środa, 23 marca 2011

Wpis gościnny, czyli: a jednak się kręci!

jak, wedle legendy, miał był rzec Galileusz na schodach rzymskiej inkwizycji, gdzie oficjalnie odwoływał swoje herezje.

Legenda o Galileuszu jest prawie na pewno nieprawdziwa. Jednak, czytelniczka historii naszego Dara wlkp, Agnieszka, pragnie się z Państwem podzielić własnymi doświadczeniami w układaniu bardzo młodego konia – właśnie na zasadzie „a jednak się kręci“, chcąc pokazać, że postępowanie jakie ja stosowałem, a dla Państwa opisałem, nie jest jedynym możliwym. Czego zresztą, jak Państwo dobrze pamiętacie, bynajmniej nie twierdziłem! Oddaję zatem głos Agnieszce:

Przypadkowy koń - Iskra
Moje słonko wychowane zostało w stajni sportowej. Wogóle nie planowałam jej kupna, nigdy nie widziałyśmy się na oczy. To był totalny przypadek, że stała się moja. 3 miesiące wcześniej, zanim nabyłam Iskrę, zainteresowana byłam karą 2 letnią kobyłą wielkopolską z białym mlekiem na pysku. Niestety tuż przed kupnem handlarz podniósł mi cenę o 650 zł. Podziękowałam, myślałam że skoro jesteśmy dobrymi znajomymi to nie będzie ze mną takich gierek stosował.
Uniosłam się honorem. Trudno. Nie było mi już nawet żal konia tylko rozgoryczona byłam całą sytuacją. W totalnym załamaniu mój narzeczony zawiózł mnie do stajni gdzie uprawia się skoki. Nie chciałam kompletnie tam jechać bo za te pieniądze które posiadałam mogłam sobie co najwyżej dobre siodło kupić nie konia ze stajni sportowej. W każdym razie gdy rozmawiałam z właścicielem zażenowana zapytałam czy nie miałby starego dziadka po wielu przejściach za psie pieniądze do oddania w dobre ręce. Zaproponował mi źrebaka – 11 miesięcznego. Na miejscu kiedy zobaczyłam kobyłkę serce podskoczyło mi do gardła. 
Stało to takie śmieszne z mega dużymi oczami i uszami nastawionymi w moją stronę  Wlazłam do boksu obejrzałam ją, podała mi nogi.  Kiedy wyszłam od niej nie zamknęłam drzwi. Rozmawiając z właścicielem co to za rasa, jaka cena...  klaczka podeszłą do mnie i oparła głowę na moim ramieniu.  KONIEC, KAPLICA KOŃ JEST MÓJ. Cena była niska, w dodatku za free przewieziono mi konia 40 km dalej. W poniedziałek ją zobaczyłam, w środę była już moja. Miałam miesiąc czasu żeby ją ,,sprawdzić w razie czego oddać.  Jak wiadomo nie było takiej potrzeby. Tego samego dnia  przyjechawszy stajnie klaczunia  od razu zaaklimatyzowała się ze stadem. Wieczorem położyła się szczęśliwa na sianie, przy mnie i oparła głowę o moje kolana. Uwierzcie mi, nigdy tak nie ryczałam ze szczęścia jak wtedy. Moje marzenie o posiadaniu konia się spełniło. W dodatku łączy na  chemia , dziwna więź.. zaufanie. Kocham tą moją cholerę najmocniej na świecie  W lipcu minie 2 rok od momentu kiedy jesteśmy razem J a we wrześniu kobył kończy 3 lata

Mając 22 lata - będąc kompletnie zielona- kupiłam 11 miesięcznego konia – kobyłkę po Silverze (tego pana akurat znasz).[1]

Będąc zielona mam na myśli podpięcie się (rok wcześniej) pod stajnię wiejską, gdzie koleś który posiadał konie, kompletnie się na nich nie znał (oceniam to z dzisiejszej perspektywy wiedzy jaką nabyłam z książek i z re-volty).

