środa, 31 sierpnia 2011

Ekonomika (i nie tylko) życia wiejskiego – cz. 1.


Ten blog od czasu do czasu dryfuje w różnych kierunkch, w zależności od tego, co mnie akurat najbardziej zajmuje. Efektem są serie, a czasem nawet – cykle – publikacji na ten sam temat. I tak mamy tu cykl o historii koni achałtekińskich (kanibalizujący moją pracę podyplomową dla Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu), cykl o trójpolówce, płodozmianie, pańszczyźnie i uwłaszczeniu, czy też – cykl o przygodach różnorakich.

W tej chwili zajmuje mnie tyle rzeczy naraz, że po prostu nie mam czasu na pisanie. Że teraz właśnie siadłem do końputera, to czysty przypadek. Wyjechałem ci ja bowiem ściąć trochę drewna na opał. Skończyłem właśnie oprawiać młodą sosenkę, która przeszkadzała mi w dobraniu się do sąsiedniej brzózki i właśnie kończyłem nosić jej pocięte na kawałki zwłoki do przyczepy, kiedy zadzwonił Radek, druh mój serdeczny. Za chwilę zaś – pojawił się na horyzoncie, bo w ogóle to przejeżdżał obok i dlatego postanowił do mnie zadzwonić. Za czym pogwarzyliśmy trochę – a kiedy Radek odjechał, piła już nie odpaliła. Podejrzewam że świeca – ale nie wypadła, na zewnątrz żadnych niepokojących śladów nie ma, po prostu nie zapala i już.

Znakiem tego, mam wolne popołudnie, a jutro popłaczę sobie oddając piłę do warsztatu w celu naprawy. Spróbuję jeszcze potem, jak ostygnie – może stanie się cud i sama się naprawi?

Na razie zaś, chciałbym podzielić się z Państwem kilkoma refleksjami na temat wyżej określony. Tak sobie bowiem myślę, że spora część z Państwa zagląda tu właśnie dlatego, że interesuje się życiem wsi – czy to chcąc się na wieś przeprowadzić, czy to już tej życiowej zmiany dokonawszy i szukając teraz bratnich dusz w przestrzeni internetu. Myślę też sobie, że od dawna Państwa zaniedbuję, niczego ciekawego na temat naszej wsi nie pisząc… Żeby było nam łatwiej, skoncentruję się na jednej tylko tezie, która wydaje się oczywista – ale czy jest aby na pewno do końca zrozumiana?

Nikt tu nie jest anonimowy

To oczywiste! Ludzi jest o wiele mniej – nie sposób nie znać wszystkich przynajmniej z twarzy. Albo chociaż z nazwiska, bo jeśli nawet ktoś tam wyjechał na trochę (na studia, do pracy…), to przecież pochodzi z jakiejś z dawna w tej okolicy osiadłej rodziny i byle się nazwiskiem i nazwą swojej wsi przedstawił, a zaraz da się dojść wspólnych krewnych lub chociaż znajomych. Moja matka, która przez wiele lat pracowała w komórce ewidencji ludności w naszym rodzinnym miasteczku, znała wszystkich mieszkańców miasta i gminy z imienia, nazwiska, imion rodziców, daty urodzenia i numeru dowodu osobistego – na pamięć! Raptem 2 tysiące rekordów do zapamiętania…

Ponieważ ostatnio poznaję okolicę głównie poszukując naszych zaginionych koni, mam świeże tej prawdy ilustracje. Onegdaj w zeszłym tygodniu stado zawędrowało za kanał odwadniający, który do tej pory stanowił nieprzebytą barierę wszystkich ucieczek – przebiega on w odłegości niespełna kilometra od południowo – zachodniego krańca naszych włości, równolegle do naszej piaszczystej drogi i razem z linią kolejową oraz zabudową wsi wzdłuż asfaltowej drogi, do tej pory wyznaczał trójkąt, po którym – jak mi się wydawało: w miarę bezpiecznie, bo nie ma wewnątrz tego trójkąta takiego miejsca, gdzie mogłyby się zaplątać czy połamać, poruszały się konie zarówno podczas większości wycieczek legalnych, z państwem na grzbiecie (prawdę pisząc, do momentu przybycia Zbyszka wyjeżdżaliśmy poza ten trójkąt incydentalnie…) – jak i nielegalnie. Niestety – mit ten, jak wiele przed nim, upadł właśnie w zeszłym tygodniu. Konie przeszły kanałek. Albo go ominęły, bo i to jest możliwe, jeśli przechodzić polną drogą opodal stacji kolejowej w Strzyżynie…

