wtorek, 26 kwietnia 2011

Ciemna strona mocy

Jak wszyscy fani „Gwiezdnych wojen“ dobrze wiedzą, niebezpieczny urok „ciemnej strony mocy“ bierze się z gniewu, strachu i nienawiści – jedi który ulegnie tym emocjom, zamiast je w sobie stłumić, może zyskać nadzwyczajną moc szybciej i łatwiej, niż gdyby wytrwał po „jasnej stronie“. Coś podobnego dzieje się też w „Harrym Potterze“ – którego, przyznaję się, znam tylko z pokazywanych w telewizji filmowych adaptacji, a i to momentami we fragmentach, bo np. przedwczoraj do końca „Czary Ognia“ nie dotrwałem, zasnąłem w połowie.

Można się jednak domyśleć, że głównym motywem działania „Czarnego Pana“ jest strach. Strach przed śmiercią której na różne sposoby próbuje uniknąć. Również wśród jego zwolenników różnorakie lęki i kompleksy, tym widoczniejsze że kontrastujące z bezprzykładną odwagą głównego bohatera, wyglądają na główny motyw działania.

Taki sam egoistyczny strach przed nieistnieniem, czy raczej przed monotonną pustką „Suchej Krainy“ jest powodem zakłócania równowagi bytu przez negatywnych bohaterów Urszuli Le Guin „Ziemiomorza“ – o którym już tu wspominałem.

Strach jest powodem zdrady Sarumana i szaleństwa namiestnika Gondoru we „Władcy Pierścieni“.

To są oczywiście bajki. Bajki mają to do siebie, że muszą mieć stosunkowo prosty morał. Inaczej byłyby niezrozumiałe. A taki manicheizm, takie proste, pozbawione półcieni przeciwstawienie „absolutnego dobra“ „absolutnemu złu“ – jest z pedagogicznego punktu widzenia najłatwiejszym rozwiązaniem.

Jest w tym też niejedna prawda. Bo i prawdą jest to, że ludzie źle czynią głównie (choć nie jedynie…) ze strachu – i stąd niedobrze jest się samemu bać, ale też i niedobrze jest, gdy inni się boją. Prawdą jest też i to, że „ciemna strona mocy“ kusi łatwością – to nie wyboista ścieżka tylko równy, gładki, dobrze wydeptany szlak, w dodaku biegnący w dół pod bardzo wygodnym dla ludzkich nóg kątem. Jeśli mogę coś tu z własnego doświadczenia poświadczyć – to, że nic tak łatwo na ową ścieżkę nie prowadzi, jak władza. Nawet całkiem malutka. Zaczyna się od wywierania wpływu, podejmowania decyzji za innych – rośnie od tego „wola mocy“, a za tym już cała masa innych pokus truchta, a czasem wręcz i galopuje – nie ma lepszego afrodyzjaku niż władza, Berlusconi świadkiem..!

Skądinąd – na „ciemną stronę mocy“ prowadzi już władza jako taka, a wcale niekoniecznie – strach przed jej utratą!

Mógłbym, żeby wydać się w Państwa oczach lepszy niż naprawdę jestem, napisać, że doświadczywszy tej pokusy, właśnie dlatego stronię od polityki. Ale to nieprawda. Doświadczenie było ekstatyczne. Gdybym miał jakiekolwiek szanse, żeby znowu kimkolwiek czy czymkolwiek rządzić – uległbym tej pokusie bez chwili wahania. Polityką się nie interesuję nie dlatego, że to z konieczności brudne zajęcie i innym być nie może – a dlatego po prostu, że nie mam najmniejszego bodaj punktu zaczepienia, który pozwoliłby mi robić to skutecznie i rzeczywiście jakąś władzę w efekcie zdobyć.

