poniedziałek, 13 czerwca 2011

Na forach


Pojawiły się ostatnio ciekawe wątki na obu moich ulubionych forach. Na moim ulubionym forum historycznym – wątek o pańszczyźnie. A na moim ulubionym forum końskim – o śmieciach, których sterty zalegające po lasach wokół miast, miasteczek i wsi, istotnie są pewnym utrudnieniem w poruszaniu się konno.

Dyskusje o pańszczyźnie mają już swoją historię na forum historycy.org – z góry też można przewidzieć, jak się dalsze losy wątku potoczą, bo stanowiska dyskutantów, którzy zwykle w takich debatach biorą udział, są już znane. Ponieważ sam się niejeden raz na ten temat udzielałem, mój przegląd poglądów adwersarzy łatwo można uznać za subiektywny – ale nie dbam o to.

Pogląd na sytuację chłopa pańszczyźnianego w dawnej Polsce oczywiście zależy od sympatii politycznych – i od, najogólniej rzecz biorąc, myślowych przyzwyczajeń forowicza. Co w pełni uwidoczniło się już w dyskusji o rabacji galicyjskiej wiele miesięcy temu.

Wedle poglądu skrajnego owa sytuacja była gorsza niż położenie niewolnika na brazylijskiej czy wirginijskiej plantacji – i gorsza niż życiowe perspektywy Żyda w warszawskim gettcie A.D. 1942. A to dlatego, że skrajny egoizm, zacietrzewienie, krótkowzroczność, umysłowa tępota oraz wyssane z mlekiem matki przesądy klasowe naszej szlachty, która chłopów w ogóle za ludzi nie uważała, wykluczały jakikolwiek postęp w tej materii. Dopiero oświecona ingerencja państw zaborczych przyniosła ulgę udręczonemu ponad ludzką miarę chłopstwu – czego zresztą pełno jest materialnych świadectw, w postaci chociażby galicyjskich „kapliczek pańszczyźnianych“, pod fundamentami których uwolnieni przez dobrego Cesarza chłopi grzebali w obecności miejscowego landrata, a chociażby i policjanta z cyrkułu, spisy swoich powinności wobec pana – krwiopijcy. Owo uwolnienie z pańszczyźnianego jarzma tak zapadło chłopstwu w pamięć, że jeszcze w latach międzywojennych, podczas budowy drogi, próba przesunięcia takiej kapliczki, z pogrzebanymi pod nią „na wiek wieków“ powinnościami, wywołała zamieszki z ofiarami w ludziach.

Charakterystyczne dla tego stanowiska jest postrzeganie stosunków między dworem a wsią w kategoriach „gry o sumie zerowej“ – taka gra wyklucza jakiekolwiek korzyści ze współpracy. Zysk dworu jest stratą wsi i odwrotnie.

Co ciekawe, do stanowiska tego skłania się także co najmniej jeden zwolennik pozytywizmu prawniczego – co o tyle nie dziwi, że prawodawstwo polskie z całą pewnością z pozytywizmem nic nie miało wspólnego. O czym zresztą między innymi pisałem w „Rzeczypospolitej Rycerzy Bożych“. Prawnik powinien jednak wiedzieć, że częste powtarzania pewnych zakazów i ciągłe obostrzanie kar za ich nieprzestrzeganie, raczej dowodzi owych zakazów nieskuteczności – niż tragicznego położenia dotkniętej nimi grupy ludności.

Rozstrzygnięcie jak to naprawdę z chłopami pańszczyźnianymi było wymagałoby mrówczej pracy, do wykonania której brak mi i środków i kompetencji. Swoją drogą – ciekawe, dlaczego nikt się tego zadania do tej pory nie podjął? Na doktorat zbyt skomplikowane (trzeba by się przez archiwa sądowe, szlacheckie testamenty, księgi parafialne, listy i pamiętniki przekopywać – a zrobienie tego na skalę która by już sensowną syntezę umożliwiała, wymagałoby wielu lat pracy i raczej w pojedynkę jest nie do zrobienia…) – na habilitację, jako praca jednak przyczynkarska, od ważkich tematów politycznych czy militarnych odległa – zbyt skromne..?

