środa, 17 sierpnia 2011

De gustibus…


Trudno mi podjąć wprost polemikę z kolegą Racjonalnie Oszczędzającym w kwestii restauracyjnej – mam dość niewielkie doświadczenie jak chodzi o „jadanie na mieście“, nawet podróżując swego czasu po Polsce z ziółkami, częściej „stołowałem się“ w Pierdonce, niż w najsympatyczniejszych nawet knajpkach (których skądinąd nie brak: mam nadzieję, że Wojtek i Maczeta zgodzą się ze mną, że bar w Grudziądzu, gdzieśmy się po raz pierwszy w realu spotkali, karmił bardzo smacznie..?).

Jest to jednak bardzo dobra okazja do tego, żeby wrócić do od dawna zapowiadanego wpisu o estetyce. Albowiem gros przeszkód, które tak zniesmaczają Kolegę do jedzenia w restauracjach – to Jego estetyczne odczucia odnośnie takich czy innych zachowań kucharzy i obsługi. Takie przynajmniej mam wrażenie…

Bo i co z tego, że kucharz napluje klientowi do zupy? Że kelner gila z nosa wpuści do budyniu? Że się w mięsie jakiś karaluch – desperat żywcem upiecze? Prawdopodobieństwo szkody na zdrowiu z tego wynikłej nie jest aż tak wielkie. W żołądku mamy jednak słaby, bo słaby, ale zawsze – roztwór kwasu solnego, a i trochę innych, dość zjadliwych substancji się znajdzie. Można karaluchy żywcem łykać: nie ma obawy, takiej kąpieli nie przeżyją!

Grunt, żeby sobie smaku takimi dywagacjami przedwcześnie nie psuć…

Owszem, groźne mogą być bakterie i wirusy. Jeszcze chyba podczas I wojny światowej czerwonka, dur brzuszny i tyfus (pospołu z grypą „hiszpanką“, choć ta chronologicznie już poza czas wojny wybiega) zebrały więcej ofiar niż wszystkie, z wielką starannością i nakładem sił czynione wysiłki, by w taki czy inny sposób uśmiercić bliźniego swego. Podczas II wojny też tak by zapewne było, ale po raz pierwszy człowiekowi udało się zabójczością zakasować mikroby: dzięki masowemu mordowaniu ludności cywilnej i jeńców wojennych (przez obie strony zresztą – bo los jeńców niemieckich i japońskich w ZSRR godny pozazdroszczenia nie był…).

Tych jednak, da się uniknąć stosunkowo prosto – choć niewątpliwie, wymaga to od personelu kuchni niejakiego samozaparcia. Trzeba bowiem myć ręce (nie twierdzę, że przed i po każdej czynności – tego, jak się okazuje, nie robią nawet chirurdzy – ale przynajmniej: raz na jakiś czas…) i w miarę dbać o czystość. W miarę. Bez przesady.

Przesada jest bowiem wrogiem zdrowego rozsądku. We wszystkim! Wiele miesięcy temu toczyliśmy polemikę z Kresową Zagrodą o wyższości WC nad „sławojką“ lub odwrotnie – i w kontraście do ostatniego wpisu Racjonalnego Oszczędzania, ówczesny pean Kresowej Zagrody na cześć sławojki, tudzież na cześć „specyficznego“ podejścia do higieny kresowiaków – wskazuje, że jak zwykle, znalazałem się sam jeden na pustawym środku polu, odgryzając się na obie strony.

Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że tzw. „kultura współczesna“, serwowana ludności przez telewizję i inne mass media, przesadza ze swoją obsesją sterylności, czystości i bezzapachowości. Przesadza w sposób ewidentnie szkodliwy i niebezpieczny! Że powtórzę za JK-M, którego Vademecum ojca właśnie zaczęli drukować w odcinkach w „NCz!“ (podobnoż z uzupełnieniami): małe dziecko w ciągu dnia powinno wyglądać jak świnka i pachnieć jak świnka. Bo tylko ubrudziwszy się dostatecznie, wystawi swój młody i chłonny wiedzy organizm na działanie możliwie najszerszego spektrum najprzeróżniejszych mikrobów i alergenów występujących naturalnie w jego środowisku życia – i zyska na nie odporność…

Nie mam w tej chwili do dyspozycji żadnych konkretnych danych liczbowych – choć nie wątpię, że stosowne badania istnieją i że gdybym nie był trochę zmęczony po całym dniu pracy fizycznej i gdyby mi się chciało, to bym je wygooglował stosunkowo łatwo – sądzę jednak, że nie można wątpić o tym, iż plaga alergii bierze się właśnie z przesadnej dbałości o higienę, sterylności w jakiej utrzymywane są mieszkania i inne przestrzenie w których przebywają ludzie, posiłki które spożywają, woda, ubrania itp. Organizm nie przyzwyczajany od małego do kontaktu z wrogimi substancjami, reaguje na nie przesadnie – i stąd: alergia.

Tradycyjnie, przez wszystkie te dziesiątki wieków które minęły od rewolucji neolitycznej, gros populacji ludzkiej pędziło osiadły i dość nieruchawy tryb życia. Jednocześnie, ci sami ludzie, dbali o higienę o tyle o ile – i raczej mniej niż bardziej. Nie tylko małe dzieci i nie tylko w dzień wyglądały jak świnki i pachniały jak świnki. Dotyczy to zresztą także i kultur wedle gimnazjalnej wiedzy uchodzących za „czyste“ – jak grecka czy rzymska. Źródła z epoki zgodnie podkreślają „sowity“ aromat miejskiego powietrza Rzymu czy Aten! Albowiem łaźnie łaźniami, kloaka rzymska kloaką – a i tak większość nieczystości płynęła otwartymi rynsztokami (o ile takowe były – bo mogły też płynąć po prostu: ulicą…). Płynęła, gdy padał deszcz. Bo jak nie padał – to raczej: sączyła się, ciekła, ciurkała – wysychając po drodze i zostawiając sterty stałych odpadków.

Zwyczajem miejskim od starożytności po oświecenie było zawołać głośno przed opróżnieniem nocnika – wprost z okna na ulicę przed frontem domu. Kto nie wołał – był chamem i złośliwcem, bo prawie na pewno trafiał zawartością w przechodnia. Kto wołał – był dobrym sąsiadem i człowiekiem godnym, bo przechodnie mieli szansę uskoczyć…

W takich warunkach bakterie i wirusy miały się dobrze – i nikt nie mógł narzekać, że brak mu z nimi kontaktu. Nic też nam nie wiadomo o występowaniu takiej jednostki chorobowej jak „alergia“ w tamtych, odległych czasach.

Jak to możliwe, że w tak radykalnie niesprzyjających warunkach higienicznych (a pamiętajmy, że mówimy tu o cywilizacjach żyjących pod cieplejszym niebem, gdzie też i wszystko gnije szybciej niż u nas i gdzie litościwy śnieg nie skrywa swoim białym całunem ludzkich nieczystości przez pół roku – i że do owej mieszanki zapachowej, sowitym powietrze Aten czy Rzymu czyniącej, dodać też trzeba wszechobecną, zawiestią woń potu, cebuli, czosnku i sosu rybnego…) ludzie jednak żyli – i że marli jak muchy w zasadzie tylko w trzech przypadkach:
-       gdy byli akurat kobietami w połogu,
-       gdy jakiś wędrowiec (np. szczur) zawlókł do miasta „morowe powietrze“, czyli jakąś egzotyczną dla mieszkańców chorobę,
-       gdy wybrali się w podróż lub zostali zmobilizowani do wojska?

