożsamy wręcz, na obszarze od Atlantyku po Wołgę (no dobrze: na temat Wołgi de Tocqueville raczej mało wiedział, ale „granic Polski“ jego wiedza, jak sam to w początkowych rozdziałach przyznaje, jak najbardziej sięgała – nawet, jeśli wiedza to opierała się głównie na kodeksie praw ogłoszonym w Prusach w roku 1795 dopiero…). Skądinąd „wielkie umysły działają podobnie“ – jeśli czytać „Barbarzyńską Europę“ Karola Modzelewskiego, dzieło które zachwalam i polecam każdemu konsekwentnie od lat – takie samo podobieństwo, tożsamość wręcz, przedpaństowowych, plemiennych struktur „Barbaricum“, od Atlantyku po Wołgę, jasno udowodnione obszernym materiałem źródłowym – musiało dać analogiczne podobieństwo, tożsamość wręcz – pierwotnych struktur państwowych, feudalnych.

W czasach barbarzyńskich władza i prawo jak najbardziej istnieją (to już jest wniosek z lektury „Barbarzyńskiej Europy“ – de Tocqueville nie miał materiałów ani sposobności badania czasów tak odległych…), ale są „słabo widoczne“: 90% relacji w których jeden z ludzi dominuje nad drugim rozgrywa się w szeroko rozumianej rodzinie – rodzinie obejmującej nie tylko głowę rodu, jego żonę i dzieci, ale także: niewolników, wyzwoleńców różnej kategorii, klientów (czyli inaczej: „ludzi zależnych“) i całą masę innych „swojaków“. Pozostałe 10% to relacje pomiędzy głowami rodów: w tamtej epoce – żywo przypominające dzisiejsze stosunki między państwami jako że gdy wszyscy byli zbrojni i wolni, zaś o „sprawach wspólnych“ rozstrzygał wiec zbrojnych i wolnych, było rzeczą nader nierozsądną drażnić głowę rodu nie mając po temu istotnej przyczyny i nadziei na poparcie innych, co najmniej równie dobrze uzbrojonych „głów“!

Skądinąd widząc, jak się ten sam model stosunków międzyludzkich odtwarza po tysiącach lat chociażby w działaniu mafii – nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to właśnie jest stan dla naszego gatunku „naturalny“ – tak byśmy się zachowywali, gdyby nie było państwa, niezależnie od tego, czy jesteśmy niepiśmiennymi czcicielami Odyna lub Swaroga, czy absolwentami Oxofordu lub nawet (ho! ho!), samej SGH…

Pierwsze państwa, państwa feudalne, tym się różniły od wcześniejszego „stanu barbarzyństwa“, że władza wcześniej rozproszona, bezpostaciowa, pozbawiona widocznej formy – zdobyła wreszcie swoją widzialną postać: od razu zresztą dwoistą – monarchii i Kościoła. Jednak owa postać widzialna władzy zasięgiem swoich kompetencji obejmowała tylko te 10% stosunków społecznych, które wcześniej rozgrywały się pomiędzy głowami rodów. Z chwilą pojawienia się monarchii i Kościoła, głowy rodów, pod dawnemu zbrojne i wolne, przestały już traktować się wzajem jak niezależne państwa – poddały się sądowi zbrojnemu monarchy i moralnemu – Kościoła. Nie zawsze było łatwo wyrok takiego sądu wyegzekwować, nie raz też się zdarzało, że to głowa rodu lub jakaś ich koalicja obalała monarchę i wprowadzała na tron innego – monarcha zresztą też był zarazem jedną z owych „głów“, przynajmniej – w stosunku do własnych poddanych, nad którymi panował bezpośrednio. Był to jednak system sprawowania władzy stosunkowo trwały – utrzymał się na większości terytorium Europy przez lat co najmniej 800 – a przy tym: dający stosunkowo najwięcej wolności w dotychczasowych dziejach ludzkości.