I powiem ci szczerze całe życie wychowywałam psy… a jednak udało mi się dotrzeć do mojego koniska w sposób – naturalny Monty’ego Robertsa oraz ćwiczeń chociażby, ale i nie tylko Pata Parellego. W zeszłym roku przeszłyśmy (bez zajeżdżania ze wzgląd na wiek) Silversand Horsemanship poziom pierwszy.

I nikogo przy nas nie było. Same wszystko opanowałyśmy, uczyłyśmy się swoich zachowań, instynktów, wiemy czego i w jakich sytuacjach możemy się po sobie spodziewać. Nigdy nie patrzyłam na mojego konia jak na psa z tego względu, że pies to mięsożerca który ma swój instynkt, a koń to jednak roslinożerca, w dodatku uciekający.

Przez te wszystkie lata dogłębnie studiowałam różne ksiązki przedstawiające psychikę konia na wolności oraz w zamknięciu. Chciałam zrozumieć pewne zachowania, aby błędnie ich nie zinterpretować. Kiedy koń zrobi to a tamto, co może być tego przyczyną.

I wiesz naprawdę rozumiem twoja troskę o źrebaki... ale nie wszyscy sa tacy jak piszesz. Ja do swojej młodej podeszłam bardzo odpowiedzialnie i dzisiaj właśnie zdajemy egzaminy z moich metod – zajeżdżanie, praca pod siodłem. Wszystko w tym roku. Pierwszy krok ciężaru mamy za sobą – zdjęcia można oglądać tutaj oraz na wątku młode konie lub o sznukersach na forum re-volty. Zero stresu u konia. Wszystko przebiegło nad wyraz spokojnie.. kobyłka nie dała mi ani razu podstaw do niepokoju.

Piszesz że Monty Roberts nie jest dla młodziaków – moim zdaniem mylisz się. Źrebaki od najwcześniejszych lat są wychowywane  join upem, które uprawiaja kobyły żeby je strofowac kiedy sa niegrzeczne. Wyganiają je wtedy ze stada na krótką chwilę, po czym zapraszają ponownie. Roberts pisał o tym wielokrotnie w swoich książkach – bo to był jden z przykładów  języka equus.  Dokładnie opisane jest to w “Ode mnie dla was” i “Człowiek który kochał konie”.

Oczywiście do 6 miesiąca dzieciaka należy zostawić przy matce ale później (9-10 miesiąc), moim zdaniem można zacząć pracę – w momencie, kiedy dziecko jest od matki odstawiane na dobre.[2] Pracę na zasadzie – uczenia się kim jest człowiek i jakich zachowań stosować przy nim nie wolno. Wszystko małymi krokami.

Ja zaczęłam od 13-14 miesiąca  życia kobyły, kiedy poznałam wszystko o czym pisze MR w “Ode mnie dla was”.[3] Dzięki temu bezboleśnie (dla jej psychiki) dla kobyły nauczyłam ją podawania nóg, stania spokojnie, chodzenia na sznurku, jak i wchodzenia do bukmanki. Uczyłam ją siebie. Że jestem wyżej od niej i nie ma prawa mną rządzić, gryźć mnie itp.
Dzisiaj moja kobyła jest dobrze wychowana. Owszem nie jest to muł (to już prawa rasy)[4] ale potrafi się podporządkowaćć człowiekowi bez szarpania, bicia czy konieczności wkładaniem jej wędzidła w pysk, bo inaczej nie podchodź.  Wychowana została przeze mnie i jest bardzo pozytywnie nastawiona do ludzi. Nie kopie i nie gryzie.  Nie zaznała krzywdy od człowieka. I tego pilnowałam najbardziej.

No i na koniec powiem ci tak – nie prowadzę żadnej krucjaty nic z tych rzeczy... po prostu podaje ci przykład siebie, który może być zupełnie inny a jednak wcale nie taki zły.

Nie jestem też zatwardziałym naturalsem – nic z tych rzeczy – młoda będzie pracować w sposób  klasyczny pod siodłem.

