środa, 27 lipca 2011

O śledziach i nie tylko…


Właściwie, skoro w tym blogu opublikowanych jest ponad 600 postów – to czy jest jeszcze coś, co mógłbym dodać? Fakt faktem – życie codziennie przynosi jakieś niespodzianki, o czym wczoraj się przekonałem, gdy Lepsza Połowa chichocząc w kułak kazała mi zajrzeć na nowy wątek na forum Re-Volty: jakiś idiota wymyślił… ZUS dla koni! Aż nie chce się z czymś takim dyskutować – i to właśnie tak mnie pesymistycznie nastraja: pora umierać, ten świat przestaje się nadawać do życia…

Mieć dzieci – strach: gosudarstwo w każdej chwili może je obecnie rodzicom odebrać pod byle pretekstem. Blogować w internecie – strach: w każdej chwili na naszej piaszczystej drodze może się zakopać kolumna wozów ABW czy innego Gestapo. Teraz i konie trzymać strach będzie – bo ZUS-em dowalą!

Jedno jest pewne: zgodnie stwierdziliśmy z Lepszą Połową, że autorzy takich pomysłów jak ten, najwyraźniej pochodzą od jakiejś innej małpy. Bo wysilamy się jak możemy, a jakoś kompletnie nie udaje się żadnemu z nas pojąć, jakiż to ciąg myślowy mógł był kogokolwiek do „ZUS-u dla koni“ doprowadzić? I jakiż to ciąg myślowy długi szereg użytkowników Re-Volty skłonił do podpisania się pod tym pomysłem bodaj sztampowym stwierdzenim „pomysł dobry, ale nierealny“. Jaki dobry? Gdzie dobry? W czym dobry..?

Wracajmy jednak do naszych baranów. Obiecałem ongiś wpis o estetyce: musi jednak poczekać do lepszej pogody, chciałbym go zilustrować kilkoma zdjęciami, a jak tu robić zdjęcia, gdy za oknem szaro i pada? To w takim razie, skoro mam jedyny w tym tygodniu wolny poranek (zacząłem, Mili Państwo, od poniedziałku sprzedawać maty do masażu wibracyjnego – wczoraj nawet mi się jedną udało sprzedać, obaczym czy to przypadek, czy jednak jest ze mnie bodaj mierny „prezenter sprzedaży bezpośredniej“..?), podywagujemy sobie o śledziach.

Dlaczego o śledziach? A dlatego, że nie chcę zostawiać niedopowiedzeń, a skoro napisałem kilka dni temu, że ludzie z natury nie są równi – to powinienem to twierdzenie uzasadnić, prawda? Inaczej weźmiecie mnie Państwo za faszystę czy innego –istę. A ja po prostu staram się trzymać faktów i logiki.

Śledzie są sobie z natury równe. Równe doskonale – bo ławica śledzi, z tego co wiemy, nie posiada żadnej hierarchii, żadnej wewnętrznej struktura i wszystkie jej elementy są wzajem doskonale wymienne. A więc – są też i doskonale równe. Już o mrówkach czy pszczołach nie można tego powiedzieć. Te społeczne owady mają wprawdzie „kasty“, czy „klasy“ wzajem doskonale wymiennych robotnic czy żołnierek – ale całe ich społeczeństwo cechuje jednak bardzo sztywna hierachia. Królowa roju czy mrowiska jest z całą pewnością o wiele „równiejsza“ od podległych jej „równych“ robotnic czy żołnierek.

W stadzie koni każdy osobnik ma sobie i tylko sobie przypisane miejsce w hierarchii. Nie ma dwóch koni, które zajmowałyby taką samą pozycję i które w związku z tym można by uznać za „równe“. Dzięki temu w stadzie panuje ścisły porządek – doskonale wiadomo w jakiej kolejności należy rozdawać owies, żeby konsumpcja posiłku odbyła się bez awantur, kto za kim podąża i kogo w związku z tym trzeba poprawdzić, żeby całe stado poszło w pożądanym przez człowieka kierunku. Oczywiście pojawienie się nowego członka stada – co nas niezadługo czeka i napełnia niemałymi obawami, albowiem już w piątek liczebność naszego małego stadka niemal się podwoi (na ile nerwy i czas pozwolą, obiecuję jakieś relacje z tego emocjonującego wydarzenia…) – zakłóca tę sielankę, bo trzeba pewnego czasu, wypełnionego skomplikowanymi rytuałami, a niekiedy także i prawdziwą walką – by każdy nowo przybyły znalazł swoje i tylko swoje miejsce w stadzie.

