poniedziałek, 4 lipca 2011

Wymóżdżenie


Przyznam się szczerze, że czuję się wymóżdżony i wyczerpany. Na co składa się wiele czynników, zaczynając od tego, że właśnie palę w kozie (!!!), bo już się od nadmiaru wilgoci, która się przez komin do wnętrza chatki dostawała, wytrzymać było nie sposób – ciągle pada, choć wedle prognozy nie powinno. Poza tym, całe przedpołudnie intensywnie pracowałem nad kolejnym tekstem dla „Końskiego Targu“, co mnie wyczerpało intelektualnie (jeszcze po drodze urobiłem trochę urobku w moim ulubionym ostatnio wątku na forum), a w południe, w przerwie między dwiema ulewami, wywiozłem spod wiaty 10 taczek ciężkiego, bo częściowo nasiąkniętego woda (nie da się koniowatych uprosić, żeby poza obręb wiaty nie wyciągały ściółki…) guana: jak zimą po prostu!

Miałem jechać do klienta, ale na razie przełożyłem to na bliżej nieokreśloną przyszłość: trzeba oszczędzać paliwo, póki przelew z „KT“ nie przyjdzie. A i tak jestem na jutro umówiony w Józefowie – i jeśli do jutra tego przelewu nie będzie, to ryzykuję, że nie będzie już na czym wrócić do domu.

Wszystko razem składa się na stan tytułowego wymóżdżenia. Jakże by w tym momencie pomogła szklaneczka bodaj karmelem barwionego płynu o uczciwej, 40-procentowej zawartości alkoholu! Nie zastąpi jej kawa, którą mi właśnie Lepsza Połowa parzy w naszym włoskim ekspresie – co najwyżej do wymóżdżenia dojdzie sztuczne podniecenie kofeiną, a przecież nie do końca o to chodzi…
"Another drink"

Czując się wymóżdżonym, nie mam sił ciągnąć polemiki z kolegą Racjonalnie Oszcządzającym. Jedna sprawa jednak, spośród poruszonych pod wczorajszą „Pochwałą pijaństwa…“, domaga się rozwinięcia. Chodzi rzecz jasna o owe „życiowe perspektywy“, czy też „życiowe cele“.

Racjonalne Oszczędzanie zdaje się mieć za wartość najwyższą w życiu – samoopanowanie. To szczytny ideał. Bynajmniej jednak nie – jedyny możliwy. Nie jest tak, że upijając się do nieprzytomności, postępujemy z konieczności przeciwetycznie i żadnemu ideałowi nie służymy!

Ongiś poseł carski Repnin (skądinąd kochanek Izabeli z Flemingów Czartoryskiej i naturalny ojciec Adama Jerzego ks. Czartoryskiego – tego samego, który był potem „etatowym“ wręcz prezesem Rządu Narodowego i którego na emigracji egzaltowane natury ogłosiły „królem Polski de facto“) chciał jakieś łajdactwo załatwić z hetmanami Rzeczypospolitej – i nie mógł, bo wszyscy czterej (dwaj wielcy i dwaj polni), zgodnie leżeli pijani w sztok, każdy w swoim pałacu. I tak przez dni kilka, nim się ich wreszcie dobudzić udało. A przez ten czas sprawa stała się nieaktualna – i do zamierzonego łajdactwa nie doszło. I co? Nie przysłużyło się picie do nieprzytomności sprawie publicznej? Jeszcze jak się przysłużyło!
Upadek Polski - a gdyby tak Sejm rozbiorowy nie doszedł do skutku przez pijaństwo posłów..?

Przy tym, ideał samoopanowania, jest ideałem indywidualistycznym, elitarystycznym i nawet, do pewnego stopnia – antyspołecznym. No bo czy taki, co nigdy nie traci nad sobą kontroli, na ten przykład – nigdy się nie upija – jest naprawdę godzien zaufania? Co on takiego skrywa, że boi się wyzwolić głębsze warstwy swojego mózgowia spod czujnej kontroli świadomości? Jakie robactwo, jaką zdradę..? Można takiem ufać? Sekret mu powierzyć – nie bojąc się, że doniesie..?

