poniedziałek, 3 października 2011

Szkólny


Kim jest szkólny? Szkólny to przede wszystkim jedna z kanonicznych postaci kociewskich „Opowiadań Kaźmnirza“, czyli pana Antoniego Górskiego, którego miałem zaszczyt poznać wiele lat temu, pracując dla „Gazety Kociewskiej“. Będę go pamiętał do końca życia choćby dlatego, że przez niego straciłem alkoholowe dziewictwo: na swój jubileusz przyniósł do redakcji piersiówkę aromatycznej ziołowej nalewki i każdemu dał po naparstku, mnie, podówczas bodaj 17-letniego (tak, tak! Późno jak na dzisiejsze standardy, nieprawdaż..?) nie wyłączając. Bardzo mi to posmakowało – i gustu pod tym względem nie zmieniłem do dziś!

Szkólny to po prostu nauczyciel. Ale to tłumaczenie z kociewskiego na polski nie wyczerpuje bynajmniej całej złożoności funkcji, jakie szkólny, nie tylko w opowiadaniach Kaźmnirza pełni – bo i moi dziadkowie całkiem w ten sam deseń mi o tej instytucji opowiadali.

Oczywiście, szkólny był przede wszystkim przedmiotem bisurmańskich zgoła dowcipów, jakie mu dzieciarnia wyrządzała – zaczynając od spuszczania powietrza z koła (czyli z roweru – bo takim właśnie, służbowym pojazdem dysponował szkólny) – a kończąc na klasycznym natłuszczaniu gąbki czy podkładaniu pinezek na zydlu. Co nader często kończyło się bliskim spotkaniem z zawsze trzymaną na podorędziu tęgą lagą (czyli pałką), do używania której szkólny – w przeciwieństwie do słabowitych i afektownych pań pedagożek z dzisiejszych czasów – był nie tylko w pełni uprawniony, ale też i systematycznym ćwiczeniem doskonale wprawiony.

Szkólny to nauczyciel wiejski. Zarazem w jednej osobie dyrektor szkoły (a czasem nawet i kilku szkół…), całkowity owej szkoły (czy nawet szkół…) personel, tak pedagogiczny jak pomocniczy – i pierwszy przedstawiciel władzy, z którym młode pokolenie Kociewiaków miało do czynienia już – ho, ho! – co najmniej od połowy XIX wieku. Miało prawo nazbierać się trochę resentymentów, prawda? Toż to przecież podstawowe narzędzie najpierw germanizacji, a potem sanacji, a z oboma tymi dopustami Bożymi musiał sobie jakoś kociewski ludek radzić, jak nie zbrojnie – bo na to był za mały – to chociaż podkładaniem pinezek... W dodatku – funkcjonariusz patriarchalnego, represyjnego, maskulinistycznego i jakie tam jeszcze epitety da się tylko wymyślić – reżimu. Nauczyciel spod Sadowy – biorąc pod uwagę, że jednak 95% rekrutów kończyło swoją edukację właśnie na wiejskiej szkółce (coś w stylu obecnej 6-letniej bodaj podstawówki?) – to właśnie szkólny! Razm z sołtysem, plebanem i rządcą miejscowego majątku – z którymi zresztą nader często spotykał się przy karcianym stoliku i sznapsie – tworzył też szkólny prawdziwe podwaliny ówczesnego społeczeństwa. Czasem można mieć wrażenie, że tylko przez wzgląd na odległość w czasie i fakt, że zawsze przyjemnie wspomina się dzieciństwo i młodość – postać ta w niektórych opowieściach nabiera jednak odrobiny cech pozytywnych…

