niedziela, 15 maja 2011

Nostalgia

Jutro skoro świt ruszam na podbój Białegostoku. O czym dowiedziałem się w piątek wieczorem – i jak na razie trzyma mnie w związku z tym ciężki atak nostalgii. Planowo miałem jeszcze przyszły tydzień próżnować, a ruszyć w Polskę dopiero w następny poniedziałek. A że akurat udało mi się zrealizować pewne uboczne zlecenie i w zasadzie na brak gotówki nie narzekam, to mi to nie tylko nie przeszkadzało, ale wręcz byłem zadowolony.

W końcu: mamy fajne zwierzaki, w Boskiej Woli jest teraz przecudnie (Lepsza Połowa wczoraj przyznała, co ja już dawno twierdziłem, że lepszego powietrza nigdzie na świecie nie ma! Fakt: ponieważ ja częściej ruszam się stąd w świat w szeroki, to mam porównanie, jej to było trudniej stwierdzić…), roślinki które posadziliśmy pięknie wschodzą – czemu się tym nie cieszyć..?
Z doświadczenia wiem, że po pierwszym dniu w trasie nostalgia przejdzie. To jest trochę jak polowanie: uda się sprzedać, czy się nie uda..?

Chciałem wysłać Lepszą Połowę na Targi Książki. Nie udało się. Raz, że się nie najlepiej czuła. A dwa – i to ważniejszy był powód – że musiałem się na gwałt do wyjazdu przygotować, uzupełniając choć trochę braki w garderobie i wyposażeniu. Skutkiem czego wylądowaliśmy wczoraj w jednym z warszawskich centrów handlowych – a dawno nas tam nie było, oj dawno! W porównaniu z „Pierdonką“ – pusto. Do kas w ogóle nie było kolejek. A wcale niekoniecznie wszystko od razu droższe. Podrobów na przykład, które są smacznym i tanim gatunkiem mięsa, w „Pierdonce“ w ogóle nie ma (trafiają się w innym wareckim sklepie, lokalnej sieci, w którym generalnie się w mięso zaopatrujemy – ale nauczeni przykrym doświadczeniem, na ogół je omijamy szerokim łukiem, bo jakoś trudno zachować im świeżość…), a w Carrefourze wybór był spory. Ki Diabeł..?

Przy okazji rozwiązałem – oczywiście częściowo, nie może to być, aby udało mi się rozwiązać taki problem od jednego zamachu – kwestię naszego internetu. CDMA na poziomie „pokojowym“ nie ma tutaj żadnego zasięgu, oczywisty dość pomysł z wykorzystaniem kabla antenowego, którego trochę mam, aby odbiór polepszyć nie wypalił – a dołączona do zestawu bateria w ogóle nie działała, skutkiem czego nie mogłem się z urządzeniem powspinać na dach czy na drzewa, jak planowałem, żeby sprawdzić gdzie ów zasięg wreszcie będzie – oddałem więc ustrojstwo, tracąc przy tym 69 zeta za „aktywację“. Cóż pozostało..? Pozostało przeprosić się z Erą, co właśnie wczoraj uczyniłem.

W efekcie mamy teraz nie 1, a 4 GB miesięcznego transferu danych i o 10 zeta taniej. Oraz nowy modem usb, którego – jak się okazało – nasz końputerek zwyczajnie nie widzi. Dopytałem się już na makowym forum: widać sterownik pod Intela napisany, jak nie widzi, to i nie zobaczy, nie ma co nawet próbować. Bujam się zatem ze starym modemem na razie. Co rodzi jednakowoż dwa problemy.

Po pierwsze: ów stary modem jak tylko mu się gwarancja skończyła, począł nam wieszać system. Nie było mowy, żeby wystartować końputer, póki prowadzący od niego kabelek tkwił w gniazdku. Miałem nadzieję, że nowe urządzenie takich kłopotów sprawiać nie będzie…

Po drugie: owe 4 GB mamy podzielone (przynajmniej na najbliższe pięć miesięcy) na dwie karty SIM, a to rodzi pokusę, aby uruchomić nasze milczące od dwóch lat „Titanium“ – miałbym laptopa na wyjazdy i nie traciłbym z Państwem kontaktu, względnie nie musiałbym po bibliotekach publicznych przesiadywać…

Cóż: na razie, korzystając z większego limitu ściągnąłem część (bo do całości to jeszcze dłuuugo…) update’ów do naszego systemu i o dziwo, chwilowo startuje się elegancko bez wyciągania wtyczki. Swoją drogą muszę nabyć drogą kupna – sprzedaży butującą płytkę z systemem, nasze twarde dyski z całą pewnością wymagają już przejrzenia i naprawy. Próbuję też ściągnąć Launch2Net, może to naszego nowego modema zobaczy. Jak nie – pozostanie, po ewentualnym uruchomieniu „Titanium“ kupić gdzieś drugi stary modem do blueconnecta.

