sobota, 11 czerwca 2011

Głową w dechę...

Już okoliczność, że idąc się golić (pierwej nakarmiwszy konie i koty), znalazłem pod zlewem mysiego noworodka - powinna była mi dać do myślenia. To nie będzie taki sobie dzień, jak każdy inny! Cóż jednak: jak zwykle - zignorowałem znaki. Myszaka w końcu połknęła jednym kęsem kosołapa Krystyna - a ja zabrałem się za swoje sprawy niepomny na ostrzeżenie Najwyższego.

Sprawy te zaprowadziły mnie na strych, skąd chciałem byłem zdjąć kosę. Oczywiście opuszczając tęże kosę ostrożnie przez otwór drzwiowy walnąłem czołem o deskę, a zaraz potem - poczułem niemiłe ukłucie nad lewym uchem. Oraz charakterystyczne bzyczenie. Nie było wątpliwości: uciął mnie owad pasiasty!

Na które to owady szczeniakiem jeszcze będąc, nabawiłem się uczulenia. Nie wiem co prawda, jak to teraz z tym uczuleniem jest, bo konsekwentnie i z powodzeniem unikałem owadów pasiastych przez lat bez mała 20 - ale wolałem nie czekać, aż sprawa się sama wyjaśni. Zapakowałem się w samochód, łapiąc po drodze odcinek KRUS-u (oczywiście - z poprzedniego kwartału, zawsze tak jest!) i pomknąłem na pogotowie w Białobrzegach.

Tamże dostałem zastrzyk (i receptę na jakieś prochy przeciwbólowe i maść do smarowania - Bóg wie po co: ani myślę sobie łba tym brudzić) i w sumie tak jakby jest po sprawie. Tyle, że się nasłuchałem od pani pielęgniarki, jaki to ze mnie niezorganizowany pacjent, bo i ten odcinek nie au courant, i w dodatku nie mam żadnego "lekarza rodzinnego" (co to w ogóle jest?) - i właściwie, to nie powinni mnie w ogóle przyjmować. No i jeszcze ośmieliłem się sam własnym samochodem przyjechać, przez co nie mogli mi takiego zastrzyku dać, jakby chcieli, bo się po nim podobno zasypia. A ciekaw jestem, czego bym się nasłuchał, gdybym do banalnej opuchlizny karetkę wzywał..? Miałem atak kolki nerkowej wiele lat temu, to mi pani dyspozytorka z pogotowia raczyła przez telefon powiedzieć, żebym się sam do najbliższej przychodni czołgał, bo do takich drobiazgów załogi się nie wysyła...

Tak źle i tak niedobrze. Oczywistym nietaktem było, że państwu przedpołudniową sjestę w dzień ustawowo wolny od pracy zepsułem. Jedyne co mnie usprawiedliwia to fakt, że robię to niezmiernie rzadko - i stąd jestem nie na bieżąco jak chodzi o medyczną biurokrację.

Kiedy już wróciłem Lepsza Połowa, która na żadne alergie od owadów pasiastych nie cierpi, wdrapała się na strych i sfotografowała miejsce zdarzenia:


Pracowite owady pasiaste, a i dziwić im się trudno - waląc głową w dechę nad wyjściem, ewidentnie zburzyłem im mir domowy. Nic im to jednak nie pomoże - akcja eksterminacyjna w przygotowaniu...

Stojąc na drabinie z aparatem, Lepsza Połowy uchwyciła też nasze, czasowo powiększone stado z lotu gołębia grzywacza (nasze gołębie grzywacze, w Lasku Centralnym się gnieżdżące, wysoko nie polatują, bo są zbyt tłuste...):

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...