Szkólny bywał sam w sobie dość zabawny. Państwo płaciło mu niewiele. Za to budynek wiejskiej szkółki był zarazem jego służbowym mieszkaniem – miał też zwykle przy szkole zagon kartofli, jakiś warzywniak, trzymał w komórce kilka kur, kozę, czasem nawet krówkę – wszystko to obrabiając i wypasając rękoma swoich uczniów. Mieszkańcy wsi dostarczali mu drewna na opał. Czasem też miewał okazję dorobić „na boku“ pisząc im urzędowe pisma czy doradzając w „światowych“ sprawach – w zamian za flaszkę bimbru czy pół świni. Zwyczajowo rodzic nazbyt już rozbisurmanionego urwisa, albo też lenia, któremu groziła repeta – opłacał się szkólnemu w tych naturaliach, jakimi akurat dysponował: czy to gąskę przyniósł na koniec roku szkolnego lub na święta, czy to coś pomógł szkólnemu w gospodarstwie.
Wiejska szkoła. Skądinąd podobny budynek rozsypuje się właśnie i w Boskiej Woli - powinienem zapytać świadomych miejscowych dziejów, czy aby i w nim nie było przypadkiem szkoły i mieszkania szkólnego zarazem w dawnych czasach?

Dawało się przeżyć – ale nie była to w żadnym razie posada marzeń. Stąd nie trafiali do wiejskich szkół prymusi najlepszych uniwersytetów, a tak prawdę powiedziawszy – to zdecydowana większość szkólnych mogła się legitymować co najwyżej jakimiś kursami dla nauczycieli po gimnazjum. Połączenie materialnej – no, nie nędzy może, ale: przeciętności – z umysłową miałkością dawało łatwy do przewidzenia efekt. Przede wszystkim – trudno było szkólnemu znaleźć kandydatkę na żonę, a i o obłapiankach za stodołą mógł raczej zapomnieć – żaden był z niego gach w porównaniu do gospodarskich synów. Był zatem zwykle szkólny sfrustrowanym seksualnie starym kawalerem, co oczywiście prowadziło do całej masy zabawnych sytuacji. Większość szkólnych, co tu kryć – rozpijała się dość szybko i kończyła żywot przedwcześnie jako otłuszczeni, chorzy na wątrobę astmatycy (jazda na kole po kociewskich pagórkach wymagała jednak pary w płucach…). Oszczędzając tym samym sobie kolejnego upokorzenia w postaci głodowej emerytury i mieszkania kątem, ciągle w tej samej wiejskiej szkółce, ale już tylko jako przystawka do głównego lokatora – nowego, młodszego szkólnego, który nieraz starszym kolegą pomiatał, bo jego widok aż nazbyt dobrze uświadamiał mu własną przyszłość…

Oczywiście – bywały wyjątki. Przede wszystkim, mógł szkólny zrobić karierę. Jeśli uczył się pilnie i zdał wymagane egzaminy – a przy tym: uczęszczał regularnie do kościoła i przykładnie się prowadził (było to sprawdzane!) – mógł awansować na inszpektora. Inszpektor to już persona! Miał służbowe mieszkanie w miasteczku, deputat węglowy i prawo do ulgowych przejazdów koleją. Sprawował nadzór nad wszystkimi wiejskimi szkołami na terenie powiatu – i egzaminował ich uczniów, w ten, najprostszy z możliwych sposobów, kontrolując efekty pracy podległych sobie szkólnych.

Byli też tacy – nieliczni, ale za to najlepiej pamiętani, mają teraz ulice i szkoły swojego imienia – którzy podchodzili do życia i pracy z pasją – czy to zasługując się, wbrew zaleceniom władzy, dla polskiej i kociewskiej mowy i życia, czy to udzielając się na polu społecznym. O tych chlubnych wyjątkach jednak, każdy może sobie sam przeczytać gdzie indziej, my tu trzymamy się raczej zapomnianej szarości życia, a nie jego barwnych fajerwerków…

Po co ja o tym wszystkim Państwu opowiadam? W zeszłym tygodniu, akurat w czasie południowej przerwy w czabanieniu (ze względu na duże różnice temperatury pomiędzy dniem a nocą, najpóźniej około 13.00 stado samo schodzi pod wiatę – robi się w porównaniu do chłodnego poranka gorąco, koniom chce się pić i podrzemać w cieniu – wychodzą na pastwisko ponownie po obiedzie, który wydaję im o 15.00), zadzwoniła do nas M., której małżonek od tygodnia przebywał w pracy i wrócić miał dopiero w niedzielę – żebyśmy do niej na kawę wpadli, bo poza dziećmi żadnych ludzi nie widziała już od kilku dni i dłużej tego nie wytrzyma. Cożeśmy uczynili. Przy tej okazji zeszło na szkołę. Otóż gmina likwiduje najbliższą M. szkołę, wszystkie dzieci przenosząc do szkoły zbiorczej – jednej na całą gminę.