Ale sam sposób podejścia do niej, nauki, doświadczenia... pomogło mi w wychowaniu wspaniałego konia.

Mimo, iż wychowałam sie w mieście, nie miałamkońmi nic wspólnego (tyle co w pięknych albumach,) a nabyłam kobyłę będąc zielonym laikiem.

Jednak kiedy człowiek całe życie marzy o posiadaniu takiego pieknego stworzenia, a na koniec marzenie się ziści, tp próbuje wszelkimi sposobami dotrzeć do niego. Ale nie na ludzkich zasadach a na końskich. I tego sie trzymam.
Moją historię zna na forum bardzo dużo osób... ale zawsze znajdują się sceptycy. Mało kto potrafi zrozumieć, że do pewnych rzeczy doszłam SAMA, bez niczyjej pomocy.. i jeszcze musiałam tłumaczyć się starej szkole - dlaczego tak a nie inaczej.

Poza tym wiek, różnice kulturowe, społeczne (ja z miasta oni ze wsi, oni doświadczeni ja niby bez)... to budzi nie małą wściekłość. A już jak pokazuję kilka rzeczy na młodym koniu który stoi grzecznie na padoku bez kantara i uwiązu i słucha się – czary mary.

Nienawidzęę tego sceptycyzmu, braku zaufania do konia (własnego) i prób zapanowania nad jego 500kg, zamiast nad kilkunastoma gramami mózgu.

Niejednokrotnie pisząc w wątkach forum musiałam tłumaczyć się z wielu kwestii, a i tak były brane jak od laika – mimo że miały SENS i były cytowane z książek.

Wystarczy ze poczytasz moje wpisy wcześniejsze aby wiedzieć o czym mówię.

Nie twierdzę też, że wiem wszystko – po to czytam, aby dokształcać swoje braki. Zaczynałam od zera ... myliłam się w wielu kwestiach i potrafię się do błędów przyznać. Ale mimo wszystko moje szkolenie kobyły było traktowane jak coś niszowego.

Zdrowo podchodzęę do koni – patrząc na ich strukturę, budowę, wychowanie w naturalnym środowisku, wychowanie w niewoli oraz ich instynkt. Jeszcze raz dodam: nigdy nie nazywam/łam się naturalsem, bo korzystam także z wielu patentów klasyków, jak i ze wszystkich możliwych szkoleń jakie znam... Od Marka Rashida po Monty’ego Robertsa… Od Klimke po Karen Rohlf. Od Telling – Jones po Jamiego Jacksona.

Teraz jestem na etapie Silverstand horsemanship. I nie twierdzę, że wszystko jest istotne w szkoleniu... ważny jest SENS i ku czemu ma służyć. A skoro pewne sprawy łatwiej i szybciej można  uzyskać danym ćwiczeniem to dlaczego nie spróbować?
Ja wolę rozmawiać z koniem w jego języku – dzięki temu szybciej się rozumiemy. Nigdy też nie traktuję konia na zasadzie: jest złośliwy dlatego gryzie... wiem, że wiele błędów interpretowania końskich zachowań wynika z braku rozumienia ich. Dlatego zawsze podchodzę do wszystkiego na spokojnie i staram się zrozumieć dlaczego jest tak, a nie inaczej.

Dodatkowo sama werkuję kopyta mojej kobyle[5] – nauczyłam się tego fachu dzięki użytkowniczkom re-volty, które przeprowadziły mi mini kurs internetowy wg metod naturalnych. A w najbliższym czasie wybieram sie na realny kurs poświęcony temu tematowi.


Wygląda na to, proszę Państwa, że się tu nam spontanicznie kolejny, „koński“ cykl rodzi (po odłożonej na razie na lepszą przyszłość „historii sekretnej“). Przy najbliższej zatem okazji opowiem – żeby nie było tak słodko i przyjaźnie – o prawdziwej bandzie całkowicie niewychowanych, znarowionych i rozpuszczonych jak dziadowskie bicze koni, które miałem nieszczęście poznać. Były to konie – tak jest, słusznie Państwo zgadujecie – „wychowywane“ (teoretycznie, rzecz jasna) przez zaprzedane dwie adeptki „naturala“, z „carrot stickami“ biegające.

