środa, 6 lipca 2011

Żarty się skończyły

Wczoraj, na godzinę przed wieczornym owsem pojawiło się na południowym niebie coś takiego:
Popodziwialiśmy - nie mając zresztą nic innego do roboty: zarówno sygnał internetowy, jak i telewizyjny zostały skutecznie zekranowane przez napięcie elektrostatycznego tego chmurzyska, więc byliśmy chwilowo i tak odcięci od świata.

Trochę popadało, do kolacji przeszło. Improwizowany rów odwadniający który wcześniej wykopałem pod wiatą sprawdził się - przed wiatą nie tworzy się już kałuża w miejscu, gdzie konie wydeptały kopytami dołek. Daliśmy zwierzakom owies, parę razy jeszcze sprawdziłem konto - że nic nie było, przed 22.00 przeszedłem się po raz ostatni pod wiatę i z silnym podejrzeniem, że noc może być ciekawa (Maleństwo zastałem w Lasku - Bóg raczy wiedzieć jak się tam dostała, ogrodzenie było, na ile mogłem to w szarówce wieczornej stwierdzić, całe - a konie mimo względnie dobrej pogody kręciły się wokół wiaty, oczywiście rozmontowując przegrodę dzielącą je od zapasu siana, choć miały go pod nogami do oporu...) - poszliśmy spać.

No i stało się. Nie to jednak, czego się spodziewałem (a spodziewałem się jakichś głupich psot w rodzaju Maleństwa pukającego kopytem do drzwi chatki w środku nocy...). Po prostu: spełniła się - po raz pierwszy od dłuższego czasu literalnie, dokładnie i w całej rozciągłości - prognoza pogody. W nocy zaczęło lać - i leje, raz silniej, raz słabiej, do tej pory.

Obudziły nas przed 5.00 krople wody kapiące z sufitu. Ciekło i cieknie wokół komina. Spodziewając się co najmniej dziury w dachu, wdrapałem się więc na strych. Ale nie! Okazuje się, że cała seria prowizorek wspartych na innych prowizorkach - czyli nasz komin, uszczelnienie jego ujścia nad dach oraz uszczelnienie i ocieplenie dziury w stropie, w miejscu gdzie oryginalnie naszą chatkę przedzielała na pół murowana ściana i ceglany komin - są szczelne i dobrze zatrzymują wodę. Która dostaje się do środka tylko przez otwór kominowy, najwyraźniej tworząc już spory zbiornik nad poziomem stropu (tam komin jest przedzielony stalową płytką, która ma zapobiegać ucieczce ciepła poza chatkę). Ponieważ komin wymurowała Lepsza Połowa z gotowych elementów używanych do kanałów wentylacyjnych - nie jest to budulec wodoodporny - to po prostu "poci się" deszczówką. Co doskonale widać na załączonym obrazku:
Nawet folia która stanowi spodnią warstwę izolacyjną dziury w stropie - wody nie przepuszcza! Solidna robota. Że się w ten sposób dyskretnie pochwalę...

Pewnie problem dałoby się rozwiązać po prostu paląc w kozie. Tyle, że nie jest zimno - a ile można się kisić..?

5 komentarzy:

  1. Widok niesamowity!!!
    A na przecieki, chyba faktycznie tylko palenie w kozie. Zawsze można próbować latem kozę przyłączyć do komina z drugiej strony komina, czyli od strony ogrodu :DDDDDDDD Gdy w tym miejscy zrobi się altanę, to będzie dwa w jednym :DDDDD
    Pozdrawiam i mam nadzieję na słońce

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem tak: gdybym zobaczyła taki widok na niebie, niechybnie zaczęłabym się modlić, chociaż jestem niewierząca :-)
    Przez nas ulewy przechodziły od soboty do poniedziałku włącznie, było plus 9. Grzaliśmy w centralnym.

    OdpowiedzUsuń
  3. No, no, zaraz się jeszcze zrobi dyskusja o wierze...

    OdpowiedzUsuń
  4. @ Riannon

    To tylko zawiesina kropel wody unoszona i formowana wstępującymi prądami powietrza, a pokolorowana przez prawie poziomo świecące, bo zachodzące słońce... Nie widzę w tym zjawisku niczego, co by miało mnie nabożnym lękiem przejmować - jakkolwiek, NIE WYKLUCZAM istnienia Opatrzności...

    OdpowiedzUsuń
  5. Być może, ale na zdjęciu wygląda jak sama Apokalipsa :-D

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...