sobota, 21 maja 2011

I znów pod wozem – czyli: podanie o pracę

Dopiero co cieszyłem się własną, niezwyczajną jak na moje zwyczaje przenikliwością. Dopiero co byłem dumny z wyjątkowej czujności i praktycznego podejścia do życia: pierwszy raz udało mi się zawczasu wyczuć skąd wiatr wieje i zmienić pracę, nim z poprzedniej zostałem wyrzucony… I co..? I znów pod wozem: płacz i zgrzytanie zębów, a hamletowska pokusa ucieczki w nieistnienie wcale wygląda pociągająco przy tym nieustannym napięciu, tej nieustannej huśtawce nastrojów, od nadziei do beznadziei, od euforii do załamania, tego zmęczenia niepewnością jutra…

Innymi słowy: zostałem wylany na bruk po pierwszej, próbnej trasie. Moja wina. Byłem zbyt pazerny. Rzucałem się na każdą umowę, nawet taką, która u szefostwa niekoniecznie wzbudziła następnie entuzjazm – czy to dlatego, że była nieco na bakier z „filozofią“ sprzedaży ziół, czy to – dlatego, że wiązała środki firmy w tzw. „firmowych ratach“. Jakkolwiek – reakcja na takie wykroczenie w postaci natychmiastowej dymisji i tak wygląda na nieco przesadną. W końcu sprzedawałem wcale dobrze. Prawie 6 patyków obrotu na czterech spotkaniach, przy bardzo przeciętnej frekwencji i mocno już wyeksploatowanej białostockiej trasie, gdzie takie same zioła sprzedawano ledwo miesiąc wcześniej..? W normalnych okolicznościach dostałbym zje…ki i tyle. Okoliczności nie są normalne: moja nowa – stara (bo to był powrót do poprzedniego wcielenia tych samych ziółek…) firma zwyczajnie ledwo zipie finansowo i stąd nerwowość kierownictwa. W dodatku trasę miałem wspólną z pewnym… a, nie będę się wyrażał! Dość, że okazałem się nie tylko nazbyt pazerny, ale i zbyt wyrozumiały, bo nie chcąc drażnić zapędzonego w kąt szczura dałem mu fory – z tragicznym dla siebie skutkiem. I całe powstrzymywanie się – z myślą o Lepszej Połowie, koniach, koćkodanach i Boskiej Woli – przed rzuceniem w Diabły tego obrzydliwego towarzystwa i pospiesznym powrotem do domu – na nic się zdało. A taką miałem pokusę zostawić drania w Supraślu już w czwartek wieczór (byliśmy MOIM samochodem…)!

Co teraz? Teraz, zanim ulegnę pokusie ucieczki w nieistnienie, pozostaje mi już tylko – napisać Podanie o Pracę. Jako, że wysłałem przez ostatnie cztery lata takich podań  (zwanych nowomownie „listami motywacyjnymi“) setki, jeśli nie tysiące – mam nadzieję tym konkretnym Podaniem, przynajmniej Państwa P.T. Czytelników ubawić.

Szanowni Państwo!

Z całą pewnością i bez najmniejszych wątpliwości, jestem idealnym kandydatem na oferowane przez Państwa stanowisko – niezależnie od tego, jakie..! Przesądza o tym bowiem nie moje doświadczenie – nadzwyczaj, swoją drogą, różnorodne – a przede wszystkim: odziedziczone po przodkach i pracowicie przez lat bez mała czterdzieści rozwijane cechy osobowości.

Zajęciem, które sprawia mi najwięcej satysfakcji, jest wywożenie i układanie na naszej pustyni w Boskiej Woli końskiego gówna. Efekty tej działalności, jakkolwiek zmiana krajobrazu zachodzi raczej powoli, są jednak widoczne niemal od razu – a to niemała pociecha w tych ciężkich czasach. Zamiłowanie do tego rodzaju konstruktywnych zachowań przejawiałem już jako ledwo dukający literki smarkacz. Zapytajcie moją Matkę. Ulubioną zabawką małego Jacusia zimą były klocki, z których budował zamki i miasta, a latem – piasek, z którego wznosił całe metropolie. Układanie na pustyni kolejnych warstw guana bardzo te dziecinne zabawy przypomina – w końcu struktura wypiera chaos…

Byłbym znakomitym sprzątaczem. Niestety, za każdym razem gdy wysyłałem moje przeintelektualizowane CV z taką propozycją, odpowiedzią było tylko pogardliwe milczenie. Nie rozumiem zupełnie dlaczego? Czyżby zakładano, że ukończenie studiów wyklucza zdolność operowania miotłą i mopem? Prawdą jest, że z wiertarką, heblarką czy szlifierką radzę sobie w sposób wzbudzający politowanie moich bardziej doświadczonych sąsiadów – dzieła moich rąk jednak, jakkolwiek toporne, cechuje zwykle duża jak na improwizowany materiał z którego powstały – trwałość.

