czwartek, 16 czerwca 2011

Mity rasowe


Jako uboczny wątek dyskusji na jedynym w polskim internecie profesjonalnym wątku achałtekińskim pojawiła się kwestia rzekomego „zaśmiecania“ przez pana Podporę swoich achałtekińskim ogierem rasy małopolskiej, do krycia w której ów ogier jest upoważniony.

Czekając zatem na komornika, pozwolę sobie kilka słów o owym „zaśmiecaniu“ skreślić.

Jak Państwo, wierni moi Czytelnicy doskonale wiecie (a jeśliście jeszcze nie wierni, to nadróbcie proszę ten brak, korzystając z archiwum), nie zaczynam dnia od bicia pokłonów przed moimi tłustymi, leniwymi, zepsutymi nieróbstwem, rują i porubstwem kobyłami. Zaczynam dzień od wydania im owsa, co – jak sądzę – cenią o wiele wyżej od pokłonów.

Również badając historię mojej ukochanej rasy, szukałem owsa a nie pokłonów. I dlatego nie zgadzam się z „mitem standardowym“, przypisującym współczesnym koniom czystej krwi achałtekińskiej pochodzenie w prostej linii od jakichś niezmiernie odległych w czasie przodków – takiego pochodzenia nie sposób udowodnić, a co najmniej kilka razy w przeszłości dawnej i niedawnej hodowla podobnych koni na zbliżonym do matecznika rasy terenie przechodziła zawiłe zaiste zawirowania. Co w pełni uzasadnia nadanie poświęconemu tej sprawie cyklowi artykułów tytułu „historii sekretnej“. Jeśli w ten właśnie sposób wszedłem w konflikt z innymi hodowcami w Polsce – to przykro mi bardzo: jak ktoś uważa, że jego konie wolą pokłony od owsa, najprawdopodobniej tkwi w błędzie.

Rozumiem jednak, bo są na to liczne i dobitne źródła, że elementem marketingu w sprzedaży koni – odwiecznym, a często: fundamentalnym – jest mit. Demitologizowaniem mitów zaś, zajmujemy się na tym blogu z pasją i upodobaniem. Jeśli ktoś z Państwa uważa, że odreagowuję w ten sposób moje życiowe klęski – jego prawo. Przypominam tylko, że czytanie blogów nie jest obowiązkowe – a już robienie tego w godzinach pracy na służbowym komputerze niebezpiecznie zbliża się do uchybienia dyscyplinie! Nie przyjmuję też do wiadomości tezy, że demitologizując mity – psuję rynek, bo bez mitu klienci nie kupią koni. Tacy klienci, którzy kupują konie kierując się mitami – tego bloga i tak nie czytają, a jeśli nawet przez przypadek tu trafią, to nic z tego co piszę nie pojmą.

Swoją drogą, też na marginesie rzeczonej już po raz któryś dyskusji – czy przypadkiem nie miałbym szerszego kręgu Czytelników gdybym, zamiast przytruwać przydługimi tyradami, zamieścił tu po prostu kamerkę internetową wycelowaną w padok..? Muszę o tym pomyśleć w przyszłości, jak już doczekam się i przeczekam komornika i znowu wyjdę na finansową prostą. Jedyny kłopot, że nie ma na terenie posiadłości takiego punktu, z którego dałoby się cały teren ogarnąć – chyba więc kamerek musiałoby być kilka…

Cóż więc mogę napisać o owym rzekomym „zaśmiecaniu“? Na idee, jakie przyświecały, czy raczej przyciemniały umysły twórców „programów ochrony zasobów genetycznych“ – jednym z takich programów objęte są też konie rasy małopolskiej – lepiej chyba spuścić litościwie zasłonę milczenia. Poddałem zresztą tę ciemnotę wiwisekcji (i nie ja jeden bynajmniej…) na łamach „Końskiego Targu“, jeśli kogoś to szczególnie interesuje, może to sobie w archiwalnych numerach odszukać. W każdym razie: do takiego programu, a więc i do jałmużny w postaci – już nie pamiętam – ok. 1300 złotych raz do roku na klacz – kwalifikują się tylko niektóre spośród koni małopolskich i tylko pod warunkiem, że będą hodowane „w czystości rasy“, tj. że każda z zakwalifikowanych do owego programu klaczy będzie systematycznie kryta również i wyłącznie zakwalifikowanymi do programu ogierami. Nie dobieranymi wedle ich wybitnej użytkowości – a tak naprawdę: wedle kryterium pochodzenia i poprawności budowy. Uosobienie przeciętności, masówki i dziadowskich oszczędności, bo podsuwanie ludziom jako motywu do trzymania konia owych 1300 złotych rocznie prowokuje wręcz do takiego cięcia kosztów (żeby z tych 1300 złotych bodaj na flaszkę zostało…), które już z racjonalnym oszczędzaniem nic nie ma wspólnego. Nic dziwnego że we wszystkich rasach, których nieszczęście  w postaci objęcia „programem ochrony“ dotknęło, hodowcy się podzielili na tych, którzy „produkują“ konie przynoszące dotacje i na tych, którzy starają się wyhodować konie przynoszące medale. Połączyć się tego ze sobą nie da.

