poniedziałek, 2 maja 2011

Po co hodować konie..?

Dawno temu, jeszcze jesienią 2008 roku, popełniłem tekst o identycznym tytule dla „Końskiego Targu“. Jak można się było spodziewać, przeszedł bez echa. Ponieważ jednak niewiele stracił na aktualności, pozwolę sobie skanibalizować tutaj ten tytuł.

Przede wszystkim od bardzo dawna niezmiennie bawi mnie zadęcie z jakim wielu „koniarzy“ podchodzi do swojego zawodu, Oczywiście – punkt widzenia jakoś tam jednak zależy od punktu siedzenia, ja na koniach nie zarabiam i w zasadzie nie widzę najmniejszych szans na to, aby w obecnych warunkach móc zarabiać (nawet, gdybym miał środki na pokrycie kobył i nawet, gdyby jednak łaskawie raczyły zaciążyć, urodzić i odchować – to sprzedaż nawet i trzech odsadków – za półtora roku – zaiste nic nie zmienia w mojej sytuacji budżetowej; w to zaś, że ktokolwiek kiedykolwiek wstawi konia do pensjonatu w którym nie ma stajni – nie wierzę i nie uwierzę, dopóki nie zobaczę, taki ze mnie niewierny Tomasz…). Pewnie, gdyby było inaczej, sam bym do sprawy podchodził poważniej.
Laski generalnie lachę kładą na moje hodowlane pomysły - i już :-)

Ogólnie jednak, hodowca koni może być pracownikiem jednego z dwóch przemysłów: albo jest to przemysł mięsny, albo… przemysł rozrywkowy! A skoro pracuje się „w rozrywce“, a nie „w mięsie“  – to chyba pierwszym i najważniejszym obowiązkiem jest zachowanie pewnego dystansu i poczucia humoru..? Co nie jest łatwe, to prawda – ale też zdajmy sobie sprawę z faktu, że nasze wojny, swary, ambicje i lęki – taki mniej więcej mają ciężar gatunkowy co podobne swoim dramatyzmem gesty gwiazd i gwiazdeczek dużego i małego ekranu, z upodobaniem relacjonowane przez kolorową prasę. Z tą różnicą, że spór o wyższość koni AQH nad końmi fryzyjskimi czy odwrotnie, pasjonować może w Polsce od kilkuset do co najwyżej kilku tysięcy ludzi – a spór o wyższość Dody nad Mandaryną czy jak tam się te k…wki każą nazywać – pasjonuje miliony. Różnica ta zresztą w 100% odpowiada za analogiczną różnicę w wysokościach zarobków pomiędzy naszymi gałęziami przemysłu rozrywkowego…

Niewiele można przy tym na rozmiar owej różnicy poradzić – w zasadzie: nic. To znaczy, teoretycznie, ta różnica nie musi być aż tak wielka. W Niemczech przecież, tuż obok, końmi jednak pasjonują się miliony. Może nie aż tyle milionów co piłką nożną czy życiem celebrytów, ale jednak są to miliony, a nie setki czy tysiące. To tylko częściowo wynika z faktu, że Niemcy mają jednak liczną i zamożną klasę średnią – a Polska nie. Przed wojną, a nawet i po wojnie, w smutnych czasach komuny, Polska miała jeszcze mniej klasy średniej niż teraz, a jednak – na wyścigi przychodziły tłumy i tłumy grały w końskiego totalizatora.

