niedziela, 25 września 2011

Piękny dzień by umrzeć

Nasz wierny przyjaciel Gluś młp z właściwą dla siebie klasą (nie od parady mówiliśmy czasem do niego Panie Hrabio!) wybrał piękny dzień by umrzeć. Jeszcze rano z apetytem zjadł śniadanie - i tu pierwszy niewytłumaczalny fenomen: od wczoraj, od obiadu, na 24 godziny przed jego śmiercią, Dalia wlkp, z którą od nieco ponad dwóch lat, odkąd wszyscy mieszkamy w Boskiej Woli, dzielił jedno korytko budowlane podczas każdego posiłku - odmówiła jedzenia razem z nim i wolała pościć, niż schylić się do stojącego przed nią korytka, które Gluś we właściwy sobie, niespieszny i systematyczny sposób opróżniał, naśliniwszy uprzednio owies do postaci bezkształtnej paciajki.

Po śniadaniu zaraz go wypuściłem na Pierwszy Padok, gdzie od kilku dni chodził sam - bo wypuszczony ze stadem demolował ogrodzenia, przypominam, a nie dlatego, że nie dawał rady za młodszymi nadążyć. Pasł się tam do ok. 11.00, kiedy to przyszedł i poprosił, by wpuścić go pod wiatę, gdzie napił się wody. Tej wody - pozostałej w pani Beaty baseniku - mimo, że dolaliśmy potem do pełna, konie które dwie godziny później same poprosiły o zebranie z Wielkiego Padoku, widać bardzo spragnione - za nic pić nie chciały. To drugi niewytłumaczalny fenomen. Napiły się dopiero, gdy wylaliśmy wodę i wyszorowaliśmy basenik...

Gluś, który wrócił wcześniej na pastwisko, w tym czasie już leżał na swoim ulubionym miejscu, na skraju piaskownicy przy słupie elektrycznym w rogu Pierwszego Padoku. Dokładnie w tym samym miejscu zrobiłem mu pierwsze zdjęcie po przeprowadzce do Boskiej Woli:


Przed obiadem próbowaliśmy go podnieść - ale nawet we czworo się nam to nie udało. Miał przyspieszony oddech i tętno, rzęził. Płakał - nigdy nie wierzyłem, że konie płaczą przed śmiercią, ale teraz wiem, że to prawda. Wypił jeszcze pół wiadra wody, którą przyniosła mu Lepsza Połowa, ale podnieść się nie miał siły. Cóż było zrobić? Dodzwoniłem się w końcu do dr Wnuka, który akurat miał do nas po drodze, wracając spod Chynowa. Około 16.30 Gluś zasnął ukojony Morbitalem - na zawsze.

Pod wysokim, błękitnym niebem, w promieniach gorącego wciąż słońca, na swoim ulubionym miejscu - cicho i dyskretnie, nikomu nie sprawiając kłopotu. Czyż może być piękniejsza śmierć?

Chętnie bym go w tym właśnie miejscu zakopał. Uważam, że na to zasłużył. Niestety, przepisy na to nie pozwalają. Na razie leży przykryty plandeką - a jutro spróbuję się dogadać z gminą. A nuż się uda?

Jego poprzednia właścicielka, do której zadzwoniłem z tą wieścią, pani Gosia z Rudej pod Rawką, zapamiętała Glusia jako wyluzowanego dżentelmena ze słomką w pysku i słomianym kapeluszem na głowie. Myśmy go raczej pamiętali jako nieco upierdliwego, upartego i momentami złośliwego starszego pana, który jednak miał wielką klasę - i, mimo swoich lat, a dobrze po trzydziestce miał na karku, co jak na konia jest wiekiem zacnym zaiste (dokładnie nie wiemy, bośmy go dostali bez żadnych zgoła dokumentów) - dawał sobie radę.

Na przykład pierwszej jesieni w Boskiej Woli dorobił się przydomka "górnika przodowego", bo rył w naszym podówczas pod wiatą złożonym zapasie siana:


Zimą był najbardziej obrośniętym koniem w naszym stadku:


I najwolniej zmieniał futro, paradując z długimi kłakami także wiosną:
Był przy tym prawdziwym "koniem roboczym" naszej małej stadninki, obwożąc regularnie gości:




Gluś co najmniej od pół roku odchodził - trochę jak Bilbo Baggins: stawał się przezroczysty, niemal niewidzialny, nie brał udziału w życiu stada, tylko spędzał czas w swojej ponurej samotni gdzieś na uboczu:
albo izolował się pod wiatą:
podczas ostatnich ucieczek regularnie udawało się i stadu i mnie - Glusia gubić. Potem się odnajdował gdzieś we wsi, w jakimś gospodarstwie lub pod płotem zgoła...

