wtorek, 14 czerwca 2011

Розвлечения

W oczekiwaniu na komornika oddaję się próżnym rozrywkom. Różnego rodzaju. Na przykład, czemu już wczoraj dałem wyraz – udzielam się na forach internetowych. Dzięki czemu dostrzegłem, że jedyny profesjonalny wątek achałtekiński w polskim internecie został właśnie zaśmiecony wrażą propagandą. Na czym polega wraża propaganda?

Wraża propaganda polega na twierdzeniu, że koń achałtekiński jest straszny. Bo ma temperament. Olaboga, temperament! Co więcej, oprócz temperamentu, koń achałtekiński ma też rzekomo mieć charakter i inteligencję.

Nie mam pojęcia o co chodzi z tą inteligencją. Że niby im koń głupszy, tym łatwiej na nim jeździć..? No nie powiedziałbym…

Ale po co teoretyzować..? Naprawdę – po co..? Jak wcale teoretyzować nie trzeba.

Jak już wiele razy tu Państwu pisałem – jestem pierdołą saskim a nie jeźdźcem. Owszem: mam nieustannie do czynienia z końmi od 20 lat bez mała. I co z tego? Z natury jestem urodzonym anty-talentem jeździeckim, co wynika wprost z faktu, że mam podstawowe braki jak chodzi o koordynację ruchową oraz słuch i wyczucie rytmu absolutne: słyszę jak grają albo jak nie grają – i nigdy w życiu nie udało mi się powtórzyć najprostszej nawet melodii. W kościele ruszam ustami, udając śpiew, żeby sąsiadów nie straszyć.

Gdybym przez ostatnie 20 lat uparcie nie próbował jeździć konno, to bym się pewnie dawno przez własne sznurówki zabił.

No i teraz, skoro już znamy poziom moich umiejętności – krótki i bardzo łatwy quiz dla P.T. Czytelników: łatwiej mi się jeździ na Wielkim Strasznym Zwierzu (bez śladu gorącej krwi w rodowodzie…) – czy na Bubie..? A..?

Nie będę dawał nagród, bo odpowiedź jest oczywista. O wiele łatwiej jeździ mi się na Bubie. Buba jest o wiele lepiej zrównoważona, o wiele odważniejsza, o wiele posłuszniejsza, o wiele chętniejsza do pracy, przewidywalna, łatwiejsza do opanowania, a przy tym wygodniejsza, no i – co tu kryć: o wiele lepiej wygląda od Wielkiego Strasznego Zwierza, która spasł się jak tur.

Jeśli nie wsadzam na ogół przyjezdnych gości (zresztą, kiedy my ostatni raz mieliśmy gości..?) na Bubę – to nie dlatego, że o gości się boję – tylko dlatego, że szkoda mi zaszarpywać Bubie pysk: Dalii wlkp to wszystko jedno, jak ją delikwent będzie za bardzo szarpał, to sama się nim zajmie i jestem pewien, że każdego z tej narowizny jest w stanie wyleczyć jednym strzałem z krzyża. Buba natomiast przeciw człowiekowi zbuntować się po prostu nie może. Nie, żebym to kiedykolwiek w ekstremalny sposób wykorzystywał – ale takie mam dojmujące wprost odczucie. Najdalej idące nieposłuszeństwo jakie się do tej pory Bubie przydarzyło, to zabawa w chowanego na pastwisku – nauczyła się od Dalii wlkp, której jest wiernym podnóżkiem, że jak człek z uwiązem idzie, to trzeba przed nim uciekać i bawi się tak nieraz dość długo, bo w przeciwieństwie do swej mentorki, nie cierpi na zadyszkę po kilku kółkach szybszego truchtu…

W związku z powyższym, gości wsadzamy zwykle na Melesugun: Melesugun po dwuletnim treningu ujeżdżeniowym też już jakoś sobie radzi z ludzką ręką (tzn.: nauczyła się uciekać z łbem między przednie nogi…).

Najogólniej jednak: absolutnie nie widzę powodu, dla którego konie achałtekińskie (a za tym także i araby czy folbluty…) nie miałyby pracować w rekreacji..? Owszem: są na to zapewne zbyt drogie i zbyt rzadkie. Ale żeby w tym ich temperament, charakter czy inteligencja miały przeszkadzać – to jest przesąd światło ćmiący.