Ekstatyczność tego przeżycia jest dla mnie skądinąd silnym argumentem przemawiającym za nader pesymistycznym podejściem do perspektyw na przyszłość Naszej Umęczonej Ojczyzny i Całego Niemniej Umęczonego Świata. Nikt, kto sprawuje władzę – bodaj najmniejszą, najdrobniejszą, najmniej znaczącą – nie wyrzeknie się jej dobrowolnie. Nie wierzę w taką szlachetność! Równie dobrze narkoman może nam obiecywać, że sam odstawi prochy, a pijak – wódkę. A jeśli prawdą jest, że głównym problemem Naszej Umęczonej Ojczyzny i Całego Niemniej Umęczonego Świata jest właśnie nadmiar różnorakich władz i regulacji – to jest to problem w sposób pokojowy nierozwiązywalny.

Bajki o których wspomniałem, nawet te Tolkiena, posądzane wręcz o konfesyjność, pomijają przy tym rolę religii w naszym realnym świecie. Chyba dopiero w „Opowieściach z Narnii“, które też tylko z ekranu telewizora znam (jeśli kiedyś nawet czytałem – to było to tak dawno temu, że nic już z tego nie pamiętam) są istotnie w całej pełni „chrześcijańskie“ – tam bowiem, wszelkie wysiłki bohaterów, jakkolwiek by nie były bohaterskie, na nic by się nie zdały, gdyby nie finałowa interwencja przerośniętego lwa.

Nie o to mi przy tym chodzi, że jakieś przerośnięte lwy, czy też – żeby nazywać rzeczy po imieniu – Chrystus Zmartwychwstały – interweniuje co dzień i na każdym kroku w naszym realnym świecie. Chodzi mi o to, że dla pewnej, znakomitej skądinąd części ludzi o których możemy mniemać, iż byli istotnie nieulekłymi bohaterami i wytrwali do samego końca po „jasnej stronie mocy“ – nadzieja na taką interwencję była właśnie tym czynnikiem, który pozwolił im rozproszyć lęki i przejść wszelkie próby nie ulegając pokusom. Czy ta nadzieja jest realna czy nie jest – nie ma tu najmniejszego znaczenia. Liczy się efekt. A efekt jest taki, że w ten sposób jednak nieco łatwiej jest podążać wyboistą ścieżką cnoty.

Bohaterom innych bajek, którzy na żadne przerośnięty lwy liczyć nie mogą, owa wyboista ścieżka cnoty tym jest cieższą, że idą po niej całkiem sami. Co w pełni usprawiedliwiałoby nazwanie tego rodzaju opowieści prawdziwą „heroic fantasy“!

Wyświechtanym nieco argumentem przeciw tego rodzaju bajkom i ich morałom podnoszonym, jest typowy dla nich, a już wyżej wspomniany, brak światłocieni. Argument jest o tyle wyświechtany, że wcale nietrudno jest wiedzieć, kiedy się robi dobrze, a kiedy źle. Ulegając ongiś „ciemnej stronie mocy“ – miałem tego pełną świadomość. A mimo to, ani trochę nie umiałem się powstrzymać. Z jednej strony, jak już napisałem, przeżycie było ekstatyczne. Z drugiej zaś – choć robiłem z całą pewnością źle, to przecież robiłem „małe zło“ w imię „większego dobra“… Co może i było prawdą, a może nie – trudno to samemu osądzić. Uważam jednak, jeśli takie jednostkowe doświadczenie w ogóle do jakichś wniosków natury ogólnej upoważnia – że była to sytuacja typowa. Z zasady robi się źle w imię jakiegoś dobra.

