poniedziałek, 11 lipca 2011

Szewski poniedziałek


Dawno nie piłem, to i dawno nie miałem kaca. Ale, przyznam się – nie jest źle! Naprawdę: nie boli… Owszem – nieprzyjmny, metaliczny smak w ustach – znak widomy, że wątroba pracowicie metabolizuje alkohol z wczorajszych chrzcin. Owszem, pić się chce – i owszem: postrzeganie rzeczywistości ciut mi się zawęziło.

Ale to nawet było zabawne. Rano przykuły moją uwagę trzy małe kotki bawiące się uciesznie na podwórzu u M., po którego przyjechałem o 6.00 rano, bośmy jego ojca odwozili do szpitala w Radomiu. Potem dziwnie mnie cieszył wyraźny i klarowny obraz w lusterku wstecznym (he, he, he…). A przed szpitalem – gapiłem się jak idiota na pielęgniarkę, swoją drogą niezłą sztukę – nader sprężyście maszerowała, kołysząc przy tym zalotnie biodrami.

Normalnie bym na takie rzeczy nie zwrócił uwagi. Nic dziwnego, że mnie własne zidiocenie bawiło!

Jak widać, na rozkładanie się i na naprawdę „szewski poniedziałek“, zwyczajnie nie było czasu – budzik sobie wieczorem nastawiłem na 5.30, żeby ciut wcześniej konie nakarmić i zdążyć z tym szpitalem (to był planowy zabieg, nie żaden wypadek). Co jednak okazało się niepotrzebne, bo koćkodan wracając do domu o 4.58 wywalił mnie z łóżka brutalnie drapaniem w drzwi – a zaraz potem usłyszałem miarowe chrumkanie za ścianą: to Maleństwo obgryzało trawę pod chatką.

No to już nakarmiłem i konie i koćkodany i nawet zdążyłem sprawdzić pocztę przed wyjazdem do M. Wyjazdem – dodam – też niepotrzebnym, bo się na koniec i tak okazało, że termin planowanego zabiegu to piątek, a nie poniedziałek, i M. tylko nieprawidłowo odczytał kartę ze szpitala!

Wracając zajechałem do naszego wioskowego sklepiku. Niestety, po weekendzie nie ma ani kropli piwa! Nic, zero, nul, nothing! Ani kropeleczki! Wszystko wypili… Dobrze, że nie czuję się gorzej, zaiste! Wody po ogórkach też nie mamy. Mleka nawet (a też się nam skończyło i chciałem kupić) nie było – tylko skondensowane. Koniec końców kupiłem więc wódkę i soczek – dla Lepszej Połowy, bo ja jeszcze nie wiem, czy przypadkiem gdzieś dzisiaj nie pojadę, to najprostszej recepty „czym się strułeś, tym się lecz“ zastosować na razie nie mogę.

A jak Państwo radzicie sobie w takich sytuacjach..?

I znowu demotywator. Niestety – rozładowała się bateria w aparacie fotograficznym (ładuje się właśnie i będzie się jeszcze jakiś czas ładować), to nie mogę Państwu pokazać rozkwitłych nasturcji Lepszej Połowy, pieczarek które zaczynają się nam wysypywać w ilościach nareszcie już zauważalnych (w menu na dzisiaj w związku z tym, mój ulubiony ryż z grzybami jest!), pierwszych ogórków z naszego własnego ogródka, ani innych zieloności. Trudno. Następnym razem!

1 komentarz:

  1. Przede wszystkim jeśli jest okazja i pić już trzeba, wydać koło 10 zł ekstra na tabletki metabolizujące alkohol, a poza tym:

    http://suplementacja.republika.pl/alkohol_trening.html

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...