Tym niemniej, jeszcze miesiąc temu - choć nie przybierał na wadze i nie zaokrąglał się, jak powinien na zimę, co już wtedy mnie martwiło - wyglądał bardzo dobrze:
Ba! Nawet ledwo dwa tygodnie temu (ostatnie zdjęcie zrobiłem Mu 10 września) - wcale jeszcze nie wybierał się do grobu:
Nie ukrywam, że trochę czuję się winny: może, gdyby nie było tych wszystkich pensjonatowych koni, gdyby Gluś tak, jak to było w zeszłym roku, aż do śniegu mógł 24 godziny na dobę skubać trawę i gdyby nie miał problemu z dopchaniem się do siana i wody pod wiatą - to przeżyłby jeszcze jeden sezon? Może tak - może nie. Trudno powiedzieć.

W każdym razie: rozkleiliśmy się z Lepszą Połową przy panu doktorze całkiem nie po kociewsku - kompletnie, z beczeniem i smarkaniem. Bardziej chyba nad sobą, niż nad Panem Hrabią, który tak po pańsku - odszedł...

8 komentarzy:

  1. Niech mu szumią trawy na Wiecznym Stepie :-(((
    Śmierć jest naturalna i daje się oswoić, zaakceptować, można ją objąć rozumem, w odróżnieniu od przepisów urzędniczych. Żeby człowiek jeszcze musiał się szarpać o godny pochówek swojego podopiecznego, to bardzo przykre.

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie mi przykro... wiem, jak boli utrata towarzysza zwierzęcego. Co prawda przeżywam to w mniejszej skali, bo stada koni nie posiadam, za to mam stadko papug, ale kiedy odchodzi jedna z moich podopiecznych (a są to głównie ptaki poszkodowane przez człowieka i Los), zawsze serce zwija mi się z bólu.
    Dziwne, że weterynarz Wam nie pomógł w załatwieniu sprawy dalszej po uśpieniu. Do tej pory wydawało mi się, że to też powinność weta, by zająć się martwym zwierzakiem - oczywiście nie za darmo, niestety.
    Mam nadzieję, że w miarę bezboleśnie uda się Wam dopiąć swego. Trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja kobyłka, z którą razem przeżyłyśmy 18 lat, też odeszła tak pięknie. Wieczorem zjadła kolację, później położyła się i zasnęła. Rano malutka Weronika ciągnęła ją za ucho, próbując namówić do wstania, ale Ilony już tam nie było ...
    Gluś pożegnany "nie po kociewsku" oddalił się z lekkością źrebca.
    Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyrazy współczucia z powodu utraty Członka Rodziny...Niech mu szumią trawy na Wiecznym Stepie...
    I NA PEWNO NIGDZIE indziej nie byłoby Mu tak, jak było u Was !
    Ania B.
    P.S. Ja swojego Psa i 2 Koty pochowałam u siebie - pewno wbrew jakimś-tam przepisom, ale to nieduże - rozmiarem - zwierzęta....

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie udało się. Niestety - papier uprawniający mnie do wyrejestrowania Glusia z PZHK mógł mi wystawić tylko Bakutil, albo - jak się już od kierowcy stosownego wozu dowiedziałem - weterynarz (ale ten tego nie zrobił, jak już wiemy...). A Bakutilowi nasze uczucia wisiały zgniłym kalafiorem - z gminą bym się na pewno dogadał tym bardziej, że to gmina za to płaci, więc jak nie sentyment, to argumentacja finansowa byłaby po mojej stronie, ale w tej sytuacji - nic się nie dało zrobić...

    Oczywiście - teoretycznie mogłem Glusia w ogóle nie wyrejestrowywać i tym samym - zakopać w miejscu, które sam sobie wybrał. Jeszcze, co akurat najmniej ważne, bym na tym zarobił, bo martwy koń nie je, a dopłata paszowa należy się od zarejestrowanej sztuki... Jednak, jakkolwiek mało jest prawdopodobne, by ktokolwiek z moich sąsiadów w ogóle wpadł na pomysł latania z donosem z tej okazji - to jednak i roztropność i Pismo św. doradzają zgodnie, nie wystawiać bliźniego swego na pokuszenie...

    W ogóle - jesteśmy oboje z Lepszą Połową w kiepskiej kondycji w tej chwili. Również dlatego, że Siwy Szatan i Jego Najwierniejsza Służka dały nam w kość (i dlatego piszę te słowa już teraz - konie, któreśmy dwie godziny ganiali po polach śpią pod wiatą zmęczone...). Na przyszłość jednak będę pamiętał, aby takie sprawy jakoś zgrabniej rozgrywać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Odszedł na wiecznie zielone pastwiska w bardzo słusznym wieku. Dobrze, że zabrakło go w tak pięknym dniu - jak na dżentelmena przystało, odszedł z wielką klasą.
    Bardzo współczuję straty tak zacnego członka stada.

    OdpowiedzUsuń
  7. współczuję, bardzo współczuję. Czasem jak zaczynam się zastanawiać nad tym, że nasze zwierzęta nie są wieczne a przepisy każą oddać je po śmierci do utylizacji (już sam termin brzmi odstręczająco, bo kojarzy się raczej ze szkodliwym odpadem, a nie tym, co zostaje z mojego zwierza, a czego szkodliwym odpadem bym nie nazwał!) to robi mi się przynajmniej niewyraźnie. Nie wyobrażam sobie tego!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...