poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Smutna historia pana W.

Pan W. umarł na rękach swojej synowej wczoraj, dokładnie o godzinie 17.44, w szpitalu w mieście – dajmy na to – G.

Pan W. za życia był człowiekiem wielkiej energii i żywotności (o tę żywotność to zresztą ksiądz proboszcz miałby do niego pewne pretensje… - ale to już stare dzieje!), a przy tym doświadczonym, lubianym i szanowanym nie tylko w rodzinnej wsi. Nie dla laudacji jednak opisuję jego historię.

Pan W. od pewnego czasu chorował na nerki – a kilka miesięcy temu doszły do tego dość poważne kłopoty z krążeniem. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy częściej przebywał w szpitalu – głównie w mieście, dajmy na to, R. – niż w domu. Z powodu zaniku krążenia w nogach cierpiał potworny ból, dla uśmierzenia którego od co najmniej miesiąca był na bardzo silnych środkach przeciwbólowych. Dość powiedzieć, że nie wziął udziału w chrzcinach własnego wnuka…

Kilka dni temu zawiadomiono rodzinę, że ze względu na nagłe pogorszenie się stanu zdrowia pana W., zaszła konieczność amputowania mu obu nóg. Oraz przetransportowania z R. do G., gdzie miał być poddany dializie. Dializie podobnoż go rzeczywiście poddano, jednak stan pacjenta tylko się po tym zabiegu pogorszył – do trumny jednak zostanie włożony nie tylko z obiema nogami, ale też i z podobno całkiem zmartwiałymi palcami u nóg, bo ani jednego, ani drugiego, nikt mu nie amputował.

Lekarz z G. stwierdził ponadto, że w stanie w jakim otrzymał pacjenta, ten w żadnym razie nie powinien był być przewożony. Tym bardziej, że skądinąd dializy można było dokonać także i w R.! Pytanie, czy przypadkiem szpitale nie podrzucały sobie w ten sposób nazbyt gorącego kartofla, by nie napisać wprost, że – zgniłego jaja..?

Pan W., którego wiek współczesna, barbarzyńska nowomowa opisuje jako „poprodukcyjny“, nie zyskał zbyt wiele uwagi personelu szpitala w G. Zdaniem obecnej przy jego łożu rodziny – nie próbowano właściwie w żaden sposób go ratować. Po prostu – pozwolono mu umrzeć. Taka „eutanazja po polsku“ – czyli zaniechanie nie to, że uporczywego i narażającego pacjenta na cierpienie, ale w ogóle – jakiegokolwiek właściwie leczenia. Dostawał tylko swoje środki przeciwbólowe – i nic więcej. Na sali, na której leżał, stała nawet aparatura do reanimacji. Jednak lekarz powiadomiony przez synową o zgonie pana W., stwierdzić miał – cytuję: „Tak szybko..?“ Był przy tym oschły, nieobecny i nieczuły – nawet nie zamknął panu W. oczu, co musiała zrobić jego synowa, na szczęście – pielęgniarka…

To są wszystko oczywiście wyłącznie impresje rodziny pana W. Przyznaję się Państwu od razu, że nawet nie próbowałem dojść, jakie jest stanowisko „drugiej strony“ – głównie dlatego, że z przytoczonego opisu właściwie istnienie takiego stanowiska wydaje się dość wątpliwe. Ot – przywieźli pana W., pan W. zmarł, zostało kilka rubryk do wypełnienia w szpitalnych papierach – ale wszystko to mieści się w ramach nudnej, codziennej rutyny, nie wartej zapamiętania bardziej, niż menu w szpitalnej stołówce. Nuuuda! Gdyby nie obecność synowej, nikt by pewnie aż do najbliższego obchodu zgonu pana W. nawet nie zauważył.

Bo ja wiem? Może tak musi być? W końcu ratowanie życia jednostce „w wieku poprodukcyjnym“ jest działaniem oczywiście i bez najmniejszych wątpliwości – antypaństwowym! Bardziej nawet antypaństwowym niż moja paplanina na blogu, bo przecież kto by się tam jakąś paplaniną przejmował – a na obywatela „w wieku poprodukcyjnym“ konkretne środki łożyć trzeba. Czy ktoś chce, czy nie chce – w dodatku.
A może i ja i przygnieciona smutkiem rodzina po prostu nie dostrzegamy w pełni całego wymiaru tej sytuacji? Ostatecznie, pan W. tuż przed śmiercią dorobił się kolejnego wnuka – był, pod wieloma zresztą względami, człowiekiem spełnionym. Dlaczego niby lekarze mieliby się w sprawie jego życia starać? Czy jemu by to coś dodało? Bo im – nic przecież…

Tak czy inaczej, Drogi Czytelniku: nie rób swojej rodzinie świństwa! Nie umieraj! Bo załatwienie wszystkich wynikłych z tego formalności – od aktu zgonu przez stos innych papierków, aż po księdza, wieńce i świece na Twoim pogrzebie: będzie kosztowało Twoich nieutulonych w żalu spadkobierców co najmniej wrzody żołądka i zdarte zelówki. Pomijając już stos kasy, której Twoje ubezpieczenie ani w połowie nie zwróci. U nas, gdzie administrację wszelaką mamy łagodną, ludzką i zaiste – bliską szaremu człowiekowi – zajęło to całe dzisiejsze przedpołudnie. Z takim m.in. skutkiem, że wybudowanie przepędu z padoku zimowego na Wielki Padok znowu odłożyło się o dzień, bo już pada, a dopiero co wróciłem z objazdu z rodziną pana W. na pokładzie. Podejrzewam, że w Wielkim Mieście, jeden dzień na taką sprawę to za mało. Więc, jeśli chcesz zrobić dobrze swoim dzieciom i wnukom – dawaj im pieniądze, cukierki i ziemię póki żyjesz. Gdy umrzesz – zaiste owe przyszłe lucra, marną będą pociechą wobec doraźnej biedy!

3 komentarze:

  1. Smutne jest to drugie dno śmierciowego przemysłu.
    Niestety pamiętam jeszcze jak to było, kiedy odszedł kilka lat temu mój Tata.
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  2. A co do kici, jeśli się znajdzie, na pewno wyjścia będą już tylko na smyczy.

    OdpowiedzUsuń
  3. czytam opis i skora mi sie na tylku marszczy. Ze mozna tak potraktowac czlowieka :(((

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...