niedziela, 31 lipca 2011

Czy konie mają prawa?


Oczywiście że tak. Są przecież zwierzętami stadnymi – a nie są w swoich zachowania tak bezwzględnie zdeterminowane instynktami jak mrówki czy pszczoły. Mają więc z konieczności swój język[1], mają też i prawa którym się pod groźbą kary[2] muszą podporządkować.

Powiększenie naszego stada spowodowało konieczność modyfikacji praw rządzących jego zachowaniem. Po pierwsze – trzeba ustalić na nowo hierarchię władzy w stadzie. Tu informacja dla Wiernych Pensjonariuszy przede wszystkim: wygląda na to, że panowanie Melona Złowrogiego, etc., etc., po niespełna 48 godzinach od przybycia nowych koni, dobiegło końca – już się nie wyrywa z objęć miłującego pokój stada i nie atakuje przybyszy modo Thartarico. Próbuje natomiast takich rajdów Iwar Dzielny – o tyle mu kiepsko wychodzi, że jednak miłujące pokój stado ma nad nim przewagę szybkości. Dystans między obu grupami zmalał jednak do ok. 20 – 30 metrów, praktycznie pasą się w tej chwili obok siebie.

Od ustalenia hierarchii zależy kolejność korzystania z wodopoju (wody dla wszystkich wystarczy, ale nieobyczajnym jest, jeśli koń niżej w hierarchii stojący, pije przed stojącym wyżej!), a także cała masa praktycznych rzeczy łącznie z tym, że ja muszę wiedzieć, kto jest ważniejszy na wypadek (tfu, tfu!), gdyby nawiały poza ogrodzenie i gdybym musiał je łapać – złapanie przewodnika stada gwarantuje, że reszta za nim podąży, gdziekolwiek by nie poszedł.

Pod kategorię „praw końskich“ podciągnąć można też i utrwalone w grupie zwyczaje. Na przykład dotyczące pór karmienia. Miłujące pokój stado jest przyzwyczajone do owsa o 6.00, 15.00 i 20.00. Wczoraj kolacji nie było – pani doktor, spóźniona o dwie godziny, bo zabłądziła, przyjechała tuż przed 20.00, a badanie trwało tak długo, że konie w końcu poszły sobie na pastwisko, było już ciemno, padał deszcz i potwornie, jak to po zmroku, cięły komary – a jeszcze Frontier po „głupim Jasiu“, którego dostał dla skutecznego przeprowadzenia bronchoskopii, nie powinien był jeść owsa, a byłoby mu przykro gdyby widział, że inni jedzą, więc odpuściłem. Poza tym, obecność przybyszy sprawia, że wszystkie konie ogólnie chętniej przebywają na padoku – mają tam więcej miejsca do manewrów, które w ciasnej, bo ledwo półhektarowej przestrzeni padoku zimowego z wiatą pośrodku mogłyby być niebezpieczne (jak widać i przy ustalaniu hierarchii obowiązuje BHP!) – więc w efekcie nie przyszły dzisiaj na śniadanie, musiałem po nie pójść. Zwykle jednak, kłębią się pod wiatą co najmniej od 5.00, czekając na owsik (pod tym względem wszystkim koniom „spieszą się zegarki“…) – przychodzą też, nie wołane, na dwa pozostałe posiłki. Nowi będą musieli się tego nauczyć. Zwłaszcza, że za tydzień wszyscy przechodzą na Wielki Padok, a tam będę miał trochę więcej do chodzenia, jeśli tego nie zrobią…

Zauważyłem też, że nowi przybysze nie potrafią jeść w grupie. Każdy z naszych koni jest nauczony, że kiedy dostaje swoje wiaderko, ma w nie włożyć pysk i jeść, aż zje do końca. Oczywiście – wiaderko sąsiada zawsze kusi, stąd czasem trzeba przywrócić dyscyplinę, ale ogólnie nie ma z tym większego problemu. Natomiast czwórka „nowicjuszy“ krąży od wiaderka do wiaderka, pojadając to z jednego, to z drugiego. Pies ich trącał, póki robią to we własnym gronie, ale 11 koni kłębiących się pod wiatą i podgryzających w przelocie kęs tu, kęs tam, to wizja absolutnie nie do przyjęcia! Od obiadu zatem, zaczniemy naukę – jak się nie uda, wbiję haki w ścianę wiaty i nowi będą do posiłków wiązani. Akurat dla każdego po jednym słupie starczy.

