niedziela, 13 marca 2011

O erystyce podłego gatunku

Na moim ulubionym forum historycznym od pewnego czasu toczy się kilka debat na temat tożsamości Polaków, sposobów i mitów jakie tworzeniu się tej tożsamości służyły. Część z tych debat to oczywiste bicie piany, wynikłe głównie z pojawienia się na forum pewnego prowokatora, idącego na czołowe zderzenie z naszym „algorytmem autodeskrypcji“ w duchu wręcz nazistowskiego rewizjonizmu. Jak Państwo, moi Drodzy Czytelnicy dobrze wiecie, też nie stronię od podważania ustalonych i zaklepanych mitów – ale z całą pewnością nie jest właściwą metodą przeciwstawianie jednych mitów drugim. Zwłaszcza tak podłego gatunku.

Wśród wszystkich tych wątków na uwagę zasługuje ten, dotyczący losów Antoniego Bryka – chłopa z dóbr Kazimierza hr Krasickiego, który zbiegłszy w młodości od swego pana, ukończył medycynę. Zdobywszy wyższe wykształcenie, stał się „człowiekiem“. Nie mogę tego inaczej nazwać w świetle tego, co się działo potem. Albowiem ów Krasicki dowiedziawszy się, gdzie Bryk przebywa, zażądał jego dostarczenia do swych dóbr. W domyśle – w celu skierowania go z powrotem do wyrzucania gnoju i innych prac pańszczyźnianych na gospodarce po zmarłym ojcu. Oczywiście, tego do końca nie wiemy, bo austriacka policja, która bez chwili zwłoki wykonałaby polecenie hrabiego Krasickiego, gdyby chodziło o zwykłego chłopa, w przypadku pana doktora – a więc „człowieka“, a nie chłopa! – wykazała się na tyle dużą ślamazarnością, że sprawa zdążyła dotrzeć do samego Najjaśniejszego Pana, który okazał „człowiekowi“ łaskę, na jaką zwykły chłop nie miał co liczyć: wcielił go do austriackiego wojska, tym samym przed domniemanym powrotem do wideł chroniąc. W późniejszych latach pan doktor Bryk wykładał na Jagiellonce, podobnoż demonstrując przy tym nader antypolskie poglądy.

Jak bystry Czytelnik (a inni zazwyczaj tu przecież nie zaglądają) zdążył już zauważyć, sprawa ta, w zależności od tego, jak ją opowiadać, może mieć całkiem zgoła różne morały. Można tę opowieść potraktować jako dzieje dzielnego człowieka, który wyrwał się z hańbiącej niewoli i zyskał wolność intelektualną – a potem i prawną, skoro go już Najjaśniejszy Pan w kamasze wziął, tym samym przed dziedzicem broniąc. Można też tę opowieść potraktować jako prefigurację losów całej, chłopskiej przecież z pochodzenia (nie oszukujmy się!) inteligencyji polskiej, osobliwie powojennej. Gdzie miejsce owego złego dziedzica równie dobrze mogą zająć wyrodni rodzice, którzy synka na nauki do miasta posłanego, chcieliby przy widłach i taczce może zobaczyć, gdy sami z sił opadną, a tu – niestety: praca fizyczna hańbi, a praca przy gnoju hańbi stukrotnie, „człowiek“ z maturą (a co dopiero – z doktoratem!) tak się pohańbić nie da. A miejsce Najjaśniejszego Pana zajmuje dobrotliwa komuna, fundująca takim synkom chłopskim nie wymagające machania widłami synekury za biurkiem. Można też wreszcie, wskazać na obiektywne uwarunkowania z których postawa i złego dziedzica i dzielnego doktora wynikły.