W ogóle sam pomysł, żeby dotować klacze, a nie ogiery… - jeśli jakiemuś „marcowemu docentowi“ wydawało się, że jest mądrzejszy od Karola Wielkiego z Napoleonem Bonaparte i Fryderykiem Wilhelmem I pospołu (wszyscy ci panowie zajmowali się, oprócz mordowania bliźnich i tworzenia imperiów, także i hodowaniem koni – a raczej: umiejętnym wpływaniem na hodowców, żeby ci dostarczyli im potrzebnych koni…) – to błędnie mu się wydawało! A tak prawdę pisząc, to chodziło od samego początku tylko i wyłącznie o skok na kasę, a nie o żadne tam koniki.

Klacz małopolska pokryta ogierem achałtekińskim z całą pewnością wypada z programu ochrony, a jej potomstwo nigdy nie zostanie nim objęte.

Czy takie krycie jednak, jest „zaśmiecaniem“ rasy, tj. – czy konie małopolskie w ogóle da się hodować „w czystości krwi“..?

No cóż: pewnikiem się da. Tylko – czy efekt będzie w jakikolwiek sposób różny od osiąganego w efekcie stosowania wytycznych objętych „programem ochrony“? Jedyna różnica polega na tym, że hodując małopolaki „w czystości krwi“, ale nie wedle wskazań programu, hodowca ma do dyspozyji ogiery w których rodowodach znajdują się konie pełnej krwi angielskiej, czystej krwi arabskiej lub czystej krwi angloarabskiej – w stosunkowo bliskim stopniu pokrewieństwa, skoro ogiery te już zostały wpisane do księgi, a jeszcze nie mogą być użyte w ramach „programu ochrony“.

I taka to jest „czystość krwi“ – innej w przypadku typowej rasy półkrwi być po prostu nie może.

To dlaczego w takim razie nie użyć bezpośrednio ogiera pełnej krwi angielskiej, czystej krwi arabskiej lub czystej krwi angloarabskiej..? I dlaczego ogier czystej krwi achałtekińskiej ma być w czymkolwiek gorszy od tamtych – jako ameliorator rasy półkrwi? Nie widzę żadnych argumentów przeciw takiemu rozwiązaniu.

A raczej: argumenty jakie są przy tej okazji podnoszone, należą do świata mitu, a nie do świata twardej, ziemskiej rzeczywistości.

„Mitem standardowym“ hodowców koni małopolskich jest ich rzekome pochodzenie wprost od konia staropolskiego – co szczególnej nobliwości tej widowiskowej skądinąd rasie ma nadawać, czyniąc z niej narodową świętość i relikwię.

Przykro mi bardzo: nie ma na to żadnych dowodów!

Grupa koni z których w roku 1965 decyzją administracyjną ówczesnego Ministra Rolnictwa utworzono rasę „koni małopolskich“ wywodzi się z dawnej Galicji i południowej części Kongresówki (kieleckie i lubelskie): od chłopskich i drobnoszlacheckich koni roboczych oraz koni wyjazdowych używanych na tych terenach w drugiej połowie XIX wieku (po uwłaszczeniu). Oczywiście, że w liniach matecznych dałoby się pewnie pokrewieństwo proste nie tylko z koniem staropolskim, ale i z tarpanem wywieść – bo na ogół do zmiany (poprawy) pożądanych cech użytkowych używa się osobników męskich, owe z zagranicy w razie potrzeby importując, gdy własnych, odpowiednio dobrych, braknie. Ale i tego nie jestem wcale taki pewien.

