piątek, 12 sierpnia 2011

Stulecie głupstwa

W przeciwieństwie do posłów, kolega Wojtek Seńków, pomysłodawca "przymusowego ubezpieczenia emerytalnego dla koni", przynajmniej na pierwszego mojego maila - odpisał. Obaczym, czy odpisze na drugiego?

Tymczasem szukałem sobie w sieci jakich śladów jego publicznej działalności. Znalazłem przy okazji informację z Gazety Częstochowskiej z 25 lutego 1910 roku:
Nie o to chodzi, że ktoś nie chce swojego wysłużonego konia oddać do rzeźni. Sam trzymam przecież bez mała 30-letniego Glusia młp (ale się staruszek ucieszył z trawki na Wielkim Padoku!) - i jeśli nie zajdzie taka stanowcza konieczność, powodowana względami medycznymi, nie zamierzam skracać mu życia, ani tym bardziej zjadać, zwłaszcza że dość jest już żylasty i raczej nie byłby smaczny...

Granica między "człowiekiem" a "zwierzęciem" daleko jest mniej wyraźna, niż to się wydaje na ogół filozofom. Kto ma naprawdę do czynienia ze zwierzętami, tego nie trzeba przekonywać, że mają one osobowość i żywiołowo wyrażają swoje emocje. Cóż więc dziwnego, że i człowiek do konia i koń do człowieka - mogą się przywiązać..?

Problem w tym, że dobrzy skądiną i - w co nie wątpię - moralnymi kierujący się intencjami ludzie, nie potrafią się powstrzymać przed czynieniem z własnych, prywatnie zapewne słusznych i godnych pochwały postaw życiowych: politycznego programu. I niezmiennie od stuleci, jeśli nie od tysiącleci - dziwią się potem, dlaczego w praktyce wyszło całkiem coś przeciwnego niż oczekiwali?

A bo dlatego, jak już wielokrotnie Państwu tu pisałem, że dobrze można robić tylko osobiście, prywatnie i bezpośrednio - cokolwiek się bowiem robi poprzez struktury państwa, pod przymusem, powszechnie i obowiązkowo - skutek tego tylko i wyłącznie może być albo "złem", albo "mniejszym złym" (jak "mniejszym złem" jest istnienie policji, wojska czy sądów - w stosunku do "zła" anarchii i hobbesowskiej "wojny każdego z każdym"). Dobrze pod przymusem jeszcze nigdy nikomu nie udało się uczynić. No, pomijając dziewicze rozterki typu "chciałabym, a boję się..."

Jak widać z wklejonego artykułu, dyrektorowi kopenhaskiego ZOO nie wystarczyło, że był dobrym człowiekiem i że ta jego niewątpliwa dobroć pomagała mu utrzymywać dobre samopoczucie (a o cóż innego tu przecież chodzi..?). Jeszcze musiał marnować pieniądze - nie podano skąd je brał, czy od członków swojego stowarzyszenia, czy może z miejskiej kasy - na wykupywanie celowo morzonych szkapin, które mu zaraz co sprytniejsi bliźni poczęli podtykać. A gdy się w podstępie zorientował - wpadł na pomysł... rejestracji czasu pracy koni!

Gdyby mu wówczas duńskie władze nie powiedziały stanowczego nie - nie wiem, czy byłoby Królestwo Danii taką potęgą w hodowli koni, jaką jest obecnie, w 100 lat po tamtym incydencie..?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...