wtorek, 8 listopada 2011

Cygan powieszony

Jak wiadomo dla towarzystwa Cygan dał się powiesić. Nasza Dalia wlkp dla towarzystwa – zjadła trochę meszu.

Kłopotu z tym było co niemiara! Ale zacznę od początku: stanęliśmy na tym, prawda, że Starsza Pani dostała FloryBoost na odtrucie – nic to nie pomogło. Ani na humor (w dłuższej perspektywie), ani na konsystencję kału czy ogólne chudnięcie. W sobotę zatem Pan Doktor odwiedził nas po raz drugi. Pobrał krew do badania i podał kobyle inverminę. Morfologia krwi okazała się być w normie – stanu zapalnego nie ma. Widocznych efektów inverminy też nie było tak od razu.

Za to całe stado od sobotniego popołudnia kiblowało pod wiatą, tj. na padoku piaszczystym – zimowym. Długo kombinowaliśmy jak tu je jednak wypuścić na trawę tak, żeby sama Dalia została na sianie i słomie (którą nam M. dobrotliwie użyczył na tę okoliczność: w okolicy teraz słomy nie ma, a jak jest – to droższa od siana, ścielimy więc sianem normalnie…), a ogrodzenia to przetrwały. W końcu wczoraj zostawiliśmy ją z Szafranką – a reszta się pasła. Szafranka szczęśliwa nie była, ale trudno: życie nie bajka, czasem pocierpieć trzeba. Dzisiaj też się coś wymyśli…
Dalia wlkp

Wczoraj rano po raz pierwszy znalazłem wydalone larwy gzów. Znakiem tego, fizyczną przyczynę depresji naszej matrony jużeśmy właśnie odkryli: na znak protestu przeciw odejściu Glusia, kapciuszka i przyjacielka – daliśmy się zagzić!

Ponieważ konsystencja kału na razie nie uległa zmianie, wypadało podać kobyle mesz, co i Pan Doktor telefonicznie skonsultowany w tej sytuacji radził. Nie jest to takie proste, gdyż:
-       w okolicy można bez problemu nabyć w ilościach hurtowych otręby pszenne – ale otrąb owsianych żadna hurtownia nie prowadzi (w końcu kupiłem po prostu 8 paczek po 200 gram w „Lewiatanie“ – w większą ilość po sensowniejszej cenie wypadnie zaopatrzyć się w Warszawie bo przecież – nie ma się co oszukiwać: jeśli Starsza Pani dała się zagzić, to cała reszta też i po odrobaczeniu, jak spadnie pierwszy śnieg, również im będzie dobrze meszu dać…),
-       nasza turystyczna kuchenka gazowa niezbyt się nadaje do długotrwałego, powolnego gotowania, której to obróki koniecznie wymaga siemię lniane przed połączeniem z otrębami (Lepsza Połowa zmieliła zatem najpierw siemię robotem kuchennym – a do gotowania użyliśmy kozy),
-       nie mamy nie wiadomo ilu wielkich garnków i nie bardzo mamy jak mieć, bo i tak już nasza chatka ze strychem włącznie zagracona jest ponad miarę – a tu by się, po prawdzie, spory żeliwny kocioł przydał (Lepsza Połowa poświęciła swój jedyny garnek do gotowania ziemniaków…).

Mesz wyszedł pyszny i wyszło go… troch dużo jak na jednego konia! Ale cóż: wychodzi na to, że zostało nam składników na jeszcze dwie porcje, a zdobyta dzięki temu doświadczeniu, z takim poświęceniem przeprowadzonemu przez Lepszą Połowę wiedza – jest bezcenna.

Mesz wyszedł pyszny, ale Dalia wlkp… nie chciała go jeść! Ot liznęła raz czy dwa – i wszystko. Nawet posypywanie owsem z wierzchu niewiele dało (do posypywania cukrem nie chcieliśmy się posuwać…).

To skąd wiemy, że pyszny..? A, bo wszystkim innym smakował! Bubie dałem trochę na ręku – prześmieszne było, jak mi to z palców zlizywała (ale Lepszą Połowę potem już trochę ugryzła – smakowało jej coraz bardziej widać…), a generalnie: towarzystwo pchało się do wiaderka z meszem ze wszystkich stron…
Osman Guli, czyli Buba

Wychodzi na to, że Wielki Straszny Zwierz… nigdy meszu wcześniej nie jadł? Po prawdzie – to myśmy jej go nie dawali – ale przecież mamy ją na własność dopiero od 2004 roku, a na swoim osiedliśmy ledwo dwa lata z małym hakiem temu. Nie mogę głowy dać, ale coś mi się kołacze, że przynajmniej w dwóch z kilku stajni w których staliśmy pensjonatem podobno konie miały były dostawać mesz co jakiś czas? No cóż: nie jest to już w tej chwili takie istotne…

