czwartek, 17 marca 2011

„Zrównoważony odwrót“ w wersji na cztery kopyta

Wczoraj na forum końskim, na które czasem zaglądam (co różni go od mojego ulubionego końskiego forum, na które zaglądam codziennie…), przejrzałem temat o Aleksandrze Newzorowie. To KGB-ista z Petersburga, więc jak najbardziej z „właściwej“ ekipy putinowskiej. Jak można sobie na stronie tego pana zobaczyć, przy okazji robi różne cyrkowe sztuczki z końmi.
Ani fakt, że pan Newzorow jest KGB-istą, ani też fakt, że ja na przykład – takich cyrkowych sztuczek z końmi robić nie potrafię – bynajmniej go oczywiście nie dyskwalifikuje jako twórcy nowej „filozofii postępowania z koniem“ – bo jedno z drugim i trzecim nie ma przecież nic wspólnego.

Być może zatem źle zacząłem. Dla koniarzy sprawa jest oczywista, bo każdy to wie, ale akurat tutaj zaglądają też nie-koniarze. Powinienem zatem na początku wyjaśnić, co to jest „jeździectwo naturalne“. Aczkolwiek, jak się okazuje, w przypadku pana Newzorowa – można pójść dalej, bo jego metoda już z jeździectwem w ogóle – jak sam twierdzi – nie ma nic wspólnego. A jak, pociągnięta za język, przyznała jego polska wyznawczyni na forum: tak naprawdę, chodzi o to, aby koni w ogóle nie hodować. Czyli – żeby koni w ogóle nie było.

Pojęcia nie mam, po co w takim razie robić z końmi jakieś cyrkowe sztuczki, ale widać taka wiedza jest dla profana niedostępna i musiałbym opłacić i zaliczyć przynajmniej kurs podstawowy metody pana Newzorowa, żeby się tego dowiedzieć. Na co chwilowo nie mam ani czasu ani pieniędzy. Ani ochoty prawdę powiedziawszy.

Ogólnie rzecz biorąc „jeździectwo naturalne“ to szeroki, pluralistyczny ruch, który tworzą zarówno mniej lub bardziej prawdziwi „zaklinacze koni“, potrafiący nauczyć czterokopytne najprzedziwniejszych rzeczy, jak i sprawni biznesmeni, potrafiący dobrze sprzedać różne mniej lub bardziej wartościowe pomysły.
Jak to zwykle bywa, środowisko jest głęboko podzielone w swoim stosunku do „jeździectwa naturalnego“. Na jednym biegunie sytuują się oczywiście wyznawcy różnych szkół „natural horsemanship“ (ruch jest międzynarodowy, więc używa głównie angielskiego). Na przeciwnym biegunie: tzw. „klasycy“, dla których jest to wszystko tylko marketing, zgrywa i dojenie naiwnych z kasy.

W środku jest pustawo, bo niewielu potrafi zachować wobec zjawiska obojętność. Ponieważ nie lubię tłoku jak pan Zagłoba, ja właśnie sytuuję się w owym pustawym środku, ani „jeździectwa naturalnego“ nie potępiając, ani też nie będąc wyznawcą (bo to czasami rzeczywiście wszelkie cechy sekty przyjmuje) żadnej z jego szkół. Co zresztą w prosty sposób wynika z faktu, że d..a ze mnie nie jeździec, zawodnikiem nigdy nie byłem i już nie będę, bo jestem na to za stary i wszystko co potrafię, to wozić własne cztery litery w kulbace (rzadziej i mniej chętnie – w siodle), nie badając przy tym stopnia ubicia gruntu zbyt często.

Cokolwiek by nie mówić: „jeździectwo naturalne“ rzeczywiście działa! Gdyby nie kilka prostych sztuczek, których mnie ongiś nauczył mój przyjaciel, Sebastian Karaśkiewicz, gdyśmy jeszcze stali pensjonatem w Rudej pod Skierniewicami – prawdopodobnie już bym nie żył. Albowiem skomplikowana i pełna zastałych kompleksów psychika Wielkiego Strasznego Zwierza po prostu wymaga przegonienia jej raz na jakiś czas po round-penie i pobawienia się w niezobowiązujące i nie usystematyzowane połączenie metod Monty Robertsa i Pata Parellego (nie polecam nikomu innemu, nie udzielam porad ani lekcji, nie komentuję co ktokolwiek robi innego…). Na skomplikowaną i pełną zastałych kompleksów psychikę Wielkiego Strasznego Zwierza działa to jak zbawienny balsam, a i mnie dodaje pewności siebie, dzięki czemu nie nawiewam gdzie pieprz rośnie gdy rzuci się na mnie z zębami czy zamierzy do kopa. Co by się łatwo mogło bardzo źle i dla mnie i dla niej skończyć.

