poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Dziesiąty stopień zasilania

Oczekiwana wczoraj burza nadeszła nad naszą chatkę dokładnie o 20.30. W tym momencie bowiem straciliśmy obraz w telewizorze. Dokładnie 9 minut później telewizor się sam wyłączył – umilkła także nasza stara, dość głośna lodówka. Akurat wychodziłem do koni sprawdzić, co też porabiają (wiało naprawdę mocno na początku!) – nie udało mi się zapalić zewnętrznego oświetlenia. Znakiem tego: nie było fazy.

Co mogliśmy zrobić? Dałem koniowatym siana (pod wiatą oświetlenie akurat działa, tylko przejść tam trzeba po omacku) – i poszliśmy spać. Podstawiwszy kubeczek pod zaworek zamykający wylot komina kozy, z którego w takich sytuacjach lubi kapać.

O 2.40 obudził mnie tętent kopyt. To z nocnej wracał wycieczki pan Frontier. Wylazłem, wpuściłem, namacawszy w ciemnościach wejście – już nie padało, ale oświetlenia na zewnątrz dalej nie było, czyli fazy dalej brak. Przełączyłem przedłużaczem lodówkę do innego gniazdka: przy braku fazy całkiem nie mamy prądu zawsze w jednym i tym samym, więc da się tak zrobić, choć oczywiście tak do końca zdrowe dla sprzętu to i tak nie jest.

Zagoniłem do łóżka koćkodana, który przez całą noc szlajał się gdzieś po kątach, nie mogąc spokojnie się uleżeć – i położyłem się z powrotem. O 3.20 ponownie obudził mnie tętent. To z nocnej wracały wycieczki oba chipsy: Maleństwo i Buba. Słusznie. Od razu się domyśliłem, że przecież Frontier sam się na nocną wycieczkę nie wybrał, musiał to zrobić w towarzystwie dam! Ponieważ Melona i za jednym i za drugim razem widziałem jako czarną plamę przy charakterystycznej sylwetce Dalii wlkp po właściwej stronie płotu, dalszych nie spodziewając się już powrotów (chyba, żeby państwo wycieczkowicze postanowili po raz drugi opuścić miłujące pokój stado – miałem jednak wrażenie, że wszyscy troje nawycieczkowali się już do syta!), wygoniwszy uprzednio Krystynę, która wlazła do chatki i zagoniwszy właściwego koćkodana po raz kolejny do łóżka, udałem się na zasłużony odpoczynek.

I w zasadzie można by powiedzieć, że przygody tej nocy na tym się skończyły. Nawałnica wyrządziła pewne szkody w spirali ziołowej Lepszej Połowy (rosnące tam gigantyczne zioła – mutanty po prostu się poprzeginały), oderwała fragment plandeki chroniącej wiatę gospodarczą na tyłach chatki – więcej szkód na razie nie stwierdziłem. Śniadanie przebiegło bardzo sprawnie, wszystkie konie były grzeczne i zjadły z apetytem. Dałem im jeszcze siana, w tym trochę siana z saradeli które np. nasi staruszkowie bardzo lubią – co by na mokre pastwisko nie wychodziły z pustymi żołądkami. Dziurę w ogrodzeniu przez państwa wycieczkowiczów uczynioną znalazłem i załatałem.

To po co ja w takim razie Państwu o tak trywialnych sprawach opowiadam? A bo fazy dalej nie ma!

Rozumiem, że noc z niedzieli na poniedziałek. Rozumiem, że było już (raczej) po wieczornym udoju, więc może nawet i nikt nie zauważył i nie zgłosił. Ale jednak – pamiętam mroczne lata 80-te, kiedyśmy nie raz i nie dwa przy lampie naftowej z matką siedzieli kiedy ojciec, jak raz pracujący w pogotowiu energetycznym, ganiał po polach i lasach: i ponad 10 godzin nie usunięcia takiej usterki – to już jest standard z tamtych czasów, nie z „czasów dzisiejszych“. Po prostu: dziesiąty stopień zasilania..?
Końputer odpalił od drugiego razu, długo nie zamierzam go męczyć tak kiepskim prądem – a zresztą zaraz muszę jechać: sąsiadowi, temu samemu u którego nie tak dawno byliśmy na chrzcinach, umarł wczoraj ojciec, obiecałem go podwieźć do Grójca, przy okazji trochę popracuję „energetycznie“. Jak zejdzie największa wilgoć, może uda mi się dzisiaj, czego nie zrobiłem z powodu nie zapowiadanej przez prognozę burzy w sobotę – wyciąć słupki i tyczki niezbędne do skonstruowania przepędu z padoku zimowego na Wielki Padok? Bo przy takiej liczbie koni ich przeprowadzanie w ręku jest już nierealne. Wielki Padok ma się zresztą bardzo dobrze, już sobotnia burza rozpuściła wyrzucony tam przed południem nawóz, a po minionej nawałnicy wszelkie obawy o „wypalenie“ trawy (sypałem łopatą, więc jasne jest, że miejscami za gęsto – ale bez sensu było dla 400 kg prosić się ciągnika…) powinny przeminąć. Lepsza Połowa to zresztą zaraz sprawdzi, bo pójdzie obzbierać grzyby.

Skądinąd – suszarkę do grzybów też mamy na prąd i bez fazy… Ech!

Podejrzewam, że pompa w studni nam nie chodzi, a jeśli nawet chodzi, to zaraz się przepali, jeśli ten stan się będzie utrzymywał… Wniosek? Trzeba sobie wykopać normalną, tradycyjną studnię. Może nawet z żurawiem..?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...