sobota, 13 sierpnia 2011

Widziałem Perseidę

Fakt, że tylko jedną. Nie zdążyłem pomyśleć żadnego życzenia - ale zdaje się, gdybym pomyślał, to i tak nie powinienem go Państwu zdradzać, prawda? Bo się nie spełni.
Tak do końca, czy to była rzeczywiście jedna Perseida, czy też było ich więcej, to nie jestem pewien. Bo na południowym horyzoncie cały czas się błyskało - ale raczej tak, jakby w sporej od nas odległości szalała burza (gromów nie było słychać, ale przecież "spadające gwiazdy" jako żywo nie dają aż tak efektownych rozbłysków - ta, którą widziałem, to nawet takiego pięknego ogona jak na tym pożyczonym zdjęciu nie miała, ot przeleciał jasny punkcik przez ćwierć nieba i zgasł...).

W każdym razie, jedną Perseidę widziałem na pewno.

A było to tak: około 2.30 zbudził mnie tętent kopyt. To Dalia wlkp przyprowadziła miłujące pokój stado w komplecie - bez Glusia tylko. Nie na żarty się przestraszyłem. Dalia poza ogrodzeniem może oznaczać tylko jedno: ogrodzenia już nie ma! I rzeczywiście, rano znalazłem, było zdemontowane w dwóch miejscach obok bocznego wyjścia z Wielkiego Padoku, pod linią wysokiego napięcia - musiał któryś chips rozerwać przełażąc wyjątkowo niezgrabnie - bo Dalia nie wyjdzie na zewnątrz, jeśli bodaj jedna linka zostaje na miejscu!

Otworzyłem miłującemu pokój stadu wejście na padok zimowy: posłusznie weszły. Dobrze. To wziąłem uwiąz i sizal (na wypadek, gdyby awaria ogrodzenia miała miejsce gdzieś od frontu) - i poszedłem sprawdzić co z resztą. Po drodze właśnie przeleciała mi nad głową Perseida. Przybysze i Gluś grzecznie czekali przy frontowym wejściu. Otworzyłem przepęd i wpuściłem ich również na padok zimowy. Dałem kostkę siana, nalałem wody - i wróciłem do ciepłego łóżka.

Zaiste, nasze konie wykazały się dyscypliną, opanowaniem i umiarkowaniem. Mogły hulać po okolicy do śniadania, nim bym ich nieobecność zauważył - a jednak, grzecznie przyszły do domu i to, sądząc po śladach które rano oglądałem - prosto i bez zbaczania. W nagrodę po śniadaniu (i po wykryciu oraz naprawieniu wyrwy) - wróciły na Wielki Padok. Gdzie pasą się spokojnie do tej pory: wprawdzie, zgodnie z prognozą, co jakiś czas pokropuje - ale deszczyk ten na razie nie bardziej jest obfity, niż leniwe machnięcie kropidłem, nie ma się czym przejmować...

Swoją drogą: spokój, niewymuszony luz, a nawet niejakie zblazowanie panuje już w tej chwili w stadzie. Nic tak nie leczy końskich nerwów i fobii, jak otwarta przestrzeń! Nikomu się już nawet biegać nie chce - a i na trawę wcale, a wcale się nie rzucają: ot, poskubią trochę - potem podrzemią, albo poobcierają się o brzózki. Chętnie by już chyba pomieszkały sobie pod wiatą trochę - co im zapewnię, jeśli deszcz, nadal zgodnie z prognozą, przybierze na sile po południu. Spragnione są przy tym nawet nie wody (jednak nie daliśmy im wanienki z wodą na padok - łatwiej o dyscyplinę, gdy napić się przychodzą pod wiatę, do czego mają okazję przy każdym posiłku, więc trzy razy na dobę), co soli, którą namiętnie atakują przy każdym pobycie "w domu". Czyżby naszemu pastwisku brakowało soli mineralnych? Trzeba będzie o tym pomyśleć na wiosnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...