sobota, 7 maja 2011

Nowe fronty Kuomintangu…

Istnieje pewna ciekawa teoria fizyczna, której ostatecznych konsekwencji dla naszego tu i teraz nikt chyba jeszcze nawet i nie badał. Otóż wedle obliczeń które przeprowadził Seth Lloyd z MIT, cały obserwowalny Wszechświat (a więc ta jego część, o której przynajmniej teoretycznie coś możemy wiedzieć lub dowiedzieć się w przyszłości, jako że mieści się wewnątrz naszego „horyzontu zdarzeń“, wyznaczanego biegiem światła) zawiera „zaledwie“ 10120 bitów informacji.

Przeczytałem to jakiś czas temu w książce Pawła Daviesa pt. „Kosmiczna wygrana“. Książka ma już parę lat, a poza tym, to zaledwie dzieło popularyzatorskie, a nie praca naukowa – ale szczegóły nie są tu istotne! Czy będzie to 10120 czy też 10160: nie jest to takie ważne w porównaniu do fundamentalnej zupełnie kwestii. Ilość informacji jaką może zawierać nasz Wszechświat jest skończona.

Dla Daviesa był to punkt wyjścia do pewnych subtelnych rozważań na temat powstania życia, celowości i natury praw fizycznych. Ale przecież konsekwencje tego wstrząsającego (dla tych, którzy nie czytali książek Stanisława Lema: Mistrz to samo pół wieku wcześniej pisał…) odkrycia są o wiele bardziej prozaiczne.

Państwo czytając ten artykuł, a nie jakiś inny – dokonując wyboru spośród skończonej ilości dostępnej informacji – podejmujecie tak naprawdę nieodwracalną decyzję, której skutki zaważą na całym Waszym życiu: ponieważ nie zdołacie na tym świecie „nadrobić“ straconego w ten sposób czasu i nie poznacie innej informacji – być może takiej, która byłaby dla Was bardziej użyteczna? Kto wie? Może czytając ten tekst ktoś z Państwa przegapi jakąś istotną życiową szansę? A może odwrotnie? Dzięki tym kilku minutom spóźnienia – uniknie wypadku lub nie zdążycie błędnie zainwestować swoich pieniędzy w jakiś kolejny Kulczykowy humbug w Nigerii..? Tego, że informacja jaką tu usiłuję wytworzyć aż tak wpłynie na Państwa życie, że będziecie od tej pory myśleć i postępować inaczej – nie śmiem już zakładać, w końcu co ja tu takiego znowuż odkrywczego zapodaję..? Dystrakcja to jeno, nic więcej.

Usiłuję ten fakt uświadomić Państwu od dawna. Nasz świat doczesny jest światem skończonym. Skoro owa skończoność dotyczy nawet tak ulotnych i z pozoru przynajmniej niematerialnych kwestii jak informacja..?

Skończoność naszego świata właśnie sprawia, że decyzje jakie podejmujemy, mają charakter nieodwracalny. Po prostu: nie zdążymy ich już zmienić… Skończona zawartość informacji w naszym świecie powoduje zaś, że wytwarzając jakąś informację – jak ja właśnie w tej chwili robię, pisząc ten artykuł – zabijamy zarazem jakąś inną. Ilość informacji nie może wszak przyrastać w nieskończoność, istnieje górna granica jej wzrostu, maksymalna pojemność informacyjna każdego wyobrażalnego bytu skończonego, której nawet żarłoczny zbój Gębon w swej pazerności na wszechwiedzę, nie jest w stanie przekroczyć. Żeby się czegoś nowego dowiedzieć – trzeba o czymś starym zapomnieć.