Dostępne źródła jednoznacznie twierdzą bowiem, że w pierwszej połowie XIX wieku głównymi dostawcami koni na jarmarki Kongresówki, Galicji i nawet wschodniej części Poznańskiego (jarmark w Gnieźnie) – byli Kałmucy i Tatarzy znad dolnej Wołgi. Którzy setkami tysięcy pędzili co roku niewielkie, kościste koniki, na ogół dość ordynarne w typie, ale wytrwałe i niewymagające – na zachód. Te konie były głównym źródłem remontów chłopskiej „załogi“ (czyli inwentarza, narzędzi i budowli jakie pan był zobowiązany utrzymać chłopu, by móc od niego żądać pańszczyzny), a też i koni zaprzęgowych i wierzchowych „pospolitego użytku“ (a więc – nie na pokaz).

Pomijając już ogólny, dotkliwy deficyt koni na zachód od Bugu po wojnach napoleońskich (deficyt ten był jednym z powodów, dla których w toku powstania listopadowego możliwości rozbudowy sił zbrojnych były ograniczone – brakowało nie tylko karabinów i armat, ale też i koni do owych armat ciągnięcia – zresztą, brakowało koni do armat też i Rosjanom, bo zużytych po drodze nie było czym na miejscu zastąpić: w Białymstoku zrobili sobie skład pozbawionych zaprzęgu dział i już w kwietniu 1831 roku nad sto luf zgromadzony tam zapas liczono…) – konie należące do „załogi“ chłopskiej nie reprodukowały się w dostatecznej liczbie by zapewnić chociażby zastępowalność pokoleń. Stąd stały, masowy import ze wschodu.

Pierwotną „podstawą“ dla wszystkich typów i ras koni roboczych używanych obecnie w Polsce (za wyjątkiem tego, co udało się zdobyć na Ziemiach Zachodnich, oraz z wyjątkiem okolic Sejn – Suwałk, gdzie były sobie koniki żmudzkie) są więc przede wszystkim – owe kałmuckie i tatarskie konie znad dolnej Wołgi. Taka jest prawda. A czy ona się komuś podoba czy nie..?

No dobrze – koń małopolski nie jest w prostej linii potomkiem konia staropolskiego. Ale może jest doń przynajmniej podobny? Przecież to, co się działo potem, tj. w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to ów masowy import znad dolnej Wołgi po zaoraniu tamtejszych stepów ustał, to stopniowe nasycanie owych kałmuckich i tatarskich koników krwią orientalną. Zrazu powoli (jak pisał Stefan Bojanowski, najlepszy chyba znawca zagadnienia: jeszcze w połowie wieku hodowcy w Galicji było wszystko jedno, czy kryje swoją klacz ogierem arabskim, turkmeńskim, perskim czy innym orientalnym - kierunek ściśle arabski i angloarabski hodowla na tych terenach przybrała dopiero na samym końcu XIX wieku), potem w coraz to większym wymiarze. W okresie międzywojennym, kiedy południowo – wschodnia Polska była głównym źródłem koni remontowych dla wojska – jak największe nasycenie tamtejszych hodowli przede wszystkim krwią angloarabską stało się normą. W ten sposób doszło do ukształtowania się „konia małopolskiego w starym typie“ – czyli konia o suchej budowie ciała, szlachetnych liniach, wyrazistej urodzie, a przy tym: niewymagającego i pracowitego.