W każdym razie znalazłem stado i przeprowadziłem je w bród na naszą stronę kanałku. Wszystkie przeszły grzecznie. Poza Maleństwem. Maleństwo zostało na drugim brzegu. I oczywiście wpadło w panikę. Cóż było robić? Zaprowadziłem stado do domu, a potem wróciłem po Maleństwo. Którego naturalnie nie zastałem przy brodzie. Po śladach jednak, trafiłem za nią do Augustowa. Tam znalazła się, u pewnej zacnej kobiety w zagrodzie. Zacna ta kobieta, bardzo miła, oczywiście wdała się ze mną w rozmowę, pytając skąd jestem. Ponieważ nie potrafiła zidentyfikować mojej twarzy jako należącej do mieszkańca Boskiej Woli (w końcu mieszkamy tu ledwo trzeci rok…) – zapytała o nazwisko. W domyśle – zakładając, żem pewnie jest potomkiem którejś z dawna tu osiadłych rodzin, którego dawno nie widziała, bo gdzieś tam po świecie bujał i teraz dopiero wrócił. Dopiero gdy i tu się rozczarowała, pozwoliła sobie wyjaśnić, że ziemię w Boskiej Woli kupiłem i wprowadziłem się niedawno.

Jest to zjawisko typowe. Ilekroś nieznanej osobie mówiłem, że jestem z Boskiej Woli – padało pytanie albo z kim się tu ożeniłem, albo czyim jestem synem lub wnukiem. Dopiero gdy wyjaśniałem obok kogo i po kim kupiłem ziemię, ciekawość była zaspokojona, a identyfikacja – pełna.

Drugi przypadek ilustrujący tę samą prawdę, wydarzył się wczoraj wieczór. Poszedłem zebrać konie z padoku na kolację – i zastałem tylko Glusia. Nie mogły być daleko – 20 minut wcześniej widziałem je dobrze wszystkie po właściwej stronie ogrodzenia. Nauczony jednak doświadczeniem poprzednich gonitw po ciemku, wróciłem po uwiąz i latarkę. W świetle latarki, bo raptownie robiło się ciemno, łatwo znalazałem ślad (naprawdę widać, gdzie dopiero co przeszło 10 koni…). Szedłem sobie za tym śladem i doszedłem właśnie do naszej piaszczystej drogi, gdy od strony wsi przyjechał samochód – Koni pan szuka? Tak! To my do pana – wsiadaj pan, zawieziemy…

Gdzie były konie? Ano nie w gospodarstwie nawet, bo tam zabudowań za bardzo nie ma, tylko na ogrodzonej działce – w zasadzie: letniskowej – na samym skraju wsi, tuż przy kanałku. Działka ta, w całości ogrodzona, ma tylko jedno wejście – od strony asfaltu… To i drugi mit właśnie padł: do wsi konie też wejdą! Zaiste, wolałbym się nie przekonywać, że i przez tory kolejowe się przedostaną – chętnie wierzę, że mogą to zrobić, naprawdę nie muszą mi tego udowadniać!

Działeczka należy do bardzo sympatycznych, starszych państwa (odwiedzili nas dzisiaj, obejrzeć sobie konie w świetle dziennym), którzy nie tak dawno się tutaj osiedlili – i których może ze dwa razy minąłem przejeżdżając obok ich posesji wierzchem, bo tam wypada „kółko w lewo“, od naszej ujeżdżalni przez długą drogę wzdłuż kanału, z powrotem na ujeżdżalnię. Wiedzieli jednak, że jeśli konie – to pewnie „koniarz“ ich szuka i do niego, czyli do mnie, trzeba z taką wieścią jechać!