Albowiem, Drodzy Moi Czytelnicy, pospólne upijanie się w męskim gronie (i nie tylko w męskim…) jest jednym z najstarszych rytuałów ludzkości. Przynajmniej: ludzkości jako – tako już osiadłej i uprawiającej rolę. Ślady neolitycznych imprez sięgają początków V tysiąclecia przed Chrystusem. Mówi się zresztą, w niektórych opracowaniach, o tzw. „drugiej rewolucji neolitycznej“ – rozchodzi się o to, że zasób technik i umiejętności które dawniej traktowano łącznie jako elementy jednej i niepodzielnej „rewolucji neolitycznej“, tak naprawdę były opanowywane przynajmniej w dwóch rzutach: najpierw nauczono się uprawiać zboża i udomowiono niektóre zwierzęta – ale ciągle traktowano i zboża i zwierzęta tak samo, jak wcześniej traktowali je łowcy – zbieracze, tj. jako podręczny zasób mięsa (to o zwierzętach) i „żelazne racje na czarną godzinę“ (to o nasionach zbóż). Dopiero w jakiś czas później, nastąpiła „rewolucja produktów drugiego rodzaju“, zwana także czasem „rewolucją picia i powożenia“ (o to, to, to właśnie!). Wówczas dopiero ludzie nauczyli się czynić z opanowanych wcześniej roślin i zwierząt użytek w szerszym zakresie. Zwierzęta poczęto strzyc na wełnę, doić oraz używać jako środka lokomocji – zaś rośliny: poddawać fermentacji, uzyskane w ten sposób środki odurzająco – rozeweselające wykorzystując dla wzmocnienia więzi grupowej.
Tu jest podobno zapisana sumeryjska receptura na piwo

"Sztandar z Ur" i pierwsze "cywilizowane" wizerunki wozów zaprzężonych w onagry.

Egipcjanie dojący krowy

Indra Burzyciel Miast

I pozostałości po jego imprezie: ruiny Mohenjo-daro

Najskuteczniej przy tym owe więzi grupowe umacniali, powożąc jednocześnie (rydwanami) w stanie głębokiego odurzenia alkoholowego nasi przodkowie, Indoeuropejczycy, którzy właśnie wtedy rozpoczęli swoją dziejową wędrówkę z bliżej nieokreślonych siedzib gdzieś między Donem a Uralem, która to wędrówka, pod wodzą wiecznie pijanego „Indry – burzyciela miast“, najpierw dała im panowanie na obszarze od Irlandii po Indie (z Iranem pośrodku: wszystkie trzy nazwy od imienia Ariów pochodzą – stąd i współcześni Irańczycy to nasi aryjscy bracia, morzem Semitów skądinąd otoczeni…), a po blisko trzech tysiącleciach pauzy – pozwoliła opanować jeszcze obie Ameryki i Australię. Czy Nowy Świat był podbijany na trzeźwo, przez wierzących w samoopanowanie, zimnych jak lód indywidualistów..? A gdzież tam! Przecież nikt trzeźwy i przytomny by na taką łupinkę, jakimi wówczas Atlantyk przepływano, w życiu nie wsiadł! I nie ma epoki żaglowców bez marynarskiego grogu, bez rumu z Jamajki, bez szkockiej czy burbona w kapitańskim barku…
Wydawanie grogu w Royal Navy. Rok 1905.

[Tu nastąpiła przerwa w pisaniu: albowiem Lepsza Połowa nie bez ukrytej intencji raczyła mnie kawą – poszliśmy, korzystając z kolejnej przerwy w opadach, nakopać za torami dzikiego tymianku na przesadzenie – i uraczyliśmy się po drodze malinami, wyrosłymi na śmieciach: po deszczach owoców jest sporo, ale z braku słońca przez ostatnie kilka dni – są mało słodkie…]

Najogólniej rzecz biorąc, przeciwieństwem samoposiadania jest pozwolenie na to, by ktoś inny nas posiadł. Kto? W przypadku neolitycznych orgii pijackich, jej członków pod wpływem sfermentowanego ziarna posiadało oczywiście bóstwo: Indra, Dionizos, Odyn. Czy bycie nosicielem boga nie jest aby stopień cenniejsze od jakiegoś tam samoposiadnia..?

Obawiam się przy tym, że neolityczni abstynenci, zjednoczenia ze wspólnotą i jej bogiem we wspólnym upojeniu odmawiający, tak samo jak paleolityczni racjonaliści, o których pisałem ongiś osobno – potomstwa, które mogłoby do naszych czasów dotrwać, zwyczajnie się nie doczekali. Raczej nie mieli na to szans!