Ten wniosek może się wydawać Państwu paradoksalny. Jakże to tak? Ustrój w którym 90% ludności pada na twarz, nurzając się w prochu i pyle przed lada szlachetką, w którym owe 90% ludności obrabia pańszczyznę, płaci czynsze, wypełnia (upokarzające) posługi osobiste, musi prosić o zgodę na małżeństwo czy zmianę zawodu lub miejsca zamieszkania – miałby więcej wolności dawać niż dzisiejsza demokracja i „prawa człowieka“???

Ano tak! Tak właśnie było. Takiej wolności osobistej, takiej wolności słowa i takiej wolności czynu, jaka panowała w średniowieczu europejskim nic w świecie dzisiejszym nie dorówna. Ustała już samowola „głów rodów“ – Gilles de Rais nie mógł dowolnie zaspokajać swoich chorych żądzy kosztem małoletnich synów swoich poddanych, był nad nim sąd ludzki i boski i sąd ten przywiódł go na szafot – nie sądzę przy tym, aby był w tym dziele wolniejszy czy bardziej opieszały od sądów współczesnych. Nie było zaś jeszcze samowoli władzy – gdyby któryś ze średniowiecznych królów napomknął chociaż o tym, że chętnie by sobie tak porządził, jak to dzisiaj byle premier byle „demokratycznego“ państwa rządzi, wydając na ten przykład „wojny“ kibicom piłkarskim, czy podnosząc ten lub ów podatek – koniec jego byłby tak rychły i tak pewny, że zapewne do dziś głowiliby się historycy, co też tak szybko pozbawiło tronu tak zdolnego władcę..? Władza „głów rodów“ – czyli de Tocqueville’a „władza arystokratyczna“ – równoważyła się z władzą monarchy i Kościoła. Nawet najsłabszy i najmniej zaradny mógł liczyć na pomoc i opiekę, o ile tylko sam tej pomocy i opieki przez próżną dumę nie odrzucił – każdy zaś, kto czuł że sprzyja mu szczęście i służy pełnia sił, mógł się starać choćby i o najwyższe dostojeństwa, pełnej zażywając dla tego wolności – jeśli tylko gotów był w tym celu znosić niewygody i trudy.

Oczywiście, że i w tym systemie zdarzały się nadużycia – gdzie ich nie ma? Epoka następna, która nadeszła wraz z pojawieniem się monarchii absolutnych, a potem wraz z rewolucją – wszelkie jednak nadużycia dawnego ustroju prześcignęła tak szybko, jakby o nic innego się nie starała usilniej, jak właśnie o to – bo w ciągu kilku lat zaledwie!

De Tocqueville pisał na prawie sto lat przed wojnami światowymi, komunizmem, nazizmem, Jewrosojuzem, Bankiem Światowym i innymi nieszczęściami XX i XXI wieku. Jednak już w jego pracy pełno jest melancholii i żalu za czasem, który odszedł wraz z owym „dawnym ustrojem“. Oczywiście złośliwiec w rodzaju Eryka Fromma wypomniałby Francuzowi jego pochodzenie – zamek de Tocquevillów do tej pory wznosi się w okręgu Valognes, z którego tyle razy hrabia Aleksy wybierany był deputowanym – jednak wartość takich zarzutów po prostu nie wymaga komentarza: bo i cóż z tego, że Platon pochodził z królewskiego rodu..? To ma niby dyskredytować jego filozofię? A gdyby pochodził z rodu kamieniarzy, jak jego mistrz, Sokrates? To co – bardziej byłby wiarygodny jako filozof..?