Drugim co do frajdy zajęciem, jest bawienie Państwa mową lekką a treściwą. Nie zawsze mi się to udaje. Doskonale wiem, że łatwo popadam w dłużyzny, trzyma się mnie obrzydliwa niekiedy maniera, no i – bywam zmęczony. Jak teraz. Dlatego nie przedłużam tego listu ponad miarę i dalsze z moich niewątpliwych zalet, wyliczę już w telegraficznym skrócie.

Bardzo łatwo podejmuję decyzje. Absolutnie nie daję gwarancji, że będą to decyzje trafne! Jak teraz właśnie, kiedy zadecydowałem – i przegrałem. Na tym niedoskonałym świecie, gdzie błąd jest nieodłączny od działania – bardzo często jednak o wiele lepiej jest błądzić i potykać się, ale iść naprzód, niż stać w miejscu oglądając się na szefa. Skądinąd tym łatwiej takich nieporozumień uniknąć, im precyzyjniej szef określi, czego sobie absolutnie nie życzy – nie ulega wątpliwości że wszystkiego, co poza tymi zakazami pozostanie, szybko spróbuję!

Moje zdolności twórcze ograniczają się raczej do łatwości żonglowania elementami które już znam, odkrywania nowych ich kombinacji i zastosowań – czy to jednak mało..? Nie wymyślę całkiem nowego biznesu, ale z pewnością potrafię wycisnąć ostatnią złotówkę z rynku, doskonaląc istniejący model.

Ponieważ jestem biedny, a bieda niestety demoralizuje, postawiony wobec konieczności wyboru między interesem własnym, a interesem szefa – niczego nie gwarantuję w kwestii tego, jakiego wyboru dokonam (poza tym, że dokonam tego wyboru szybko!). Czy jednak aż tak trudno jest do takich konfliktów nie dopuszczać..? Wystarczo przecież jasno określić zadania i kompetencje. Po licznych doświadczeniach z biurokracją państwową i prywatną, z pewnością umiałbym to zrobić – za szefa, jeśli dla niego byłoby to zbyt skomplikowane!

Mam kilka pomysłów na biznes. O niektórych z nich już tu pisałem. Właśnie przyszedł mi do głowy kolejny… Ale o tym na razie – cyt!

Jeśli ktoś z Państwa pragnie powierzyć swoje pieniądze, konie lub biznes w dobre ręce – lepszych od moich łatwo nie znajdzie.

Kreśląc powyższy list, tym się przynajmniej pocieszam – że poniekąd znalazłem się dzięki temu w dobrym towarzystwie. Zwykle przyjmuje się bowiem, że Mikołaj Machiavelli dlatego napisał i opublikował „Księcia“, że długo był bezrobotnym dyplomatą i wyczerpał wszelkie posiadane koneksje i znajomości w daremnym poszukiwaniu pracodawcy. Uciekł się zatem do publikacji jako formy ogłoszenia o gotowości podjęcia pracy.

Podobnym „Podaniem o pracę“ jest też i „Sztuka wojowania mistrza Sun“. Ten wielki teoretyk wojny, jak się przypuszcza, w rzeczywistości dowodził w niewielu kampaniach, bo głównie zajmowało go poszukiwanie pracy – mimo, że stosunki między chińskimi państewkami 2500 lat temu przypominały sejmik szlachecki, o pensję i służbowy rydwan dla generała wcale nie było tak łatwo.

Moje wymagania płacowe są o wiele niższe niż oczekiwania tych dwóch słynnych bezrobotnych. Nie śmiałbym zresztą porównywać moich miernych zdolności do takich geniuszy – i jeśli jednak zestawiłem się z nimi na jednej, zakurzonej zresztą i zapomnianej półce – to głównie dlatego, że ani jednemu, ani drugiemu ich publiczne „Podanie o pracę“ nic nie dało: jak byli bezrobotni, tak bezrobotni pozostali… W czym widzę najważniejsze między mną a nimi podobieństwo!