Zresztą, nie zawężajmy horyzontów! Jak wykazały badania zwłok Germanów, wydobytych z torfowych bagien Saksonii i Niderlandów, nie tylko alkoholu używano dla nawiązania łączności z bóstwem. Niemałym powodzeniem cieszył się też sporysz, który oprócz właściwości halucynogennych, podobno nader korzystnie wpływa na potencję. Zachowane artefakty dowodzą zresztą, że połączenie orgii pijackiej z seksualną było zjawiskiem wcale nierzadkim – m.in. w ten sposób czcili swoich zmarłych na odkopanym w Masłomęczu pod Lublinem cmentarzysku tamtejsi Goci.
Bachanalia

Sporysz

Jak więc widzimy, wszystko ze wszystkim łączy się i zespala, dając nam w efekcie ideał etyczny co najmniej nie gorszy od ideału samoposiadnia – a kto wie, czy nie lepszy? Porównać tego przecież nie sposób, bo niby jak? Chciałbym tylko, żeby kolega Racjonalne Oszczędzenia spróbował spojrzeć na świat oczami swojego neolitycznego praszczura, a choćby i Sarmaty, któremu pijaństwo hetmanów jakiegoś podłego psikusa oszczędziło: spróbował dojżeć ten świat takim, jakim był on w gorszych niż dzisiejszy leniwy dobrobyt czasach – gdy przeżycie nie od tego zależało, ile kto żelastwa na siłce wyciśnie – tylko od tego, czy można na swoim towarzyszu broni, koledze, przyjacielu – polegać intuicyjnie, bezdyskursyjnie, porozumiewać się z nim bez słów, bez jasno sformułowanych myśli nawet, na zasadzie czystego odruchu?

Okresowe odarcie jaźni z tłumiącego jej swobodną ekspresję jarzma świadomości znakomicie mogło temu czysto praktycznemu celowi służyć. Pomijając już to, że dla uczestników takiego obrzędu – owo wyłącznie świadomości mogło być i było cenne samo w sobie, bo tylko my z boku i z zewnątrz postrzegamy to jako zubożenie. Oni, będąc w środku, uczestnicząc – raczej mieli, jak sądzę poczucie, że właśnie zyskują nadświadomość, od zwykłego, trzeźwego postrzegania rzeczywistości, o wiele bogatszą!

Przy tym – tak na marginesie: jakże małostkowym jest troskać się o zarzyganą bramę – gdy, jak się okazuje i po 6 tysiącleciach da się ślady pijaństwa i rozpusty pracowitą łopatką i miotełką archeologa odkryć? Przecież po to jest brama, żeby w niej rzygać! Jeden chlust wody rano – i śladu po rzygowinach nie ma… A 60 wieków tradycji to co?

A pisze mi się w miarę płynnie mimo wymóżdżenia, albowiem już czuję w gardle rozkoszny płomień wódki. Przyszły płomień! Zaprosił nas bowiem sąsiad na niedzielę na chrzciny…

6 komentarzy:

  1. Piękny tekst i jakże prawdziwy!

    Takie zawężenie świadomości w wielu przypadkach bardzo pomagało w życiu (albo umieraniu) w czasach gdy o przepisach BHP nic nie wiedziano.

    Przy wódce, winie, piwku czy ginie (i to dużej ilości) zawiązują się najlepsze znajomości. Poza tym ma się plusa jak koledze pomaga się dojść do domu czy trzyma się mu przechlany łeb nad ubikacją...

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż, odpowiedź wyśmienita. Choć zgadzać się już z nią nie muszę.

    np. Moja brama to moja brama, i koniec. Mój teren - moja świętość. (Zaraz powiecie, że jestem agresywnym terytorialnym samcem... ehh...)

    po prostu, jak w tym wierszyku:

    Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz
    a w bramę rzygał pijak ...
    silny przybędzie hufiec nasz
    wyciągnie na nich kija!

    Powiem tak, z niejednego pucharu się piło, niejednego trunku się spróbowało. Ale to było i się zmyło.

    Racjonalności i wartości samoopanowania nauczyli mnie nie kto inny jak Kociewiacy. W których się wżeniłem i jakoś mi wiele rzeczy w ich mentalności pasuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak na wymóżdżony stan umysłu, to całkiem dobry tekst ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja po miesiącach remontu wracam z powrotem do lektury :)
    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja tam nie lubię sobie zawężać świadomości - i między innymi dlatego czytam ten blog...żeby ją sobie poszerzać.
    Post dobry, śmieszny i błyskotliwy, chociaż wyraźnie tendencyjny :) aż dziwne że Hans do tej pory nic nie napisał, chociaż w sumie jego zdanie jest znane...:)
    A z moich doświadczeń wynika, że kolegów przy kieliszku się nie zyskuje, ale sprawdza.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Anonimowy
    aż dziwne że Hans do tej pory nic nie napisał, chociaż w sumie jego zdanie jest znane...:)

    A skoro znane, to po co pisać;-) Mowa jest srebrem, a milczenie złotem;-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...