Nie miałem do czynienia z małpami, poza okazjonalnymi wizytami w ZOO – ale bodaj podobnie jest u wszystkich naczelnych, prawda?

A jak jest z ludźmi? Ludzkie społeczeństwo bardziej przypomina ławicę śledzi – czy stado koni lub naczelnych? Skoro jednak to drugie – to czy można twierdzić, że „ludzie są sobie równi z natury“?

W sensie, w jakim do tej pory używałem terminu „równość“ – nie można. Ludzie bowiem, tak samo jak konie i jak naczelne małpy, żyją w społeczeństwie cechującym się hierarchią i porządkiem – tylko fakt, że społeczeństwa ludzkie są, w przeciwieństwie do stad koni czy grup rodzinnych naczelnych, niezmiernie liczne i że w związku z tym codziennie spotykamy ludzi w stosunku do których zwyczajnie nie mamy czasu na odbycie owych skomplikowanych rytuałów, a niekiedy też i prawdziwej walki, w wyniku której wiedzielibyśmy, kto z nas dwojga jest „równiejszy“, a kto tylko „równy“ sprawia, że hierarchiczności tej nie musimy traktować z tak śmiertelną powagą jak robią to nasze konie. Mamy też rozum, dzięki któremu czasem – nie zawsze – udaje się nam dojść w tej materii kompromisu: dzielimy się rolami, raz występując jako „osobnik alfa“, a raz jako „osobnik beta“. Zwykle każdy z nas wielokrotnie w ciągu dnia przyjmuje pozycję naczelną i pozycję podporządkowaną, swobodnie przechodząc od jednej do drugiej „roli społecznej“ i nie cierpiąc z tego powodu dyskomfortu.

Konie tak nie potrafią – u nich osobnik wyższy w hierarchii stada, musi być z konieczności wyższy we wszystkim co robi. Skądinąd i wśród ludzi są osobniki, które nie potrafią się dostosować do takich zmian społecznej pozycji (poznajemy ich po złotych łańcuchach na szyi i gustownych dresach), przy każdej okazji próbując przynajmniej dominacji, bez której nie czują się – z różnych powodów – bezpiecznie. Nie potrafią takich zmian płynnie akceptować małe dzieci – i stąd przedszkola i szkoły są polem nieustającej bitwy. Najwyraźniej sztuka zmieniania społecznych ról i akceptowania tymczasowej podległości dla załatwienia pewnych spraw jest u nas wyuczona – jest to komponent kulturowy w naszym zachowaniu. W dalszym ciągu nie usprawiedliwia to tezy, że „ludzie są z natury równi“. Mało tego – niezależnie czy zmieniamy role społeczne czy ich nie zmieniamy (role społeczne są z całą pewnością niezmienne na samym szczycie i na samym dole naszej społecznej hierarchii – prezydent czy król nie ma zbyt wiele okazji do bycia petentem, a kloszard raczej rzadko bywa bodaj „gospodarzem śmietnika“), pomimo najszczerszych wysiłków takich właśnie „postępowców“, jak ci od pomysłu „ZUS-u dla koni“ – w dalszym ciągu role te zawsze lub niemal zawsze zawierają komponenet „uległości i dominacji“. Dotyczy to w szczególności wszelkiego rodzaju gier i zabaw – nikomu jeszcze nie udało się chyba wynaleźć ciekawej zabawy, w której nie byłoby celem osiągnięcie zwycięstwa, a więc i prestiżu i dominacji. Nawet w układaniu kostki Rubika organizowano ongiś zawody tego spośród zawodników szanując i doceniając najbardziej, który się z zadania wywiązał najszybciej! Czy da się zatem utrzymać tezę, że „ludzie są z natury równi“?

W sensie, w jakim pojęcie „równości“ występowało powyżej – nie da się. Zatem z konieczności należy przyjąć tezę przeciwną – że ludzie z natury równi nie są.

„Równość“ da się ocalić tylko zmieniając jej sens. Na metaforyczny. Ludzie bowiem z natury nie są równi – ale jest pożyteczną fikcją przyjąć założenie ich nie tyle „równości“, co „równocenności“.

