niedziela, 23 października 2011

Zmalałem


Dosłownie: jestem dziś o kilka centymetrów krótszy niż 24 godziny temu. A to dlatego, że w międzyczasie, idąc za radą M., który stwierdził, że nikogo to nie obejdzie – przytyrałem na tyły Wielkiego Padoku kilka „kolejowych“ osik z chaszczy nad torami. U nas już takich nie ma: młodych (więc nie za grubych), a już wysokich (były po 8 – 12 metrów: na dwa lub trzy przęsła ogrodzenia jedna starczała). Przytyrałem je oczywiście samochodem, ale już samo przewożenie czegoś takiego było zabawne, bo ciągle mi spadały z przyczepy – a jak tym trochę pomanipulowałem najpierw na przyczepę wkładając, a potem na ogrodzenie przywieszając, to i zmalałem. Świat też jakby od razu zmalał, bo horyzont mi się skrócił wraz ze wzrostem…

Po co przywieszałem te dodatkowe belki? Ano po to, że w piątek popołudniu, nasi kochani milusińscy wyszli sobie na spacer. Właśnie tyłem – tam, gdzie poprzednio zbudowałem „Wał Iwara“, który jednak całej ściany nie obejomował, a tylko jej najczęściej atakowany fragment. W tej chwili zabezpieczenie w postaci osikowych belek ma już prawie cała ściana. Prawie, bo jedną osikę musiałem przywiesić gdzie indziej – i przez to trzy przęsła pozostały niezabezpieczone.

Dlaczego musiałem zostawić taką luką? Ano bo nasi kochani milusińscy w czasie, gdy ja przywieszałem belki na tyłach – wyszli sobie boczną ścianą. Zabezpieczyłem więc miejsce, którym wyszli…

Prawdę pisząc, to w tej chwili zdecydowana większość ścian Wielkiego Padoku jest już chroniona albo belkami – albo prądem (a bywa że jednym i drugim). Zostały stosunkowo niewielkie luki. Które chyba trzeba będzie wypełnić – milusińscy są bowiem bezwzględni (zero litości!) – traktują Wielki Padok wyłącznie jako stację przesiadkową przez którą przechodzą w siną dal. Najchętniej na swoją ulubioną łączkę nad kanałkiem, gdzie mogą się paść razem z krowami, co jest przecież marzeniem każdego rasowego konia – nieprawdaż?

W ogóle na temat zachowań naszych koni siła by pisać. Zdziwiła mnie tydzień temu pani Beata, gdy pogoniłem – przepędzając stado pod wiatę, żebyśmy mogli wsiąść – koniów uwiązem, a te nawet uszami nie zastrzygły. Nie mówiąc oczywicie o skierowaniu się we właściwą stronę żywym stępem – w tym celu trzeba je było popchnąć. Stwierdziła, że w normalnych warunkach stado już byłoby po drugiej stronie po czymś takim. Hmmm…. Przez lata trzymaliśmy konie „w normalnych warunkach“, stojąc w różnych pensjonatach – ale żeby aż tak? Może już nie pamiętam… Faktem jest, że Szacowne Stado jest wyluzowane do przesady. Jeśli pominąć wycieczki w siną dal, gdzie zdarza im się nawet podgalopowywać (zwłaszcza, gdy uchylają się przed schwytaniem i doprowadzeniem do wyznaczonej strefy zamkniętej…) – to w zasadzie powinniśmy sobie sprawić wózek widłowy. Tak byłoby najszybciej je przenosić między padokami. Na własnych nogach to raczej pełzną niż chodzą.

Umysł koński jest przy tym na ogół schematyczny. To dobre słowo: schematyczny! Albowiem nic tak nie cieszy koni jak powtarzalność. Stąd staramy się, aby posiłki były zawsze o tej samej porze (no, wczoraj akurat ominął je obiad – bo dopiero je sprowadzałem z ich ukochanej łączki nad kanałkiem, więc pora minęła – a potem kolacja, bo się pobiły i zaczęły przewracać wiaderka, więc zabrałem wszystkim – widać nie były głodne?) – stały rytm dnia bardziej chyba konie uspokaja niż nawet otwarta przestrzeń (mam wątpliwości czy Wielki Padok jest dostatecznie przestrzenny na to, aby konie rzeczywiście uznały go za „otwartą przestrzeń“! Ich zachowanie wyraźnie się zmienia gdy są po niewłaściwej stronie ogrodzenia – a więc mają świadomość, że póki się pasą po właściwej stronie, wcale nie są wolne – a to, że nie widać przeciwległego płotu, a cóż to za różnica?). I nawet uciekają – raz się zapoznawszy z terenem, co oczywiście wymaga pewnego czasu – na ogół w te same miejsca. Zależnie zatem od tego, gdzie zlokalizuję dziurę – prawie na pewno mogę już dalej się nie zastanawiając, iść w jedno z kilku miejsc, które są celem ich wycieczek i raczej je tam zastanę.