Wracając z owego warszawskiego centrum handlowego, spóźniliśmy się o 40 minut z obiadem dla koni. Efekt? Wszystkie trzy achałtekinki czekała na nas koło chatki. Tak jest, słusznie się Państwo domyślacie – POZA ogrodzeniem. To, że na nas czekały, zamiast pójść w długą, to jest good news. Ale bad news, a nawet: very bad news jest taki, że aby teren ogrodzony opuścić, nie zrobiły żadnej wielkiej dziury w ogrodzeniu. Starczyło im jedną linkę przerwać – i najwidoczniej piękny i dzielny koń Lepszej Połowy, który do tej pory był zbyt sztywny, żeby tej sztuki dokonać – przecisnął się pod górną, stalową belką. A to oznacza, że może to robić także i w przyszłości…
W ogóle, niestety, letni sezon ucieczkowy uważam za otwarty. Poprzedniej nocy dwa chipsy, czyli Osman Guli z Margire wybywały poza ogrodzenie trzykrotnie. A przynajmniej – tyle razy budziły nas z głośnym tupaniem WRACAJĄC do domu. Jedna z nich wlazła też z kopytami do ogródka warzywnego Lepszej Połowy – musiałem w trybie alarmowym poprawić jego konioodporność poprzez dodanie jeszcze jednej linki górą, wygląda to teraz jak ring bokserski, aż nie chce mi się tego Państwu pokazywać.

Wieczorem, gdy ostatni raz szedłem zobaczyć, co tam u nich słychać, Maleństwo jak raz też pasło się przed chatką, a nie na padoku. A jej to już w ogóle żadna dziura w ogrodzeniu nie jest potrzebna – jak chce, to wychodzi. Zaiste, dziwnym jest, że przy śniadaniu była ze stadem: albo nie chciało się jej wymykać, albo – co też jest możliwe – przed świtem z wycieczki wróciła.

Powody tych wycieczek z włamaniem są generalnie dwa. Po pierwsze: Wielki Straszny Zwierz, osobliwie w najgorętszej porze dnia, nie dopuszcza nikogo do wodopoju, monopolizując dla Mafii Geriatrycznej wiatę z napełnioną wodą wanną w całości. Jak jesteśmy, to się ją raz na jakiś czas przestawia, żeby reszta też mogła się napić… Po drugie: brzózki rosnące na Pierwszym Padoku straciły już skutkiem uporczywych działań koniowatych wszystkie gałęzie, o które można było się obcierać w celu podrapania różnych swędzących miejsc. Koniowate zatem przeszły w tryb aktywnego poszukiwania nowych chaszczy drapiących – a te są poza ogrodzeniem właśnie.
Połamały wczoraj, tak na nas przy chatce czekając, kilka pomniejszych okolicznych olszyn…

Trawa na Pierwszym Padoku jeszcze jest. Piszę „jeszcze“, choć i rok temu i dwa lata temu takie słowo w ogóle nie przyszłoby mi do głowy – trawa była cały czas, jeszcze prawdziwe gąszcze niedojadów po koniach zostawały (skosił je jesienią Radek, druh mój serdeczny, część tylko zbierając – reszta leży tam do tej pory, już na szczęście przerośnięta młodą trawą, lubo nie do końca…). Teraz tak dobrze nie ma. Padok jest już w jakichś 90% przystrzyżony jak angielski trawnik. Stąd też z nadzieją wpatrujemy się w zasnute ołowianymi chmurami niebo i czekamy kiedy wreszcie spadnie z nich zapowiadany przez prognozę pogody deszcz. Bez deszczu – zginiemy!

To znaczy: jest jeszcze Wielki Padok – ale tam koniowate mają pójść dopiero po sianokosach, inaczej nie będziemy dla nich mieli zapasów na zimę.

11 komentarzy:

  1. Czyli jak będziecie mieć więcej koni (np. jak ktoś wstawi do Was do pensjonatu) to wasze gospodarstwo może okazać się za małe? Czy też może macie jakieś jeszcze miejsce?

    OdpowiedzUsuń
  2. Przy większej liczbie koni (ale dużo większej, jeden czy dwa nie robią różnicy), trzeba by padoki podzielić na mniejsze kwatery i wypasać kolejno - w ten sposób, trawy starczyłoby na dłużej.

    Poza tym, na Pierwszy Padok dociągnąłem wodę. Starczy wstawić na końcu rury hydrant - i można, na wypadek strasznej suszy, podlewać...

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie chciałbym być namolny, ale może lepiej jest rozważyć przesiadkę na peceta z poczciwym XPkiem?
    Byłoby wtedy zdecydowanie łatwiej...