Jak więc widać, nie-anonimowość stosunków wiejskich, ma wiele zalet. Można się czuć bezpiecznie: może i upadły mity o tym, że konie nie przejdą kanału, czy nie wejdą do wsi – ale dalej można jeszcze przynajmniej liczyć na dobrych sąsiadów, którzy o ich obecności poza ogrodzeniem w czas doniosą i pomogą sprowadzić ze złej drogi.

Tu mała dygresja: tematem tego wpisu NIE SĄ ucieczki naszych koni. To temat na całkowicie osobny wpis! Problem niestety się zaostrzył odkąd trawa na Wielkim Padoku, której bynajmniej jeszcze nie brak i której długo jeszcze nie zabraknie – została już w większości choć raz przegryziona. Stado szuka sobie lepszego pastwiska, a że takiego w okolicy nigdzie nie ma, stąd te coraz dłuższe wyprawy. Nie wiem też, czy aby Melon, który tej anarchii przewodzi, nie ma jednak jakiegoś problemu z nawigacją w terenie – bo skoro wczoraj wlazły w otwartą bramę ogrodzonej działki, to najwidoczniej, zmierzały po prostu… do domu, pod wiatę, zniecierpliwione oczekiwaniem na kolację – a tylko prowadzący je Melon pomylił się tak mniej – więcej o dwa kilometry w linii prostej, co do lokalizacji tej wiaty…

Nie-anonimowość stosunków wiejskich, ma jednak także i dalsze konsekwencje. Nie jestem pewien, czy Państwo P.T. Czytelnicy z Wielkich Miast jesteście w stanie to w ogóle pojąć. Ja się urodziłem i wychowałem w małym miasteczku, w którym żyło się tak samo jak w Boskiej Woli – pod tym względem i pod wieloma innymi. Jest to więc dla mnie sprawa oczywista i musiałem się dopiero uczyć innego sposobu postępowania, gdy trafiłem na studia do Warszawy.

Otóż, skoro wszystkie stosunki międzyludzkie są co do zasady nie-anonimowe, to i stosunki gospodarcze też. A co to oznacza w praktyce? W praktyce oznacza to, że każdy rzemieślnik czy usługodawca zna swoich klientów – i niektórych lubi bardziej, a niektórych mniej. Ci, których lubi bardziej, mogą liczyć na lepsze ceny, szybsze terminy, itp. Ci, których lubi mniej – nie mogą liczyć na takie fory. Jeśli zaś pojawi się przypadkiem jakiś obcy, nieznany człowiek – to naturalnym jest też i to, że traktuje się go jak łowną zwierzynę, którą należy co prędzej ubić i oprawić…

P.T. Państwo liberałowie będziecie zaraz protestować. Jakże to tak?! Przecież sam Adam Smith pisał, że nie dobroczynności czy cnocie piekarza zawdzięczamy świeże bułeczki o świcie, tylko jego chęci zysku – nieprawdaż? Jak więc możliwe, aby ktoś traktował swoich klientów niejednakowo – i dalej prosperował? Przecież ci potraktowani gorzej, gdy tylko się o tym dowiedzą – natychmiast pójdą do konkurencji i puszczą takiego sobiepana z torbami..?

Niekoniecznie! Po pierwsze – nie zawsze jest do kogo pójść, bo nie w każdej dziedzinie wiejski czy małomiasteczkowy rynek jest na tyle duży, aby mógł na nim przetrwać więcej niż jeden dostawca takiej usługi. Kiedyśmy się wprowadzali do Boskiej Woli, były tu dwa sklepy spożywcze – i jeszcze jeden w nieodległym Bożem. A teraz taki sklep został już tylko jeden. Jak się komuś nie podoba – musi jechać najbliżej do Augustowa lub do Grabowa.