Wiedząc, że zasób informacji jakim możemy dysponować jest skończony, powinniśmy chyba podchodzić z większą uwagą do tego, czym zajmujemy nasze zmysły. Jak dla mnie równie oczywistym wnioskiem z tego spostrzeżenia, jest też i postulat, który tu od dawna Państwu przedstawiam – aby z podejrzliwością patrzeć na tzw. „ustalenia“, tzw. „nauk społecznych“. Sam tylko ludzki mózg zawiera więcej neuronów niż gwiazd liczy nasza galaktyka. Ludzkich myśli – nikt się nawet nie podejmuje rachować, tak samo jak rozmaitości potencjalnie możliwych zachowań i reakcji. Ogólnie więc – świat społeczny jest uniwersum o wiele rzędów wielkości bardziej skomplikowanym niż najbardziej nawet złożony obiekt jakim zajmuje się fizyka. Skoro zaś nawet fizyka przyznaje, że nigdy nie osiągnie pełnej wiedzy o Wszechświecie (bo skoro jego informacyjna pojemność jest skończona, to przecież nie można z nieskończoną precyzją obliczyć żadnej wielkości fizycznej – a tym samym, nasza wiedza na zawsze musi pozostać dyskretna, czyli mówiąc po ludzku: dziurawa jak ser szwajcarski…) – to autorytet i pewność siebie z jaką rozmaite durnie lub cwaniacy z profesorskimi tytułami rozprawiają o wzroście gospodarczym, handlu zagranicznym, „walce o pokój i demokrację“, tudzież innych tego typu andronach – może jednako budzić podziw, co zdumienie.

Jeśli Dania wprowadziła specjalny podatek od zawartości tłuszczu w karmie dla ludzkiego bydła (aż szkoda w tym momencie pisać „w żywności“) – to jedno z dwojga: albo ktoś wziął potężnie w łapę, albo… głupota ludzka w przeciwieństwie do ilości informacji we Wszechświecie, jak widać nie ma granic! Dlaczego uważam, że korupcja w tym wypadku to jeszcze nie byłoby takie najgorsze..? Bo i dawanie i branie w łapę to normalne, ludzkie zachowania, znane od tysiącleci. Dziś producenci insuliny dali w łapę żeby karmić Duńczyków samym tylko cukrem, bo widać słabo im szła sprzedaż, jutro zrobią to samo producenci znakomitego ongiś przecież duńskiego masła i jakoś się wyrówna, a co najwyżej na przedmieściach Kopenhagi przybędzie kilka ładnych willi… Znacznie gorzej, jeżeli jakiś patentowany cymbał, jak nic co najmniej z tytułem doktorskim, naprawdę wierzy w to, że tłuszcz ludziom szkodzi! Na taką wiarę nic już się nie da poradzić…

Niestety, takich „wiar“ jest obecnie cała masa – a każda taka „wiara“ to jeden nowy potencjalnie możliwy front walki o postęp i rozumną hodowlę ludzkiego bydła, tj., przepraszam bardzo – o „zrównoważony, samopodtrzymujący się rozwój“, czy jakie tam teraz gusła akurat są w modzie!

Jeśli więc Włodzimierz Majakowski obiecywał „przełamać fronty Kuomintangu“ to chyba trochę nie wiedział co pisze – bo tak naprawdę „postępowcy“ codziennie takich „nowych frontów Kuomintangu“, na których „nowe“ ściera się z „przestarzałym“, „naukowe“ z „tradycyjnym“, a „postępowe“ z „zacofanym“ otwierają dziesiątki, jeśli nie setki. Chyba już bliższy prawdy był tow. Józef Wisarionowicz twierdząc, że w miarę postępów komunizmu – walka klasowa zaostrza się… W miarę postępów racjonalizacji – walka z „przesądem i zabobonem“ – zaostrza się!

Zawsze mnie zastanawiało, skąd właściwie się owi „postępowcy“ biorą..? No OK, część to zwykli głupcy, którzy zbyt długo chodzili do państwowej szkoły. Jak wiadomo, w XVIII wieku sojusz ołtarza z tronem został zastąpiony sojuszem biurokracji z katedrą (uczelnianą rzecz jasna!) – czego najklarowniejszym wyrazem było nauczanie Hegla, wciąż w praktyce obowiązujące: cokolwiek bowiem państwo czyni – rozumnie czyni, a poza państwem rozumu być z definicji nie może. Tak uczą państwowe szkoły i trudno im się dziwić, że tak robią – po to zostały powołane i po to odbiera się dzieci rodzicom, aby ich w tym duchu indoktrynować. Że indoktrynacja ta ciągle jeszcze okazuje się zbyt mało efektywna – to i zaczyna się coraz wcześniej, co w postaci systematycznego dążenia do obniżenia wieku poborowego dla dzieci na codzień widzimy (oczywiście uzasadnienie owej czysto ideologicznej, pozbawionej krzty sensu decyzji jest jak najbardziej „racjonalne“: musimy wszak konkurować na światowym rynku pracy…). Wszystkiego jednak samą tylko indoktrynacją wytłumaczyć się nie da, choć niewątpliwie ta indoktrynacja, sącząca się nie tylko z kart szkolnych podręczników, ale też i z ekranów telewizorów i kin oraz z książek i gazet – solidne podstawy pod rozwój ślepej wiary w postęp i tegoż postępu rozumność stwarza.