Folblut czy arab z hodowli wielkostajennej, jeśli nie został potem zepsuty ekstremalnie złym traktowaniem (ale to można poznać dość łatwo) zawsze będzie lepiej zrównoważony od teoretycznie „misiowatego“ kuca czy półkrewka wyhodowanego w kurniku przy domu, który nigdy w życiu nie socjalizował się z dużym stadem koni i nie miał okazji wyciągnąć nóg w prawdziwym galopie po dużej przestrzeni – bez jeźdźca. Że jest bardziej „do przodu“ i nie trzeba go poganiać – tym dla początkującego jeźdźca lepiej. Połowy złych nawyków i zastałych błędów sylwetki i dosiadu jakie u siebie widzę – nabawiłem się dlatego, że Dalię wlkp, jak jej pierwsza para przejdzie, trzeba pchać przed siebie prawie jak rower (i to bardzo ciężki…). A jak człowiek pcha całym sobą, to trudno mu elegancko siedzieć i gdzie trzeba nogi i ręce trzymać.

Z innych rozrywek, zaliczyliśmy dziś pierwszą od przybycia do nas Melona z Frontierem ucieczkę – i to od razu całego stada (poza Glusiem, który się zagapił i został…). Najprawdopodobniej chłopcy bili się między sobą (ich przyjaźń skończyła się w momencie, gdy pierwsza z naszych kobył dostała rui – a od dwóch tygodni WSZYSTKIE mają ruję non stop…) – i któryś wpadł na ogrodzenie tuż obok wejścia, gdzie nie dawałem do tej pory belki, bo teoretycznie miało to być miejsce, w którym dwunogi mogą spokojnie się przedostać na padok, nie ryzykując rozdarcia odzieży na belkach. Teoretycznie, bo po wielu już prowizorycznych naprawach, zrobiła się taka pajęczyna, że i tak przedostać się było nie sposób.

W każdym razie: ogrodzenie zastałem całkowicie rozerwane – na przestrzał. Po tym, jak punkt 5.00 wybiegłem przed chatkę zaalarmowany bardzo głośnym tętentem kopyt – stado z Wielkim Strasznym Zwierzem na czele i Melonem u jego boku (Melon odegrał w tej sprawie rolę złego ducha: nie wiem, czy przypadkiem nie dlatego, że bardziej z dwóch wałachów męski arab Frontier nie otworzył sobie nim wyjścia…) gnało właśnie na Wielki Padok.

Poszliśmy z Lepszą Połową śladem stada. Zostałem trochę z tyłu, bo najpierw załatałem prowizorycznie dziurę w płocie (teraz jest tam już z dawna temu miejscu należna belka…). Kiedy więc dotarłem w okolice Dzikiego Zachodu – stado minęło mnie galopując w przeciwnym kierunku (tylko grzbiety im było widać – tak wysoka nam trawa wyrosła…). Lepsza Połowa zeznała, że Melon zagrożony złapaniem przy płocie zamykającym tylną ścianę Wielkiego Padoku zaszarżował na nią w ewidentnie złych zamiarach. Cóż: chyba musimy z panem Zbyszkiem porozmawiać… Na spacery, który już tu Państwu relacjonowałem, zabiera zawsze Frontiera – a co z energią odkarmionego na dobrym pastwisku kuca..?

W każdym razie, stado wybiegło z Wielkiego Padoku i przez ujeżdżalnię, a potem przez pustynię ruszyło w stronę torów kolejowych. Miałem nadzieję, że Dalia wlkp przejść przez tory się nie odważy – i nie pomyliłem się. Za to, po raz pierwszy, pomyliłem ślady i zamiast tropem koni, szedłem przez pewien czas tropem jakiegoś quada, który musiał był kilka dni wcześniej wzdłuż torów jechać – stado bowiem, gdy się zorientowałem, że śladów kopyt brak i wróciłem, przecięło mi drogę wracając od strony Strzyżyny, z całkiem przeciwnego kierunku niż ten, który obrałem. Na szczęście, chwilę wcześniej, spodziewając się, że konie będą wracać, odesłałem Lepszą Połowę w stronę domu – nie zdołała wprawdzie poskromić dwóch rozszalałych wałachów, więc stado minęło ją galopując w stronę domu – ale zaraz potem przeszło do kłusa, a przy końcu Pierwszego Padoku wyhamowało. Znalazł się tam – po właściwej stronie płotu – zagapiony Gluś, którego obecność zatrzymała Dalię wlkp, a za Przewodniczką, także i resztę stada. Nim doszedłem – Lepszej Połowie udało się spoconą jak szczur i ledwo dyszącą Dalię złapać na uwiąz. Wszystko skończyło się dobrze, konie grzecznie wróciły za swoją szefową (i Melonem, który pierwszy wbiegł przez otwarte wejście…) na padok.