Najchętniej atakują ogrodzenie w miejscu, gdzie już raz udało się je przerwać. Stąd czasem działa prostacka wręcz sztuczka: zabezpieczenie kilku przęseł wokół miejsca poprzedniej ucieczki sprawia, że Stado traci zainteresowanie całym odcinkiem płotu i przenosi swoją destrukcyjną działalność gdzie indziej. Oczywiście, jak każde kłamstwo, także i ta sztuczka ma krótkie nogi – bo w końcu zainteresują się pozostałymi lukami. No i właśnie chyba doszliśmy do takiego momentu, w którym żadna luka nie jest bezpieczna.

Wczoraj zresztą postąpiły właśnie nieschematycznie, twórczo. Przerwały bowiem boczną ścianę od strony torów kolejowych (bez obaw, Proszę Państwa Czytelników! Piszę „od strony torów“, bo tak mówimy dla orientacji – ale te tory są prawie kilometr dalej, oddzielone od nas chaszczami…) zdecydowanie bliżej frontu niż tyłu. Zwykle wychodząc w takim miejscu, kierowały się na północny wschód i tam też poszedłem je w pierwszej kolejności szuać, spodziewając się je znaleźć na którymś z rżysk lub na oziminie w pobliżu wsi. Zawróciłem jednak, nie dostrzegając żadnych śladów kopyt na naszej piaszczystej drodze, którą musiałyby w tym celu przeciąć. Przy bliższych oględzinach okazało się, że konie, choć nigdy w taki sposób ani same nie chodziły, ani tym bardziej, nie były przez nas tak prowadzone, skierowały się w stronę całkiem przeciwną i długo dość klucząc chaszczami – wyszły w końcu na swoją ukochaną łączkę nad kanałkiem. Albo był to czysty przypadek, albo nie tylko zapamiętują raz oglądany teren – ale też potrafią się orientować w stronach świata. A to już wymaga pewnej zdolność do uogólnień, by nie rzec wręcz: abstrakcji! Obrały bowiem ogólnie słuszny i prawidłowy kierunek w nieznanym wcześniej terenie, w którym zawsze chodziły (jeśli w ogóle chodziły) zgoła odwrotnie… Sądząc po znalezionych kupkach, miały dylemat w którą stronę się kierować dopiero pod linią wysokiego napięcia, dobre 200 metrów od miejsca przerwania płotu.

Skądinąd Frontier, gdyśmy ze Zbyszkiem błądzili po lasach, taką właśnie zdolność do odnajdywania właściwego kierunku w nieznanym lub prawie nieznanym terenie przejawiał. A i moja Dalia wlkp zwykła – póki jej nie skołowałem wielokrotnie skręcając – o wiele żwawiej iść w stronę gdzie, jak sądziła, jest dom – niż w stronę przeciwną.

Cóż: idę je wypuścić na trawę. Pójdę zresztą chyba z nimi zobaczyć, co też poczną. Bo jeśli znowu spróbują postępować nieschematycznie – nie pozostanie nic innego, niż zebrać je z powrotem pod wiatę. Wielkiej szkody już teraz nie ma, w końcu trawa przywiędła i chyba wszystko jedno, czy jedzą siano, czy to, co jeszcze rośnie na Dzikim Zachodzie – tyle, że oszczędzamy sobie wywożenia gówna, jeśli defekują poza zimowym padokiem…

A wczoraj, w pierwszej parze sprowadziłem z ukochanej łączki naszych milusińskich Szalonego Konia Lepszej Połowy i Ramzesa. Lepsza Połowa, która właśnie skończyła sprzątać nawóz – zrobiła im zdjęcia. Może niezbyt ładnie Melesugun wyszła (jak się powinno fotografować tekińca, to właśnie koleżanka Pursat na Re-Volcie pokazała, to zdjęcie bardzo się nam podoba!) – ale przynajmniej: zabawnie:
a Ramzesowi łapki się poprawiły. Tu akurat kłusuje:
ale w piątek, jak nie chciał mi się dać złapać - uciekał galopkiem.

5 komentarzy:

  1. Niezłe numery robi Wasza końska gromadka:-)))

    OdpowiedzUsuń
  2. konik na 1 zdjęciu, za przeproszeniem, tyłek pokazuje

    OdpowiedzUsuń
  3. @ R-O

    Ten typ tak ma. To na wypadek, gdyby obok przypadkiem przelatywał bezpański ch..j odpowiednich rozmiarów - nie będzie tracił czasu na odsuwanie ogona...

    OdpowiedzUsuń
  4. buahahahahhaa!

    zabiłeś mnie komentarzem

    OdpowiedzUsuń
  5. Tu się nie ma z czego śmiać, to jest smutna rzeczywistość! Czasem czuję się jak ojciec czterech nieletnich, ale bardzo wyzwolonych córek...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...