czwartek, 21 lipca 2011

Singularność

Wspólną cechą wielkiej literatury i wielkiej filozofii jest to, że zapładnia: do zadawania pytań, być może i takich, które się samemu autorowi nie roiły, jak że zaiste często dzieło mądrzejszym jest od swego stwórcy!

W czym zresztą nie ma zgoła niczego niezwykłego. Dzieło, zwłaszcza piękne, przedstawia sobą efekt pewnego szczególnego skupienia myśli, w którym trywialne niekiedy okoliczności jego powstania gubią się nawet, jeśli potem daje się je odsłonić. Z żywym i prawdziwym człowiekiem tak się nie da – a nawet wprost przeciwnie, bo pomijając już uderzający nikiedy kontrast między wzniosłością myśli, a ułomnością cielesną, wyrażający się a to brzydotą, a to rozprzężeniem funkcji cielesnych, zachodzi tu proces zgoła odwrotny: im szczytniejszej idei dany działacz służy, tym łatwiej drobne trywialności życia, w które nieuchronnie się wikła, biorą górę nad owym wzlotem ducha który też, jeśli go próbować w ciało wcielić, nieodmiennie rodzi potwory. Wdałem się w tę pozorną dygresję głównie dlatego, że to może pomóc Państwu zrozumieć, dlaczego tak uparcie polemizuję z wszelkimi próbami amelioracji tego łez padołu i dlatczego ongiś tak zażarcie spierałem się z Profesorem Bobolą o to, czy świat ludzki da się rozumnie urządzić, czy nie da?

Zauważcie – o ile wzrósł autorytet papiestwa gdy przestało ono być zwykłą siłą fizyczną w postaci niezbyt dużego państewka w środkowych Włoszech..? Zjawisko to, dla ówczesnych ultramontanów zaskakujące, zakrawające wprost na cud, w świetle powyższego nie jest niczym dziwnym. Ze świata „bytów społecznych“ przeszedł bowiem w ten sposób Kościół powszechny do świata „bytów idealnych“, którego ciało jest nie z tego świata w dosłownym już zgoła sensie, jako że żadnej realnej władzy dyscyplinującej nawet i nad duchownymi papież obecnie nie posiada – o ile nie zechcą mu jej udzielić realne „byty społeczne“ w postaci państw, o co od zawsze było bardzo trudno. I tego zresztą, czysto „idealnego“ bytu jest widać współczesnemu światu zbyt wiele – jako wyrzutu sumienia – bo, jak widzimy, nawet tak odrealniony Kościół niejednemu jest jeszcze solą w oku…

Piszę o tym i w ten właśnie sposób, bo dopiero co skończyłem n-tą lekturę „Golema XIV“, a zacząłem i-tą lekturę „Summy technologiae“ – i czuję się zapłodniony! W dodatku, co pewnie widać i po tym blogu, jest ze mnie „miedź brzęcząca i cymbał brzmiący“ prawie jak z Lemowego GOLEM-a, bo co czytam, takim też stylem natychmiast nasiąkam. Jedyny kłopot z tym zapłodnieniem jest taki, że powracając do przerwanego sianokosami wstępu, nie do końca pamiętam CZYM też, czyli dokładnie jakim pomysłem byłem zapłodniony około zeszłego piątku, gdym pisanie tego wpisu napoczął. Nic to jednak, nic to – jak mawiał Mały Rycerz.

Z całą pewnością pierwszym przyczynkiem do owego zaginionego w tym momencie zapłodnienia był kontakt z literatura marną, do którego się zmusiłem, poproszony o recenzję pewnego krążącego po necie „tekstu“ (z uwagi na brak możliwości zakwalifikowania owego „tekstu“ do któregoś z uznanych gatunków literackich, tak go trzeba właśnie nazywać…). Lem był po tym na odtrutkę. Recenzji, jako że była krytyczna, upowszechniać nie zamierzam, autor „tekstu“ może to zrobić we własnym zakresie, jeśli zechce.

Literatura marna nie zapładnia. Nie pozostawia wątpliwości, nie prowokuje do zadawania pytań, nie sprawia, że w umyśle czytelnika lęgną się jakieś idee, bodaj w samym dziele nawet i nie sugerowane, ale możliwe jako czysta potencja. Literatura marna bowiem – po prostu żadnej potencji, poza ewentualnie mimowolnym rozśmieszaniem – nie posiada.

„Golem XIV“ zawiera aspekt, na który wcześniej, czytając go n-1 razy nie zwróciłem uwagi. Tytułowa maszyna przedstawiając bowiem hipotetyczne drzewo ewolucyjne kolejnych – rosnących w potęgę i mądrość – rozumów, kończy je „skokiem w singularność“. Czyli tak naprawdę – wyjściem z doczesności. Niezwykłe jak na Lema – ateistę, twórcę nowej zupełnie dziedziny „metafizyki eksperymentalnej“ (da się – i to jest prognoza w ścisłym sensie tego słowa, a nie fantazja literacka – konstruować „w maszynie“, jako modele matematyczne na przykład – światy zaludnione wyznawcami najrozmaitszych wiar i da się też konstruować światy, w różnoraki „zaświat“ wyposażone…).