Przygoda kosztowała nas kompletne przemoczenie – trawę mamy po pierś, a rosa była o świcie bardzo obfita. Mam nadzieję jednak, że nic się nam nie stanie – pozwoliłem sobie na kieliszek wódki do ciepłego prysznica, bo i tak, wobec kończącego się paliwa, nie miałem na dziś żadnych akwizycyjnych planów.

Potem jeszcze, także w ramach rozrywki, porżnąłem kilka młodych brzózek. Czy to jednak brzózki, wciąż wiosennych soków pełne, takie twarde, czy też – prowadnica lub napędowa zębatka mi się kończy: efekt daleki jest od imponującego. Stępiwszy oba łańcuchy zdążyłem wrócić w sam czas przed krótką burzą, która nas nawiedziła i przed obiadem dla koni.

Takie to są rozrywki ludu wiejskiego w oczekiwaniu na komornika. Acha! Oprócz tego, wypróbowałem też strategię emisji długu modo Donald Tusk&spółka. Otóż w pasku reklam powyżej przez chwilę pojawiła się reklama jednej z gier przeglądarkowych. Kliknąłem (czego zwykle nie robię)  – i dałem się wciągnąć. Początkowo próbowałem rozwijać się metodą konserwatywno – liberalną dbając o zrównoważony budżet i nie zaczepiając innych graczy, jeśli oni pierwsi mnie nie zaczepili. Po tym jednak, jak niejaki jura41 dwa razy pod rząd mnie ograbił ze wzniesionych wielkim nakładem czasu i denarów budowli, atakując chmarami piechoty ewidentnie przekraczającymi możliwości jego budżetu – zapałałem żądzą zemsty. Zafundowałem sobie armię kilka razy większą niż możliwość jej bieżącego utrzymania – i popadając przejściowo w długi, odgryzłem się z nawiązką.

Niestety, jak to zwykle bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia, a historia jeśli się powtarza, to jako farsa: drugi raz już mi się taki numer nie udał. Długu uzbierało się na prawie dwa miliony denarów, a moja armia, zamiast wygrywać, poczęła przegrywać bitwy z coraz to silniejszymi przeciwnikami, od czego deficyt tylko się pogłębiał – i tak się zabawa skończyła: zlikwidowałem konto.

Skądinąd: wątpię, by arkana ekonomii, jak widać znane autorom skryptów durnych gier przeglądarkowych – były w ogóle możliwe do pojęcia dla takich tuzów jak Obama, Tusk czy Sarkozy (kolejność przypadkowa…). Może powinni zagrać..? Jak Państwo sądzicie..?

3 komentarze:

  1. Fantastycznie się współpracuje z końmi inteligentnymi, bo one zazwyczaj tej współpracy chcą. Są ciekawe i chętne do nauki. Jeżeli jeszcze są odważne, to sięgamy ideału. Zdrowy, zrównoważony temperament na pewno jest wielką zaletą, a nie wadą. To przecież w nim się zawiera duża część owego "chcenia", które jest podstawą dalszej dyskusji (człowieka z koniem). Wrogowie temperamentu, mają chyba na myśli temperament nadmiernie wybujały lub w ogóle konie z pokaleczoną i pokrzywioną psychiką.
    Mam wspaniałe wspomnienia związane z folblutem, 3/4 xx i 1/2 xx. Ten "połówek" był dobrym koniem rekreacyjnym, cudownym turystycznym rajdowcem i doskonałym koniem do hipoterapii. Jego wybitna inteligencja pozwalała mu tak niesamowicie się "przestawiać" w pracy.
    Dawno, dawno temu, uczestniczyłam w treningach siwej achałtekinki, która była przygotowywana do Mistrzostw Europy w rajdach. Uczestniczyłam, tzn. towarzyszyłam na swojej kobyle:) Ta siwa była naprawdę niezwykłym koniem.
    W kwestiach finansowych współ-czuję w sposób dosłowny ...
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Komornik też człowiek - czasem idzie się dogadać ( mnie w chwili życiowych zawirowań się udało i choć wyszliśmy z tego deczko przeczołgani - to jednak wyszliśmy...)Trzymamy kciuki za odwrócenie w finansach, bo bryndza w portfelu to mało przyjemna rzecz ( to też wiemy z doświadczenia, bo kryzysik ludzka rzecz ). Będzie dobrze!
    aaa - w kwestii kuców - najbardziej upartym stworzeniem, na jakim jeździłam był kuc mongolski o wdzięcznym imieniu Hern. Jak się, skubaniec zaparł, to siły na niego nie było!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...