Oczywiście, jak Państwa P.T. Czytelników znam, zaraz się pojawi opinia, że to nic nowego, bo przecież nasi przodkowie Sarmaci, którzy się „w siodle rodzili“, nie takie sztuczki umieli pokazać!

Otóż niekoniecznie. A już metody, jakimi się 100, 200 czy 400 lat temu posługiwano – można je sobie doskonale wyobrazić, grube żelaza ówczesnych munsztuków, gęsto różnymi kolcami utkanych, dobrze zniosły próbę czasu i stąd wiele z nich poczesne miejsce zajmuje w muzealnych gablotach na całym świecie – byłyby dzisiaj w najlepszym razie… kontrowersyjne?

Tak więc, co by nie mówić, „jeździectwo naturalne“ rzeczywiście działa, istotnie można sobie w ten sposób znacznie ułatwić pracę z koniem i uczynić życie zarówno konia, jak i własne lżejszym i przyjemniejszym, a przy tym – jest to coś nowego, czego wcześniej nie znano. W każdym razie – nie w chrześcijańskiej Europie, bo może Turcy czy Tatarzy w dawnych czasach bliżej tych metod byli. Co podróżnicy, których relacje już tu Państwu cytowałem, potwierdzają.

Co nie znaczy, że byłbym gotów wydawać na kursy którejkolwiek z metod „naturalnych“ pieniądze – nawet, gdybym je miał.

A już pan Newzorow i jego postulat zakazu uprawiania jeździectwa w jakiejkolwiek bądź formie – po prostu zagotował mi krew w żyłach!

Cóż to innego jest, jak nie właśnie owa „religia przyrody“, każdą formę ludzkiego działania biorąca za zło wcielone? Jak nie ów „zrównoważony odwrót“, o którym niedawno pisałem na Agepo? Ludzie – popełnijcie zbiorowe samobójstwo, bo panu Newzorowowi estetycznie i moralnie się nie podoba, że jeździcie na koniach, zamiast uczyć ich cyrkowych sztuczek!

Trochę mi w tym momencie ręce opadły. Nie bardzo mam czas, żeby temat dłużej rozwijać, a w pracy o czym innym muszę myśleć. Ale to już po prostu jakimś szatańskim swądem czuć. Jakieś smarkule od ziemi nie odrosłe roszczą sobie prawo decydować o moim i moich zwierząt życiu i śmierci i nawet im ręka nie drgnie, gdy takie zberezieństwa wypisują. Co więcej: demonstrują na prawo i lewo spiżowe przekonanie o swojej moralnej wyższości nad całą resztą świata, przy którym wiara krzyżowców w pyle i spiekocie maszerujących na Jerozolimę bladą się wydaje i letnią. Co to k…a jest, jak nie jakieś demoniczne opętanie..? Wiecie Państwo doskonale, że mam pewne fundamentalne wątpliwości co do działania transcendentalnego Dobra na tym świecie – ale czytając takie wypowiedzi i dowiadując się o takich poglądach, coraz mniej mam wątpliwości, że transcendentalne Zło rzeczywiście istnieje i działa na każdym kroku. Bo po ludzku, racjonalnie, wyjaśnić tego nie potrafię… Chyba, że ktoś z Państwa ma lepszy pomysł..?

17 komentarzy:

  1. Witam,

    Panie Jacku ludzie jak to Hayek chyba pisał mają potrzebę poczuć się takimi samymi jak inni, jaki potrzebę poczucia się lepszymi od innych.

    Można to realizować, poprzez wyznawanie i praktykowanie zachowań niszowych i przypisywanie im wyższych racji: moralnych, religijnych, estetycznych czy jakichś tam innych.

    Choć i tak jak śpiewał Czesław Niemen:

    Nonsensami
    karmią się nawzajem
    spraw komicznych
    omotani siecią
    wstyd mi za tych
    co nie mając wstydu
    zapomnieli
    że u kresu
    groby nas zrównają

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Jacku, ludzie jak to Hayek chyba pisał - mają potrzebę poczuć się takimi samymi jak inni, jak i potrzebę poczucia się lepszymi od innych.