Wyścigi to tania rozrywka klasy niższej – teoretycznie zatem mogłyby w Polsce kwitnąć pomimo kryzysu, a nawet, dzięki kryzysowi. Tyle, że nie kwitną i nie zakwitną. Najpierw bowiem trzeba by mieć jakiś sensowny pomysł na promocję i zainwestować trochę pieniędzy – a nic nie wskazuje na to, aby ktokolwiek, kto tylko dotknie się Służewca, mógł mieć pomysł inny, niż przerobienie tej atrakcyjnej parceli na kolejne osiedle apartamentowców. Że można by ze sprzedaży owych apartamentowców 20 torów wyścigowych w całej Polsce wybudować, to inna sprawa – nikt tego nie zrobi, bo właściwie: po co..? No i – kto miałby podjąć taką decyzję? O przeniesieniu przed wojną toru wyścigowego z Pola Mokotowskiego na peryferyjny wówczas Służewiec zadecydował osobiście ówczesny Minister Spraw Wojskowych, niejaki Józef P., zwany też „Dziadkiem“ i „Ziukiem“ – nie jest to z całą  pewnością bohater mojego romansu, ale przynajmniej miał moc, żeby takie gordyjskie węzły sprzecznych interesów jedną decyzją przecinać. Obecnie jest to niemożliwe. Zresztą – jest tyle innych sposobów zyskownego kojenia egzystencjalnych lęków proli z blokowisk..? Np.: można co jakiś czas urządzić wybory, albo inny cyrk…
Gonitwa dla koni czystej krwi achałtekińskiej w Pardubicach

Co do innych gałęzi sportu konnego, sprawa przedstawia się jeszcze gorzej. Sport amatorski, czyli taki, za uprawianie którego płacą sami zawodnicy, którzy też sami kupują sobie konie, dopiero w Polsce raczkował – bo jest to rodzaj rozrywki dostępny jednak dla ludzi dość już zamożnych, których jako się rzekło, nie mamy zbyt wielu. Czy liczebność i zamożność naszej klasy średniej będzie w przyszłości rosła – czy jednak wprost przeciwnie..? Przy tym, ten rynek zbytu dość marne oferuje perspektywy hodowcom – bo póki co, najważniejszym kryterium przy wyborze konia do „małego sportu“ jest jego cena. Ta zaś, przy morderczej konkurencji, od dawna już nie pokrywa kosztów odchowu źrebięcia, o jakimś jego treningu czy promocji nawet nie wspominając. Zwykle w takich okolicznościach dochodzi do konsolidacji rynku – słabsi producenci bankrutują i zostaje tylko niewielka liczba dużych graczy, którzy mając najniższe koszty jednostkowe, są w stanie prosperować mimo tak niskiej marży. W hodowli koni tak nie jest. Przede wszystkim dlatego, że koń nie samochód – jak się go nie wykastruje czy nie wysterylizuje, to może się sam rozmnożyć – i dalej, mimo tak niskich kosztów zakupu, samodzielne rozmnażanie własnych czterokopytnych jest dla sporej liczby ich właścicieli najprostszym sposobem uzyskania kolejnego egzemplarza. Często przy tym, nazbyt często – nie zwracając większej uwagi na jakiekolwiek inne aspekty tego procesu, poza ceną stanówki. No – jak to w Polsce, tradycyjnie, liczy się jeszcze potencjalna maść źrebięcia. Bo w żadnym razie nie jego walory użytkowe!

W każdym razie – to taka marginesowa uwaga dla Kolegów – blogerów ekonomicznych: obserwacja liczby i jakości koni wystawianych do zawodów regionalnych w skokach czy w ujeżdżeniu jest potencjalnie jednym z lepszych wskaźników rzeczywistej kondycji polskiej klasy średniej. Doskonale omijającym wszelkie trudności związane z istnieniem szarej strefy i takich czy innych technik ukrywania dochodów przed nazbyt pazernym gosudarstwem. Na razie JESZCZE i liczba i jakość koni wystawianych do takich zawodów rośnie – w sobotę w Warce miałem zresztą okazję obserwować korek z samych tylko bookmanek z końmi jadącymi na zawody w „Sielance“. Tak więc: JESZCZE nie jest źle! Inna sprawa, że całkiem możliwe, iż wskaźnik ów będzie cechowała pewna bezwładność.
Zawody regionalne w klubie "Bajardo" - nasza Melesugun