Jest to logiczne. Gmina dostaje subwencję oświatową w kwocie zależnej od liczby dzieci, a nie od liczby szkół – im mniej ma zatem na utrzymaniu budynków i nauczycieli, tym efektywniej wydaje pieniądze, którymi dysponuje. Jedna szkoła w gminie, to dla gminy – czysta oszczędność. A że niektóre dzieci mają daleko? Że zupełnie inaczej wygląda kwestia dyscypliny i porządku w szkółce, która liczy kilkudziesięcioro dzieci – niż w takiej do której chodzi ich kilka setek? Rodzice mogą sobie protestować – nic to nie da.

Zauważmy jednak, że w owych dawnych, słusznie potępianych, patriarchalno – opresyjnych czasach – jakoś sobie z tym dylematem radzono. Właśnie przy pomocy instytucji szkólnego – jeden taki nauczyciel i jedna mała, niczym się nie różniąca od pozostałych chałup we wsi szkółka: a system działał i nie tylko wszyscy potrafili pisać, czytać i tabliczkę mnożenia – i to po niemiecku (moi dziadkowie liczyć potrafili tylko po niemiecku…), a jeszcze Austriaków czy Francuzów gonili po polach za cesarza…

Oczywiście: nie ma i nie może być powrotu do czasów szkólnego. Przede wszystkim dlatego, że w epoce bezprecedensowego dobrobytu, jaki panuje obecnie – nikt nie zgodzi się uczyć dzieci (co więcej: uczyć ich wszystkich przedmiotów – w zakresie klas 1 – 6) za kilkaset złotych miesięcznie, mieszkanie, zagon kartofli, służbowe koło i nieograniczone prawo do używania lagi. No way, to se ne vrati!

Wydawałoby się jednak, że technika nieco poszła do przodu od czasów szkólnego i jego lagi wraz z kołem – i być może jednak istnieje tania i efektywna alternatywa wobec zbiorczych szkół gminnych, których powstawanie wymusza obecna konstrukcja subwencji oświatowej? W szczegóły nie chcę się wdawać. Dzieci nie mam, problem mnie nie dotyczy, wspominam o nim jedynie przy tej okazji, że naszych przyjaciół dotknął. Z całą pewnością można sobie wyobrazić taką kombinację nauczania domowego, wykorzystania internetu (który, wbrew pozorom, jest już jednak dość na polskiej wsi rozpowszechniony…) i chyłkiem wprowadzonego przez gminę bonu oświatowego (otwarcie, zdaje się – nie wolno, prawda?), choćby w postaci dofinansowania sołectw, co gminom przecież wolno robić – by wyszło taniej niż wozić dzieci ze wszystkich wsi do jednej, monstrualnie w tych warunkach rozrosłej szkoły… Być może, los Nieszawy może tu być ostrzeżeniem, gminy będą zmuszone takich rozwiązań poszukiwać?

Ja bym tam, co prawda, najchętniej zostawił rodzicom i tylko rodzicom troskę o wychowanie ich potomstwa – i samo by w praniu wyszło, jaki model szkolnictwa cieszy się największą popularnością. Tego jednak, nawet i proponować nie ma co, bo zaraz zastępy przerażonych widmem bezrobocia ćwierćinteligentów (jak wiadomo, nie ma bardziej komunistycznej organizacji w Polsce niż Związek Nauczycielstwa Polskiego…) taki klangor podniosą, że nawet przelatujące nad Boską Wolą gęsi zdołają zagłuszyć…

A teraz idę zobaczyć, dokąd w międzyczasie nasze konie zawędrowały? Wczoraj popołudniu były grzeczne, to je wypuściłem na pastwisko zaraz po śniadaniu i nie poszedłem tam za nimi – Lepsza Połowa twierdzi, że powinny się z czasem uspokajać i trzeba im zaufać, uf, uf! Mam nadzieję, że ma rację – podczas wczorajszego porannego incydentu najaktywniejszy był jej własny Szalony Koń, a tego znać chyba powinna..?

