niedziela, 7 sierpnia 2011

W cieniu Nibiru

Przyznam się Państwu, że kiepsko znoszę duszną, przedburzową atmosferę. Zbyszek, który jest mały, suchy, twardy i zahartowany w bojach, musi być nieźle rozczarowany faktem, że cały nasz dzisiejszy spacer trwał raptem trzy godziny – ale co ja poradzę, kiedy nie jestem ani mały, ani suchy, ani twardy, ani też widać – tak zahartowany..? W każdym razie wycieczka była, moim zdaniem, całkiem przyjemna – poznałem – po trzech latach nareszcie, naszych najbliższych „końskich“ sąsiadów z Małego Bożego. Mam nadzieję, że nas kiedyś odwiedzą – mieszkając na takiej głuszy, co już Państwu ongiś zresztą pisałem, nie ma większej przyjemności niż przyjmować gości!

Nie będę dzisiaj wygłaszał żadnych odkrywczych tez, ani wieścił Państwu zza zasłony ciężkich, wawrzynowych dymów mrocznych przepowiedni o końcu świata. Zwyczajnie – nie mam sił. Że jednak wspomniałem o moim przyjacielu z Warszawy i jego poglądzie na przyszłość rynku nieruchomości – żal mi tego tematu nie rozwinąć.

Jak już Przyjacielowi twarzą w twarz, a właściwie profilem w profil (podwoziłem go z pracy do domu – on jest niezmotoryzowany – więc rozmawialiśmy patrząc się w przednią szybę Wunderbauma, świeżo tydzień wcześniej uruchomionego dzięki wymianie zepsutej stacyjki…) powiedziałem: nie jestem katastrofistą. Nie wyglądam końca świata w najbliższy piątek. Ani 21 grudnia 2012 roku. Pan Bóg musiałby kompletnie nie mieć poczucia humoru, żeby się do naszych w tej materii oczekiwań tak łatwo dostosować! Napisano zresztą: Dzień Pański przyjdzie jak złodziej – i w świetle tego stwierdzenia, próżnym i daremnym jest wszelkie przepowiadanie czy wyglądanie Apokalipsy, jakiegokolwiek zresztą rodzaju…
Jak jednak Państwo doskonale wiecie, moim ulubionym działem na forum historycy.org jest historia alternatywna – rodzaj „niepróżnującego próżnowania“, które uważam za świetne ćwiczenie w wyszukiwaniu subtelnych i często dobrze ukrytych sprężyn, które poruszają tym światem. Nie mnie sądzić, na ile to wyszukiwanie mi wychodzi – co mogę powiedzieć z czystym sumieniem, to że żadnych, najmniejszych zgoła oznak nadchodzącego ożywienia, koniunktury, hossy czy też lepszych czasów – nie widzę.

Co więcej: mam wrażenie, że gdybyśmy należeli do strefy euro, już w tej chwili niemiłościwie nam panujące gosudarstwo byłoby praktycznie takim samym bankrutem jak Grecja czy Włochy. Wysokie ceny paliw plus nieurodzaj (w tym roku już nie tylko zboża, ale i ziemniaki nie obrodzą – wdała się zaraza ziemniaczana i to nawet u mnie, na piaskach!), to się razem składa na dość znaczny spadek popytu konsumpcyjnego (bo ludzie, wydając więcej na ogrzewanie, komunikację i żywność, ograniczą inne zakupy) – co przy obowiązującej metodologii liczenia PKB, stosunku owego PKB do zadłużenia sektora publicznego itd. – równać się w zasadzie powinno bankructwu. Tylko spadek wartości złotówki, który automatycznie zmniejsza też nasz dług publiczny w przeliczeniu na inne waluty – może niemiłościwie nam panujące gosudarstwo uratować, jakoż i widać wyraźnie, jak ratuje (drżyjcie, którzyście kredyt we frankach brali, albowiem nie koniec to mąk Waszych..!).

Ponieważ wygląda na to, że Amerykanie chcą swoje długi wyinflacjować co najmniej na wysokość orbity geostacjonarnej – można się spodziewać globalnego wyścigu w szmaceniu walut i produkowaniu hiperinflacji. Szczęśliwy zatem, kto będzie w posiadaniu jakichkolwiek dóbr realnych w najbliższych latach. Choćby nawet owym „dobrem realnym“ miał być spłacheć piaszczystej ziemi, na której normalnie, bez tak mokrego jak w tym roku lipca, trochę żytka i trochę ziemniaczków jednak powinno wyrosnąć – przynajmniej tyle, żeby bimbru napędzić dość, dla przetrwania najgorszego w taki, czy w inny sposób!

Wejście Polski do strefy euro? Kolejna hossa na nieruchomościach? Darujcie Państwo – ale to naprawdę brzmi jak dowcip! Co prawda pewien Morgan, czy inny Rockefeller pytany o tajemnicę sukcesu na giełdzie miał był podobno odpowiedzieć, że cały ów sukces sprowadza się do tajemnej wiedzy, że kursy akcji raz spadają – a raz… rosną? Póki co jednak – jest wiele miejsca na spadek w dół, a żadnych oznak ruchu w odwrotnym kierunku.

Ludzie biednieją. Na co jest wiele dowodów, łącznie z tym, że jeszcze rok temu nikt na Re-Volcie nie pytał o pensjonat w cenie do 300 złotych za miesiąc w odległości do 100 km od Warszawy – ludzie bez szemrania akceptowali ceny zaczynające się od 600 złotych i ani im było w głowie szukać jakiejkolwiek alternatywy (kto – rok temu – chciał postawić konia „w dziczy“ – wybierał modne Mazury lub Bieszczady, a nie mazowiecką równinę…). A teraz takie pytania zdarzają się – i to, jakby, z rosnącą częstotliwością..?

Zaiste nie sądzę, aby groziła nam apokalipsa. Jakiegokolwiek bądź rodzaju. Ani w wykonaniu tajemniczej „planety Nibiru“ – ani w wykonaniu rodzimych bądź światowych rekinów finansjery. Skądinąd – surowe reguły „historii alternatywnej“, dla tego rodzaju gwałtownych zmian wymagają naprawdę dobrego uzasadnienia. Przyjęcie, że czeka nas powolny, żmudny, męczący i nudny w wielu aspektach zjazd w dół – jest po prostu założeniem bezpieczeniejszym, bo wymagającym mniejszej liczby trudnych do udowodnienia warunków wstępnych. Tego zatem założenia zamierzam się trzymać.

Czym się ów „zjazd w dół“ będzie charakteryzował? Ale to przecież już widać na każdym kroku: ludzie biednieją, spada jakość „usług publicznych“ (na przykład u nas od początku tego roku systematycznie pogarsza się jakość energii elektrycznej – coraz częstsze są krótsze lub dłuższe przerwy w jej dostawie), w coraz większym stopniu retoryka i igrzyska (a jak retoryka i igrzyska nie wystarczają, to wystarcza „powieszenie samobójcze“!) zastępują realną korupcję szerokich warstw elektoratu, na którą niemiłościwie nam panującego gosudarstwa po prostu nie stać. Niewiele można na to poradzić. Nie twierdzę że nic. Kłopot w tym, że większość „dobrych rad“ na takie czasy – jest trudna do wykorzystania, jeśli się nie ma pod rąką owych „dóbr realnych“, dających bodaj cząstkową niezależność od dziadziejącego otoczenia.

W każdym razie rada mojego wielkomiejskiego Przyjaciela, żebym zaczekał na hossę i wtedy sprzedał kawałek ziemi – bezcenna! Za resztę zapłacisz kartą Mastercard…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...