Co do śmiertelności kobiet w połogu, a też i noworodków – rzecz nie wymaga szerszego komentarza: jest przy tym charakterystyczne, że im lepszą opieką starano się otoczyć położnicę, tym bardziej prawdopodobnym było, że zejdzie. Obecność przy porodzie lekarza zamiast babki – położnej, o ile dobrze pamiętam, prawdopodobieństwo zgonu zwiększała dwukrotnie[1]: lekarz miał szansę zarazić swoją pacjentkę szerszą gamą chorób, niż owa, w samych tylko porodach (no, jeszcze w okazjonalnym spędzaniu płodu…) wyspecjalizowana „babka“. Dzięki temu aż do połowy XIX wieku ludność miast na całym świecie mimo braku pigułki i mimo wielkiej ochoty na prokreację, miała ujemny przyrost naturalny, który tylko imigracja ze wsi zamieniała w przyrost.

Epidemię w takim mieście też łatwo sobie wyobrazić, jakoż i mamy nader plastyczne opisy, od Tukidydesa zaczynając, a na Camus kończąc.

O co chodzi z tą podróżą i mobilizacją? Ano – o to samo dokładnie, co z alergiami: populacja ludzi zamieszkujących dany teren i populacja mikrobów na tym samym terenie, w dłuższym horyzoncie czasowym dążą do równowagi. Nadmiernie zjadliwe mikroby, zabijające swoich żywicieli – same giną. Ludzie podatni na czynniki chorobotwórcze są eliminowani z populacji – rzadziej udaje im się dochować potomstwa niż ludziom na te same czynniki odpornym. Z czasem działanie lokalnych, oswojonych mikrobów staje się dla stale w tym samym miejscu zamieszkałych ludzi niezauważalne. Zatem przemieszczenie się na terytorium zasiedlone przez innych ludzi i inne mikroby – jest dokładnym rewersem epidemii: w przypadku epidemii nowy czynnik chorobotwórczy dostaje się do środowiska, kosząc nie przygotowane na jego przyjęcie organizmy – a przypadku podróży na odwrót: z dawna osiadłe mikroby dostają nowego nosiciela, na którym mogą się wyżyć.

Stąd zwyczajowa biegunka na początku podróży do egzotycznych krajów: wraz z wodą i pokarmem przyjmujemy nieszkodliwe skądinąd mikroby, które normalnie wchodzą w skład flory bakteryjnej tambylców – ale my ich do tej pory nie mieliśmy i tak właśnie na ich pojawienie się reagujemy…

Mobilizacja, jeśli gromadziła w jednym miejscu mężczyzn pochodzących z różnych obszarów, miała dokładnie ten sam skutek – tyle, że chorowali dokładnie wszyscy, bo każdy stykał się z nowymi dla siebie mikrobami, przywleczonymi przez kolegów. Przekonali się o tym boleśnie Amerykanie podczas swojej wojny o niepodległość, gdy ich połączone milicje stanowe podjęły oblężenie zajmowanego przez Brytyjczyków Bostonu: natychmiast niemal wybuchła w szeregach epidamia, która skosiła wielokrotnie więcej ofiar, niż kule brytyjskich armat i karabinów! Niczego takiego nie było – póki milicje z poszczególnych stanów operowały oddzielnie, nie łącząc się z innymi.

Populacja ludzi współczesnych, mieszkańców miast stosujących się do zasad nowoczesnej „kultury higienicznej“ przypomina populację wiecznych nomadów: nie mają swoich bakterii, bo je nieustannie tłuką detergentami, a wszystko co piją i jedzą jest sterylnie czyste. Dlatego każdy mikrob jest dla nich śmiertelnie niebezpieczny, bo każdy jest obcy – tak, jakby nieustannie byli w podróży i wciąż na nowo zmieniali florę bakteryjną – zjawisko z niczym w dziejach nie dające się porównać (boż i prawdziwi nomadzi nie wędrują w coraz to nowe miejsca, tylko mają swoje stałe szlaki – a przy tym ich kontakt z populacją osiadłą niekoniecznie jest aż tak intensywny, by za każdym razem musiała z tego koniecznie biegunka wynikać – w swojej zaś grupie, mają własne mikroby…).