10 komentarzy:

  1. Przyczyną jest nie chęć oszczędzania (a więc kryzys ekonomiczny), a kryzys demograficzny- u mnie w gminie, z racji emigracji młodych, zamknięto większość szkół. Mając pewien wgląd w środowisko nauczycieli, widać jednoznaczny trend w dużym obszarze- co nota bene potwierdzają też i dane statystyczne. Nigdy nie będzie się opłacało robić szkoły dla 12 dzieci- przynajmniej w sytuacji, gdy istnieje jakiś środek transportu (nie sądzę też, żeby komuś w sytuacji takiego hipotetycznego kryzysu chciało się bawić w powszechną edukację).

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  2. Woody: oczywiście masz rację - kryzys demograficzny dociera już nawet do uczelni, na co znajomi mocno kwękają - ale tendencja do tworzenia dużych "szkół zbiorczych" istniała i wcześniej. Sam do takiej chodziłem i - na szczęście już jak przez mgłę - nie wspominam tego najlepiej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawą kwestią jest sam kryzys demograficzny, który potencjalnie może mieć skutki dużo bardziej opłakane, niż wszystkie inne (ekonomiczny, energetyczny, ekologiczny itp). Zastanawia mnie, o ile jest to efekt powszechnych "emerytur", czy też jednak zmian kulturowych. Jak jest z ogólnie pojmowanych socjalem w krajach o wysokim przyroście naturalnym? Kiedyś wskazałbym na pierwszy czynnik, ale teraz nie jestem taki pewien; w takim np. rządzonym KoLibrowo Singapurze (przynajmniej w porównaniu do Europy) wskaźniki urodzeń również dołują, do tego stopnia, iż tamtejszy rząd podobno planuje posyłać rdzennych obywateli na... kursy umawiania się na randki (!); mam nadzieję, że ten nius jest tylko plotką, takie zachowanie nie przystawałoby nawet stereotypowym studentom politechniki. Wracając do meritum: czy zmiany polityczno-ekonomiczne (obojętnie jakie) przywrócą normalny wygląd populacji w krajach rozwiniętych, czy też jesteśmy skazani na wymarcie?

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  4. bo młodzieńcy zamiast uganiać się za spódniczkami na żywo - oglądają porno w internecie

    tylko dzieci z tego nie będzie

    OdpowiedzUsuń
  5. 1. Zjawiska demograficzne da się sensownie badać z perspektywy co najmniej połowy stulecia - trudno i darmo: ludzie są spośród wszystkich zwierząt stosunkowo długowieczni i jeszcze długo zachowują sprawność reprodukcyjną, więc krótsza perspektywa czasowa nic nie daje. Tym samym, zapewne dałoby się już coś powiedzieć o trendach na Zachodzie - i chętnie bym przeczytał o tym, jeśli ktoś ma wystarczającą wiedzę - ale nie u nas, u nas jest na to za wcześnie...

    2. Intuicyjnie powinien istnieć jakiś związek - i to chyba właśnie w formie ujemnego sprzężenia zwrotnego - pomiędzy zamożnością a dzietnością. Zwykle najbiedniejsi mają najwięcej dzieci! Stąd niejaki Malthus wywodził, że właśnie dlatego są biedni - co jednakowoż, chyba możemy zakwalifikować jako zwykłe brednie. Faktem jest, że obecne zjawisko "zamożności" jest bezprecedensowe. Zwykle dobrobytem cieszyła się nieliczna grupa ludzi - a ich sukces reprodukcyjny czy brak tego sukcesu, nie miał większego znaczenia dla dynamiki całej populacji. Teraz żebracy mają cieplej, jedzą obficiej i lepiej się ubierają niż królowie 200 lat temu - stąd mogą zachodzić i w dynamice populacji ludzkiej takie zjawiska, których z niczym wcześniejszym nie da się porównać...