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  4. @ Woody

    Może by i było - ale już się przyzwyczaiłem :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wpadłam pozdrowić. Moje piesio i kocio też w porządku, chociaż kocio niestety nadal się gryzie w ogon.
    Zawsze jakieś problemy z tymi zwierzakami, ale i tak człowiek za nic by nie oddał, prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Na wschód od Warszawy dzisiaj cały dzień siąpi, a na południe od "metropolii"? Na sianokosy pewnie jeszcze trzeba będzie poczekać, ale przy ciepłej pogodzie z deszczem od czasu do czasu to perspektywy mogą być dobre.

    OdpowiedzUsuń
  7. Woody, a ja słyszałem taką plotkę, że Microsoft planuje wydać specjalną edycję Windows dla zwierząt.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Racjonalne Oszczędzanie

    Jeśli tak, to zassę i jego! Dla zasady, jak piracić, to konsekwentnie. Btw to raczej produkty Apple słyną z "głupoodporności" (fakt, że bardzo pozornej, że tu przypomnę myszki z jednym przyciskiem, czy możliwość zaledwie jednokrotnego cofnięcia danej akcji). Bojkotuję je- nie są w wymierny sposób lepsze od PieCów (mam gdzieś "prestiż"), a sporo droższe. Jeśli ktoś nie lubi Micro$oftu, a brzydzi się piractwem, to jedyną alternatywą moim zdaniem są różnej maści linuksy.

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  9. @Woody - tak się składa, że jestem zagorzałym Linuksiarzem - technologicznym - nie ideologicznym (a jeśli już to sam polecam jakis piracki mod XP robiony na wzór Linuksa, czyli all-in-one, np mod ravi8)

    Linux jest lepszy na biurko, bo może dać Mac'owy look and feel, ale z większą wygodą i możliwościami dla użytkownika. A softu ile wlezie i z reguły za free.

    A najlepszy jest PC z dual bootem (jakby kto nie wiedział: linux i windows na jednej maszynie).

    @Jacek
    Ja szanuję twoją preferencję do makówki. Każdy ma inny gust i to trzeba uszanować.

    Ale jest jeszcze Hackintosh, od czasu jak Apple wypiął się na architekturę PPC. Ściągasz piracką płytkę z neta, instalujesz na notebooku PC bez systemu - i zamieniasz go w makówkę. Na wielu notebookach PC to działa wyśmienicie.

    Ale nie polecam nikomu - nielegalne.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Admin, R-O blog

    O- podziwiam. Moje przygoda z Ubuntu (a ściślej- próbami instalacji i konfiguracji), była dość krótka, za to nie pozbawiona wrażeń- niestety, tych negatywnych. Podobnie się to miało u kumpli. Jedyne osoby, które znam, a które są z linuksami za pan brat, to programiści; wierzę, że te systemu są lepsze dla profesjonalistów, ale ja z pewnością nie jestem nim, jeżeli chodzi o kompy (mimo, że studiuję na polibudzie). Po prostu- nie chce mi się w to bawić, oraz nie mam takiej potrzeby. A darmowy soft- zawsze można coś zassać z peb.pl (torrent umarły u mnie w akademiku-ich użycie= ban, oraz prawdopodobny nalot policji o 5:00).

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  11. Woody,
    Nie ma czego podziwiać, zupełnie. Modyfikacji Ubuntu o nazwie Linuxmint (wszystko co trzeba już zawarte na płytce, wszystkie kodeki, komercyjny soft) używa moja żona, siostra i nie mają problemów. Konfiguracja? Nie za bardzo wiem co tam jeszcze trzeba konfigurować? (tapetę i ikonki raczej)

    Generalnie wszystko poza dość egzotycznymi sprzętami działa od ręki.

    Jakiś efekt nowości przy instalacji jest - ale czy go nie było przy pierwszym kontakcie z Windowsem? DOSem?

    Tych samych problemów doświadczysz przechodząc na Makówkę, itp.

    Po prostu wasz problem to brak kompetentnego, spokojnego kolegi, który by z miejsca podpowiedział co to jest partycja linuksowa i jak ją zrobić, jak kliknąć i gdzie aby zmienić tapetę, albo w której opcji w menu system uzyskać ładniejsze czcionki.

    Prawdopodobnie wybraliście dystrybucję systemu dla zaawansowanych - bez gotowej konfiguracji kodeków, dodatkowych komercyjnych programów - i utknęliście na jakiś drobnych pierdołach. Linuksów jest wiele - tak jak pirackich modów XP.

    Natomiast jeśli macie z kolegami się denerwować i męczyć to naprawdę warto pozostać przy sprawdzonym XP. Nic na siłę. Szkoda czasu.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...