Nic jednak na ową przesadę poradzić się nie da. Moda jest tu silniejsza od zdrowego rozsądku – i to też jest zjawisko ze wszystkim jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Zawsze tak było. Nic też nie wskazuje na to, aby kiedykolwiek mogło być inaczej.

Już kilka razu, zdaje się, Państwu wspominałem: córeczka naszego przyjaciela z Warszawy nie zdołała wejść do Radkowej obory – bo zapach bydlęcego moczu i potu był dla niej paraliżująco odstręczający i tak wielką powodował fizyczną dolegliwość, że mimo wielkiej ochoty by zobaczyć co jest w środku – nie zdołała się przezwyciężyć. Skądinąd i jej ojciec a nasz przyjaciel, cierpiący na wiele rozmaitych alergii (między innymi) – na wsi nudzi się od pierwszego łyku naszego (poniekąd upojnie orzeźwiającego!) powietrza. Ani zbieranie grzybów, ani jazda konna, ani pieczenie kiełbasek – nic go nie jest w stanie od tej nudy, z braku miejskich zajęć i rozrywek wynikłej, oderwać.

Są to reakcje może skrajne – ale co w takim razie jest reakcją „typową“..? Większość naszych znajomych nie-koniarzy boi się koni. Samochodów jakoś się nie boją! Po prostu: świat się zmienił. Świat współczesny JEST miejski, higieniczny, aseptyczny i – pod wieloma względami – nomadyczny. Czy można się temu dziwić? Od rewolucji neolitycznej aż do czasów bardzo niedawnych, życie ludzkie upływało najczęściej od narodzin aż do śmierci w tej samej wsi, przy oraniu, bronowaniu, sianiu i żęciu tych samych wciąż zagonów. Nie można zaprzeczyć, że BYŁO to nieco monotonne… Od półwiecza mniej – więcej (czy od 100 – 150 lat w krajach wcześniej zindustrializowanych) – już tak nie jest. Zamiast pasjonować się wycieleniem Mućki – karmicielki, ludziska pasjonują się życiowymi perypetiami Dody czy innego telewizyjnego k…wiszona. Zamiast plotkować o nowej garderobie dziedziczki czy o prowadzeniu się młodej żony sołtysa – plotkują o wielkiej polityce czy o światowych rynkach…

Życie miejskie jest estetyczne. Bo czyste. Życie wiejskie – nie. Bo brudne. Jedzenie w restauracjach też jest nieestetyczne. Bo te plwociny kucharza w zupie czy gil kelnera w budyniu, a może nawet – karaluch..?

A my z Lepszą Połową kibicujemy Ukrainie. Żeby NIE weszła do Jewrosojuza! Dlaczego? Dlatego, że jeśli wejdzie, na pewno zamkną maleńką, ormiańską cukierenkę tuż obok ormiańskiej katedry we Lwowie, w której to cukierence lata temu, zwiedzając zimą tak zaśnieżone miasto, że trzeba było tunelami w śniegu chodzić, a Mickiewicz stał nie na cokole, tylko na powierzchni pokrywy śnieżnej – raczyliśmy się pierwszy raz w życiu koniakiem „Ararat“ i cudownymi wypiekami. Zamkną cukierenkę, bo jest tak mała, że nie zmieści się w niej żadną miarą, obowiązkowa wedle przepisów Jewrosojuza, toaleta dla gości!

Lepsza Połowa przypomniała jakeśmy siedzieli w tej kawiarence i sączyli nasz „Ararat“, rozgrzewając się z wolna (Lepsza Połowa w dodatku prawie ślepa, bo w autobusie coś jej się na oczy rzuciło – to tak a propos „nomadyczności“…), aż tu wtoczyła się do środka jejmość wypisz wymaluj jak ze scenografii komedii o lwowskich kupcach – tak objętościowa – i zadziwiła nas zamawiając wypieków i ciasteczek całą półeczkę, a potem zaraz racząc się nimi z wielkim zadowoleniem… Jejmość też – wedle „współczesnych“ standardów – nieestetyczna. I co Państwo proponujecie..? Jej, mam wrażenie, całkiem było dobrze tamtej zimy nad wypiekami i „Araratem“ – dlaczego niby miałaby się współczesną estetyką przejmować?