    3. Racjonalne oszczędzanie z całą pewnością nie ma racji: mężczyzna jest do reprodukcji najmniej potrzebnym i najłatwiej wymienialnym elementem. Pomijając już wszystko jedno, gdyby nawet 99,9% z nas nie chciało się już więcej nic a nic - to ten 1 na 1000 i tak spokojnie da radę zapłodnić wszystkie kobiety, które tylko będą tego chciały! Paragwaj jest na to dowodem... Pytanie zatem: dlaczego zamożne kobiety nie mają dzieci?

    OdpowiedzUsuń
  6. Ad. 3. Dobry znajomy po przebojach z polskimi dziewczynami, którym się najwyraźniej w d.... poprzewracało, księżniczkom wiecznie coś źle albo za mało... rozważa sprowadzenie sobie żony z południowo-wschodniej azji lub chin - rzekomo pracowite, pokorne, dziećmi się zajmą bez pitolenia, chłopa szanują...

    OdpowiedzUsuń
  7. @Boska Wola:

    Z tą zamożnością to różnie bywa; czytałem niedawno, że dzietność Polek, które wyemigrowały do UK, a więc stały się zamożniejsze, niż mieszkając w Polsce, wzrosła do 2,5. Wiesz może coś więcej na temat metodologii zbieranie tych danych? Chodzi mi o to, czy dzietność jest liczona w grupie rozrodczej, czy w stosunku do całej żeńskiej populacji. Poza tym, tej teorii przeczyłaby sytuacja w byłym Związku Sowieckim- taka na przykład Ukraina radykalnie zbiedniała, a znajduje się w stanie depopulacji. Majętność sama w sobie nie wydaje się mieć tutaj znacznego przełożenia; zdecydowanie większą rolą gra, moim zdaniem, wykształcenie, a ściślej rozjeżdżanie się życiowych aspiracji i możliwości (pisałeś zresztą o tym nieraz). Nowe buty, legginsy czy wycieczka do Chorwacji są zdecydowanie bardziej potrzebne, niż stanowiące ogromne obciążenie finansowe dziecko.

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  8. O ile mi wiadomo, dzietność liczy się w relacji do całej populacji żeńskiej - że więc wyemigrowały głównie te młodsze, to wynik może być zaburzony. Poza tym - tam mają na każde dziecko "benefity" wyższe, niż niejedna pensja w Polsce - i to może być motyw..?

    Czy Ukraina rzeczywiście radykalnie zbiedniała? Wskaźniki podawane przez urzędy statystyczne tak mówią - w 1990 PKB per capita był w ZSRR sporo wyższy niż w PRL. Tylko - czy można wierzyć sowieckim statystykom? Spora część Ukrainy to rzeczywiście dziwne miejsce - między Zbruczem a Dnieprem na południe od głównej magistrali Lwów - Kijów tworzą się nowe "Dzikie Pola", gdzie tylko emeryci i młodzież tak zaćpana, że na autobus nie była w stanie trafić, jeszcze poostała - reszta wyjechała do Kijowa.

    Ale na giełdzie w Słomczynie jedyni kupujący jeszcze samochody - to Ukraińcy... Różnie więc na to można patrzeć. Choć ogólnie - masz rację. Aspiracje kobiet "białej Północy" kształtowane są przez telewizję. Więc jeśli nie trafi się akurat Carrington - to dlaczego mają rodzić dzieci, skoro nie dostają w zamian tego, co ich zdaniem - słusznie im się należy..?

    OdpowiedzUsuń
  9. RO:
    jesli kolega szuka sobie klaczki rozplodowej, ktora na dodatek bedzie mu robila papu, prala, sprzatala, zajmowala sie domem i bawieniem potomstwa, to faktycznie lepiej niech skieruje sie w strone Azji albo Afryki w poszukiwaniach. Tylko niech pamieta o jednym: azjatki, podobnie jak arabki (chociaz w mniejszyms stopniu) sa cholernie materialistyczne. Jak mu sie nozka powinie i straci dobry dochod, to skosnooka zonka poszuka sobie szybko nastepnego sponsora.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...