Czyż taki właśnie nie był koń staropolski? Znowu Państwa rozczaruję: nie mamy zbyt wielu opisów koni staropolskich, na podstawie których dałoby się cokolwiek wnioskować. Na co już wiele razy narzekałem. Jeśli jednak brać za dobrą monetę słowa Spirydiona Ostaszewskiego, pisane już co prawda w wieku XIX, ale z pozycji skrajnie konserwatywnych i wszelkimu postępowi w hodowli przeciwnych – to drobne i szlachetne stały się konie hodowane na Ukrainie dopiero w wieku XIX. Wcześniej przeważać miały konie rosłe, wyniosłe, ogromnej budowy, silne, muszkularne, ale nie ciężko zbudowane; ogon długi i gęsty z włosem nieco kędzierzawym, ale nie kłakowatym; grzywa z takiegoż włosa długa i cienka; czoło wysokie, głowa wąska a długa i sucha; uszy wąsko, ostro osadzone, u góry ku sobie zbliżone; krzyż o wysokich kłębach, na dwoje rozdzielających się. Wspominają jeszcze o nich pod nazwiskiem prawdziwie polskie konie. One żyją w pamięci i podaniu, ale zupełnie już ich od lat trzydziestu kilku nie widzimy, powszechnie ich żałują, chociaż mało kto, osobliwie z młodych ludzi widział taki egzemplarz.“[1]. Profesor Chmiel, z którą przegadałem ongiś na ten temat pół nocy w Janowie, widzi w tym opisie dzianeta. Hmm… Czy jeśliby dzianety lub „konie dzianetopodobne“ były tak pospolite, by pan Spirydion mógł je za dominujący w hodowli typ uważać – to nadal stanowiłyby taki luksus i taką oznakę prestiżu? Równie dobrze można by stawiać hipotezę, że w wieku XVIII, kiedy nasi przodkowie nie wojowali i do wojaczki się nie sposobili – hodowali sobie głównie kareciane cugi które, co oczywiste, musiały być od wierzchowych koni masywniejsze (jak zresztą sądzi w komentarzu do tego cytatu prof. Pruski). Do wierzchowców wrócili dopiero wraz z utratą niepodległości, gdy się zaczęli ponownie sposobić do wojaczki. To jest jednak budowanie hipotez na hipotezach, niczym oprócz hipotez nie podparte. Nie będziemy się w ten sposób zabawiać!

Niestety: o ile wiadomo na pewno, że koń staropolski był silnie nasycony krwią orientalną – to nie ma absolutnie żadnych dowodów na to, że była to konkretnie krew arabska (jak we współczesnych koniach małopolskich) – i że, w związku z tym, współczesne konie małopolskie są do owych koni staropolskich chociażby podobne.

Profesor Pruski już przed wojną udowodnił mityczność rzekomo „odwiecznego“ upodobania Polaków do koni arabskich. W szczególności fundamentalne dla owego mitu dzieło Adama Micińskiego „O świerzopach i ograch“, poświadczające rzekomo arabski kierunek hodowli w stadzie królewskim Zygmunt Augusta – mocno jest podejrzane. Próżno bowiem tej pozycji szukać w Bibliotece Narodowej, choć jest tam i wcześniejsze „Spraua a lekarstwa końskie“ i trochę późniejszy (a nic o rzekomym dziele Micińskiego nie wiedzący) Dorohostajski. Znamy je bowiem tylko z przypisu w XVIII-wiecznej książce (rok wydania 1800) Tadeusza Czackiego „O litewskich i polskich prawach“, który to przypis zresztą, autentyczność tego dzieła podaje właśnie w wątpliwość.[2] Nic zresztą o „bedewiach“ w Knyszynie nie stwierdza dokładny dość jak chodzi o rozdysponowanie koni testament Zygmunt Augusta – gdyby więc je wcześniej miał, to by powstała zagadka – co z nimi potem zrobił, że w chwili sporządzania ostatniej woli, już ich nie było?

Wszystko zatem, co z owej mniemanej arabskości staropolskiej hodowli zostaje, to mit marketingowy nie starszy niż lat 150, może 200… Bo chyba rojeń sennych lady Wentworth, która w każdym koniu tureckim widziała „araba najwyższej klasy“ – nie będziemy traktować poważnie..? Zwłaszcza, że źródeł podających całkiem coś innego, mamy aż nadto. M.in. wspomniany już Stefan Bojanowski opisuje eksport koni arabskich dla stadniny sułtańskiej w Stambule z… hrabiów Branickich Białej Cerkwi.[3] Coś jakby wożenie drew do lasu – gdyby owe romantyczne rojenia brytyjskich i francuskich wielbicieli Beduinów wziąć za dobrą monetę – nieprawdaż..?

Podsumowując: rasa „koń małopolski“ to zwykła, ani bardziej, ani mniej starożytna od innych, nowoczesna rasa koni półkrwi – przy czym w przypadku „małopolaków w starym typie“, do ulepszania tej rasy powinny służyć konie arabskie lub angloarabskie, a w przypadku „małopolaków w nowym typie“, używało się też i koni pełnej krwi angielskiej oraz różnych koni półkrwi sprowadzonych z zachodu.