Poza tym: jedliśmy najróżniejsze rzeczy. Pielmieni kupione od ulicznej przekupki wprost z wiadra zawiniętego w szmaty dla utrzymania ciepła w Kerczu (robactwa w hotelu było tam tyle, że spać się nie dało żadną miarą! Tym bardziej, że armatura łazienkowa przy każdym odkręceniu wody wylatywała z impetem nadanym jej przez strumień wody wprost na odkręcającego, dostarczając niezapomnianych wrażeń…). W Teodozji – szaszłyk z byczych jąder. W gruzińskiej knajpie w Krasnodarze wołowinę i pyszny chlebek, który nam potem, choć wcale o to nie prosiliśmy, zapakowali do domu – życie nam uratował, bośmy przez następne trzy dni wychodzili z porwanej z Temriuka marszrutki tylko po to, żeby konie oglądać – na kupowanie jedzenia nie było czasu!


A kiedy w Spindleruv Młynie, po czeskiej stronie Karkonoszy, raczyliśmy się gulaszem z knedlami w knajpie dla drwali (bywaliśmy tam z reguły jedynymi turystami jesienną porą – aż nam miejscowi ze zdziwienia piwo stawiali…)? Lepsza Połowa co i raz przypomina garnek muli w Bretanii, czy potrawkę z królika duszonego w piwie gueze w znamienitej À la bécasse w Brukseli. Jej doświadczenia, jako że dłużej podróżowała po Bliskim Wschodzie, są zresztą o wiele bogatsze… Ech – rozmarzyłem się smacznie!

Miałbym z czegoś rezygnować? W imię czego? W imię jakichś tam zasad? I to – zasad, w gruncie rzeczy estetycznych? A niedoczekanie..!


[1] Sprawdziłem: pamięć mnie nie zawodzi – porównanie, z Superfreakonomii, str. 151, dotyczy wiedeńskiego Allgemeine Krankenhaus, gdzie obok oddziału położniczego obsługiwanego przez lekarzy, był też drugi – tańszy – z samymi tylko położnymi. Rodzenie w domu, bez fachowej pomocy – zwiększało szanse przeżycia rodzącej aż 60 razy – w porównaniu do rodzenia przy pomocy lekarza…

10 komentarzy:

  1. Wszystko co tu opisane jest prawdziwe i dobre. Ale też jest dużo prawdy w tym co pisze R.O. ponieważ każdy powinien rozważyć sam co dla niego jest odpowiednie.
    Ja osobiście pomimo, że staram się w restauracjach przestrzegać pewnych zasad i jadam głównie typowe dania. Jednak w życiu osobistym, muszę szczerze przyznać, że w ogrodzie nigdy nie myję owoców zerwanych z drzew które zjadam. Natomiast ze sklepowej półki, a zwłaszcza w markecie to bym się bał jeść owoce bez wcześniejszego umycia.

    Choć cenię sobie porządek, co głównie ma odniesienie do wyglądu posesji i dbałości o dom. Staram się jednak zachować zdrowy rozsądek i nie boję się zabrudzić. Ogólnie to lubię wieś i odrobinę brudu - to daje poczucie luzu, zwłaszcza gdy człowiek w brudnym, roboczym ubraniu bez skrępowania może chodzić po obejściu i wybrać się do wiejskiego sklepu po piwko które najlepiej smakuje na ławeczce z kolegami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z polki w supermarkecie to ja osobiscie bardziej boje sie jesc niemyte a pryskane owoce, ktore przyjechaly diabli wiedza skad, niz kupowane od baby na targu, moze troche uwalane w oborniku warzywa czy inne dobra.
    Co do reszty z autorem sie mniej-wiecej zgadzam...sterylnosc zupelna ludzkosci bardziej szkodzi niz zaliczenie od czasu do czasu zemsty Montezumy...