To napisawszy, biorę się za porządkowanie skrzynki mailowej po tygodniowej nieobecności. Trochę na nią przyszło ofert pracy – a nuż, ktoś jednak, w drodze wyjątku, odpowie na moją ofertę..?

32 komentarze:

  1. Oj, chłopie, że ty z takim mózgiem i potencjałem jeszcze szukasz pracy, zamiast wymyślić własny biznes?!

    Nie widzisz, że pracodawcy się ciebie boją - boś za mądry?

    Bo nie bierze się pracownika mądrzejszego od kierownika i koniec! Złota zasada polskiego HR.

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawo RO. Nic dodać nic ująć. Boska Wolo zacznij sam produkować, stosując złotą i niezawodną zasadę: robię coś rzeczywiście (w Twoim przekonaniu) potrzebnego ludziom.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, ta pokusa ucieczki w nieistnienie, nie zabrzmiała dobrze. Mam nadzieję, że napisałeś to nie do końca na poważnie. Życie ma to do siebie, że jutro można wpaść na jakiś genialny pomysł i odbić się ku górze. Czego Ci oczywiście życzę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ucieczka w nieistnienie? Hmm, ja to odebrałem jako chęć rozprawienia się z butelką łyskacza.

    Czasem mężczyźnie to potrzebne, a następnego dnia należy wylać kubeł zimnej wody na głowę, wypić mocną kawę i wrócić do zdobywania świata.

    OdpowiedzUsuń
  5. wiem, ja to , jak prawdziwa "Alutka" ale też się zaniepokoiłam. No to niech Cię Boska Wolo ten łyskacz sponiewiera i.....tak jak R-O pisze, do marzeń realizowania marsz.....

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja to mam ostatnimi czasy, z oczywistych względów, same wisielcze skojarzenia. Ale wszak Hamlet, w swoim dialogu, zwracał się do fragmentu umarlaka w swojej dłoni, a nie do butelki łiskacza. To mi się skojarzyło bardzo nieciekawie.

    OdpowiedzUsuń
  7. A Shakespeare to nie denaturat na myśli miał wkładając w dłoń Hamleta tę umarlaka część?
    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Może te nie te klimaty - ale przytoczę słowa Pudziana po sromotnie przegranej walce, własnie oglądałem na polszmacie - poszło jakoś w tym stylu:

    - I co teraz Mariusz?
    - No załamka! Będzie ze dwa dni załamki, a potem walczę dalej.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie mam nawet na bilet. Do Argentyny w sensie. Przy tym jedną niedokapitalizowaną inwestycję już rozpocząłem, w postaci Boskiej Woli, dlaczego miałbym się ładować w drugą, tak samo niedokapitalizowaną - na drugiej półkuli, dokąd z całą pewnością nie będą mógł zabrać nawet moich kotów, o koniach nie wspominając..? Ja już wiem co to znaczy dłubać w ziemi własnoręcznie, jak ciężka to praca: jeszcze bez (drogich!) maszyn i ze 100% pewnością właściwie, że pierwsze podejście do jakichkolwiek upraw NA PEWNO zakończy się katastrofą..?

    A nieistnienie to nieistnienie. To nie znaczy, że się poddaję. Po prostu było mi (i dalej jest) bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnie...

    OdpowiedzUsuń
  10. Boska Wolo, przecież Ty jesteś PRAWDZIWYM NAUCZYCIELEM. Nauczycielem doskonałym. Zacznij brać za to zapłatę.

    OdpowiedzUsuń
  11. za ile byłby Pan skłonny podjąć pracę w pełnym wymiarze, z noclegami w tygodniu poza domem?

    OdpowiedzUsuń
  12. 5 tysięcy byłoby całkowicie satysfakcjonujące. Ale mogę negocjować!

    OdpowiedzUsuń
  13. niestety to trochę za dużo jak na mój budżet

    OdpowiedzUsuń
  14. Proszę zatem rozwinąć:jakim budżetem Pan dysponuje co to za praca i gdzie? Może lepiej na maila: jacekpkobus@gmail.com

    A nuż się dogadamy? Tyle muszę zarobić, żeby płynnie spłacać zobowiązania, ale skoro teraz nie zarabiam prawie nic, to i mniejsza kwota warta jest grzechu...