Efekt jest taki, jaki jest. O ile wiem, położenie i losy chłopstwa w Polsce średniowiecznej są już, w lepszy lub gorszy sposób opracowane – podobnie opracowane są też dzieje chłopstwa pod zaborami (tu jest o wiele łatwiej, bo pojawia się wcześniej nie znany twór biurokratyczny w postaci policji, której raporty, łatwo dostępne, bo skoncentrowane na ogół w jednym miejscu, znacznie ułatwiają pracę dziejopisa…), a pośrodku – dziura. Nie wiemy więc, czy zjawisko zbiegostwa chłopów ze wsi było incydentalne, czy powszechne. Czy panowie bez trudu zbiegłych chłopów łapali (świadectwa mówiące o łatwym, masowym wręcz wyłapywaniu chłopów zbiegłych przez granicę do jakiegoś węgierskiego magnata na Spiszu, są mimo wszystko czysto lokalnym fenomenem – można założyć, że ów magnat, w dodatku węgierski, zwyczajnie nie dobał o takie drobiazgi jak zaludnienie swoich dóbr, albo nie umiał ich kontrolować…), czy zgoła wprost przeciwnie. Nie wiemy skąd się brali osadnicy np. w dobrach takiego Jaremy Wiśniowieckiego (nie wiemy też, tak do końca, ilu tych osadników było: Romulad Romański, którego biografię kniazia trzymam w tej chwili na kolanach podaje, że wedle spisu z 1640 roku, dobra książęce liczyły 7.603 „dymy“ chłopskie, a wedle spisu z 1645 roku – już 38.460 „dymów“ – że jednak liczba głów chłopskich na każdy „dym“ przypadających to jedynie szacunek, a nie żaden konkret, to nie wiadomo, czy mówimy o liczbie 100 - 150, czy też ponad 200 tysięcy poddanych, których się książę w 5 lat dorobił…). Nie wiemy skąd się brali osadnicy w setkach, jeśli nie w tysiącach wsi w całej Polsce, których nazwy przechowują pamięć o tym, iż ich mieszkańcy korzystali ze zwolnienia z świadczeń na rzecz dworu, musieli zatem być w czyichś dobrach świeżo osadzenia. Jak na przykład pierwotni mieszakńcy mojej Boskiej Woli, na części gruntów sąsiedniej wsi Boże gdzieś w XVII, może w XVIII wieku osadzeni.

Możemy na ten temat snuć jedynie domniemania oparte na wiedzy pozaźródłowej. Nie mam na to żadnych dowodów – ale pomysł, że wszyscy mieszkańcy wszystkich „Wól“ w Polsce przywędrowali do nas z zagranicy – wygląda na szalony. Zresztą wsie zasiedlane przez obcojęzycznych przybyszów zwykle też i tak nazywano, że fakt ich obcego pochodzenia nie ulega wątpliwości. Równie szalony wydaje się pomysł, że takie masowe osadnictwo, zwykle następujące po ciężkich klęskach wojennych i spustoszeniu kraju (stąd większość wsi w Polsce datuje swoje istnienie albo od drugiej połowy XVII, albo od połowy XVIII wieku, kiedy to odbudowywaliśmy się po Potopie i po Wielkiej Wojnie Północnej…) – opierało się tylko i wyłącznie na naturalnym przyroście demograficznym wsi i polegało na przesiedlaniu nadwyżki chłopskiej młodzieży z jednej wsi do drugiej w obrębie dóbr tego samego właściciela.

A skoro te dwa pomysły wyglądają na szalone, to już mniej szalonym wydaje się pomysł, że gros osadników i na Ukrainie i w Polsce właściwej – było zbiegami, którzy w ten sposób „głosując nogami“, przenosili się tam, gdzie im wolnizny i inną pomoc w zagospodarowaniu obiecano. Jeśli tak, to owych zbiegów było tysiące (skoro sam tylko Jarema zdołał – fakt, że na niespokojnej Ukrainie, gdzie mobilność ludności była większa niż gdzie indziej – w 5 lat między 100 a 200 tysięcy przybyszów zgromadzić…). A jeśli było ich tysiące, to znaczy, że ustawodawstwem przeciw zbiegostwu chłopów mogli sobie wielmożni posłowie zadki podcierać. Zakładając, że spisywano je na miękkim papierze ze szmat, a nie na pergaminie…