Oczywiście, ów „skok w singularność“ Najwyższego Rozumu, który tuż przed swą samobójczą dla nas, zewnątrznych obserwatorów kulminacją, ma postać najwyższej gęstości gwiazdy neutronowej, którą jedynie przyświetlna prędkość obrotu powstrzymuje przed zapadnięciem się w siebie, ma dobrą rację za sobą. Od czasów Gödla wiadomo, że nie da się zbudować takiego systemu matematycznego, który dałby się wywieść z własnej aksjomatyki bez popadnia w sprzeczność. Zaś konsekwencją ogólnej teorii względności jest właśnie singularność – miejsce, gdzie opisywana tą teorią fizyka nie sięga, o którym nic z zewnątrz powiedzieć nie możemy.

Tak więc samo istnienie matematyki i fizyki w naszym obecnym rozumieniu tych dziedzin – z konieczności, dowodem matematycznym popartej, zakłada istnienie niepoznawalnego. A skoro tak, ostatni, desperacki krok Najwyższego Rozumu nabiera sensu: tylko w ten sposób, „wychodząc poza wszechświat“, może zaspokoić wreszcie ciekawość, która była motywem jego kolejnych, auto-konstrukcyjnych, milionlecia trwających prac, w toku których potężniejąc, przybrał swą ostateczną formę.

Ów wykład Golema to zarówno prognoza, jak i przypowieść. Prognoza dlatego, że całkiem wykluczyć się możliwości, że tak właśnie się dzieje bynajmniej nie sposób. Przypowieść dlatego, że ów „skok w singularność“ hipotetycznej rozumnej gwiazdy, stanowi swoistą figurę ludziom tu i teraz właściwego stosunku wiedzy i wiary. Nie jest możliwa – i nigdy nie będzie możliwa – „wiedza zupełna“. Stąd też sama wiedza nie jest wystarczającym, dostatecznym motywem działania – uzupełnia ją z konieczności wiara. Choćby w postaci sądów indukcyjnych, których przecież uzasadnić w sposób ścisły się nie da – o czym z kolei pisze Lem na samym początku swojej „Summy…“

Wiara ta zresztą może być z różnych parafii. Pisałem już o tym, w jaki sposób wiara w egzotyczne zwierzę „wolności indywidualnej“ przywiodła jednego ze współpublicystów „Najwyższego Czasu!“ na manowce całkowitego zapoznania rzeczywistych stosunków ekonomicznych w dawnej Polsce. Miło mi się przy tym pochwalić, że moja polemika znalazła się w ostatnim numerze tego tygodnika – tuszę przy tym, że to bynajmniej nie koniec, bo przecież adwersarz tak łatwo nie odpuści, a „sezon ogórkowy“, mimo wyborczego roku, nastraja do kontynuacji tak oderwanego od bieżącej rzeczywistości wątku.

Na stronie internetowej „NCz!“ został też zamieszczony mój artykuł z przedpoprzedniego numeru o pańszczyźnie i śmieciach. Reakcje komentatorów (strona „NCz!“, na którą co prawda wchodzę od wielkiego dzwonu, ma zdaje się nieliczne dość grono stałych bywalców, konsekwentnie głoszących te same idee – idee fix dodajmy) o tyle mnie zaskoczyły, że w ogóle nic nie mają wspólnego z tematem  jaki podjąłem. Jeden głosi przy okazji wyższość jednomandatowych okręgów wyborczych (nic, ale to nic mnie ta bzdura nie obchodzi – a człowieka, który uważa, że od zmiany systemu wyborczego zaraz szczęśliwość powszechna zapanuje i nadmiar bogactw mlekiem i miodem płynący mam za wariata dużo niebezpieczniejszego od zwolenników komunizmu – ich wiara ma przynajmniej jakiś ulotny pozór wewnętrznej spójności…) – a drugi moralnie się oburza na „skur.. i pół niewolniczy wyzysk“. Ręce i nogi opadają… Jaki ma w ogóle sens odnoszenie kategorii moralnych – i to dzisiejszych – do opisu rzeczywistej sytuacji ekonomicznej, panującej przez 500 lat z okładem na połowie kontynentu europejskiego? W tym miejscu wiara całkowicie zastępuje wiedzę – inaczej nie umiem tego wytłumaczyć.

Z całą pewnością nie taką ideą byłem zapłodniony tydzień temu, gdym do pisania wstępu do niniejszego wpisu zabierał się był. Cóż zrobić jednak – przecież przez ten tydzień nie próżnowałem, a że mi myśl uciekła? Może jeszcze powróci..? Na razie zaś, pora brać się za sprzątanie pod wiatą, skoro chwilowo nie pada – a potem: trzeba będzie zarobić na chleb nasz powszedni, bez którego ni wiedzy, ni wiary, ni literatury jakichkolwiek bądź lotów, uprawiać się na tym świecie nie da…

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...