Można, tylko po co? Skoro dla co poniektórych przynajmniej dyskutantów, ważniejsze są próżne ćwiczenia erystyczne. Podłego zresztą gatunku. Argument, że skoro dziedzice nie mieliby czym zapłacić za najemną pracę, gdyby tak od razu i bez żadnego wykupu pańszczyznę znieść, to mogą sobie iść w siną dal – czy też równie mało wart argument, że skoro bez płodozmianu uprawiać roli indywidualnie chłop na większości terenów dawnej i obecnej Polski nie mógł i musiał na panu polegać, to let it be: dajmy sobie spokój z tą całą uprawą roli, skoro nam nie wychodzi i sprowadzajmy potrzebną nam żywność z zagranicy – to plewy nie słowa. Na takiej samej zasadzie, skoro się nam to co się tu i teraz nie podoba – wyjedźmy wszyscy na zmywak do Londynu. Ostatni gasi światło.

Natknąwszy się na taki ośli upór, dałem więc sobie spokój z dalszą w tym wątku dyskusją. Co nie znaczy, że mam zrezygnować z przedstawienia tej sprawy moim Wiernym Czytelnikom. Wydaje mi się bowiem, że poza alternatywnymi morałami jakie mogą wynikać ze sposobu opowiadania historii doktora Antoniego Bryka, kryje się też pewna głębsza rzeczywistość, głębsza prawda którą może jakoś wspólnymi siłami (bo liczę tu na pomoc Szanownych Komentatorów) z tego popiołu wydobędziemy.

Powszechnie znanym błędem, przed którym przestrzegają historyka wszystkie podręczniki metodologii, jest przykładanie współczesnych miar do dawnych czasów. A ta historia właśnie pokazuje, do jakich konsekwencji ów błąd prowadzi.

Czyż sytuacja w której jedni ludzie „za darmo“ pracują dla innych ludzi nie zasługuje na nasze jednoznaczne potępienie? Oczywiście że zasługuje! A skoro tak, to do Diabła z całą tą szlachtą, pańszczyzną, feudalizmem i temu podobnymi! Wolność rządzi!

I to jest właśnie ten błąd. Przykładanie współczesnej miary do tego jak myśleli i co robili ludzie 150 lat temu. Przykładając tę miarę widzimy historię doktory Bryka nader jednowymiarowo: złośliwy, okrutny, sadystyczny dziedzic chce pognębić szlachetnego, dzielnego człowieka. Z którym w dodatku łatwo możemy poczuć więź duchową, bo przecież większość z nas, którzy to czytamy, też studia takie czy inne ukończyła (tylko dlatego zresztą, historia ta jest tak znamienna: dr Bryka to taka „niewolnica Izaura“ galicyjskiej pańszczyzny: bohaterce brazylijskiego tasiemca trudno byłoby aż tak pozyskać sympatię widzów, gdyby nie była biała i nie grała na fortepianie…). Żadne racje moralne nie stoją po stronie pana Krasickiego, wszystkie racje moralne przemawiają za Antonim Brykiem. Idąc tym tropem, rzeczywiście możemy i polskość potępić, bo wszak Polakiem był i do polskości poczuwał się ów zły dziedzic – a nie jego uciemiężony poddany.

Starałem się wykazać argumentami natury ekonomicznej i ekologicznej, że określenie „za darmo“ jest nieprawdziwe. Owszem, możemy pytać, czy wymiana usług między dworem a wsią była aby na pewno równoprawna i sprawiedliwa? W połowie XIX wieku – nie. Dwór osiągał o wiele więcej korzyści niż oferował usług swoim poddanym. Ale z czego to wynikało? Czy tylko z jakiegoś mitycznego „kryzysu gospodarki pańszczyźnianej“? Ładny mi kryzys skoro jeszcze w XVIII wieku sejmiki regularnie uchwalają zakazy hazardu i noszenia złotych ozdób przez chłopów. Regularność tych uchwał jasno dowodzi, że nie były przestrzegane, chłopów zatem było stać i na hazard i na złote łańcuchy.

Próbowałem udowodnić, że jeśli nie całość, to przynajmniej znaczna część owej niesprawiedliwości była skutkiem działania austriackiego zaborcy. Efektem zewnętrznym Rechtsstaat: doprowadzając bowiem do stanu, w którym obowiązujące prawa były wykonywane, zaborca doprowadził też do sytuacji, w której wykonywane były czysto teoretyczne wcześniej prawa przeciw zbiegostwu chłopów – ich podstawowej broni w walce z nadmiernym dociskaniem pańszczyźnianej śruby.