Gdzieś w okolicach renesansu królowie Zachodu, posiłkując się prawnikami wykształconymi na imperialnym prawie rzymskim i sojuszem z drobną szlachtą i mieszczaństwem dokonali przewrotu: obalili władzę arystokratycznych „głów rodów“ (we Francji, ostatecznie, dopiero za Ludwika XIII, znanego z „Trzech Muszkieterów“, po pokonaniu „Frondy książąt“), tym samym przejmując już nie tylko władzę nad tymi 10% stosunków społecznych, które kontrolowali wcześniej – a nad ich 100-procentową całością. De Tocqeville posiłkując się dokumentami „rady królewskiej“, „kontrolera generalnego“ i „intendentów“ XVIII-wiecznej Francji pokazuje, jak wielki był zakres tej władzy: żaden z poddanych króla Francji nie mógł założyć przytułku dla sierot, wybudować drogi lub kanału na własnej ziemi, założyć kopalni lub zawiązać z innymi poddanymi spółki handlowej – jeśli nie dostał pierwej pozwolenia z Paryża. Ba! Choć nie istniało jeszcze nawet takie pojęcie jak „konserwacja zabytków“ – to i tak każdy remont dzwonnicy, wymiana dachu na kościele czy odnowienie muru wokół wiejskiego cmentarza – wymagało takiej samej zgody wszechwładnej „królewskiej rady“. Rewolucja niczego tu nie wymyśliła, niczego nowego nie ustanowiła – rewolucja jedynie, likwidując dekorację dawnych stosunków feudalnych, utrzymywaną jako pozór, zasłona dymna i źródło dochodów dla królewskiego skarbu (bo za nadanie szlachectwa czy arystokratycznego tytułu, trzeba było królom z dynastii Burbonów słono płacić…) – ukazała wszechwładzę biurokracji w jasnym świetle dnia i uczyniła z niej widomy znak narodowej jedności. Rewolucja nie miała najmniejszego zamiaru – ani przez chwilę – ograniczać państwowej biurokracji, wyznaczać jej kompetencje czy granice uprawnień. Przeciwnie! Rewolucja zrobiła co mogła, żeby komptencje państwowej biurokracji żadnych granic nie miały…

Teoretycznie współczesna ideologia „praw człowieka“ (znowu poza de Tocqueville’a wykraczamy, wszak tego nie mógł przewidzieć…) ten brak rewolucji 1789 roku uzupełnia. Teoretycznie. Bo cóż to za „prawa człowieka“, które pozwalają dowolnie odbierać rodzicom ich dzieci? Cóż to za „prawa człowieka“, które pozwalają dowolnie odbierać właścicielom ich własność – chociażby w postaci zwierząt, rzekomo „źle traktowanych“..? Ilu rodziców rzeczywiście molestuje czy w inny sposób źle traktuje własne potomstwo? Ilu właścicieli naprawdę szkodzi własnym zwierzętom czy innej własności? Rzekome nadużycia naprawdę małej garstki są doskonałym pretekstem do przyznania urzędnikom władzy, której w dziejach ludzkości nigdy żadna zwierzchność oprócz najbardziej totalnej, do tej pory nie posiadała – bo nikt oprócz właściciela niewolnika (a i to nie zawsze i nie każdego…) nie mógł rozdzielić rodziców i dzieci i nikt, oprócz właściciela niewolnika, nie mógł dowolnie odebrać temu niewolnikowi rzeczy czy zwierząt pozostających w jego posiadaniu – tego nie mógł na ogół nawet „szef rodu“ w czasach barbarzyńskich mimo, że żadna zwierzchnia władza mu tak postępować nie zabraniała!

Czytając de Tocqueville’a po raz kolejny, choć po dłuższej przerwie, tym bardziej mam dojmujące wrażenie, że dokonanie rewolucji nie jest rzeczą łatwą. Sam autor wyraźnie to zaznacza: we wschodniej części Niemiec, gdzie przetrwały do 1789 roku w pełni stosunki feudalne i pańszczyźniane, idee rewolucji szerzyły się o wiele słabiej i mniejsze miały oddziaływanie niż nad Renem, gdzie ani pańszczyzny, ani feudalizmu już dawno nie było. Żadnego zgoła wpływu nie miała rewolucja 1789 roku na Rosję – dodajmy od siebie.