Nie można też, dyskutując o problemie chłopskim w dawnej Polsce pominąć wpływu owych wielkich zniszczeń, które dwukrotnie, w połowie XVII i na początku XVIII wieku zamieniły prawie cały kraj w pustynię – taką, jak nie przymierzając moje grunta w Boskiej Woli, przez zdychającą komunę w połowie lat 80. porzucone na pastwę samosiejek oraz poszukiwaczy piasku budowlanego i miejsc nielegalnego składowania śmieci (zbliżamy się już do konkluzji, a więc do miejsca, w którym ujawnię tym z Państwa, którzy się jeszcze tego nie domyślają, dlaczego te dwa wątki zbiegły mi się w jednym artykule…). Jasnym jest, że najbiedniejszym taką katastrofę było przeżyć najtrudniej. Jasnym też jest, że w tym właśnie momencie ujawniało się, o czym już pisałem i tu i na łamach „Najwyższego Czasu!“, że stosunki między dworem a wsią nie były bynajmniej grą o sumie zerowej. Wsie prywatne odbudowywały się szybciej od kościelnych, a kościelne – szybciej od królewskich. Czy nie dlatego, że właściciele tych wsi – we własnym interesie – pomagali chłopom w odbudowie? Jak inaczej wytłumaczyć ten fenomen?

Nie można też pominąć wpływu pruskich ceł na Wiśle, a potem wojen napoleońskich i „blokady kontynentalnej“, w połączeniu z dramatycznym wzrostem produkcji żywności na zachodzie Europy w XVIII wieku (dzięki wcześniejszemu tam niż u nas wprowadzeniu płodozmianu) i konkurencją najpierw rosyjskiego, a potem amerykańskiego zboża – co razem spowodowało biednienie środkowoeuropejskiej wsi, oczywiście że dotkliwsze dla chłopów niż dla właścicieli ziemskich. Zwłaszcza, że zaborcza policja wykorzeniła wreszcie owo dla właścicieli tak dokuczliwe zbiegostwo, pozwalając bezkarnie docisnąć śrubę…

Jak dla mnie jednak najpoważniejszym felerem owego zero – jedynkowego opisu jest ukryte pod nim założenie, że chłopi pragnęli wolności. No bo przecież właśnie dlatego tacy byli uciśnieni i zniewoleni, że wolności nie mieli – prawda? Dlatego można ich sytuację do położenia niewolników na wirginijskiej plantacji porównywać.

Wiele zachowań chłopskich z okresu dobrze już zbadanego, czyli zaborczego pozwala określić, czego chłopi pragnęli. Chłopi pragnęli z całą pewnością najeść się: dlatego np. na przednówku tłumnie ciągnęli do cesarskich punktów werbunkowych w Galicji, bo służba w wojsku przynajmniej gwarantowała jakąś strawę. Nie jest też przypadkiem, że powtarzające się lata nieurodzajów, zagrażające wyżywieniu chłopstwa, były najpewniejszą pobudką do buntu.

Chłopi pragnęli mniej pracować – najlepiej, oczywiście, jak można by domniemywać: wcale. To przecież swoje obciążenie pracą na rzecz dziedzica – grzebali pod owymi „kapliczkami pańszczyźnianymi“.

Ponieważ mamy też, prawie tak samo często powtarzane, jak prawa przeciw zbiegostwu, także i prawa przeciw hazardowi, pijaństwu i zbytkowi wśród chłopstwa (a tak…) – możemy też domniemywać, że i zabawić się chłopi by nie odmówili. Kozacy zresztą, wzniecając swoje powstania na Ukrainie, jako jeden z częstszych postulatów wysuwali i ten, żeby im wolno było gorzałkę destylować w dowolnych ilościach i nie tylko na własne potrzeby, ale i na sprzedaż. Widać był to popytny towar.

Gdzie tu jest jakaś abstrakcyjnie rozumiana „wolność“? Źródła nic o żadnej wolności nie mówią – to badacz – zwolennik pewnego określonego poglądu na świat, ową abstrakcyjną „wolność“ pod chłopskie czapki wkłada. Czy ona pod owymi czapkami sama z siebie by się pojawiła, choćby i niejasno wyartykułowana? Nie sposób rozstrzygnąć. Wydaje mi się jednak, że jest to pojęcie dla opisu sytuacji chłopstwa w dawnej Polsce po prostu zbędne. Jako takie powinno więc podpadać pod brzytwę Ockhama.

I właśnie owe śmieci zalegające stosami wokół miast, miasteczek i wsi w całej Polsce są idealnym przykładem na to, że należy unikać wkładania ludziom pod czapki zbędnych dla opisu ich zachowań ideałów. W zupełności wystarczy założyć, że reagują na bodźce.

W naszej gminie, która jest pod tym względem zapewne typowa, mieszkaniec może sobie wybrać jedną z dwóch firm wywożących śmieci, które mają na tym terenie praktyczny monopol, wynikający z posiadania umów z odbiorcą śmieci - wysypiskiem. Wysypisko nie przyjmie śmieci przywiezionych prywatnie (podobnie jak schronisko dla zwierząt na Paluchu w Warszawie nie przyjmuje kotów i psów innych, niż dowiezione przez straż miejską: oryginalny sposób na przerzucenie ciężaru utrzymania lub uśpienia błąkającego się zwierzęcia na barki mieszkańców, którzy okazali się na tyle naiwni, by takowego odłowić i na chwilę przygarnąć…).