Ogólnie rzecz biorąc takich praw konie przestrzegają bardzo pilnie, z upodobaniem wręcz. Nie tylko konie zresztą. Nasze oba kociambry również mają swoje ustalone rytuały, których pilnują wielce skrupulatnie. Oprócz stałych pór karmienia, istotne są też i takie drobiazgi jak to, że Sylwestrze najlepiej się zasypia u pani, w ostateczności u pana pod pachą – i dlatego nie znosi, kiedy siedzimy wieczorem dłużej, zamiast kłaść się do łóżka przed 22.00. Nie mamy może wielkiego doświadczenia z dziećmi, ale wrażenie mam takie, że zwierzętom i małym dzieciom skrupulatne przestrzeganie raz ustalonych rytuałów daje po prostu poczucie bezpieczeństwa: jest jak zwykle, a zatem – jest dobrze!

Jak widzimy, prawa i zwyczaje tego rodzaju w świecie zwierzęcym nie są dramatycznie różne od praw i zwyczajów w świecie ludzkim. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego. Osobowość, a za tym również i indywidualne upodobania, gusty i inklinacje, których istnienie wymaga ustalenia jakichś reguł ich zaspokajania tak, aby to nie szkodziło ogółowi, niezależnie od tego, czy jest to stado koni, czy też mieszana gatunkowo „grupa“ złożona z takich czy innych zwierzaków i ich opiekuna – poprzedza pojawienie się jakiegokolwiek rozumu. Mrówki czy pszczoły osobowości nie mają, ale już kury? Rozmawialiśmy o tym ze Zbyszkiem wczoraj czekając na panią doktor – bywa, że kura, choć inteligencją z całą pewnością nie grzeszy, jakoś sobie upodoba gospodynię na przykład i chodzi za nią krok w krok po obejściu. Cóż to innego jest, niż indywidualność, osobowość właśnie..?

Gorzej z „prawami człowieka i obywatela“. Oczywiście, do miejsca w hierarchii stadnej przypisane są pewne przywileje i obowiązki. Jak już pisałem, alfa pierwsza korzysta z wodopoju – za to rzadko się wysypia (w przypadku naszej Dalii wlkp, jest to wręcz pocieszne, bo nie honor jej się położyć do snu, a że swoje lata już ma, to bywa, że wali pyskiem o glebę, gdy się jej przednie nogi podczas drzemki na padoku rozjadą…), bo jej obowiązkiem jest strzec bezpieczeństwa stada. Są to jednak zawsze przywileje i obowiązki konkretne – namacalne, rzeczywiste, wynikające ze zmiennej sytuacji, jaka może się w życiu zdarzyć. Czy da się z tego wywieść jakieś ogólne „prawa konia“..?

Prawdę pisząc i ogólne „prawa człowieka“ wcale nie są tak oczywistym pomysłem, jak mogłoby się to po 200 latach indoktrynacji wydawać. Dla naszej tradycji prawnej ważniejsze bodaj od pomysłów różnych owiniętych w prześcieradła filozofów starożytności były instytucje praw „barbarzyńskich“ wczesnośredniowiecznej Europy[3], z „ceną krwi“, czyli materialnym ekwiwalentem za życia człowieka na czele. Owa „cena krwi“, „wergeld“ dość precyzyjnie określała miejsce każdego pojedynczego człowieka w hierarchii społecznej – dlatego ma znaczenie nie tylko wówczas, gdy rzeczywiście mówimy o zabójstwie, wartość wergeldu bowiem w prosty sposób przekładała się na zakres przywilejów i obowiązków człowieka jak najbardziej żywego. Podobnie jak w przypadku członka stada, były to przywileje i obowiązki konkretne – namacalne, rzeczywiste, wynikające ze zmiennej sytuacji, jaka może się w życiu zdarzyć. Określały m.in. kto i ile pól może wykarczować i obsiać, w jakim stopniu może przy tym korzystać z pomocy sąsiadów i jak ma się im za tę pomoc odpłacić, w jaki sposób wolno mu korzystać z lasów, łąk i rzek na terenie zajmowanym przez wspólnotę, jakie miejsce zajmuje w szyku bojowym w razie wojny i jakie ma obowiązki względem wspólnoty (plemienia/konfederacji plemiennej/lokalnego kultu). Z czysto praktycznych powodów, ponieważ społeczności ludzkie są wielokrotnie liczniejsze od stad jakichkolwiek zwierząt poza mrówkami i pszczołami (które już wcześniej z naszych rozważań wykluczyliśmy), wysokość wergeldu była określona na kilka, co najwyżej kilkanaście progów (najmniej „wart“ był cudzy niewolnik – no bo własnego można było zabić bezkarnie – najwięcej „wolny wojownik“ lub, to już w czasach gdy poczęły się kształtować państwa – władca). Jednak już owe praktyczne przywileje i obowiązki były w każdej ze wspólnot dla każdego z jej członków inne i jest dość wątpliwym, czy w związku z tym udałoby się znaleźć dwóch takich ludzi, których pozycja społeczna była pod każdym możliwym względem dokładnie taka sama i którzy w związku z tym cieszyli się dokładnie takimi samymi prawami i takie same dokładnie wypełniali obowiązki. Droga od tej sytuacji – która jest przecież sytuacją rzeczywistą – do abstracji „powszechnej deklaracji praw człowieka i obywatela“ jest dość długa, skomplikowana i jej przebycie ma swoją cenę. Tak bowiem, jak nie ma konkretnego człowieka poza konkretnym miejscem i czasem – tak też i nie ma go już w owej „deklaracji“: miejsce człowieka z krwi i kości zajmuje tam byt czysto filozoficzny, odrealniony, pozbawiony m.in. żołądka (no przecież nie jest prawdą, że „wszyscy mamy takie same żołądki“..!), narządów płciowych (odkąd poczęto „walczyć o równouprawnienie“ – przynajmniej) i wielkiej części rzeczywiście nim kierujących pasji.