W pewnym sensie coś takiego – w postaci solidarności grupowej i mechanizmu identyfikacji „swój – obcy“ – występuje także u stadnych zwierząt. Zanim bowiem uda się nam włączyć nowo przybyłe konie do naszego stada, spodziewamy się krótszego lub dłuższego okresu koegzystencji dwóch stad na jednym padoku. Członkowie obu tych stad będą odczuwać solidarność w stosunku do swoich dawnych towarzyszy – członków stada „konkurencyjnego“ traktując – niezależnie od miejsca jakie zajmują one w hierarchii tego drugiego stada, jako tak samo i bez różnicy „obcych“. Tak więc wszyscy członkowie stada A, przez wzajemną solidarność, są dla siebie tak samo cenni (co nie znaczy, że są sobie równi…), a wszyscy członkowie stada B, ze względu na ich pozbawioną rozróżnień obcość tak samo, tj. równo obcy.

Ponieważ „stada ludzi“ są o wiele rzędów wielkości liczniejsze od stad koni, nasza „stadna solidarność“ musi z konieczności obejmować o wiele większe rzesze „swoich“, niż solidarność koni. Doszliśmy – wieki temu – do tego, że ogarniamy taką solidarnością nawet ludzi, których nigdy w życiu nie spotkaliśmy bodaj na chwilę i nigdy ich nie spotkamy. To jest prawdziwa podstawa i sens „równości“: nie można chyba jednak zaprzeczyć, że pojęcie to jest w takim razie używane nader specyficznie? W dość abstrakcyjny sposób możemy nawet z sensem pisać, że „wszyscy ludzie są sobie równi“ – podnosimy tu najogólniejszą, bo gatunkową solidarność wszystkich ludzi w stosunku do „świata nie-ludzkiego“ (bo na razie nie mamy pod ręką kosmitów, których ewentualna obecność uczyniłaby ten poziom identyfikacji bardziej konkretnym).

W każdym razie znane hasło „wolność, równość, braterstwo“ – robi się „masłem maślanym“, bo wszak i za „równość“ i za „braterstwo“ można podstawić to samo: poczucie solidarności grupowej. Równość ta jest jednak rodem z kultury, a nie z natury – i dlatego upieram się przy tezie, że z natury ludzie nie są równi. Co – mam nadzieję – niniejszym uzasadniłem. A jakie jest Twoje zdanie, Drogi Czytelniku..?

6 komentarzy:

  1. Nie ma jednak wciąż odpowiedzi, dlaczego profesor powinien mieć większą wagę głosu niż kucharka.

    Profesorzy są często, co wiem z obserwacji, tzw. głupio-mądrzy. (co więcej często wielkie G wiedzą także o praktyce w swoich dziedzinach! ograniczając się do teorii!)

    Zna taki jakieś fluktuacje czynnika N w środowisku B pod wpływem czynnika A, ale jeśli chodzi o sprawy tzw. "życiowe" jest często imbecylem.

    Kucharka często wie lepiej - zna się na żywności (co jest ważniejszą wiedzą dla kraju) jeśli jest matką - zna się na wychowaniu dzieci (co jest ważniejsze dla narodu), itp.

    Aby nie przeciągać - kucharka powinna mieć zasadniczo w większości spraw większą wagę głosu niż przeciętny profesor, temu ostatniemu jestem jedynie skłonny przyznać większą wagę jeśli demokracja dotyczyłaby czynnika N w środowisku B.

    OdpowiedzUsuń
  2. To nie jest tekst o demokracji. To jest tekst o równości - i o niczym więcej.

    OdpowiedzUsuń
  3. w niedawnym poście odniosłeś się do kwestii równości głosu profesora i sprzątaczki i odczytałem to jako ciąg dalszy

    nie ważne

    zgodnie z obietnicą o bieżącej polityce już tu nie piszę - do odwołania - bardziej mnie w tej chwili obchodzi najbliższy urlop: Starogard + Mierzeja

    natomiast o inwestycjach i przysłowiowej już "końskiej kupie" jak najbardziej pisać i czytać chciałbym

    pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam bardzo poważne wątpliwości co do uzasadnienia samego aktu głosowania. O czym zresztą już kilka razy pisałem - nie chce mi się w tej chwili szukać, tym bardziej, że pora jechać do pracy. W każdym razie, jestem jak najdalszych od rozważania tak trywialnych kwestii jak "równość głosu" - bo samo głosowanie wydaje mi się podejrzanym diabelstwem!

    OdpowiedzUsuń
  5. spokojnie, dam radę przeszukać blog - choć postów to natworzyłeś tyle, że hej, fakt

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie mogę się powstrzymać...

    "Zbieram suchy ZUS... dla konia."

    :-D

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...