Oczywiście, że rozbestwione tym monopolem firmy starają się, w miarę możliwości, nic innego poza pobieraniem opłat od mieszkańców z którymi mają umowy – nie robić. Na początku naszego zamieszkania w Boskiej Woli usiłowałem sprawić, aby śmieciarka odwiedzała także i nasze, w pewnym oddaleniu od wsi położone gospodarstwo. Bezskutecznie. Czy to z przyrodzonej tępoty umysłu (skoro robota lekka, łatwa i przyjemna – to geniuszy do niej nie trzeba…), czy to z małpiej złośliwości i lenistwa, moi rozmówcy po drugiej stronie trubki nie zadali sobie jednak nawet trudu by zrozumieć i zapamiętać moje krótkie przecież i łatwe nazwisko – bez czego, oczywiście, nie byli w stanie odszukać w swoich rejestrach podpisanej przeze mnie umowy. Dałem sobie spokój. Na Nowy Rok firma, która dalej, z uporem godnym lepszej sprawy wystawia mi co miesiąc faktury za jeden, obowiązkowy worek śmieci miesięcznie (ani myślę ich płacić: skoro NIGDY, ANI RAZU do mnie przez 3 lata nie przyjechali..?), przysłała mi też kalendarzyk w którym zaznaczone są dni (po jednym na miesiąc), gdy teoretycznie owe obowiązkowe worki odbiera. Rozumiem, że mam taki worek wziąć na plecy i przespacerować się kilometr do wsi, tak..?

Oczywistym jest też, że nikt nie będzie tak naiwny, by wykupić drugi czy trzeci worek ponad ten obowiązkowy pierwszy, który czy chce czy nie chce, napełnić śmieciami przez miesiąc i zdać musi.

Systemy bywają zresztą różne. W niektórych gminach nie ma obowiązku oddawania worka co miesiąc – można sobie dowolnie przywołać śmieciarkę, gdy się worek napełni. Wówczas, rzecz jasna – worki nie napełniają się w ogóle nigdy, bo naiwnym by był, kto by płacił za coś, co może mieć za darmo.

W gminie sąsiedniej bardziej widać realnie podchodząca do życia władza, pozostawiła publiczne kontenery na śmieci. Co jest jeszcze w miarę najrozsądniejsze: trzeba sobie co prawda zadać trud dostarczenia śmieci do kontenera, ale że jest on w sumie mniejszy niż trud wyrzucenia tych samych śmieci gdzieś za wsią – gmina sąsiednia jest znacząco czystszy od naszej.

Zauważmy bowiem, że na ogół nikt nie zaśmieca własnego obejścia (no… zależy co kto uważa za śmieci jeszcze…), własnych łąk, pól czy lasów. Śmieci wyrzuca się tam, gdzie można zakładać, iż nikt się o ich obecność nie będzie kłócił. Sąsiedzi się śmieją że ja, osiedlając się w Boskiej Woli, zabrałem wsi śmietnik – bo moje obecne grunta, przez dziesięciolecia leżąc bezpańskie, były właśnie najporęczniejszym, jako że stosunkowo najbliżej położonym miejscem, gdzie można się było rzeczy niechcianych pozbyć. Stąd też o śmieciach wiem więcej niż niejeden śmieciarz – jak sądzę. Wiele też wiem o sekretnym życiu wsi, stosy wytworzonych przez jej mieszkańców odpadów przerzuciwszy (wszystkie noworodki jakie się we wsi przez ostatnie 20 lat rodziły zostawiły swoje pieluchy na mojej ziemi – nie ma gorszego rodzaju odpadu, to się w ogóle nie rozkłada! Tak samo wiem o długim i ciężkim życiu z cukrzycą jakiejś babci, po której została mi góra ampułek po insulinie i druga góra strzykawek i igieł – a i ofertę miejscowego sklepu znałem na wylot nim się w nim pierwszy raz pojawiłem, bo wszystkie opakowania można było u mnie znaleźć…).

Śmieci trafiają na bezpańskie – na działki należące do nieobecnych właścicieli (drżyjcie Warszawiacy, którzyście kawałki gruntu za miastem wykupili!), na grunty gminne lub państwowe (najczęściej do lasu właśnie), na nieużytki wszelkiego rodzaju.

