niedziela, 26 czerwca 2011

Z głębokości wołam…


Drogi Czytelniku: co powiedzieć kobiecie, kiedy się wraca do domu na koniu od końskich kopyt po czubek toczka umazany bagiennym torfem..? Wybrałem metodę uderzenia wyprzedzającego. Zadzwoniłem kwadrans przed przyjazdem ogłaszając, że wyglądamy ze Zbyszkiem strrrasznie! Dzięki czemu pierwszy szok jakoś przeszedł, bo Lepsza Połowa zrazu myślała, że będzie potrzebna woda utleniona, bandaże i łupki. Ale potem się i tak nasłuchałem…

Co się stało? A nic takiego. Ale było naprawdę strasznie w pewnej chwili. Pojechaliśmy dzisiaj w stronę Białobrzeg, efektywnie kończąc wycieczkę w Brzeźcach (można jeszcze było stamtąd podjechać te dwa czy trzy kilometry na łęgi nad Pilicą pod mostem na obwodnicy: ale po co..?). Wracając próbowaliśmy skrócić drogę. Więc kiedy weszliśmy na niebieski szlak za Starą Wsią – postanowiliśmy skręcić w prawo, w stronę Bożego, w pierwszą dróżkę jaka się napatoczy, żeby uniknąć przechodzenia po raz kolejny przez Białą Górę.

Dróżka się napatoczyła i zrazu wyglądała całkiem solidnie. Stał przy niej paśnik dla zwierzyny leśnej. Były wyraźne koleiny po traktorze. Po drodze w dwóch miejscach zostały jeszcze resztki po składowaniu wyrąbanego drewna (nawet ze dwa fajne grabowe klocki leżały, ewidentnie zapomniane, aż żałowałem, że nie mam na co wrzucić…). Owszem, zrobiło się w pewnej chwili bagniście. Ale zaraz potem były resztki jakiegoś ogrodzenia i znowu trochę suszej. W końcu wyjechaliśmy na „salę balową“ – rozległą przestrzeń dość rzadko porośniętą dębami.

Dróżka się urwała. W jednym tylko miejscu las jakby rzedniał – co wzięliśmy za znak przesieki, widać tylko zawalonej chaszczami. Na wprost jednak dostać się tam nie dało. Potem w pokrzywach dorastających końskiego kłębu nagle zaczęły się pojawiać spróchniałe (i – te były gorsze: nie całkiem jeszcze spróchniałe…) pnie. Aż nagle idący przede mną Frontier dosłownie zniknął. Za kolejnym pniem zapadł się po brzuch w ziemię. Byliśmy na środku trzęsawiska.

Wrócić po własnych śladach było nie sposób. Po pierwsze – już kluczyliśmy. Po drugie – próba wejścia drugi raz na tą samą powierzchnię kończyła się bardzo niemiłym chlupaniem. Trzeba było kołować dalej, próbując dojść gdzie suszej – już prowadząc konie, żeby miały choć trochę lżej.

Lżejszy Frontier w końcu wydostał się z pułapki. Ale dłuuuugie nogi Buby grzęzły tak, że nie była w stanie zrobić ani kroku. Raz ją wypchnąłem sam. Drugi raz z pomocą Zbyszak. Aż – o metry od zbawczej suszy – padła na przód przed kolejną nadpróchniałą kłodą, nie mając sił ruszyć się dalej. Już mi śmierć w oczy zaglądała. Kobyła się poddała. Choć przednie nogi miała względnie wolne – podkurczone tylko pod tułowiem – nie chciała już zrobić ani kroku.

Rozsiodłaliśmy ją. Próbowaliśmy podciągnąć do przodu na popręgu (cały się od tego umazał torfem). Nic nie pomagało. Tylko gzy i cała reszta latających krwiopijców miała używanie. Tak staliśmy we dwóch nad wpółleżącą Bubą i było bardzo nieprzyjemnie…

W końcu tradycyjną, chłopską metodą – waląc gałęzią po zadzie i ciągnąc za pysk – udało się nam konia wyciągnąć z pułapki. Zadziwiające! To chęć przeżycia jest słabszym bodźcem od takiego ordynarnego w końcu nacisku..? Niezbadana jest umysłowość czterokopytnych…

Dalej było już łatwiej. Udało się nam z powrotem dostać do dębami wysadzanej „sali balowej“. Stamtąd, ciągle prowadząc konie, cofnęliśmy się do szlaku. To zadziwiające, ale wygląda na to, że istotnie – nikomu nic się nie stało. Ani Buba ani Frontier nic a nic nie kuleją (a wydawało się, że lada chwila nogi połamią!) – i generalnie, poza tym, że mają zdrowy apetyt i pragnienie, to nic im…

Po raz kolejny potwierdziła się słuszność starego porzekadła: kto drogi skraca, ten do domu nie wraca.

Na zdjęciach: Buba i Frontier oraz Buba na postoju za Brzeźcami – na długo przed tą straszną topielą…
Topiąc się w bagnie, co zrozumiałe, głowy do robienia zdjęć nie miałem. A i tak w drodze da się tylko komórką - aparat jest za ciężki.

Gdzie się topiliśmy? Sprawdziłem potem na mapie. W Rezerwacie Majdan. Powinni przed zjazdem na tę dróżkę postawić jakiś znak ostrzegawczy. Coś w rodzaju: nie masz gwarancji że wrócisz, sporządź testament wędrowcze! Jak radzi Zbyszek: za rogiem mógłbym założyć kancelarię z jakim zaprzyjaźnionym natariuszem (choć w potrzebie i bez notariusza zrobiony testament ważny)!


4 komentarze:

  1. O Jezu!Że powiem nadużywając imienia Pana Boga nadaremno ( a może jednak nie nadaremno, bo przecież z bagien udało się Wam wydostać )Przygody nie zazdroszczę! Dobrze, ze tylko brudni wróciliście...

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze się Ciebie czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe opowiadanie ale przygody nie zazdroszczę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cześć Jacku, ciekawa przygoda. Przynajmniej masz o czym na blogu pisać a i do rozmów przy ognisku się świetnie nadaje...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...