Po prawdzie to z wszystkich bardziej skomplikowanych procedur przygotowywania żarła dla koni (moglibyśmy na przykład moczyć owies, a nie podawać suchy, nieprawdaż..?) zrezygnowaliśmy po części z konieczności (bywało i tak, wcale często, że w portfelu zostawało 20 złotych na cały tydzień, a to nie jest okoliczność zachęcająca do kulinarnych eksperymentów…), a po części – na podstawie doświadczeń minionych dwóch lat. Nasze konie, mając 24-godzinny dostęp do pastwiska (o ile tylko tego pastwiska nie pokrywał śnieg), nie tylko nigdy przez te dwa lata na nic nie chorowały, ale też – nie zdarzyło się ani razu, żeby którykolwiek zakolkował, miał nieprawidłową konsystencję kału – czy czymkolwiek w jakikolwiek inny sposób odbiegał od normy.
Pośniadaniowa drzemka

Problem w tym, że już od jakiegoś czasu w tym roku stado nie ma 24-godzinnego dostępu do pastwiska – i wygląda na to, że powinniśmy naszą politykę w tej materii  zweryfikować, bo zaczynają się kłopoty, o których chcieliśmy już nigdy nie słyszeć… Naprawdę nie chciałbym, żeby tu się zrobiło tak, jak w większości podwarszawskich stajni, gdzie już w końcu maja kończy się trawa – i to jest jeden z powodów, dla których ogłoszenie o pensjonacie zniknęło już jakiś czas temu ze strony. Albo uda się nam wypracować takie procedury, żeby zachowany został przynajmniej ten standard życia koni, do jakiego przywykły przez poprzednie dwa lata mimo zwiększonej obsady – albo pensjonatu nie będzie. I tak mielibyśmy teraz przerwę zimową, bo przecież nie przyjmę do chowu bezstajennego konia, który nie zdążył sobie wyhodować odpowiedniego futra. To, czy od wiosny ogłoszenie wróci, czy nie – zależy od tego, co się nam uda wymyślić i zrealizować przed końcem kwietnia.
Poranny bałagan przed wiatą - zanim zdążyliśmy wyrzucić większość stada na pastwisko i posprzątać

Wracając zaś do meszu i powieszonego Cygana. Wieczorem nie udało się nakarmić meszem Wielkiego Strasznego Zwierza. Podziumdział trochę, powykomadlał (jak się na grymaszące dziecko na Kociewiu mówi), nawet wyprowadzona za ogrodzenie i trzymana na uwiązie przy wiaderku – jeść tego świństwa nie chciała! Co było zrobić? Mogliśmy albo skarmić to od razu całej, bardzo takiemu rozwiązaniu przychylnej reszcie – albo zaryzykować i poczekać do rana.

Zaryzykowaliśmy. Miałem po prawdzie nadzieję, że przez noc Zwierzu zgłodnieje i zje bez grymaszenia. To się nie udało – bo dalej wolała nie jeść w ogóle. Ale za to, jakoś tak sam z siebie, znalazł się inny sposób. Musiałem też włączyć odmrażanie kranu – i kiedy byłem pod wiatą, Zwierz dokonał abordażu na wiaderko z owsem Buby. Buba zaś, dobrała się do meszu – dowodnie stwierdzając, że ryzyko o tyle się opłaciło, że paciajka dalej jest smaczna, nie zepsuła się przez noc. Reszt koni, kończąc swój owies, dołączała się do Buby. No i kiedy Dalia zobaczyła, że Buba ze smakiem pałaszuje kaszkę, że wpycha się jej do wiaderka na przemian Maleństwo i Melesugun – uznała, że widać nie jest to takie złe! Wszystkiego dalej nie zjadły, ale tym razem – Wielki Straszny Zwierz liznął w miarę solidną porcję…
Miałem nadzieję, że na nosie Buby będą jeszcze resztki po meszu: ale widać zdążyła się oblizać...

9 komentarzy:

  1. Jesli namoczysz siemie przez 24 godziny to wystarczy je przez 10 minut pogotowac. Sprawdzone, przetestowane wielokrotnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za radę. Reszta meszu została skonsumowana na obiad: niestety - głównie przez tekinki, Dalia znowu nie dała się przekonać.

    A propos tekinek: że się pochwalę, ale relacjonowana już tu dawno dawno, czerwcowa przygoda z topieniem się w błocie jest właśnie w listopadowym numerze "KT".

    A jeśli chcecie, to mogę opowiedzieć o tym, jakeśmy z Wielkim Strasznym Zwierzem prawdziwego wisielca znaleźli (chyba, że już o tym opowiadałem, bo nie pamiętam - na pewno robiłem to na starej Volcie)?.

    OdpowiedzUsuń
  3. Skan mi prosze zrobic, bo KT ja nie zdobede, chocbym na glowie stawala.

    Opowiadaj, opowiadaj, od starej volty to juz duzo morza uplynelo a ja historii nie pamietam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Przygoda z błotem opisana była tutaj: http://boskawola.blogspot.com/2011/06/z-gebokosci-woam.html

    O wisielcu zatem opowiem przy najbliższej okazji. Mam nadzieję, że świętując wyzdrowienie Zwierza...