Mechanizm tego zjawiska jest prosty. Z jednej strony jest potrzeba: rzeczy niechcianych jakoś pozbyć się należy. Z drugiej sposobność: istnienie w całym kraju wielu bezpańskich i nie pilnowanych działek, na których bezkarnie można śmiecić.

Można by oczywiście – i tak się też robi – apelować do morale Polaków: nie śmiećcie gdzie popadnie, bo w ten sposób i sobie szkodzicie – czyż nie jest rzeczą obrzydliwą spacerować po lesie pełnym śmieci, spod śmieci grzyby czy jagody zbierać, wodę z zaśmieconych ujęć pić czy jeść chleb z ziarna na pokładach wyrzuconego azbestu wyrosłego? Każdy się z tym przecież zgodzi. I każdy będzie dalej robił swoje – ponieważ ma potrzebę pozbycia się rzeczy zbędnych i ma sposobność zrobienia tego bezkosztowo, jeśli tylko w rozsądnej odległości od obejścia znajdzie jakiś bezpański, nie pilnowany kawałek gruntu (z czego tak na marginesie, jasno też i wynika, że Polacy wcale nie śmiecą gdzie popadnie!).

Jest z tym morale dokładnie tak samo jak z ową wolnością w stosunkach pańszczyźnianej wsi ze szlacheckim dworem. Pojęcie to jest całkowicie zbędne i do opisu sytuacji niczego nie wnosi.

8 komentarzy:

  1. W innych krajach ludzie potrafią sprzątać po sobie- nie jest to zatem niemożliwe. Morał jest krótki- Polacy faktycznie są podludźmi, przynajmniej w pewnym sensie.

    A na serio- to skutek dziedzictwa pańszczyzny oraz komuny. Kiedyś, skażone nimi pokolenia wymrą- może wtedy coś się zmieni...
    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak prawie zawsze ciekawy wpis...


    @Woody_90
    Proszę w wolnej chwili przejechać się na wakacje do Grecji czy Włoch, to tam dopiero zobaczysz "podludzi"! W tym pierwszym kraju można przy policjancie puszkę wyrzucić na ulice i nie zareaguje - to powszechne i społecznie akceptowane postępowanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. @ Wojtku

    Przede wszystkim - cieszę się, że się pojawiłeś. Nie dawałeś znaku życia przez ponad dwa tygodnie...

    OdpowiedzUsuń
  4. heh, Niemcy na przykład, u siebie staranni i porządniccy - na wyjeździe potrafią zmienić mentalność, wychowania i setki lat drylu - i zamienić się w niezłych, wiecznie podpitych syfiarzy

    OdpowiedzUsuń
  5. @Jacek
    Pracowałem mnóstwo, czytać Cię czytałem, ale na komentowanie nie miałem siły. Jakbym siebie lepiej nie znał to mógłbym u siebie zdiagnozować pracoholizm.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Wojciech Majda:
    O innych krajach nie bardzo jestem uprawniony się wypowiadać, ale wizyta w Niemczech i- zwłaszcza- Szwecji, dała mi zupełnie inne wrażenia.
    Moim zdaniem powinno się porównywać do najlepszych.
    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  7. Jaki zatem jest sens takiego porównywania? Przecież zawsze będą gorsi i lepsi...

    OdpowiedzUsuń
  8. Wtrącę swoje trzy grosze po raz kolejny - bo mnie krew zalewa jak ktoś pierniczy bzdury o rzekomo porządnych Niemcach i podludziach Polakach.

    To wynika z biedy i wieloletniej negatywnej tresury - co najwyżej. Ci hołubieni Niemcy i inni Germanie - ubermensze dla niektórych - jak pisałem szybko lubią się stoczyć. Jak nie są na swoim.

    Nie obchodzi mnie czy masz, kolego Woody, pochodzenie polskie, niemieckie, pruskie, czy żydowskie - ale skoro żyjesz w Polsce - nie obrażaj nas.

    Gniecie cię to? Dawaj przykład sam swoim zachowaniem! Promuj porządek naokoło - pozytywnie.

    Nigdy nie rzuciłeś papierka na chodnik ani w lesie, ani an plaży, ani nad jeziorem?

    Nigdy, nigdy!?

    A ile razy pozbierałeś cudze śmieci, dla dobra ogółu, i wrzuciłeś do kubła?

    Masz pierdzielić bzdury - to idź sobie lepiej na piwo z kolegami, albo na spacer z dziewczyną i nie psuj ludziom humoru.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...