    Można to realizować, poprzez wyznawanie i praktykowanie zachowań niszowych i przypisywanie im wyższych racji: moralnych, religijnych, estetycznych czy jakichś tam innych.

    Choć i tak jak śpiewał Czesław Niemen:

    Nonsensami
    karmią się nawzajem
    spraw komicznych
    omotani siecią
    wstyd mi za tych
    co nie mając wstydu
    zapomnieli
    że u kresu
    groby nas zrównają

    Pozdrawiam
    Mark0wy

    OdpowiedzUsuń
  3. ale ta "smarkula" raczej "smarkulą" nie jest ponoc zeby zjadła na pracy z górna półką naszych zawodników włącznie z p. M wielokrotną mistrzynią Polski w ujeżdżeniu.
    Raczej na stare lata jej odbija gdyz czuje się sfrustrowana własną miernotą.

    OdpowiedzUsuń
  4. Taa, zęby zjadła... a świstek siedzi i zawija w te sreberka...

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety w życiu miałam bliższy kontakt z końmi tylko przez 2 tygodnie pewnego obozu jeździeckiego.
    Niespecjalnie mi to pomogło i niewiele też wiem o koniach.
    Nie wypada mi się zatem wypowiadać wśród specjalistów.
    Ale pozdrowić wpadłam. :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Na odwiedzanych przeze mnie psich forach najwięcej do powiedzenia mają dwunasto-, czternastoletnie pannice i właściciele psów mających je od dwóch lat. Wiedzą wszystko, uważają się za wyrocznie. Nie ma sensu z takimi wchodzić w dyskusje. Uczą hodowców, jak hodować, gdzie się ogłaszać, jakie portale są "be", a jakie "cacy". Oduczyłam się zaglądać na tego typu fora, obecnie jestem w trakcie opracowywania własnego projektu związanego z hodowlą psów.
    Wracając do koni. Tu jestem teoretykiem i nie zamierzam się wymądrzać, ale zaczytuję się w książkach Monty'ego Robertsa (tak, mam niezrealizowane marzenie o posiadaniu własnego konia) i bardzo jestem ciekawa, na ile jego metody są w rzeczywistości skuteczne. Jednocześnie, mając doświadczenie w pracy z psami, zdaję sobie sprawę, że do każdego zwierzaka trzeba podchodzić indywidualnie i teorię dostosowywać do cech osobniczych.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Riannon

    Zrealizować Twoje marzenie o posiadaniu konia jest bardzo łatwo.

    Potem tylko trzeba uważać, żeby się tych koni nagle i nie wiadomo zupełni skąd i jak, nie zrobiło ciut więcej - ale... w sumie, warunki masz..!

    Naprawdę nie jestem znawcą. Oczywiście, że metody Monty'ego działają. Ale z polskimi chłopskimi końmi - Monty by sobie nie poradził. Bo jego metody działają na konie uspołecznione, przywykłe do życia w stadzie. Tymczasem chłopi w Polsce trzymają swoje konie od wczesnej młodości uwiązane łbem do żłobu i nie dają im nawet oglądać innych przedstawicieli własnego gatunku. Na takiego konia metodą Monty'ego nic się nie poradzi.

    Potrzebna jest ogromna samodyscyplina. Kwadrans ganiania Wielkiego Strasznego Zwierza po roundpenie potrafi dać w kość bardziej niż pół godziny jazdy. Psychicznie, nie fizycznie oczywiście. A i tak mam silne wrażenie, że ona wcale nie wierzy, że ja jestem jakimś lwem czy tygrysem. Po prostu uznała taką konwencję - że gdy jesteśmy we dwoje na okręgu, to daje mi sobą porządzić - bo ma w tym interes: na chwilę rozprasza to nudę codziennej rutyny...

    OdpowiedzUsuń
  8. Jest jak piszesz Jacku...

    Moi ulubieni "ideologiczni weganie" dużo się nie różnią. Wychodzą z założenia, że zwierzę ma przyrodzoną taką samą wartość jak człowiek, więc należy je traktować jak człowieka. Z wszystkimi tego prawnymi jak i praktycznymi konsekwencjami. Reszta to konsekwencja tego, że ideologiczny weganin/osoba praktykująca natural horsmanship czy innego pogaństwa zna PRAWDĘ. Nowo poznany człowiek jest na początku kandydatem na to by został współwyznawcą. Biada jednak temu, kto usłyszał a nie przyjął PRAWDY.