Po drugie – wszyscy są ze wszystkimi spokrewnieni lub zaprzyjaźnieni (albo też – pokłóceni). Tak więc przyjaciele i krewni zawsze będą korzystać z tego warsztatu samochodowego, który prowadzi ich przyjaciel lub krewny. Z innego zaś, nie skorzystają – raczej, bo oczywiście nie jest tak, że konkurencja w ogóle nie działa i jeśli krewny lub przyjaciel „przegnie“ z cenami czy terminami, to się jednak publika nie przeprosi z ewentualnym outsiderem (który jednak musi się starać tak ze dwa albo trzy razy bardziej!).

Oczywiście – warto po prostu dobrze żyć z sąsiadami i dać się lubić, o ile tylko jest to możliwe. W ten sposób, życie staje się o wiele lżejsze i tańsze.

Nie warto jednak, dawać po sobie jeździć jak po łysej kobyle. Jak już pisałem kiedyś, prestiż jest bardzo ważny w życiu wiejskim i jak ktoś nie ma szacunku, to mu żadna uprzejmość czy uczynność nie pomoże. Dlatego, odziedziczywszy po 20 latach bezrządu bodaj 4 czy 5 przypadków poważnego przesunięcia granic działek na moją niekorzyść, odsunąłem moje ogrodzenia od linii ponownie wytyczonej przez geodetę tylko o metr, w porywach do dwóch – a nie o 10 metrów. A o wyorany słupek zrobiłem awanturę. I nic mi nie wiadomo, abym w tej chwili miał jeszcze jakieś spory graniczne..?

Te dwa cele: sympatię sąsiadów i prestiż – trzeba jakoś wypośrodkować, bo ich równoczesne osiąganie bywa niekiedy trudne. Dla sympatii – warto pójść z sąsiadami na wódkę. Ale żeby przy okazji nie stracić szacunku – trzeba najpierw wiedzieć, z kim na wódkę chodzić wypada, a z kim nie…

Dla sympatii – warto szczerze i obszernie odpowiadać na wszelkie pytania i niczego nie ukrywać (np. budowanie szczelnych, wysokich płotów to 100% pewny sposób zantagonizowania całego sąsiedztwa!). Dla prestiżu jednak – odrobina tajemniczości z całą pewnością nie zaszkodzi.

Trudne? A kto twierdził, że ma być łatwo? To jest sztuka, proszę Państwa, tu prostych recept nie ma!

Jeśli zaś chcemy prowadzić w środowisku wiejskim jakąkolwiek działalność gospodarczą, to trzeba pamiętać o tym, że sama tylko jakość świadczonych usług czy oferowanych towarów i same tylko ceny i terminy – to nie wszystko. Bo to nie jakość, nie ceny i nie terminy – ale ich wytwórca będzie oceniany przez potencjalnych klientów.

A poza tym, po prostu trzeba być przyzwoitym człowiekiem. Ludzie na wsi mają czas. Jeśli pomylą się w ocenie nowego sąsiada za pierwszym razem – zawsze zdołają zweryfikować swoją opinię potem. Dlatego należy oddawać pożyczki, pamiętać o zaciągniętych „długach honorowych“ w postaci przysług, pomagać jak ktoś ma kłopoty – i nie lenić się, ani nie wynosić ponad innych.

Wyniosłość jest tu kompletnie nie na miejscu. Jeśli nie z innego powodu to dlatego, proszę Państwa, że wszystko to, co napisałem powyżej, to są typowe objawy „moralności klanowej“ w działaniu – a więc takiego systemu etycznego, który za wartość najwyższą ma dobro własnej wspólnoty krewniaczej. Jest to najstarszy ze wszystkich występujących na ziemi systemów moralności. I najtrwalszy. Dla „rodowców“ żadne poczucie wyższości kogoś obcego po prostu nie ma znaczenia – dlatego, że obcy są w ogóle istotami w ramach tego systemu „bezetycznymi“, których normy moralności nie dotyczą. A jak ktoś, kto egzystuje poza systemem wartości, może z sensem uważać się za lepszego..? No nie może! Strosząc zatem piórka, taki obcy tylko się wystawia na pośmiewisko – i może być pewien, że mu się koło pióra natychmiast: i to w poczuciu słusznej prawości i spełnionego obowiązku moralnego! – narobi.