    OdpowiedzUsuń
  3. Pierożki z mięsem (choć nie paleo) były wyśmienite. Dużo i w dobrej cenie i co najważniejsze farszu było dużo i był on "mięsny" a nie z bułką tartą rozrobiony. Normalnie racjonalne oszczędzanie :D Zresztą ważniejsze jest kompania, a ta była wyborna!

    "Sterylność" swoją drogą to bardzo dobry produkt - bo do utrzymania tego stanu potrzeba mnóstwo bardzo ciekawych produktów. Nie można oczywiście zapomnieć o tym, że potem trzeba kupić specjalne suplementy z "dobrymi bakteriami" na prawidłowe trawienie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha! Jak moja dorosła juz córka dziecięciem była madra pani doktor dała mi wykład na temat tzw. suchych bakterii - i niech sie pani nie przejmuje jak dziecko coś zje z piachu, czy podłogi. To normalne. - Ale pani doktor, ona muchę zjadła! - ja na to. - stara, czy nową? - no taka już przechodzoną... - To suche bakterie były. Uodporni się! W efekcie rad naszej pediatry dziecko chowało się w warunkach raczej mało sterylnych - acz w mieście. Mieliśmy psy, koty, papużki. Córka alergii nie ma żadnych. Nie choruje. Antybiotyki brała dwa razy w życiu. A w kwestii knajp - pracowałam swego czasu w kilku. R.O. przesadza, albo jego kumpel w naprawdę marnej restauracji robi. Jak dla mnie jedzenie w restauracjach tylko wtedy ma sens, gdy zamawiam cos, czego albo sama nie umiem przyrządzić ( raczej mało prawdopodobne, chyba, że mówimy o pizzy hut:-))) ) albo mi się nie chce, bo danie jest zbyt pracochłonne. W innym wypadku to strata kasy:-)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Współczesne społeczeństwo z tzw zachodniego kręgu kultury dalekie jest od naturalności nie ze względu na nasze fanaberie związane ze sterylnością, ale ze względu na rozwój medycyny. Choć prawdą jest że i dziś lekarze potrafią wykończyć ludzi przez zwykłe niechlujstwo. W pradziejach i jeszcze ze 200 lat temu dorosłość osiągały tylko osobniki, które poradziły sobie z bakteriami i innymi czyhającymi nań niebezpieczeństwami. Dziś ratujemy każdego, najsłabszego nawet człowieka, który rozmnaża się (niestety) i przekazuje owe wadliwe, nieodporne geny dalej (niestety!). Prawda więc leży jak zwykle gdzieś w środku. Prawdą jest, że mnie wykończy na amen najmniejsza nawet ilość zjadliwej bakterii łyknięta w barze, z którą każdy inny organizm świetnie sobie poradzi. A mieszkając na wsi i nie mając hopla na punkcie sterylności, stykam się i stykałam w przeszłości z wieloma brudami. Takich chorób autoimmunologicznych jest całe spektrum. Nie zależą one od warunków, w jakich się wychowaliśmy, ale od genów, które przypadkowo spotkały się w naszym ciele. Alergie są również w dużej części autoimmunologiczną odpowiedzią organizmu. Oczywiście, istnieje szereg alergii i chorób spowodowanych tym, co piszesz- brakiem odporności ze względu na brak wcześniejszych kontaktów z alergenem, niemniej nie należy wszystkiego i wszystkich wrzucać do jednego worka. Sama proszę ludzi, którzy odbierają ode mnie szczenięta, aby jak najrzadziej kąpali swoje psy, ponieważ utrzymywanie sierści w stanie permanentnej czystości i zapachach szamponu powoduje koszmarne alergie i kłopoty skórne u zwierząt.
    Mój Chłop jest koszmarnym alergikiem (na koty, pyłki i inne cuda), a o jego domu rodzinnym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że było tam czysto. Kontakty z kotami miał jeszcze w okresie płodowym. Na geny nie ma rady.

