niedziela, 2 października 2011

Z pamiętnika czabana 3 - Katastrofa

Frontier i Melon odeszli rano zgodnie z planem. Reszta stada nie mogła jednak się powstrzymać przed udowodnieniem mi, że nie miałem racji, oskarżając głównie Frontiera o przerywanie ogrodzeń (a w konsekwencji - odrzucając hojną ofertę Zbyszka, który chciał sam ogrodzić prądem Wielki Padok...). Nie ulega też najmniejszej wątpliwości, że Stado nie mogło, ale to absolutnie nie mogło - poczekać z tym udowadnianiem choćby do tego, żeby Frontier z Melonem zniknęli za zakrętem drogi. Nie! Nawiać trzeba było od razu, jak tylko oddaliłem się ze Zbyszkiem, jego żoną i oboma przerażonymi zresztą nie na żarty panami.

Nie ulega także wątpliwości, że kolby kukurydzy pozostałe po skombajnowaniu dwóch ostatnich w okolicy pól tego zboża są o wiele ciekawsze od kolegów czy koleżanek oddalających się w stronę wydzielonej strefy zamkniętej (przeciwnie natomiast: trawa na Wielkim Padoku - której ciągle jest pod dostatkiem - ani się umywa atrakcyjnością do koleżeństwa, jeśli tylko koleżeństwo to pozostaje za płotem...). Dlatego nikt ani myślał podążać za końmi prowadzonymi w stronę padoku - a konie wypuszczone na padok natychmiast próbowały na powrót przerwać ogrodzenie, by dołączyć do buszujących na kukurydzianym rżysku kolegów i koleżanek. Skutkiem czego niektóre konie doprowadzałem na ścieżkę cnoty trzy razy - a większość: dwukrotnie...

I co tu się dziwić że koczujący pasterze okazjonalnie okazywali się agresywni w stosunku do sąsiadów? 

Jak dziesięć razy pod rząd stado nawieje Bóg wie gdzie - to chce się je w całości przerobić na tatara:
ale przecież wiadomo, że konie niewinne - a frustrację jakoś trzeba rozładować! Cóż zatem innego pozostaje, niż wyprawić się na tych wrednych, osiadłych sąsiadów, którzy takich problemów nie mają, bo im krowiszony tak szybko nogami przebierać nie potrafią..?

Ja wyładowałem frustrację wywożąc nawóz spod wiaty (9 taczek wyszło). Ale prawdę pisząc - jak bym mógł dziś przed południem sprzedać to wszystko w Dyabły - i nawet nie do żadnej tam Argentyny wyjechać, za stary jestem na zaczynanie wszystkiego od początku po raz niewiadomo który, a poza tym, od czasu niesławnej pamięci budowy Terminala 2 na Okęciu, mam tiki nerwowe gdy tylko usłyszę hiszpańskie seplenienie - przepić po prostu i umrzeć szczęśliwy, bo znieczulony - to bym sprzedał.

Inna sprawa, że ze sprzedażą naszych leniwych, rozwydrzonych i nic nie wartych koni tudzież jałowej i zapuszczonej ziemi jest dokładnie tak samo, jak ze sprzedażą Ojcowego Passata - jak bym dopłacił słuszną kwotę, to by się może, ewentualnie, Łaskawy Nabywca (ale i to - z pretensjami od razu!) znalazł. Skoro nie dopłacam - mowy nie ma o takiej transakcji, trzeba swój krzyż czabański dalej dźwigać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...