środa, 4 maja 2011

O wyższości maszyn prostych…

Po sześciu godzinach rzęsistej ulewy począł najpierw padać śnieg z deszczem, a potem – już nawet sam śnieg. Czego skutki były łatwe do przewidzenia. Najpierw zgasło światło. Nie na długo i w sumie w momencie, gdy nie miało to już większego znaczenia, bo dobrze po 20.00 – tyle, że się do koniowatych przeszedłem z latarką.

Koniowate o tyle miały niedobrze, że zmieniły już futra na letnie (nie dotyczy Glusia, zwanego na tę okoliczność „mamutem“) – a Madame Przewodniczka Stada, jak to zwykle bywa, uznała, że cała wiata jest jej boksem i nie ma powodu, aby ktokolwiek poza Jej Ulubionym Kapciuszkiem w postaci rzeczonego mamuta, wtykał tam więcej niż nos, gdy ona się chroni przed deszczem. Tekinki trzęsły się zatem z zimna, co najmniej chudymi (no, nie aż tak chudymi, jak to być powinno…) tyłkami na deszcz wystając. Parę razy przemeblowywaliśmy więc towarzystwo, bez trwałego rezultatu ma się rozumieć.

Cóż: sobiepaństwo i kumoterstwo Madame ma także i dobre strony – Jej Ulubiony Kapciuszek, zwany ostatnio mamutem, raczej nie miałby łatwego życia, gdyby nie nieustanna protekcja i opieka Przewodniczki, dla której jest miłością jej dość już odległej w czasie (jak na konia) młodości. Poza tym, jest dobrze tak, jak jest (jak Państwo widzicie, i w przypadku stosunków stadnych jestem zwolennikiem hierarchii naturalnej…): Dalia wlkp, o której tu mowa, ma jak na konia dużo zdrowego rozsądku i ogromne doświadczenie – dzięki czemu stado zachowuje się w sposób w miarę przewidywalny i cywilizowany. Tabunu złożonego z samych tekinek na razie sobie nie wyobrażam. Bo jak niby miałoby się rządzić sobą stado samych holywoodzkich gwiazd, z których każda jest jednakowo przekonana o swojej absolutnej wyjątkowości..?

Dość dygresji jednak. Tekinki podczas ulewy trzęsły się z zimna, przynajmniej na początku – co napełniło nas czarnymi lękami, bo tak się niestety składa, że nie mamy pod ręką żadnej dereczki do przykrycia szlachetnego tyłka, polegając zwykle na siłach natury. Jak się jednak przekonałem przed godzinką, dając im śniadanie – obawy były nieuzasadnione. Koniowate przetrwały nawałnicę deszczowo – śnieżną bez zdrowotnych konsekwencji i w tej chwili radośnie oddają się tiebieniewce na swoim pokrytym grudami zmarzłego śniegu padoku, skąd musiałem je już na śniadanie wyciągać:

Nie można tego, niestety, powiedzieć o naszych roślinkach. Jedyne, z czego możemy się cieszyć to fakt, że z wrodzonego skąpstwa i lenistwa kupiliśmy tylko cztery rozsady pomidorów, a nie na przykład – dziesięć.

Estragon i oregano na spirali ziołowej też raczej nie przeżyły:

Co ciekawe, naszym pomidorom w ogródku nie pomógł fakt lokalizacji po południowej stronie Lasku Centralnego, który powinien je chociaż trochę przed wiatrem i śniegiem osłonić. Na padoku widać, jak sobie z takim zadaniem radzi pojedyncza brzoza:

A tymczasem cały lasek nie poradził sobie nic a nic. Być może, w przypadku pomidorów naszych nieszczęsnych kluczowy był jednak raczej mróz (i to już drugą noc pod rząd, bo i poprzedniego ranka był przymrozek – i następnego też będzie wedle prognozy, która mi się właśnie otworzyła…). Widoczny także na powierzchni niektórych (nie wszystkich!) kałuż:

Wracając zaś do wypadków minionej nocy. Blackout wieczorny był dość krótki i po kilku próbach Naszym Dzielnym Elektrykom udało się przywrócić zasilanie. Niestety, nie spowodowało to restartu dekodera „telewizji n“, który uparcie meldował „brak sygnału z anteny“.

I tu dochodzimy do konkluzji, skądinąd zawartej już w tytule posta. Cóż bowiem należało uczynić w tej sytuacji? Ano, Drodzy Państwo – należało wzuć obuwie, narzucić na grzbiet kufajkę i wyjść przed chałupę, zabierając ze sobą maszynę prostą w postaci miotły. Owa maszyna prosta doskonale sobie z awarią zaawansowanego sprzętu elektronicznego poradziła: starczyło bowiem zmieść śnieg z „talerza“…:

I tak chyba z całą naszą cywilizacją, jeśli wolno mi tak skakać od szczegółu do ogółu: maszyny proste, niedoceniane, pogardzane, wyśmiewane (jak ów słynny cep – którego chyba tak w ogóle mało kto widział z Państwa, prawda..?) – mogą nam jeszcze wszystkim nie raz tyłki ocalić… My w tej chwili jesteśmy ciągle w potrzebie posiadania specyficznej maszyny prostej w postaci profesjonalnych obcęgów do kopyt, którą to potrzebą, obok usuwania skutków minionej nawałnicy i próbami podreperowania domowego budżetu w taki czy inny sposób – zamierzam się zająć przez resztę tak pięknie rozpoczętego dnia.

3 komentarze:

  1. Pośpieszyliście się z pomidorami :) ja wysadzam po 15 maja czyli po zimnej Zośce ale zawsze można zasadzić raz jeszcze. Do nas snieg jeszcze nie dotarł, pieknie kwitną wiśnie, może nie umarzną jak w zeszłym roku. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Serdecznie współczuję, sama też mam trochę strat. Szczególnie żal mi bzu, który tyle lat przetrwał i jeden majowy śnieg go połamał.
    U mnie telewizja "n" chodzi na mopa, bo wciąż talerz się przesuwa, jak wiatr większy wieje, zatem przydatność rzeczy prostych całkowicie rozumiem.
    Cepy wiszą w mojej stodółce, więc się ucieszyłam, że nie należę do większości, co tego urządzenia na oczy nie widziała :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak rodzinie mówiłem, że u nas śnieg - pukali się w czoło i myśleli, że sobie żartuję.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...