Teza, iż magnat u którego schronili się zbiegli z dóbr sąsiada chłopi odda ich na pewno i niezwłocznie owemu sąsiadowi po prostu nie znajduje potwierdzenia w źródłach. Procesów sądowych o wydanie zbiegłych chłopów było setki. Jak nie tysiące. Jeśli nawet kończyły się one jakimiś wyrokami – to czy z braku policji, dało się te wyroki w naszej błogosławionej Rzeczypospolitej wykonać..? No nie dało się. Czy gdyby magnaci zawsze i natychmiast wydawali zbiegłych chłopów swoim sąsiadom, dochodziłoby do takich procesów? No nie dochodziłoby. Że jakiś podkarpacki watażka umiał siłą swoich chłopów nawet i z Węgier w dybach ściągnąć – chwała mu za to! Był ów watażka prekursorem samego Donalda Tuska, który też chciał Polaków ze zmywaka w Londynie na powrót do kraju ściągać. Tylko skuteczniejszym. Co po raz kolejny podważa wiarę w jakiś moralny postęp ludzkości – tak swoją drogą.

Jak już widzimy, samo tylko uwzględnienie realiów czysto praktycznych – gnojem i znojem śmierdzących – już owo ahistoryczne uroszczenie do jedynosłuszności oceny kazusu dr Bryka podważa. Bo nie „za darmo“ jego ojciec i dziad rozrzucał gnój na polach hrabiego Krasickiego. Tylko za to, że jak przyszedł nieurodzaj, zaraza na bydło, czy przemarsz wojsk – to im hrabiowie Krasiccy życie od śmierci głodowej ratowali. O czym rzecz jasna w czasach urodzaju i dobrobytu nikt przy zdrowych zmysłach pamiętać nie chciał – to naturalny mechanizm ludzkiej psychiki jest: urazy i niesprawiedliwości pamięta się o wiele dłużej niż łaskę, która zresztą także może w naturach dumnych i niezależnych irracjonalną urazę budzić.

Powstaje tylko pytanie – czy, biorąc pod uwagę spore niewątpliwie w połowie wieku XIX koszty wykształcenia lekarza, pan hrabia Krasicki postępował racjonalnie, chcąc doktora Bryka z powrotem do wideł wysłać? Zakładając oczywiście, że istotnie chciał był tak zrobić.

Tego się zapewne nigdy nie dowiemy. Być może istotnie pan Kazimierz był niespełna rozumu furiatem – sadystą i bardziej go gniewało, że jego chłop stał się mu nagle równy stanem (wykształcenie wyższe i wtedy i teraz równało się szlachectwu), niż się jakimikolwiek racjonalnym przesłankami kierował. To też jest jak najbardziej możliwe i nawet psychologicznie prawdopodobne.

Istnieje jednak jeszcze jeden aspekt tej sprawy, który zachowanie hrabiego Kazimierza także mógł wytłumaczyć. Otóż więzy łączące pana z jego chłopami nie były tylko więzami ekonomicznymi i prawnymi. Wszyscy to dobrze wiemy, jeśli tylko cokolwiek się nam obiło o uszy na temat feudalizmu. Były to więzy natury moralnej – i nawet, w założeniach przynajmniej: emocjonalnej. Chłopi mieli być dla swojego pana jak dzieci. Pan miał być dla swoich chłopów jak ojciec.

To oczywiście tylko teoria, ideał, pewien rodzaj „przemocy symbolicznej“ jak by to zapewne Piotr Bourdieu określił. Niemniej, po 800 latach powtarzania, mógł się ten wzorzec zarówno w szlacheckich, jak i w chłopskich głowach utrwalić? Ano mógł! Mało tego: im który dziedzic okrutniejszy był w praktyce i bardziej samolubny, tym pewniej gębę miał bardziej tego ideału pełną. Jak to zresztą widzimy na przykładzie ze szkolnej czytanki – bo jak się do swoich prześladowanych za życia chłopów zwraca upiór złego pana w „Dziadach“? „Dzieci, dzieci!“ – do nich woła.
Piotr Bourdieu
miałby coś do powiedzenia o tej właśnie postaci

Hrabia Krasicki zatem, jeśli nawet istotnie ze złośliwości i urażonej dumy doktora Bryka prześladował – mógł w tym widzieć zachowanie surowego, ale sprawiedliwego ojca, któremu dziecko winno jest w swoim sumieniu bezwzględne posłuszeństwo. I nie możemy arbitralnie takiej racjonalizacji odrzucić jako zwykłego urojenia chorego psychicznie szlachetki.