    OdpowiedzUsuń
  15. wysłałem maila

    OdpowiedzUsuń
  16. A moze tak do UK wypad na pol roku?Przyjechac po 15 czerwca i cos powinno sie znalezc.Ostro tyrajac(fakt)nawet w byle jakiej robocie mozna do swiat odlozyc ze 20 tysiecy PLN(moze wiecej).A po swietach myslec co dalej ale majac jakis skromny bo skromny ale jednak kapital.

    OdpowiedzUsuń
  17. A swoja droga jak tu byc patriota.Madrzy ludzie na bezrobociu a byle jelopy ze znajomosciami robia gdzies tam prezesa albo i za...-ale tu cicho sza bo jeszcze ABW mnie dopadnie;).
    Jak w tej Polsce ma byc dobrze?

    OdpowiedzUsuń
  18. @Boska Wola

    Jeżeli nie będziesz miał lepszego pomysłu, a będą Cię goniły odsetki, to polecam wyjazd do pracy do Holandii. Pomimo kryzysu, prac sezonowych jest tam pełno; znajomy, pracując na akord przy zbieraniu cebuli, przywiózł po dwóch miesiącach 8k zł. Z Twoim doświadczeniem w ogólnie pojętym rolnictwie, pracę na bank znajdziesz (i to pewnie lepiej płatną niż ta powyżej. Możesz sobie zrobić nawet u nas kurs na operatora wózka widłowego- nawet u nas da się po czymś takim przeżyć, na pewno lepiej niż po np. socjologii albo politologii; w Holandii mając taką pracę zarobiłbyś na parę miesięcy naprzód. Poza tym, tubylcy są tam raczej przyjaźni (trudno zresztą, żeby tacy nie byli, przy takim zużyciu zioła!)- to nie Niemcy, nikt Cię nie powinien wyzywać od slavische Untermenschen ;)

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie będę Ci dawać złotych rad,
    dawców ich pełen jest cały świat.
    Powiem więc w skrócie,
    znam to uczucie.
    Lecz wiem już, że lepiej jest być przeciętnym,
    lub z dziada, pradziada po prostu majętnym :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Wyjdzie pewnie, że spamuję, ale co tam. Od około tygodnia ciągnę u siebie temat pracy w domu, freelancingu, bezrobocia itp.

    i to w PL

    Zgadzam się, że praca za granicą dla wielu jest bardziej opłacalna - ale są ludzie, jak ja, którzy z powodów rodzinnych nie chcą i nie wyjadą z PL nigdy - im też się należy jakiś udany biznes i godne życie.

    OdpowiedzUsuń
  21. @Racjonalne Oszczędzanie

    Lepiej wyjechać, niż pójść z torbami. Zresztą, czym innym jest wyjazd czasowy, a czym innym trwała emigracja. A praca u nas jest, i owszem- ale bez wykształcenia/uprawnień i/lub specyficznych umiejętności oraz znajomości bardzo nisko płatna.

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  22. @futrzak
    w jakim sensie ta Argentyna czeka? Lezy odlogiem? Nic sie nie rusza dopoki nie przyjedzie tam jacek albo chocby i Browning?

    Browning

    OdpowiedzUsuń
  23. Praca o niskich kwalifikacjach w PL nie jest zawsze niskopłatna, o czym już wspomniałem w jednym poście i co jeszcze udowodnię.

    Wiele to kwestia samoorganizacji.

    Jeśli ktoś może - niech wyjeżdża i zarabia - ale ci co zostają nich nie żyją mitami oraz ukrywaną zazdrością do emigrantów - w Polsce też można!

    OdpowiedzUsuń
  24. @Racjonalne Oszczędzanie

    Oczywiście, że się da! To bodajże Michalkiewicz porównaj życie w Polsce do pływania w kisielu- da się, ale można łatwiej. Nasze państwo funkcjonuje na własne życzenie tak, że nie wzbudza we mnie większych sentymentów. Nie zdecydowałem się jeszcze na emigrację po studiach (mam jeszcze trochę czasu na tą decyzję), ale na poważnie ją rozważam. Oczywiście, mi jest łatwiej- mam tu tylko rodziców, własna rodzina czy majątek mnie tu nie trzymają. Tym niemniej, gdybym był w sytuacji JK, to praca za granicą dałaby kilka miesięcy czasu. A później? Kto wie, co się może zdarzyć!