Jak wiele innych rzeczy na tym łez padole, owa wiara w postęp, ma jednak swoje głębsze korzenie – sięgające paleolitu. Z punktu widzenia normalnej intuicji przeciętnego człowieka jeśli woda w czajniku nie wrze – to nie dlatego, że prawa termodynamiki mają jedynie statystyczny charakter, a dlatego, że nie ma prądu, czajnik nie jet włączony, lub się zepsuł. Co więcej: nie doczekamy się za naszego życia sytuacji, która by do którejś z tych trzech inituicyjnie oczywistych możliwości nie pasowała. Nasza normalna intuicja bowiem całkiem dobrze pozwala nam sobie radzić w 99% sytuacji życiowych, z którymi potencjalnie możemy mieć do czynienia. Jak dawno temu pisałem – intuicja ta świadomie lub nieświadomie, zakłada bardzo prosty, liniowy, doskonale przyczynowo – skutkowy świat, w którym nie ma miejca na żadną statystykę, anarchię, prawdopodobieństwo czy niespodziankę. Każde zdarzenie które nas spotyka ma swoją przyczynę. Jak nie na Ziemi – to w Niebiesiech. Stąd pogańscy bogowie tacy byli zapracowani, osobiście każdy jeden piorun ciskając z nieba na ziemię, czy też każde jedno ziarno pobudzając do wzrostu.

Pal Diabli wiarę w horoskopy, astrologię, ufo i temu podobne banialuki służące kojeniu egzystencjalnej pustki w umysłach maluczkich, którym przymusowa scholaryzacja odebrała wygodną wiarę w pogańskich bogów, bynajmniej nie wypleniając zaśmiecającego ich sposób myślenia pogaństwa (które rozumiem przede wszystkim jako przemożną skłonność do pojmowania wszelkich „sił nadprzyrodzonych“, jako immanentnych, tj. należących do tego, a nie do „tamtego“ świata!).

Prawdziwym nieszczęściem jest to, że obecnie Nauka (zawsze pisana przez duże „N“) zajęła miejsce owych pogańskich bogów. I tak jak dawniej każdy jednostkowe szaleństwo było od razu oznaką gniewu Zeusa lub Hery – tak obecnie poszukuje się pseudonaukowych wyjaśnień dla jednostkowych, pozbawionych często szerszego kontekstu, a bardzo często – jakiekogolwiek zwiąku – wydarzeń. Stąd walka państwa z jazdą samochodem po jednym czy dwóch piwkach (bo jakiś jeden, drugi, dziesiąty… pijany kiedyś gdzieś spowodował wypadek: nota bene, wedle wyliczeń pp. Levitta i Dubnere‘a, wielekroć częściej wypadki powodują pijani piesi niż pijani kierowcy!). Że jak sam dobrze wiem po sobie wypicie nawet dwóch piw o wiele mniej upośledza moją zdolność prowadzenia samochodu niż np. wielogodzinne stanie w korku..? No cóż: zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu łatwo zmierzyć, stopień zmęczenia – trudno. Nie żadna rozumna konieczność zatem za ową walką z pijaństwem stoi, a zwykłe wygodnictwo, bo bierze się po prostu taki parametr, jaki najłatwiej zmierzyć i do niego dopiero – dorabia całą, „naukową“ oczywiście teorię!