    Co do pana Aleksandra Newzorowa: Na takiej kontestacji "systemu" rzeczywiście można całkiem dobrze żyć. Spotkałem się również z teorią, że KGB poprzez promocje New Age chce zniszczyć wartości Zachodu. Podejście Newzorowa całkiem dobrze się w ten koncept wpisuje.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zrealizować moje marzenie o koniu jest niezwykle trudno, bo ja chcę mieć konia fryzyjskiego w typie barkowym i nie mam na to pieniędzy. Warunki i samodyscyplina, aby był to jeden (góra dwa dla towarzystwa, przy tym to drugie, to może być i koza) są jak najbardziej. Nawet porządną stajnię mam na kilka koni. Chciałam sprawić sobie źrebię nie tknięte ludzką "fantazją" właśnie po to, aby przetestować metody Robertsa i po latach pracy z psami, sprawdzić się w pracy z zupełnie odmiennymi zwierzętami.
    Chłopskie konie, trzymane i traktowane, jak mówisz (niestety, obserwuję to na co dzień) można porównać do psów w schroniskach, lub psów po przejściach. Tu potrzeba psychologa- behawiorysty, aby wyciągnąć zwierzę z problemu, a to już dużo wyższa szkoła jazdy, niż zwykła tresura, czy nauka właściwego zachowania i zaufania do człowieka. Dlatego dorosły koń raczej w moim przypadku w rachubę nie wchodzi (chyba, że ktoś szukałby domu adopcyjnego dla fryza, ale ja w takie cuda nie wierzę).

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak zeszło na tych wegan to zastanawia mnie, dlaczego jedzenie kapusty czy grochu miałoby być bardziej etyczne od jedzenia schabowego. Idę o zakład, że kapusta i groch tak samo jak wieprzek czy krówka chcą żyć i w... korzeniach mają to, że człowiek samą energią słoneczną i dwutlenkiem wyngla się nie naje.

    OdpowiedzUsuń
  11. @Riannon

    Kliknij na link w kolumnie obok: "Konie fryzyjskie Ani Szczepańskiej". Masz do Ani małą godzinkę jazdy samochodem, ona stoi pod Legnicą. Umów się, to nasza przyjaciółka, będzie Ci życzliwa jak się na mnie powołasz. Teraz ma właśnie sezon wyźrebień. Wpadniej do niej i obejrzyj jej konie. Może się dogadacie :-)

    Natomiast co do Twojego planu "naturalnego" wychowu źrebięcia, to... najchętniej walnąłby osobny wpis, ale się boję, że mnie "prawdziwi", profesjonalni koniarze zjedzą. W każdym razie - moim zdaniem ryzykujesz bardzo poważny błąd. Metoda Monty'ego, czyli nauka "języka equus" ma tym większy sens, im bardziej uspołeczniony - w naturalnym, końskim stadzie - jest osobnik, z którym próbujemy w ten sposób "rozmawiać". Nic w tym dziwnego. W końcu Monty praktykował na odłowionych na prerii mustangach, które nic albo niewiele miały do czynienia z ludźmi, a za to - bardzo dużo: z innymi końmi.

    Metoda Monty'ego nie nadaje się do "wychowywania" źrebięcia. Po imprintingu Monty zaleca zostawić młodego konia z matką, a potem w grupie rówieśniczej i póki nie dojrzeje pod siodło, ograniczyć się do poklepywania raz na jakiś czas.

    Dlatego właśnie, jego metoda nie działa na chłopskie konie, które są wychowywane zgoła całkiem inaczej - po rozłączeniu z maktą nie widują już innych koni, nie znają zatem żadnych zachowań społecznych i nie rozumieją "języka equus", którego próbuje nas nauczyć Monty.

    Doskonale za to sprawdza się to na koniach z hodowli wielkostajennej, gdzie w licznej grupie innych koni panują złożone stosunki społeczne, dzięki którym młody koń w naturalny sposób uczy się stosunku podległości i podporządkowania.

    Tak więc: albo nie tknięty ludzką ręką źrebak - ale wtedy nie Monty Roberts, a jakaś inne metoda - albo Monty Roberts, ale wtedy to może być koń ludzką ręką mało dotykany, ale nie źrebak...