Naturalnym jest, że z biegiem czasu hodowcy koni małopolskich by się podzielili. Część z nich pozostałaby przy wyłącznie arabskich i angloarabskich ogierach jako „polepszycielach“ krwi – a część, dopuszczając coraz to szerzej także i inne możliwości, albo musiałaby się wyodrębnić w inną rasę, albo by wpadła do wora z napisem „szlachetna półkrew“. Programy ochrony tylko narobił tu zamieszania.

Czy w świetle powyższego można używać achałtekińskiego ogiera do krycia małopolskich klaczy? Oczywiście że można. Całkiem możliwe zresztą, że produkt takiej krzyżówki bliżej będzie mitu, za którym wielu hodowców małopolaków goni (czyli „konia staropolskiego“), niż produkt krzyżówki z arabem. Ale, rzecz jasna, taki źrebak ani nie będzie „małopolakiem w starym typie“, ani też – nie będzie się kwalifikował do programu ochrony. Czy będzie się nadawał do sportu – za wcześnie twierdzić, bo dotychczas takich krzyżówek było zaledwie kilka. I te kilka koni akurat – były dzielne sportowe (co oczywiście, przy tak małej próbie – o niczym zgoła nie świadczy).


[1] Witold Pruski, Hodowla zwierząt gospodarskich w Królestwie Polskim w latach 1815 – 1918, Warszawa 1967, t. I, str. 172
[2] Skądinąd jest to niezmiernie ciekawe: prof. Pruski wywód swój, autentyczność tego traktatu kwestionujący, przeprowadza w pracy „Hodowla zwierząt gospodarskich w Galicji w latach 1772 – 1918“, wyd. Ossolineum 1975 (str. 185 – 186) – a pomija temat milczeniem w gruntownym skądinąd dziele „Dwa wieki hodowli konia arabskiego w Polsce“ i powołuje się bez żadnej krytyki na Micińskiego w wieńczącym jego naukową pracę I tomie „Hodowli koni“ – czyżby dzieło Micińskiego w międzyczasie, tj. pomiędzy rokiem 1975, a rokiem 1988 zostało jednak odnalezione i ja tu w błędzie Niebu obrzydłym tkwię? Czy też Profesor zwyczajnie zapomniał na starość o tym smakowitym drobiazgu?
[3] Por.: Stefan Bojanowski, Sylwetki koni oryentalnych i ich hodowców, Kraków 1906, str. 73.

5 komentarzy:

  1. Hodowla koni jest ciekawsza, bo można krzyżować je między rasami i patrzeć, co z tego wyniknie. Psy musisz hodować w obrębie rasy i tylko pilnować, aby ich cechy były identyczne z ich przodkami (oczywiście w dużym uogólnieniu). Jeśli bym zrealizowała swoje marzenie- połączenie flat coated retrievera z goldenem, w celu uzyskania czarnego "golden" retrievera, wyleciałabym ze Związku Kynologicznego z wielkim hukiem i byłaby koszmarna afera :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Riannon
    No wiesz, "patrzeć, co z tego wyniknie" to jest średnio profesjonalne podejście, jakkolwiek istotnie -zdarza się częściej niż to się przypuszcza!

    Ale twórcza krzyżówka, prowadząca do powstania nowej rasy, powinna być i wśród psów możliwa. Inaczej - skąd by się wzięły rasy istniejące obecnie..? A i coś tam o Elżbiecie II słyszałem, że jej przypadkiem "nowa" rasa psów wyszła...

    OdpowiedzUsuń
  3. Klepanie w godzinach pracy na służbowym komputerze - oj jak jak to uwielbiam! :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Jacek, mam nadzieję, że komornik nie zabrał Ci komputera, bo coś zniknąłeś z eteru?
    A tak sobie pomyślałam, jak pisałeś, że czekasz na komornika- wynieś z domu i schowaj komputer!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. @ Riannon

    Po prostu nie mam nic do powiedzenia. No i czasu trochę brak. Ale obiecuję nadrobić wieczorem.

    @ Dwie osoby które nie zgodziły się z treścią tego postu

    Czy mógłbym prosić o słówko komentarza? Bo to bardzo ciekawe! Post jest historyczny, oparty na źródłach - a każda merytrorycznie uzasadniona krytyka przybliża nas do prawdy...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...