Stąd całe mnóstwo innych szaleństw jakie rządy na całym świecie popełniają w imię mniemanej „rozumności“. Nie tylko rządy zresztą, bo szaleństwa takie codziennie rodzą się też i poza niemiłościwie nam panującą biurokracją. Czego najlepszym przykładem jest chociażby program pana Niewzorowa, o którym już pisałem, czy też różne rzekomo „ekologiczne“ bzdury, z którymi z takim nakładem sił walczy Wojciech Majda (polecam w szczególności tę dyskusję). Każda taka wiara, każdy taki program – to właśnie „nowy front Kuomintangu“, na którym postęp nieubłaganie ściera wszystko co stare, co tradycyjne, co nie ma początku i uzasadnienia w spekulacjach upaństwowionego rozumu.


Które to spekulacje kończą się zawsze jednym: nowoczesnym niewolnictwem, w którym całe ludzkie życie, od narodzin do śmierci podporządkowane jest rzekomo nieomylnej mądrości wspieranego przez naukę państwa. Nie można wyobrazić sobie nic gorszego…

24 komentarze:

  1. Gdyby faktycznie NAUKA zajela miejsce dawnych poganskich bogow, to byloby naprawde cudownie.
    Niestety, ich miejsce zajela PSEUDONAUKA.

    Porzadnie i zgodnie z regulami metodologii naukowej zaplanowany eksperyment natychmiast odlawia zjawiska nie majace ze soba zwiazku; kazdy zajmujacy sie na serio nauka (science) wie, ze teoria naukowa to tylko teoria a nie prawda objawiona; teorie naukowa sie potwierdza albo odrzuca za pomoca eksperymentow (a takze analizy statystycznej) a nie wierzy bez mrugniecia okiem.

    Tyle, ze ludzie zwykle tego nie wiedza, bo w szkolach sie ich nie uczy, a i na wiekszosci uniwersytetow polskich tez zreszta nie...

    OdpowiedzUsuń
  2. @ futrzak

    Twoja wiara w naukę to też tylko rodzaj wiary - i nic więcej.

    Ten świat po prostu NIE JEST racjonalny, poznawalny i wyjaśnialny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Drogi futrzaku,

    Czy jakość życia byłaby choć trochę lepsza, gdyby zdobyto wszelkie dane na temat tego co jest naprawdę szkodliwe (jesteśmy w krainie fantazji, ale na potrzeby eksperymentu) i nałożone podatek np. na cukier? Chyba się zgodzisz, że racjonalne jest nie jeść cukru? No, ale czy to powód by z tego religię robić?

    OdpowiedzUsuń
  4. @Boska Wola:
    jaka wiara? Gdzie i w co?
    Cos chyba Wacpan nie umie czytac ze zrozumieniem.

    Wojtek:
    JA jestem jak najdalej od jakiejkolwiek religii.

    Ze smutkiem stwierdzam ze obaj panowie NIE MAJA POJECIA na czym polega metodologia science. Mowie tak na podstawie Waszych wypowiedzi.
    Smutne.

    OdpowiedzUsuń
  5. Futrzak twierdzisz, że jak by miejsce bogów pogańskich zajęła "prawdziwa NAUKA", to by było cudownie. Bzdura!

    Ja się z Tobą zgadzam, że w dziedzinie "Prawdziwej NAUKI" to można stwierdzać rzeczy tylko z dużym prawdopodobieństwem. Czy jak to piszesz odrzucić (lub potwierdzić) jakąś teorię za pomocą powtarzalnych eksperymentów czy analizy statystycznej (choć tu już się robi grząsko z racji ograniczeń naszego umysłu o których Jacek tu często pisał). To jest "idea" nauki czy jak to nazywasz "prawdziwa NAUKA".

    Teraz (schodząc na ziemię) widzimy, że na świecie "prawdziwych NAUKOWCÓW" jest bardzo mało. A ci co istnieją zajęci są prawdopodobnie tworzeniem "prawdziwej NAUKI" a nie wprowadzaniem prawa, które z tejże "prawdziwej NAUKI" wynikają.

    Przykład z opodatkowaniem cukru i tłuszczu jest świetny. Chyba się zgodzisz z tym, że jest przytłaczająca ilość dowodów na to, że cukier szkodzi zdrowiu? Że racjonalne jest jego niejedzenie (ze względów zdrowotnych)?

    Swoją drogą Twój pogląd w tej dziedzinie bardzo przypomina mi mówienie, że socjalizm tak, wypaczenia nie!

    OdpowiedzUsuń
  6. @ futrzak

    Niech i tak będzie. Tytuł "obskuranta i nieuka" jakoś mi nie przeszkadza.