Czy coś takiego można z sensem robić w przypadku zwierząt? Istnieją pewne, dla każdego gatunku inne, normy pomagające określić optymalny sposób utrzymania i wykorzystania tych zwierząt. Owe normy są oczywiście tylko pewną wskazówką. Na ten przykład w każdej książce o koniach jest napisane, że dębowe liście i kora oraz żołędzie to dla koni trucizna. Moja Dalia wlkp jednak najwyraźniej żadnej z tych książek nie czytała, bo rzuca się na dęby z wielką pasją – i jakoś nigdy nic złego jej z tego powodu nie było! Normy te, jeśli są napisane z sensem, to podsumowanie doświadczeń hodowców – doświadczeń praktycznych. O tyle też – warto się do nich stosować, pamiętając naturalnie o możliwych indywidualnych odstępstwach (nie zamierzam wypasać Dalii wlkp w dąbrowie – ale też na spokojnie podchodzę do problemu, skoro do tej pory nigdy nic złego jej się z tego powodu nie stało – i jeśli ogrodziliśmy rosnącego na padoku zimowym dębczaka, to nie dlatego, że konie mogą się potruć, tylko dlatego, że drzewa nam było szkoda!). Ale „prawa zwierząt“..? Ja i wobec „praw człowieka“ mam poważne wątpliwości – to w najlepszym razie „pożyteczna fikcja“, jeśli nie po prostu – zawracanie głowy – to jak niby miałbym na serio traktować „prawa zwierząt“?

Myślę, że to po prostu przejaw braku wyobraźni. Skoro jakaś tam pani od muzyki, jakaś tam egzaltowana siksa z TOZ, czy inny absolwent prowincjonalnego wydziału ogrodnictwa nie potrafi sobie wyobrazić rzeczywistej złożoności i bogactwa życia w stadzie zwierząt – a jego najpierwotniejsze wyobrażenia na ten temat biorą się z debilnych kreskówek o „różowych kucykach“, które mieszkają sobie w słitaśnych domeczkach z ogródkami i zaplatają złociste grzywy z kokardkami – to o czym my w ogóle możemy rozmawiać..? Szkoda mi na to czasu po prostu…

Pora zresztą kończyć. Lepsza Połowa obiecała omlet z grzybami na śniadanie, muszę zatem nazbierać grzybów (to chyba jedyna dobra strona tej wrednej, jesiennej pogody…). Nie chce mi się ganiać na padok z aparatem po mokrej trawie – ale proszę bardzo, mam ilustrację dla rytuałów naszych milusińskich: Krystyna złapała ptaszka. A jest zwyczajem wśród naszych koćkodanów, że ptaszki zjada Sylwestra. Krystyna przyniosła więc ptaszka, zainkasowała w nagrodę kocie chrupki, a konsumpcją zdobyczy zajęła się starsza koleżanka:



[1]Monty Roberts, który badaniem tego języka się zajmuje od ponad półwiecza twierdzi, że zidentyfikował już wiele dziesiątków sygnałów jakimi posługują się konie – nie jest to oczywiście język akustyczny, albowiem zdolność artykułowania dźwięków przez końską krtań jest mocno ograniczona – jednak nie da się ukryć, mogę to potwierdzić z własnego doświadczenia, że konie w sposób stały i powtarzalny używają pewnych gestów i postaw ciała, które modyfikują zachowania innych koni, muszą być zatem „komunikatem“. Co więcej, jest to język wprawdzie bardzo głęboko osadzony w instynktach (Monty, podróżując po całym świecie, nie dostrzegł żadnych śladów „różnic językowych“ u koni które nigdy w życiu się nie widziały) – ale koń, który nie został w dostatecznym stopniu „zsocjalizowany“, bo nie miał od źrebięctwa kontaktu z innymi końmi – co się bardzo często zdarza na polskiej wsi i co jest prawdziwym sk…syństwem w stosunku do zwierzęcia stadnego (ale żeby to wiedzieć, nie wystarczy być panią od muzyki, czy egzaltowaną siksą z TOZ-u, która marznie jak jej pod kieckę podwiewa, albo absolwentem prowincjonalnego wydziału ogrodnictwa, któremu wymarzają zimą pomidory i dlatego wyobraża sobie, że koniom przeszkadza zimno!) – nie wykazuje tego rodzaju zachowań. Jest zatem „niemy“, nie potrafi porozumiewać się z innymi końmi. Co w zasadzie wyklucza możliwość każdego, nie tylko opartego na spostrzeżeniach Monty’ego treningu takiego konia, albowiem i tzw. „jeździectwo klasyczne“ także wykorzystuje – jakkolwiek „naturals“ powiedziałby, że nieświadomie, a „klasyk“, że „bez ideologicznego zadęcia“ – te same, naturalne zachowania koni, które są też podstawą ich wzajemnego porozumienia się. Koń trzymany od źrebięctwa w pojedynkę jest zwierzęciem wyłącznie mięsnym, przy tym często – bardzo niebezpiecznym i dla siebie i dla otoczenia.
[2] Podobnie jak w przypadku ludzkich „wspólnot pierwotnych“, jest to oczywiście kara „społeczna“, oparta na bojkocie, wykluczeniu z grupy jako „karze głównej“ – w warunkach naturalnych równoznacznej właściwie z karą śmierci, bo dziki koń w pojedynkę długo w naturze nie przetrwa…
[3] o których czytałem w znakomitej pracy Karola Modzelewskiego „Barbarzyńska Europa“, stanowczo Państwu polecam!

7 komentarzy:

  1. Miałam kiedyś "niemego" i "głuchego" konia, który był wychowany od źrebięcia w całkowitej izolacji od koni. Był nieadekwatnie agresywny lub nieadekwatnie uległy wobec pozostałych koni. Nie potrafił się porozumieć i po wielu starciach został z boku, jakby poza hierarchią. Nie odnalazł spokoju i poczucia bezpieczeństwa, ani w grupie koni, ani we współpracy z ludźmi.
    Jako początkująca "kurara", mogę zapewnić, że kury są gatunkiem zindywidualizowanym pod względem osobowości i temperamentu. Różnią się również inteligencją (od totalnego młotka, po osobniki zdolne do nauki).To wszystko można zaobserwować u ptaków, w wolnym, prawie dzikim chowie. U klatkowych niewolników byłoby pewnie trudno.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Przykładem "niemego" konia była Iskra: http://boskawola.blogspot.com/2010/06/iskierka-z-gor-swietokrzyskich-czyli.html i http://boskawola.blogspot.com/2010/06/historia-iskierki.html
    Niestety, jej historia nie miała happy endu: trzeba ją było wyekspediować do Włoch, bo przy najlepszych chęciach, nie dała się opanować na tyle, żeby chociaż samej sobie nie robiła krzywdy...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli mają prawa, to być może mają też jakieś lewa.

    (samokrytyka młodego bloggera: czy to jest mądry komentarz?)

    OdpowiedzUsuń
  4. mam pytanie - jak hodowcy koni odnoszą się do spożywania koniny?

    OdpowiedzUsuń
  5. Konina jest bardzo smaczna i zdrowa

    OdpowiedzUsuń
  6. Już pisałam kiedyś, ze też znałam konia, który źle skończył, bo jakiejś "miłośniczce" zapragnęło się posiadanie oddanego jej w pełni konisia. Ogier (sic!) wyrósł na agresywnego konia, nie znał zasad funkcjonowania w stadzie (bo i skąd?), a "dobra pani" strasznie po nim potem płakała.Z liśćmi dębowymi słyszałam podobne historie. Jak i o tym, że obrońcy zwierząt chcieli oddać pod sąd faceta, który trzymał hucuły na pastwisku z wiatą...Siano im dowoził, stał beczkowóz z wodą, ale konie nie miały stajni i w mniemaniu "obrońców" marzły.
    Ogólnie rzecz biorąc bardzo się cieszę, że są ruchy ludzi, którzy działają i wiele ich działań to pomocna dłoń wyciągnięta ku zwierzętom w potrzebie. Czasem i tu jednak zdarzają się ...chwasty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko przez to, że ludzie tak mało wierzą w... miłość!

      No bo przecież, jaka może być inna motywacja trzymania koni w dzisiejszych czasach..?

      Na samochodach zarabia się o wiele lepiej..!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...