    OdpowiedzUsuń
  12. A walnij osobny wpis na ten temat, co się przejmujesz innymi, masz prawo mieć własne zdanie, a tacy, jak ja, mają prawo poznać, różne punkty widzenia, różne metody i różne szkoły. Jak widać, zachłyśnięcie się metodami Robertsa nie czyni mnie jeszcze gotową do zmierzenia się z pracą z koniem. Upieram się przy źrebięciu jednak mocno, gdyż po traumatycznym wypadku z koniem, straciłam zaufanie do tych zwierząt, a w szczególności do ludzi, którzy je trenują. Nabywając dorosłego konia, nigdy nie wiem, co z nim ktoś tak naprawdę robił. Z Robertsa można brać ogólną filozofię, a pozytywne metody wychowania konia dostosować do indywidualnej sytuacji. Gdzieś czytałam, że konia można trenować nawet przy pomocy klikera. W przypadku psa to działa, ale koń ma zupełnie inną naturę, więc to mnie ciekawi.
    Dziękuję za kontakt, zaraz sobie tam zerknę i zapiszę stronę, ale to na tzw. lepsze czasy. Nie jestem jeszcze gotowa i finansowo i psychicznie na konia, ale cały czas temat wraca. Chłop od pokoleń zaznajomiony jest z końmi. Koń nie trafiłby więc wyłącznie w ręce amatora teoretyka.

    OdpowiedzUsuń
  13. Link do hodowli nie działa :-( Ale dobrze widzieć, że w okolicy jest możliwość nabycia takiego konia, odpadają kombinacje z dalekim transportem.

    OdpowiedzUsuń
  14. Faktycznie strona nie działa. Srpóbuj telefonicznie: 602 853 042

    OdpowiedzUsuń
  15. Jacku, ja forów końskich nie czytam, bo są one stworzone i eksploatowane głównie przez nastoletnie panienki, których głupota wszelkie granice przekracza (głupota transcendentalna, czyżby?:)). Dyskutować się tam nie da i nie ma z kim.
    Do jazdy konnej podejście mam podobne do twojego. Ważne jest bezpieczeństwo, czyli koń na którym jadę musi być mi podporządkowany, a nie na odwrót i to odnosi się również do sytuacji kiedy jestem na ziemi. Stosuję klasykę z elementami naturalnymi, które są logiczne. Znam konie na tyle, że łatwo przewidzieć mi ich zachowanie, z czego korzystają zaklinacze.

    Riannon poczekaj, aż fryzy stanieją, gdy minie na nie moda. Uważaj z izolowaniem konia, bo nie będzie przewidywalny. Metody naturalne, tak jak to podkreśla Jacek, można stosować do zwierząt, które powielają zachowania swoich pobratymców za stada.

    OdpowiedzUsuń
  16. Łucjo- i tak nie mam wyjścia, cena za źrebię fryza zaczyna się od 10 tysięcy w górę. Czy przeczekam modę, nie mam pojęcia, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mody mijają. Mam nadzieję, że dzięki modzie zrobią się popularniejsze, to może cena spadnie. Z drugiej strony, dobre hodowle nie spuszczają cen ze względu na modę. Mam tu swój przykład. Moda na hodowane przeze mnie golden retrievery od paru lat utrzymuje się na stałym poziomie (ja zaczynałam hodować przed modą) U mnie cena nie spadła, a nawet lekko się podniosła. To kwestia jakości, trzymania poziomu i wielu innych czynników, o których tu się nie będę rozpisywać. Kiedyś napiszę o tym u siebie.

    OdpowiedzUsuń
  17. Riannon, masz rację jeśli chodzi o jakość hodowli i związaną z tym kwestię ceny. Niestety światek jeździecki jest na modę podatny, ostatnio styl western i quartery stają się w małopolsce bardzo popularne. Szał na hucuły powoli przemija, ich cena spadła o o ok.50%. Tutaj faktycznie miały znaczenie dotacje i tworzenie pewnych mitów o koniach tej rasy. Prawdziwych fryzów z kolei jest bardzo mało....Ale życzę Ci, żebyś kiedyś stała się właścicielką pięknego, karego konia, chociaż lepiej dla jego psychiki, abyś miała dwa..:) Powiedzmy, że to drugie, to może być koza.
    Czekam na Twój artykuł o hodowli i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...