    Miałem kiedyś kolegę z lektoratu chińskiego. Też był takim zatwardziałym optymistą i fanatykiem nauki jak Ty. Zwykł twierdzić, że gdyby uczeni tyle uwagi poświęcili ludzkim umysłom co gwiazdom, żadnej religii dawno by już nie było.

    No cóż: ja twierdzę, że NIEZALEŻNIE od przyjętej i stosowanej metodologii, nasz doczesny, skończony świat jest SUBSTANCJALNIE niepoznawalny - i nie da się tego NIGDY zmienić. Innymi słowy: NIGDY nie osiągniemy takiej sytuacji, w której wiedza jaką dysponujemy jako gatunek będzie pełna, kompletna, niepodważalna i będzie stanowiła naprawdę niezawodną busolę każdego ludzkiego działania (nawet, jeśli miałoby to działać czysto probabilistycznie...).

    Skądinąd Davies od którego powyższy wpis zacząłem, z tezy o skończonej pojemności informacyjnej Wszechświata wyprowadza wniosek mniej - więcej ten sam: otóż skoro nie jest możliwe osiągnięcie nieskończonej precyzji pomiaru - NIGDY, bo taka precyzja wymagałaby wyjścia "poza Wszechświat" - to oznacza m.in. i to, że prawa fizyki nie są stałe, niezmienne i niedopuszczające wyjątków - one ewoluują w czasie, krzepnąc wraz ze zwiększaniem się informacyjnej pojemności rozszerzającego się świata.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wojtek:
    oczywiscie, ze doslownie nie byloby cudownie, ale napewno lepiej, niz gdy masy wierza w jakies pierdoly i zabobony wtlaczane im z prawa i z lewa.
    Przyjmowanie rzeczy na wiare, tylko dlatego, ze inni wierza w to samo, rodzi cholernie duzo problemow.

    To, ze miedzy science a polityka nie ma przelozenia to ja wiem - nie trzeba byc geniuszem, zeby to zauwazyc.


    Jacek:
    ja nie jestem fanatykiem nauki. Zwracam jedynie uwage na to, czym owa nauka jest a czym nie jest i do czego mozna ja stosowac a do czego nie.
    Metodologia science i wiara (w sensie religijnym) sie wykluczaja.

    Ty twierdzisz, ze "NIEZALEŻNIE od przyjętej i stosowanej metodologii, nasz doczesny, skończony świat jest SUBSTANCJALNIE niepoznawalny - i nie da się tego NIGDY zmienić"

    Ja zas mowie, ze NIE WIEM. takie twierdzenia jak Twoje maja sens na gruncie wiary i filozofii, ale nie na gruncie nauki. Po prostu sa poza przedmiotem science. Jak mozna w ramach nauki "dorobic sie" pelnej, kompletnej i niepodwazalnej WIEDZY na jakis temat skoro teoria naukowa jest TYLKO teoria - a wiec mniej lub bardziej owocnym wyjasnieniem zastanej rzeczywistosci?
    Oczywiscie, ze sie nie da! Problem polega jednak na tym, ze ludzie nie rozumieja na czym polega nauka, SPODZIEWAJA SIE niepodwazalnej, kompletnej wiedzy a potem gdy nastepuje zmiana paradygmatu i rodzi sie nowa teoria fizyki np. pokazuja palcem i mowia - "o prosze NIE DZIALA".

    Nauka to tylko NARZEDZIE do opisu otaczajacej nas rzeczywistosci. Narzedzie niedoskonale, bo i my, jego wynalazcy, doskonalymi nie jestesmy. Narzedzie, ktore moze byc zle uzyte - ale jak narazie jest to jedyne narzedzie sprawdzajace sie jako-tako.
    Trzeba tylko zdawac sobie sprawe, do czego to narzedzie sensownie jest uzywac i dlaczego nie ma sensu go naduzywac...

    OdpowiedzUsuń
  8. A tak swoją drogą, naukowo. Czy jakiś dowód na nieistnienie Boga jest?