Konie mają to do siebie, że uzależniają. Tak więc dla przeciętnej rodziny z klasy średniej, która stanie w obliczu spadku swojej realnej siły nabywczej, ukochany konik córuni, na którym kilka razy do roku skacze sobie jakieś L-ki na zawodach regionalnych – NIE będzie pierwszym luksusem z którego zrezygnuje. Zresztą, możliwości oszczędzania na utrzymaniu konia jest multum – co w prosty sposób wynika z faktu, że znakomita większość czapraczków, owijków, fraczków, bryczesków i innego kosztownego badziewia prestiżowych marek – jest doskonale zbędna i świetnie można sobie bez nich poradzić, z istoty rzeczy bynajmniej nie rezygnując. Przy tym, nie oszukujmy się: realne koszty utrzymania konia w Polsce, nie licząc oczywiście kosztów kapitału, czyli zakupu ziemi i budowy stajni – to w tej chwili, mimo absurdalnych cen owsa, ciągle jeszcze nie więcej niż 150 – 250 zł miesięcznie (jeśli się mylę, proszę mnie bezlitośnie poprawiać…). A że cena pensjonatu w okolicach Warszawy bodaj zaczyna się od 600 zł miesięcznie – jest z czego schodzić…

O sporcie profesjonalnym, za uprawianie którego płacą w ostatecznym rachunku widzowie, nie chce mi się tutaj pisać. W gruncie rzeczy chyba nie warto – to raptem kilkudziesięciu zawodników w całej Polsce. Skoczków narciarskich mamy więcej.

To, że konie uzależniają – wcale nie gorzej niż alkohol i papierosy – to jest właśnie główny powód dla którego wciąż się je hoduje i hodować będzie. Jest to dokładnie powód, dla którego sam się tym, jak widać z marnym na razie skutkiem, próbuję parać. W ostatecznym bowiem rachunku, wybór takiej drogi życiowej nie ma w sobie ani krzty racjonalizmu. Hodujemy konie, bo je kochamy. Bo nie możemy tego nie robić. Jest to też w pewnym sensie wyraz buntu wobec tego irracjonalnego w swoich założeniach świata, który z takim uporem próbuje się nam narzucić jako sensowny, racjonalny i jedynie słuszny. Co, jak już w wielu innych esejach próbowałem tu Państwu pokazać – nie ma najmniejszego zgoła uzasadnienia…

Czy z tego wynika, że podejmując się działalności z założenia irracjonalnej, służącej sentymentom, emocjom, potrzebom duchowym – jak zwał, tak zwał, byle imię dał – mamy się wszelkiej racjonalności wyrzekać..? Oczywiście że nie. Nie tak dawno odkryłem nader zaskakujący dowód na istnienie, mimo wszystko, wielkiego postępu w hodowli koni. Co prawda – akurat w branży „mięsnej“, a nie „rozrywkowej“, ale tym bardziej godne jest to zjawisko podkreślenia. Działo się podczas naszej ubiegłorocznej wizyty w Kozienicach, na przeglądzie ogierów zimnokrwistych. Ponieważ komentowaliśmy sobie we trójkę poszczególne zwierzęta – a ja kilka razy zwróciłem uwagę na wydatny ruch w stępie i w kłusie szczególnie wyróżniających się ogierków (wyjaśniam obecnym tu laikom – najłatwiej to poznać po śladach: gdy ślad tylnego kopyta zarówno w stępie, jak i w kłusie wypada PRZED śladem kopyta przedniego – jak u biegnącego zająca – na pewno mamy do czynienia z koniem o wydatnym, posuwistym, a tym samym – nie tylko ładnym dla oka, ale i wydajnym ruchu…), do rozmowy wtrącił się jeden z sąsiadów. – Ojciec mi opowiadał, że jak przed wojną dostawiał konie dla wojska, to wymóg był taki, żeby tylne kopyta nie dokraczały do przednich, całkiem odwrotnie!
Jeden z pokazywanych w Kozienicach ogierków