    Woody_90

    OdpowiedzUsuń
  25. Już pisałem w dyskusji na agepo - chcecie - emigrujcie i zdobywajcie świat.

    Ciekawe jest to, że te same osoby, które w Polsce nie umieją się za nic zabrać, za granicą dostają skrzydeł - i to bynajmniej nie że jest łatwiej (bo w jednej sprawie łatwiej, w innej trudniej)

    inne otoczenie i stres wyzwalają kreatywność - napiszę o tym więcej w wolnym czasie

    skąd wiem? ja nie emigrowałem sam, ale z emigrantami wieloma kontakt mam

    OdpowiedzUsuń
  26. Do licha. Karta się musi odwrócić.
    Jacku zbierajcie siły do następnego natarcia. Nigdy nie jest tak, żeby jakoś nie było. A że jest wciąż ciężko.. to fakt.

    OdpowiedzUsuń
  27. R-O:
    "Ciekawe jest to, że te same osoby, które w Polsce nie umieją się za nic zabrać, za granicą dostają skrzydeł - i to bynajmniej nie że jest łatwiej (bo w jednej sprawie łatwiej, w innej trudniej)

    inne otoczenie i stres wyzwalają kreatywność - napiszę o tym więcej w wolnym czasie

    skąd wiem? ja nie emigrowałem sam, ale z emigrantami wieloma kontakt mam"

    Przestrzegam przed latwymi receptami opartymi na dodatek na opinii innych.
    Po pierwsze: stres to moze co najwyzej wyzwolic siwienie wlosow albo przedwczesny zawal. I tyle.

    Ludzie najczesciej za granica zapieprzaja bo maja jakas PERSPEKTYWE.
    Wiedza, ze np. po x miesiacach na zmywaku maja szanse awansowac, albo oszczedzic przy zbieraniu cebuli na iles-tam miesiecy zycia, albo dorobic sie wlasnej firmy albo cholera wie co jeszcze :)

    Byc moze w tej chwili perspektywy nie rzucaja na kolana w takim GB czy gdzies indziej w Europie, ale juz samo to, ze nie brnie sie w tym "kisielu" codziennym zmienia duzo.
    Jak ktos nie wierzy niech sam wyjedzie do kraju, gdzie nie trzeba z kazda jedna pierdola wyklocac sie z jakims idiota w urzedzie; gdzie nie trzeba slalomem po chodnikach biegac zeby uniknac psich kup; gdzie ludzie na ulicach sie do siebie usmiechaja a nie patrza spode lba i warcza; gdzie nie mowia ci na kazdym kroku "to sie nie uda".

    Byc moze z punktu widzenia niektorych czytajacych ten blog to sa pierdoly, ale ja z 12 lat perspektywy emigraji mowie, ze to sa pierdoly, ktore skladaja sie na bardzo wazna rzecz: komfort codziennego zycia.
    A jak sie rano wstaje z pozytywnym nastawieniem do swiata to i bardziej sie pracowac chce i wiecej mozna osiagnac...

    OdpowiedzUsuń
  28. Ja nie piszę, że WSZYSTKIE osoby, które wyjechały za granicę, tylko te osoby, które się nie umiały za nic zabrać w PL

    czyli domyślnie: w miękkich rodzinnych pieleszach, w towarzystwie rodziny poklepującej po ramionach, oraz znajomych itp. utwierdzających ich w marazmie i dotychczasowym stanowisku

    czy to się odnosi do ciebie? nie mam pojęcia - w prywatne sprawy nie śmiem się wgłębiać

    ja wiem jedno, ani za granicą nie jest zawsze słodziutko, ani w PL nie jest zawsze beznadziejnie

    a awans np. po roku w restauracji z pomywacza na dostawcę warzyw, itp. jakoś mnie nie podnieca
    dowozić warzywa mogę w PL od zaraz, bez terminowania

    OdpowiedzUsuń
  29. Aha, żeby nie było: Ja w swojej karierze także pracowałem na zmywaku!

    I wspominam to raczej pozytywnie - co mnie skłoniło do rzucenia tego? Śmiertelna zabójcza nuda, której nie mogłem znieść. Praca była za lekka - błagałem dosłownie o więcej do zrobienia, byle się nie nudzić.

    OdpowiedzUsuń
  30. I jeszcze - opinia nie jest innych - ale moja własna - oparta na obserwacji emigrantów, z którymi mam kontakt.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...