    OdpowiedzUsuń
  9. @ Lombard

    Nauka nie zajmuje się tym problemem. Jest natomiast bardzo wiele dowodów na nieistnienie takich zjawisk jak "astrologia", "numerologia", "siła życiowa kosmosu", itp. - jakoś jednak, wyznawcom tych bzdur kompletnie nie przeszkadza fakt, że wchodzą we frontalne starcie z fizyką...

    @ futrzak

    Ale niepoznawalność świata właśnie WYNIKA z jego skończoności, w tym - z jego skończonej pojemności informacyjnej...

    OdpowiedzUsuń
  10. @BW
    wlasnie tak rozumiem wpisy Futrzaka.

    Samo slowo "poznawalnosc" jest nienaukowe. Wnauce chodzi o wyjasnienia i przewidywalnosc.

    Browning

    OdpowiedzUsuń
  11. Jacek:
    tyle, ze jest to cos, cos jest poza scope of science, chociaz jak najbardziej filozofowie zajmuja sie takimi rozwazaniami.

    Tu przypomniala mi sie stara zaspiewka jeszcze z czasow studiow na filozofii:
    "oj dana dana nie ma szatana a swiat realny jest poznawalny"
    :))))

    Browning:
    dokladnie. Poznawalnoscia i generalnie teoria poznania to sie filozofia zajmuje...

    OdpowiedzUsuń
  12. przecież Bóg to Świat cały, to Ty i ja i wszystko poznawalne i nie. Rozpoznane prawa fizyki i te nie poznane, filozofia i astrologia;-)Wszystko więc jest dowodem na jego istnienie, bo Świat jest.
    Każdy z nas , w zależności od umiejetności i możliwości interpretacji, Boga nazywa;-)To dążenie do zrozumienia, nie jest przypadkiem. Powstaje zgodnie z jakims prawem fizycznym.
    Bo to Wszystko to uładanka fascynująca.

    OdpowiedzUsuń
  13. @ Anonimowy

    Przykro mi, ale Twoja wypowiedź to czysty, śladem myśli nieskażony bełkot. Jeśli Bóg jest światem, to i świat jest Bogiem, a więc byt jest tożsamy z niebytem, a prawda z fałszem. Pomyliłeś blogi, niebożę, ja z takimi bezmózgimi lemingami jak Ty nie mam przyjemności dyskutować. Idź więc i nie wracaj, póki nie przerobisz elementarnej lekcji logiki!

    OdpowiedzUsuń
  14. nie wiem dlaczego wyszło Ci, ze jeśli Bóg to Świat, to byt jest tożsamy z niebytem. Sa to dwie właściwości określające stany wzajemnie się wykluczające ale stanowiące elementy Świata.

    Byt , niebyt, prawda fałsz, ...to są nazwane przez człowieka interpretacje tego co jest zdolny odbierać, rozumieć.Ludzki odbiór Świata.
    Boska Wolo;-)
    a już zupełnie nie rozumiem Twojej pychy;-)czyt. pogardy dla wg. Ciebie, glupszych od Ciebie. Nie pasuje do takiego umysłu;-)

    OdpowiedzUsuń
  15. @ Anonimowy

    Daj sobie spokój. Bredzisz. Następne takie głupoty będę, w trosce o poziom bloga, zwyczajnie kasował. A jeśli Twoja buddyjsko - new ageowo - Bóg wie jaka jeszcze pycha nie pozwala Ci dostrzec jak bardzo bredzisz, to jest wyłącznie Twój problem, mnie to nie musi nic obchodzić...

    OdpowiedzUsuń
  16. Boska Wolo, nie wiem dlaczego mnie zatakowałeś. Napisałam jak ja rozumiem Boga. Nie utożsamiam się z buddyzmem ani z new age. Nie mam nawet żadnej pogłebionej wiedzy na ten temat. To moje proste pojmowanie Boga i chciałam się tym podzielic z Tobą bo uznałam Ciebie i ten blog za interesujący, kulturalny i na poziomie. Znam swoje możliwości intelektualne i niedoskonałość ale nie myślalam, ze mogą one wzbudzać taką niechęć w człowieku tego formatu co Ty. Mam nadzieję ,że nie skalałam tego miejsca indolencją.

    OdpowiedzUsuń
  17. @Anonimowa

    Jak się nie znasz i wypowiadasz na jakiś temat to takie mogą potem być efekty. Może jest to spowodowane tym, że czytam Jacka dłużej, ale ja naprawdę się niczego innego w kwestii jego odpowiedzi nie spodziewałem.