Trzeba to spróbować pojąć. Nepotyzm proszę Państwa, to nie jest w ramach „moralności klanowej“ grzech, tylko wprost przeciwnie: moralny obowiązek, którego wypełnienie przynosi chwałę i poczucie spełnionej słuszności. Podobnie zresztą jest z kradzieżą (pewnego rodzaju – gdy jej ofiarą padają „istoty bezetyczne“, a więc – obcy…) i paroma innymi czynami, o których może jeszcze w przyszłości napiszę w kolejnych odcinkach tego cyklu…
Cezar Borgia - postać, którą można uznać za ikonę nepotyzmu -  zabijając i grabiąc dla dobra swojej rodziny - postępował słusznie i moralnie. Przynajmniej - we własnym mniemaniu.

Nie możecie Państwo tego zrozumieć? No co ja na to mogę poradzić, że nie możecie..? A czy to pierwszy tekst, w którym próbuję się z tą Państwa niemożnością pojęcia tak oczywistej rzeczy zmierzyć? Będziecie Państwo potem okraszać ten tekst komentarzami pełnymi poczucia wyższości wobec „wieśniaków“ – jak to się na stronie „Najwyższego Czasu“ przydarzyło? Pewnie będziecie – to jednak, moim zdaniem dowodzi tylko tego, że nic po prostu z życia wiejskiego zrozumieć nie chcecie. I to kiedy? W czasach postmodernizmu i wielokulturowości..! J

A – i konie nam dziś (tfu! tfu! tfu!) nie nawiały. Może dlatego, że zamiast trzymać je na pastwisku do ostatniej minuty – pozwoliłem im zejść pod wiatę gdy same tego chciały, już o wpół do ósmej, na pół godziny przed kolacją – i przed zmrokiem?

2 komentarze:

  1. Mnie osobiście pewne wiejskie rytuały bardzo odpowiadają! Faktem jest, ze po przeprowadzce za wyjaśnienie, gdzie mieszkamy wystarczało powiedzieć, ze kupiliśmy siedlisko po państwu W. Na środku pola. Nadal zresztą, gdy zagna nas nieco dalej od domu, ale wciąż w okolicy tak sie przedstawiamy. Szczęśliwie i sympatie ( tak przynajmniej mi się wydaje ) i szacunek udało nam się pozyskać dosyć łatwo. Wrośliśmy już w miejscową społeczność. I bardzo mi z tym dobrze.
    Z wiejskim pozdrowieniem!
    Asia

    OdpowiedzUsuń
  2. My mieszkamy na wsi od około 3,5 roku. Ludzie wydają się nas rozpoznawać. Jednak nie wrośliśmy chyba jeszcze na dobre bo znamy tylko najbliższych sąsiadów i panią ze sklepu.
    Nie to żebyśmy zadzierali nosa, nasze odosobnienie raczej wynika z faktu, że mieszkamy nieco na uboczu za wsią, dodatkowo też mamy zajmującą pracę która ogranicza w pewnym sensie kontakty towarzyskie.
    W każdym razie mieszkanie na wsi gdzie wszyscy patrzą na siebie ma dużo pozytywnych aspektów. Może komuś z zewnątrz na początku to wydawać się denerwujące, że sąsiedzi się nim interesują. Jednak jak się nad tym zastanowić to przynosi korzyści. My na przykład od czasu do czasu mamy problemy z ucieczkami naszych psów ale dzięki temu, że ludzie nas znają to telefonują bądź przyjeżdżają i mówią gdzie widzieli nasze zdechlaki. Pani w sklepie mówi nam o tym co ważnego dziej się we wsi i może wymagać naszej wiedzy. Wiadomo też, że gdy ktoś obcy zakręci się koło posesji to może być zauważonym więc takie podglądanie ma sens. I jeżeli ktoś nie jest drażliwy to zainteresowanie współmieszkańców może poczytywać za korzyść.

    Z wiejskim pozdrowieniem, Tomek i Aneta.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...