    Reasumując trochę przewrotnie:
    Wszystkiemu winna jest medycyna, która ratując słabsze dzieci powoduje postępującą degenerację naszego gatunku. Ja i mój Chłop żyjemy tylko i wyłącznie dzięki temu, że medycyna zna lekarstwa na nasze schorzenia i może uczynić nasze życie w miarę normalnym, ale mamy przynajmniej tyle oleju w głowie, aby się nie rozmnażać i nie puszczać swoich wadliwych genów w świat.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Boskawola:

    Wysoka zakaźność w szpitalu była wywoływana właśnie totalnym brakiem higieny; obca flora bakteryjna obcą florą, ale nawet zdrowy układ immunologiczny ma ograniczoną odporność- kiedy lekarz chodzi z rękami oraz ubraniem uwalanymi płynami ustrojowymi chorych, niewiele może poradzić.

    @Riannon:
    Nie da się de facto przewidzieć, jakie geny odziedziczy potomstwo. Ja mam od zawsze tendencję do tycia- a mój brat, w podobnym wieku, jest chudy jak szczapa, pomimo podobnego trybu życia. Troska o jakość genów gatunku jest bez sensu, bo i tak w ciągu kilkudziesięciu lat powszechne będą manipulacje genetyczne potomstwa (w sumie to możliwe są i teraz, więc taka sytuacja zajdzie pewnie szybciej).

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  7. Mój pogórzański sąsiad pracuje w Holandii w szklarniach, mieszkanie dzieli z Holendrem, z jego opowieści: żywność foliowana, całe gotowe zestawy do wrzucenia do kuchenki mikrofalowej i do podgrzania, bez smaku lub wszystko o podobnym smaku. Kiedy przywiózł z Polski krakowską suchą i włożył do lodówki, to współmieszkaniec poprosił go, żeby wyrzucił "to" z lodówki, bo śmierdzi.
    Futrzaku, co też przyszło Ci do głowy, skąd warzywa uwalane obornikiem sprzedawane przez babcię, on dawno jest rozłożony w glebie w postaci składników pokarmowych i wciągany smakowicie przez bujne warzywka, to mogła być tylko ziemia. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ordnung muss sein!

    Kolego, dopiero przeczytałem twój wpis - niestety problemy ze swobodnym dostępem do netu mam czasowo - i coś na pewno stworzę, aby się odnieść.

    No chyba, że zaciekawi cię mój dzisiejszy temat.

    Co do czystości - ja mam kobietę z Kociewia, jak z resztą wiesz, i mam wrażenie, że "Porządek" jest dla niej jedną z najważniejszych wartości w życiu. Także z resztą dla Teściowej, dla "Byłej" szwagra. Dla wszystkich waszych kobiet chyba!

    Jeśli jest Porządek - jest dobrze, wszystko jest na swoim miejscu, matrix nie może zaliczać awarii. Wszystko na swoim miejscu!

    Ordnung muss sein!

    OdpowiedzUsuń
  9. no myślę raz jeszcze i dochodzę do wniosku, że mi bardziej po prostu chodzi o jakość potraw

    sterylnej czystości nie oczekuję

    ale odświeżanie podgniłych kurczaków w markecie, o którym pisałem u siebie, jest po prostu obrzydliwe

    i sprzedaje się to w normalnej cenie! to już oszustwo!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ugh! Jak ja doskonalę rozumiem Twoje słowa o "Kibicowaniu Ukrainie".

    A z własnego podwórka: odżałować nie mogę stających przy trasach Jelczy/Berietów/Ikarusów ze świerzonką.. Eh...

    to uz se na vrati :-(

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...