    Co do meritum: Sęk w tym, że jak się na teologii nie znasz to lepiej nie interpretować jej samemu, tylko zdać się na kogoś kto się zna. U nas to będzie np. KRK czy jak bardziej ze wschodu Polski jesteś to jakieś kościoły prawosławne. Jeśli robisz to na własną rękę to (w przypadku teologii) niemal zawsze kończy się to albo herezją, albo New Agem właśnie...

    OdpowiedzUsuń
  18. @ Anonimowa

    Jest jeszcze dla Ciebie nadzieja, skoro zdajesz sobie sprawę z własnych ograniczeń. To, co odkryłaś, to "Wielka Jednia", "Tao" albo "Natura Buddy" - ale z Bogiem zaiste, nie ma to zgoła nic wspólnego!

    Tak się składa: stety lub niestety, że przez ostatnie kilkanaście tysięcy lat (Wojciech pewnie będzie twierdził, że dłużej - wcześniej wszak ludzie mieli więcej wolnego czasu...) żaden inny temat nie był intensywniej drążony intelektualnie niż kwestia istnienia i natury Boga. Cokolwiek można na ten temat pomyśleć: zapewne zostało pomyślane.

    Biorąc pod uwagę powyższe, nie jestem w stanie zrozumieć, skąd taka moda, ba! Wręcz pasja - by do przemyśleń na ten temat podchodzić samodzielnie..? Prawdopodobieństwo odkrycia czegoś nowego a cennego jest o wiele mniejsze niż w fizyce kwantowej, nad którą ludzkość jaka taka medytuje ledwo od stulecia...

    OdpowiedzUsuń
  19. Jeszcze panteizm np.

    nie wiem co jest modne. Wiem natomiast, że fizyka kwantowa to opisywanie "mojego " Boga. Nie łączę mojego rozumienia Boga z żadną religią,ani myślą teologiczną, bo i po co?
    Nie podzieliłam się tą myślą sądząc,że to odkrycie. (To okropne, jak ty mnie traktujesz.)
    Myślałam,że to oczywistość i że cała reszta definicji Boga mozolnie formulowana i dowodzona czasem, czy to przez religie, czy przez teologów lub filozofów,tylko ten fakt komplikuje;-)
    Po prostu Świat to Bóg.

    OdpowiedzUsuń
  20. Innymi słowy: św. Augustyn razem ze św. Tomaszem, Awicenną i Ibn Ghazalim to głupcy i mąciciele wobec Oceanu Mądrości jaki mieści się akurat konkretnie w Twojej głowie..? I to niby ja jestem pyszny, tak..?

    Wybacz, ale pomysł, że świat to Bóg jest zwyczajnie niedorzeczny. W konsekwentnych i przemyślanych ujęciach, takich właśnie jak w zen czy w taoiźmie, prowadzi to nieuchronnie do odrzucenia jakichkolwiek kategorialnych rozróżnień. To jest nawet dość ciekawe estetycznie. Ale praktyczną konsekwencją takiego stanowiska jest NIEMOŻLIWOŚĆ uprawiania nauki - w jakiejkolwiek formie. W zasadzie, skoro prawda, fałsz, zło, dobro, piękno, brzydota i temu podobne przeciwiństwa są ze sobą tożsame - to w ogóle nie ma sensu robić cokolwiek...

    Nie mówiąc już o tym, że jest to zwyczajnie wewnętrznie sprzeczne. Co akurat nie jest niczym szczególnie istotnym: życie ma to do siebie, że od początku do końca jest logicznym paradoksem, kwestia tylko, w którym miejscu zechcemy tę nieuchronną alogiczność umieścić - o czym, tak swoją drogą, poniekąd pisałem w następnym tekście...

    OdpowiedzUsuń
  21. "To okropne, jak ty mnie traktujesz."

    Piękny tekst! Takie coś to tylko kobieta mogła napisać!

