wtorek, 7 czerwca 2011

Czarne chmury

Nie pisałem od dawna, bo humor mam pod zdechłym Azorem i niczym nie potrafię się cieszyć. A teoretycznie nawet byłoby czym. Ponad tydzień temu, w poprzednią niedzielę pan Zbyszek przyprowadził do nas z Radomia dwa konie na wakacje: araba Frontiera i kuca felińskiego Melona. Chłopcy zdążyli się już zintegrować ze stadem (pierwszy tydzień chodziliśmy na rzęsach wybiegając z chatki na każdy kwik rozlegający się od strony padoku, bo też i proces tej integracji bezbolesny nie był...). Być może kiedyś uda się zrobić im zdjęcia, to się Państwu pochwalę, na razie nie ma takiej możliwości.

Pan Zbyszek - mam nadzieję, że się nie obrazi na to określenie, ale lepszego nie znajduję - jest prawdziwym Szaleńcem Bożym. Nie dość, że chce mu się czworonogami zajmować, że przyprowadził je z Radomia na piechotę, że zdążyliśmy już w ostatnią niedzielę objechać okolicę, odwiedzając wszystkie stajnie w pobliżu - to jeszcze jest człowiekiem zdolnym i pracowitym. I na przykład kulbakę dla Melona sam wystrugał z osikowego pnia:


Jak dla mnie to jest prawie idealna rekonstrukcja najbardziej tradycyjnego modelu kulbaki. Jeśliby ktoś z Państwa chciał się pobawić w Huna, Wikinga, rycerza średniowiecznego, Tatara czy Turka - jak w dym do Pana Zbyszka, po prawdziwą, tradycyjną kulbakę..! Kontakt zapewniam...

Od dzisiaj jestem akwizytorem klientów dla jednego z koncernów energetycznych. Branża niby solidniejsza i bardziej szacowna niż jakieś tam ziółka. Przyznam się Państwu, że o ile stanąć na środku sali i nawijać przed audytorium dowolnym nie jest dla mnie żadnym problemem, o tyle tak włazić bez zaproszenia do cudzego lokalu i nagabywać, czy by przypadkiem dostawcy energii nie zmienił - było dla mnie dzisiaj dużym stresem. Jakoś poszło. Jeśli proces przydzielania mi autoryzacji w systemie informatycznym firmy uda się wreszcie zakończyć, to nawet może jakieś kontrakty z tego wynikną.  Na razie nad całą okolicą wiszą czarne chmury i co jakiś czas popaduje gęstszy lub rzadszy deszczyk. Doszedłem więc do wniosku, że trudno o coś żałośniejszego od zmokniętego domokrążcy i zwinąłem interes, czekając na ową autoryzację, bez której ofert dla klientów i tak sporządzać nie mogę.

Oczywiście praca ta nie ma jak na razie żadnego wpływu na moją sytuację finansową, bo jakiekolwiek profity z tytułu tych potencjalnych kontraktów będą w dość odległej przyszłości. Wygląda na to, że tym razem nic mnie już nie uchroni przed gniewem Banku i egzekucją komorniczą, a i jeść i pić zaraz nie będzie za co. To i poziom stresu mi nie spada, co by się nie działo - i pisać po prostu nie mogę.

5 komentarzy:

  1. A jak wygląda z pisaniem do gazet ma zlecenie?

    Dobrze ci to pisanie idzie. Przynajmniej mi się czyta dobrze.

    Może uderzyć szerzej do branży.

    OdpowiedzUsuń
  2. Stawki żebracze, a generalnie to utalentowanych dziennikarzy można jak owce na halach, kierdlami przeganiać, tylu ich jest - i nikomu do niczego nie są potrzebni. Co innego, gdyby tak ktoś się podjął czytać co inni napiszą... Ale kto w dzisiejszych czasach jeszcze cokolwiek czyta..?

    OdpowiedzUsuń
  3. No to nic, trzeba zatem jak Korwin zjeść PITa w miejscu publicznym w Warszawie, albo zrobić coś na tą miarę, albo nie wiem, tropić Szechterów itp., niczym Michalkiewicz, aby wyrobić sobie nazwisko i czytelnictwo :)

    masz racje - samo mądre pisanie dzisiaj to za mało

    ludzie chcą szoł i celebryty

    OdpowiedzUsuń
  4. No łatwo dziennikarzom na zlecenie nie jest, ale w sumie jakoś się kręci - raz lepiej, raz gorzej, jak już człowiek w odpowiednie trybiki wpadnie. Fakt, że można się czasem zdziwić jak szefowa na urlop pojedzie nie podpisawszy rachunków - dobrze mieć wtedy trochę darów bożych w ogródku, co by z głodu przez miesiąc nie umrzeć - co już wypraktykowaliśmy. Trzymamy kciuki za lepszą robotę, a komornikom mówimy stanowcze NIE!

    OdpowiedzUsuń
  5. Proszę o linka do jakiejś publikacji itp. z chęcią zerknę o czym piszesz.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...