To będzie w ramach ostrzeżenia. Bo spróbuję też wyjaśnić, dlaczego tamtym paniom nic a nic się nie udawało. Na ile, rzecz jasna, będę umiał, bo żaden ze mnie autorytet…

Generalnie zaś, jak widać, kurs jest wytyczony i jasny – i zgadzamy się całkowicie z Agnieszką pod tym przynajmniej względem, że rzecz całą trzeba brać na rozum, a ważniejsze od trzymania się jakiejś konkretnej „szkoły“, jest uzyskiwanie zadowalających efektów, realizowanie celów, jakie sobie postawimy.

Jeśli ktokolwiek z Państwa chciałby się w taki właśnie sposób podzielić ze światem swoją historią – zapraszam, te łamy są otwarte dla gości.

Poza tym, koleżanka Agnieszka – tu może zdradzę pewien forowy sekret – niedawno nabyła własne gospodarstwo i staje się tym samym kolejnym przesiedleńcem z miasta na wieś. Może kolejnym blogerem również..?


[1] Kryliśmy Dalię wlkp ogierem Silver – już nie żyjącym – bez powodzenia, niestety.
[2] Nie spotkałem się do tej pory z pojęciem „odsadzania na dobre“. Wedle standardowej praktyki hodowlanej wszystkie źrebięta odsadza się po ukończeniu szóstego miesiąca życia, ale nie później niż na koniec roku w którym się urodziły. W wieku 12 miesięcy oddziela się ogierki od klaczek.
Zwykle przez kilka pierwszych tygodni po odsadzeniu, odsadek przestaje rosnąć, a czasem nawet – traci na wadze. Wynika to ze stresu jakie przeżył i z całą pewnością nie jest to dobry moment na robienie z nim czegokolwiek. Potem zwłaszcza, jeśli ma kontakt z rówieśnikami – szybko nadrabia straty w rozwoju.
[3] Mamy tę książkę i też z niej korzystaliśmy. Nigdy bym się jednak nie odważył robić czegokolwiek TYLKO na podstawie książki. Ani nawet DVD z kursem J.
[4] Raczej ojca. Chcieliśmy pokryć Dalię wlkp Silverem właśnie dlatego, że był to w tym momencie ogier trakeński o największych w Polsce możliwościach ruchowych – i chodziła plotka, że dobrze je przekazuje potomstwu…
[5] Mimo wszystko: nie róbcie tego w domu!

4 komentarze:

  1. Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam wpis Agnieszki. Nie mam doświadczenia w układaniu koni, konie układane metodą naturalną spotkałam w sopockiej stajni, gdzie dziewczyny jeżdżąca w stylu west z powodzeniem układała nawet trudne konie. Godzinami można było patrzeć na jej pracę. Wydaje mi się, że przy metodzie naturalnej więź z koniem jest jakby pełniejsza, bo nie opiera się na strachu zwierzęcia. Z chęcią poczytam na ten temat więcej. I z przyjemnością odwiedzałabym bloga Agnieszki - Agnieszko - pomyśl o tym...prosimy!

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest historia, jaką chciałam przeczytać, aby zdobyć pewność, że jednak można. Dla Agnieszki wszystkiego dobrego życzę na nowym gospodarstwie i również chętnie zostałabym czytelniczką bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za miłe komentarze. W takim razie zapraszam serdecznie-> http://www.photoblog.pl/zabeczka17 od dzis zaczynam tworzyc jedyna w swoim rodzaju historię :)

    OdpowiedzUsuń
  4. (...)Nie kopie i nie gryzie.(...) a tuż nad tym wpisem filmik gdzie kobyła kopnęła kamerzystę xD

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...