    OdpowiedzUsuń
  22. Wiedziałam, ze jeszcze mi dołożysz.
    Lekceważenie myśli teologicznej, religijnej czy filozoficznej to głupota a nie pycha.
    Nie łączę, nie znaczy, że nie doceniam.
    Proste zdanie: Świat to Bóg a jakie wywoluje niezrozumienie. Myślę,że wynika to z niejednoznacznego definiowania pojęć.Konfucjusz państwo naprawiać chciał zacząć od naprawy pojęć.
    Nie łączę mej myśli też ze Spinozą, choć on nie widział sprzeczności ale pewnie wg. Ciebie to mistyk.

    OdpowiedzUsuń
  23. Podejdźmy zatem do tematu jeszcze raz.

    Wedle naszej aktualnej wiedzy, świat jest skończony zarówno w przestrzeni, jak i w czasie - choć niewątpliwie jest bardzo wielki, jeśli mierzyć to ludzką skalą i trwa tak długo, że aż można by to z wiecznością pomylić.Czy jednak "Bóg" który jest skończony w czasie i w przestrzeni to aby nie sprzeczność sama w sobie..?

    Co więcej: ogromne rozmiary Wszechświata, które można chociażby na powyższym jego wizerunku podziwiać, są jego rozmiarami "wewnętrznymi" - rozmiarów zewnętrznych wcale nie posiada, będąc pod tym względem doskonałym odpowiednikiem matematycznego punktu, a więc - wielkości bez żadnych zgoła wymiarów. Czy Bogiem może być coś tak nieznaczącego..? To samo zresztą tyczy się czasu trwania Wszechświata, który jest jego czasem "wewnętrznym" - i z punktu widzenia jakiegokolwiek hipotetycznego obserwatora zewnętrznego, może być równie dobrze krótszy od mrugnięcia okiem...

    Wreszcie: po co mielibyśmy postrzegać świat jako "Boga"..? W czym niby pomaga nam to go zrozumieć..? Ale konkretnie, bez mistyki i niedomówień..? Bo mam wrażenie, że taki sposób opisu świata, raczej przeszkadza w jego zrozumieniu. Posługując się tylko tymi pojęciami które jak na razie okazały się niezbędnie konieczne ze względu na rodzaj matematyki której używamy do opisu świata, radzimy sobie o tyle o ile (pełnego opisu rzeczywistości nie damy nigdy - co moim zdaniem właśnie wynika wprost z faktu, że świat nasz jest skończony w czasie i w przestrzeni...) - po co nam takie dodatkowe pojęcie? Co ono daje..?

    Przy tym przyznam, że nie znam żadnej konsekwentnie panteistycznej religii w dziejach. To po prostu bzdura jest. Jeśli wszystko jest Bogiem, to i ja jestem Bogiem! A jakoś wcale, a wcale tego ni czuję - i jest to chyba wystarczający motyw, aby z tak próżnymi dywagacjami dać sobie spokój...

    OdpowiedzUsuń
  24. Tak luźno połączone z tematem... Wcale niedawno w związku z pracą miałem szkolenie nt. m.in. historii opieki nad ludźmi niepełnosprawnymi w Anglii. Do końca średniowiecza ich życie wyglądało względnie normalnie (oczywiście na tyle na ile znośne było bycie często oszukiwanym i wykorzystywanym, oskarżanym o sprawstwo nieszczęść wszelakich, spółkowanie z diabłem...), ludzie ci żyli często na uboczu wiosek, zajmowali się (jak mogli) prostymi pracami fizycznymi.

    Z czasem różne instytucje w tym m.in. państwo zaczęło się nimi interesować, zamykać w odosobnieniach, całymi dniami unieruchamiać (by czasem nie oddali się zgubnemu grzechowi samogwałtu). W okresie wiktoriańskim niepełnosprawnych fizycznie, umysłowo czy moralnie (np. matki bękartów!) zamykano w specjalnie stworzonych do tego instytucjach. karmiono ich oczywiście nędznie, co powodowało u nich m.in. próchnicę. By zapobiec bólowi zębów u podopiecznych jedną z pierwszych rzeczy jakie robiono z osobnikiem, który trafił do takiej instytucji było pozbawianie go zębów, by biedaczek nie cierpiał...

    Teraz na powrót (po ponad 500 latach!) niepełnosprawni "wracają do społeczeństwa". Co się jednak nacierpieli z tego powodu, że ktoś wiedział lepiej jak im pomóc to się wycierpieli...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...