Istotnie tak właśnie przed wojną było. Dlaczego? Dlatego że większość hodowanych wówczas w Polsce koni pogrubionych miała tak wadliwą budowę kończyn, że zwyczajnie kopały sobie tylnymi kopytami po przednich nogach! Wojsko wolało więc konie mniej wydajne w pracy, ale przynajmniej nie wymagające co chwila interwencji chirurga… W ciągu ostatnich 70 lat tego rodzaju jaskrawe wady budowy zostały wyeliminowane. Bo praktycznie nawet wśród mięsnych „grubasów“ takich koni, które by nie dokraczały śladem tylnej nogi do śladu przedniej, już się łatwo nie znajdzie – a wśród pokazywanych wówczas ogierków, nie było ani jednego, który by tak drobił, choć oczywiście obszernością i wydatnością ruchu nieco się od siebie różniły. Jest to naprawdę wspaniałe osiągnięcie.

Fakt – że uzyskane w momencie, gdy tak naprawdę jedyną istotną cechą owych koni jest już nie żaden tam wydajny ruch, tylko tempo przyrostu masy – tak jakby więc: za późno… Kolejny przykład efektu bezwładności..? Hodowlana biurokracja trzyma się przecież dalej tych celów, które zostały wytyczone dawno temu, gdy konie nie tylko do uboju hodowano – i takie premiuje sztuki, które by się doskonale nadawały do pracy, gdyby je ktokolwiek zamierzał do pracy użyć, a nie po prostu: zjeść… Kto wie? Może to się i przyda..?

3 komentarze:

  1. Hodowla koni to hobby dla majętnych lubiących wyrzucać pieniądze w błoto.

    Czyli
    1) nabycie materiału hodowalanego (kobyły) i ich utrzymanie
    2) opłacenie kosztów inseminacji/krycia
    3) wzięcia pod uwagę ryzyka związnego z całym procesem rozmnażania o czym się Jacku niestety przekonałeś na własnej skórze
    4) koszty odchowania źrebaka
    5) koszty jego ucywilizowania pod siodłem i ew. pokazywania w zawodach co nie jest tanie i co też miałeś okazję finansować a co namacalnych pożytków finansowych oprócz wątpliwej satysfakcji nie dało.

    Biorąc powyższe koszty i własną prace pod uwage okaże się że nigdy cena jaką można uzyskac za młodego konia nie pokryje poniesionych wydatków.

    Dla osób niemajętnych czy ubogich hodowla koni na które NIE MA zbytu jest obciążeniem ponad miarę dla nich samych. Często ludzie tacy popadają w swego rodzaju manię zbieractwa/rozmnażania - gdzie obiektem ich pożadania nie jest kolejny nie proszący o owies znaczek a kolejny wymagający codziennego obrządzania i jedzenia koń.

    Z takiego maniakalnego zbieractwa/rozmnażania pomimo braku sił fizycznych i środków materialnych biorą się historie takie jak ta w Cholewach ("renomowany" hodowca arabów zagłodził swoje "ukochane" konie).

    Ponadto taka hodowla niechcianych koni przysparza rynkowi końskiemu kolejnych niepsrzedawalnych, niechcianych koni, co w dalszej kolejności dalej zaniża i tak już niskie ceny koni na rynku.

    OdpowiedzUsuń
  2. To niby ma być do mnie..? No sorry, Anonimowy, ale sprzedać konia mogłem nawet i dziś rano - gdybym chciał... A w ogóle - to idź się powieś! Za "niechciane" konie odpowiada przede wszystkim rekreacja bez sensu rozmnażająca swoje chabety najdziwniejszymi krzyżówkami...

    OdpowiedzUsuń
  3. "Zresztą – jest tyle innych sposobów zyskownego kojenia egzystencjalnych lęków proli z blokowisk..? Np.: można co jakiś czas urządzić wybory, albo inny cyrk…"

    "a spór o wyższość Dody nad Mandaryną czy jak tam się te k…wki każą nazywać – pasjonuje miliony. Różnica ta zresztą w 100% odpowiada za analogiczną różnicę w wysokościach zarobków pomiędzy naszymi gałęziami przemysłu rozrywkowego…"

    Piękne cytaty, m.in. dla nich uwielbiam Cię czytać!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...