    OdpowiedzUsuń
  5. Bycie Jacku "starym osłem" w Twoim towarzystwie to dla mnie wyróżnienie . Obawiam się jednak , że czytelnicy K.T. moi znajomi a tym bardziej moje córki tego nie rozumieją. Zadziwia mnie Twoja, że tak powiem autodestrukcja. Objawiająca się w tym przypadku pokazaniem zdarzenia jako historii uporu i głupoty. Zacznę od przesieki, która wydawała się być całkiem solidna drogą. Nie było żadnego stosowanych w takich razach oznaczenia , że wkraczamy na teren rezerwatu Majdan obejmującego bagniska. Ja nie miałem pojęcia o istnieniu takowego. W pewnym momencie Frontier gwałtownie wpadł w dół uderzając jak się okazało klatką piersiową o spróchniałą wrednie wyglądającą karpę. Przez którą to koń się przewiesił nie znajdując podparcia dla przednich nóg . W momencie zeskoczyłem z końskiego grzbietu i pociągnąłem go do przodu i w bok ponieważ do tyłu koń nie miał możliwości wycofania. O sile uderzenia świadczyła opuchlizna , która ujawniła się u Frontiera dopiero po kilku dniach sam znasz jej rozmiar.Odbijając w bok próbowałem zawrócić do ścieżki lecz nie było to możliwe. Drogę zagradzały zwalone pnie drzew zarośnięte pokrzywami i czym tam jeszcze. Omijaliśmy kolejne kłody w nadziej na stały grunt ale brnęliśmy w bagno. Prześwit przesieki w konarach drzew znikł i stało się nieswojo.
    Gdy o tym myślę zadaję sobie pytanie. Dlaczego widząc co się dzieje podążyłeś za nami?Przecież byłeś jeszcze na bezpiecznej ścieżce mogłeś zawrócić. Czy to Buba ślepo poszła za Frontierem ?
    Zdając sobie sprawę, że powrót tą samą drogą nie jest możliwy jedyne co wydało mi się rozsądne to przemieszczać się jak najbliżej pni rosnących tam drzew. Dawało to do mojej ocenie szansę na dotarcie do stałego podłoża. Kluczyliśmy próbując nie zgubić kierunku z którego przybiliśmy.
    Ty w pewnym momencie postanowiłeś szukać drogi na własną rękę. Efektem tego było to że raz i drugi kobyła odmówiła Ci posłuszeństwa nie idąc dalej. Przy kolejnym razie kobyła rzeczywiście wydawała się być zrezygnowana. Mnie udało się trafić trochę stałego gruntu przywiązałem Frontiera do drzewa i wróciłem by dopomóc Ci wyprowadzić Bubę. Nogi przednie udało mi się jej wydobyć i położyć pod brzuch ale i tak nie chciała podjąć wysiłku. Twoje zaklęcia typu " Buba kochanie choć " lub "Księżniczko ty moja" na nią nie działały. A że miałeś jak piszesz śmierć w oczach to nie pozostało nic innego jak rozładować sytuację. Kobyłę poprosiłem byś ciągnął za uzdę sam zaś wymierzyłem jej dwa solidne pręcie przez zad i zadziałało.
    Być może to Jacku brutalne ,ale okazało się zbawczo-skuteczne. Gdy dotarliśmy do Frontiera na odpoczynek nie było czasu. Całe mnóstwo leśnych krwiopijców zwabionych końskim i naszym potem obsiadło nas i konie. Musieliśmy iść dalej.
    Po mimo zapadania się (brzuchy końskie były w tym wypadku ogranicznikiem ) Buba już bez sprzeciwu brnęła za Frontkiem ku szczęśliwie odnalezionemu wyjściu .
    Wydaje mi się Jacku , że w historii tak odmiennie widzianej przez nas obu zwyczajnie na miano "głupiego i upartego starego osła " nie zasłużyłem. Ba ja tam ani osła ani śmierci nie widziałem .
    Jak wiesz jeżdżę dla przyjemności. Drogi nakładałem lub skracałem z czystej ciekawości tego co za zakrętem .
    Do tej pory zawsze wracam po mimo różnych przygód, które są nieuniknione . Co gorsza sprawiają mi frajdę.
    Zbyszek

    OdpowiedzUsuń
  6. Jacku, kiedy będzie nowy post?

    My, zagorzali fani twojego bloga, czekamy na "świeże mięsko".

    OdpowiedzUsuń
  7. Halo, halo ....????
    Czy jest na sali pan Jacek ??
    Pozdrowienia dla kotowatych i Lepszej Połowy - Ania B.

    OdpowiedzUsuń
  8. Przykre takie oglądanie kiedy zwierzę nie chce jeść dobrych rzeczy. To wynika z tego, że czując się, źle nie chce jeść standardowo właściwych rzeczy. Chory koń czy inne zwierze nie będzie chciało jeść tego co jest smaczne dla zdrowego, bo działają u niego inne mechanizmy doboru jedzonka(zwierze nastawia się wtedy na szukanie leku). Możliwe, że klaczy bardziej posmakowałyby otręby doprawione jakimś zielskiem o gorzkim smaku.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...