Pół biedy, jeśli owym dobrem jest jakieś dobro realne, namacalne – ot, chociażby dobro własne J. Jak było w moim przypadku. O wiele gorzej, jeśli robi się źle w imię dóbr abstrakcyjnych, idealnych – np. „dobra ludzkości“. Bowiem dobro własne istnieje rzeczywiście (a co najwyżej może być błędnie rozumiane…) – natomiast co do „dobra ludzkości“, czy innych tego rodzaju abstrakcji, to samo ich istnienie jest już wielce wątpliwe. Bardzo bliskie jest zatem takie działanie – robieniu zła bezinteresownie, bez żadnego powodu. A czyż może być coś głupszego – niż przejść na „ciemną stronę mocy“ bez powodu..? A to niestety, po deklaracjach różnych ciemnych typów sądząc – wydaje się bardzo częstym zjawiskiem. Choć – tu Państwa pocieszę – czyż takim deklaracjom można wierzyć..? Na krótkę metę pewnie tak – mało to wariatów na tym świecie? Ale w dłuższej perspektywie, na karkach wariatów do władzy i tak dochodzą sprytniejsi od nich cynicy i karierowicze, których „ciemna strona mocy“ tylko obietnicą korzyści i rozkoszy pociągnęła – a nie owym mistycznym opętaniem „największego możliwego doczesnego dobra“. Co daje jednak pewną nadzieję. Wprawdzie żaden cynik i karierowicz nie zrezygnuje dobrowolnie z ekstatycznego poczucia władzy (jak i ja bym nie zrezygnował, gdyby mnie brutalna przemoc od owej – malutkiej po prawdzie, ale przecież realnie istniejącej – władzy ongiś nie oderwała…). Jest jednak pewna, niewielka bo niewielka, ale jest – szansa na to, że chociaż będzie się starał ową ekstazą cieszyć jak najdłużej, nie podcinając gałęzi na której siedzi niewczesnymi eksperymentami i poronionymi w samym zamyśle próbami zbawiania świata…

9 komentarzy:

  1. Tak, ciemna strona mocy jest bardzo pociągająca.

    Jednak z Twoimi wnioskami końcowymi się nie zgadzam - na dłuższą metę również dobrze nie będzie. Po "idealiście" Leninie przyszedł Stalin np. Zresztą większość postępowo wprowadzonych praw i zwyczajów jednak zostawała, nawet po dojściu do władzy "konserwatystów"

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze dodam, że dla większości postępowców-czynicieli dobra najwyższą wartością jest sprawowanie władzy. Lenin swój NEP, czyli jakąś tam formę "odwilży", która była przecież całkowicie niezgodna z oficjalną doktryną komunizmu wprowadził - bo musiał. Pozwoliło to komuchom władzę skonsolidować, chwilę odsapnąć, rozprawić się z buntownikami by po 8 latach z nowymi inwestycjami dokonanymi przez kapitalistów, nowymi specjalistami wyszkolonymi przez zachodnich ekspertów przystąpić do ponownego wprowadzania "prawdziwego komunizmu", już Ostatecznego i Prawdziwego Raju na Ziemi. Teraz mieli tylko doskonalsze narzędzia i większe moce przerobowe.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bo to jest bardzo, ale to bardzo niewielka nadzieja... Ale czy jest w ogóle jakaś inna..?

    OdpowiedzUsuń
  4. Jedyna nadzieja, że stanie się coś takiego co nam w ogóle do głowy (w chwili obecnej) nie przychodzi. Oprócz tego zostaje już tylko lew.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmm, a Donek i Bronek to jasna czy ciemna strona mocy? Ja tam z prowincji, to nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  6. "miłość jest najwyższą formą władzy"

    OdpowiedzUsuń
  7. @ Alutka

    Piękna fraza. Znam też inną: "władza to służba". Tylko co z tego..? Jakie to ma praktyczne znaczenie? Poza książkami - chyba żadnego, niestety...

    OdpowiedzUsuń
  8. ale fajnie, że są ludzie, którzy takiej władzy doswiadczją, dostępują ;-) To oni dają tę nadzieję, sprawiają,że piękno życia dostrzegać zaczynamy;-)

    OdpowiedzUsuń
  9. bo są jak zapach powietrza w Boskiej Woli,
    ale też jak to co tutaj na blogu zrobiłeś i robisz Boska Wolo;-)
    fajnie ,że jesteś ;-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...