Dlaczego tak się działo? Dlatego – jak słusznie pisze hrabia Aleksy – że tam, gdzie system feudalny był rzeczywisty, funkcjonujący i żywy – gdzie zaspokajał on podstawowe potrzeby 90% mieszkańców: nie było miejsca na konflikt klasowy. Jeśli kodeks Fryderyka II w Prusach stwierdzał, że Pan powinien dbać, by jego ubodzy chłopi mogli się uczyć. Powinien, w miarę możności, dostarczać środków do życia tym swoim wasalom, którzy nie mają ziemi. A jeśli który z nich popadł w nędzę, pan ma obowiązek przyjść mu z pomocą.  – to związek pomiędzy panem a chłopem, jakiego taki dekret (przecież nie tworzący nowej rzeczywistości, a raczej – potwierdzający tylko to, co i tak było zwyczajem…) jest świadectwem, dalece przekracza związek między współczesnym obywatelem a jego państwem: państwo bowiem, jakkolwiek szeroki zakres „pomocy społecznej“ by nie oferowało, nie traktuje tego jako zobowiązania o charakterze bezwzględnym i zwykle wymaga od obywatela szeregu starań, nim mu taką pomoc przyzna. Tymczasem w ustroju feudalnym – sądząc po brzmieniu tego zapisu – stroną aktywną i podejmującą starania wcale nie był chłop, tylko… jego pan?

Zresztą, wracając na chwilę do często się tu pojawiających dyskusji na temat położenia chłopów dawniej: taki fenomen jak „rabacja“ miał miejsce w Galicji po ponad 70 latach, czyli po trzech pokoleniach, ręcznego „majsterkowania“ cesarskich urzędników przy stosunkach między chłopami a dworem. W Królestwie Polskim jakieś poważniejsze wystąpienia chłopskie to właściwie – powstanie styczniowe. Czyli: 70 lat bez mała obowiązywania Kodeksu Napoleona, który wyzuł chłopów z ich średniowiecznego jeszcze prawa do posiadania ziemi i pozwolił ziemianom na swobodne rugowanie całych wsi. W Prusach – Wiosna Ludów, pół wieku po wspomnianym akapit wyżej kodeksie Fryderyka II. Czyż nie widać z tego dowodnie, jak bardzo musi się starać władza państwowa, aby konflikt między chłopem a jego panem spowodować..? O to się też i starała, przez dwa wieki, francuska monarchia absolutna, pozbawiając francuską szlachtę jakiejkolwiek praktycznej władzy – a zachowując jej drażniące ogół, czysto honorowe przywileje, które tym bardziej były nieznośne „stanowi trzeciemu“, im mniej miały uzasadnienia w rzeczywistych obowiązkach stanu uprzywilejowanego…

Ogólnie rzecz biorąc: mała i słaba jest „sprawa wolności“. Jak pisze de Tocqueville, „namiętność równości“ nierównie silniejsza jest niż „namiętność wolności“ – ludzie wolą znosić despotyzm i niewolę, byle tylko nikt się nad nich nie wynosił i nikt nie był od nich w tej biedzie lepszy – niż zdawać się na hazard wolności, gdzie w każdej chwili znienawidzonemu sąsiadowi może się poszczęścić i postawi sobie lepszą chałupę, albo w inny sposób wykaże swoją nieznośną sąsiadom wyższość…

Ta właśnie zazdrość, to pragnienie by nikt nie był lepszy, mądrzejszy, wznioślejszy, szlachetniejszy – najpewniejszą jest podstawą i ubezpieczeniem wszelkich despotyzmów, z ostatnim despotyzmem „praw człowieka“ włącznie. Pesymistyczny wniosek, jaki z tego wynika jest taki, że w obliczu cywilizacyjnego kryzysu jaki wiąże się z nadmiernym zadłużeniem zbyt hojnych w powszechnym przekupstwie rządów i rosnącymi cenami nośników energii – ludzie instynktownie wybiorą bezpieczeństwo niewoli, a nie ryzyko wolności. Protekcjonizm, kontrola, wzrost kompetencji władzy, redystrybucja, racjonowanie i normowanie odgórne – to są hasła dnia dzisiejszego, to są hasła na czasie! Nie żadna tam wolność. Na co komu wolność..? Wolność to hasło politycznie podejrzanych arystokratów, którzy tylko szukają pretekstu, żeby się nad zwykłego zjadacza chleba wynosić…

3 komentarze:

  1. Komentarz NCzasu IMO również powinien napawać pesymizmem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobry dobry ale czemu zawsze dobry artykuł nie napawa optymizmem? – bo człowiek jest lepiej doinformowany - a wiadomo, że optymista to nie doinformowany pesymista :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...