sobota, 9 lipca 2011

Było nie wstawać…


Macie czasem takie dni, że już w południe dochodzicie do wniosku, że nie należało w ogóle wstawać z łóżka..? Lepsza Połowa twierdzi, że ja powinienem tak mieć codziennie, a tylko nie codziennie ten fakt dostrzegam – musi się zrobić „bum!“, wtedy dopiero do mnie ów stan dociera…

No to właśnie dotarł! Zaczęło się od tego, że przyprowadziłem wczoraj z Ostrowca Świętokrzyskiego nowiuteńką „kijankę“ – samochód służbowy, który dostałem w użytkowanie odstawiwszy w ciągu miesiąca raptem dziewięć umów na dostawę energii elektrycznej: źle to moim zdaniem wróży na przyszłość, firma która tak szasta środkami (w życiu bym nie dał samochodu handlowcowi, który w miesiąc zawiera ledwo dziewięć umów!) długo raczej nie pociągnie – chyba, że tak ma być po prostu..?

Jak już przyprowadziłem tę kijankę, to popatrzyłem krytycznie na Ojcowego Passata – i jakoś tak samo z siebie przyszło mi do głowy, że może warto by go było sprzedać..? Spłaciłbym najpilniejsze długi i może by jeszcze starczyło na ubezpiecznie i remont Patrola, który jest jednak ciut bardziej potrzebny..? Niestety – wyeksplikowałem ten plan otwartym tekstem na głos – Passat (zwany, od drzewka zapachowego, które w nim wisi „Wunderbaumem“) usłyszał, obraził się i dziś rano definitywnie odmówił współpracy. Najpewniej jest to coś banalnego: rozrusznik ewidentnie nie działa, ale nie ma śladów, żeby się w nim uzwojenie paliło, więc albo poszły w drebiezgi łopaty, co się przecież nie zdarza codziennie (ostatnio zdarzyło mi się tak w „Białoruśce“…) albo zwyczajnie coś nie styka, tylko nie umiem znaleźć co…

W każdym razie, rano po kolegę Maczetę i koleżankę Futrzaka, którzy mnie nawiedzali wczorajszym wieczorem i których przed 23.00 odstawiłem do hoteliku w Warce, chcąc nie chcąc, trzeba było pojechać „kijanką“. A że byłem już zdenerwowany, to oczywiście zapomniałem, że maczetowa honda parkuje za dupą „kijanki“, trochę w prawo, jak raz w tzw. „martwym polu“ widzenia – z łatwym do przewidzenia efektem w postaci drobnej rysy i niewielkiego wgniecenia na prawym tylnym narożniku „kijanki“ i wieeeelkiego wgniecenia na obu lewych drzwiach hondy… Rozstaliśmy się po przyjacielsku, podpisałem oświadczenie, mam nadzieję, że ubezpieczenie firmy Maczecie zapłaci – ale do tej pory wszystko się we mnie w środku trzęsie i dygocze. Trudno sobie lepszy debiut wyobrazić, prawda?!

Myślisz może Czytelniku, że na tym koniec..? A gdzie tam! Zanim to się wszystko jeszcze wydarzyło, rano zadzwonił Zbyszek, z którym byłem umówiony na jazdę (wyjątkowo w sobotę, a nie w niedzielę, ze względu na jutrzejsze chrzciny…). Zadzownił i powiedział że nie przyjdzie. A dlaczego nie przyjedzie? Dlatego, że w czasie wczorajszej burzy nad Radomiem, w jego dom… trafił piorun, znaczne wyrządzając szkody! Słyszeliście Państwo kiedyś coś takiego..? Armagedon się zbliża czy co..?

W dodatku, choć to już naprawdę drobiazg bez porównania z poprzednimi – koćkodan obraził się na nas za wczorajszy wieczór (o 23.00 to koćkodan z OBOJGIEM państwa koniecznie, powinien co najmniej od dwóch godzin smacznie leżeć w łóżeczku – a tu musiał po trawie biegać…) i do tej pory nie dał się zachęcić, by wejść do chatki – i dlatego, wstyd przyznać, m.in. fatalnie się nie wyspałem, bom przywykł – jak niektóre dzieci z misiami – spać z koćkodanem pod pachą i bez ciepłego futerka jakoś mi się nie wysypia…

Nie, stanowczo – nie należało dzisiaj w ogóle zwlekać się z łóżka! A jeśli nawet – to po nakarmieniu koni, trzeba było natychmiast do owego łóżka wrócić…

7 komentarzy:

  1. to naprawdę nie są żadne problemy

    ot codziennie pierdoły

    trzymaj się tam jakoś!

    OdpowiedzUsuń
  2. i tak sobie myślę też

    miło by było się kiedyś z Autorem tam w dalekiej przyszłości spotkać, pogadać na żywca i wypić solidną szklaneczkę tej sławetnej "Złotej Lochy" z Biedry

    OdpowiedzUsuń
  3. Niewątpliwie nawet nie wstając z łóżka w dniu dzisiejszym na głowę cegła by spadła, albo tudzież coś innego :DDDDDDDDDDDDD
    Jak ma się coś dziać, to i tak się będzie działo - tak mówiła moja babcia :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Ładny jest ten rysunek będący ilustracją do postu. Widząc go w miniaturce kolorem i formą przypomina znane kafelki z Delft.
    No jak człowiek sobie powiększy...
    Pozdrawiam z Jedlisk.

    OdpowiedzUsuń
  5. Rysunek jest zabawny, w pierwszym momencie się uśmiałam. Potem przychodzi refleksja. Nie powinieneś tak o sobie myśleć. Ludzie dają Ci szansę, warto też samemu sobie ją dać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam ponownie, to już drugi mój komentarz do powyższego postu. Bardzo podoba mi się to co napisała w komentarzu osoba przedstawiająca się jako Riannon, zgadzam się z nim w pełni.
    Lepiej się nie załamywać, nigdy nie będzie łatwo ale mimo wszystko warto próbować żyć i myśleć o sobie samym dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  7. Akurat moja kobieta i jej rodzina to krajanie Autora.

    Mam wrażenie, że wszyscy z Kociewia mają taki lżejszy czy mocniejszy pesymizm, sceptycyzm i twardy realizm wbudowany w "system".

    Ja na co dzień słyszę najczęściej słowo "beznadzieja" jako komentarz do większości sytuacji.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...