Jeśli się wczytać w wypowiedzi uczestników tej forumowej dyskusji, do czego wszystkich Państwa gorąco zachęcam, bo poza wszystkim innym – dość ładne są – to okazuje się, że dokładnie tak samo myśleli cesarscy generałowie. Obawiający się, że galicyjscy chłopi – w tym urlopowani z wojska weterani, których niemało było, bo rząd wiedeński zwykł tę odległą, biedną prowincję traktować głównie jako obfite źródło rekruta – z miłości do swoich panów na pierwsze ich wezwanie karnie zaciągną się w powstańcze szeregi i ruszą na Wiedeń. Samych Austriaków zaskoczyło to, jak bardzo udało im się przez 70 lat więź łączącą chłopów z panami podkopać, że zamiast do powstania stanąć, w rzeczywistości galicyjscy chłopi urządzili swoim panom rabację…

Skądinąd – choć mit wielkiej wojny ludowej, chłopskiej przeciw szwedzkiemu najeźdźcy nie jest tak do końca prawdziwy – podczas „Potopu“ tak właśnie było, jak to sobie prawie 200 lat później cesarscy roili: chłopi w Polsce murem za swoimi panami stanęli, wspólnie żołdaków Karola Gustawa z kraju wyganiając.

Co takiego się stało, że po 200 latach sytuacja była zgoła odmienna? Ano właśnie to się stało, na co zwracałem uwagę: to ingerencja zaborcy, jego stała, choć różnymi metodami realizowana polityka pokłócenia chłopów z panami. Polityka, tak po prawdzie, wydająca owoce aż do dziś. Bo przecież czym innym jest podział na rządzących nami mniej lub bardziej tajemniczych „Onych“ i rządzonych, uciskanych i wyzyskiwanych „prawdziwych Polaków“ – jak nie spadkiem po tamtej traumie..?

18 komentarzy:

  1. Bo ludzie i po necie... i pod sklepem... i na targowisku.... mawiają, że ONI to często zupełnie nie są Polacy, ale pewne mniejszość której nazwy nie wolno wymieniać.

    I co ciekawe mówią tak samo i u mnie, i w rodzinnych stronach zony na 2gim skrawku Polski.

    OdpowiedzUsuń
  2. Melchior Wankowicz mowil to samo. Po wojnie z narodu polskiego zostalo cialo bez glowy na ktorym osadzono glowe zydowska. Ale to ocywiscie takie tam zarciki...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydaje mi sie, ze Szanowny Kolega ulegl wplywowi legend historykow. Samo zalozenie, ze chlop panszczyzniany mogl uciec do miasta i wstapic tam na uniwersytet aby w konsekwencji zostac doktorem medycyny wydaje sie nieprawdopodobna. Oficjalne uwlaszczenie wloscian przez Rzad Narodowy Polski nastapilo 22 stycznia 1863r (powstanie styczniowe). O ile dobrze pamietam konkurencyjne ustawy uwlaszczajace wydaly wkrotce potem mocarstwa zaborcze. Wydarzenie, omawiane musialo wiec nastapic wczesniej, zapewne w koncu 18 badz na poczatku 19 wieku. W tym czasie szkolnictwo wiejskie ograniczalo sie do 3 lat szkoly podstawowej, po ukonczeniu ktorej delikwent na ogol nadal nie umial czytac ani pisac. Zwyczaj podpisywania sie "krzyzykiem" istnial jeszcze w II RP. Jesli nawet jakis urwis uciekl do miasta to nie mial on ani wyksztalcenia ani pieniedzy aby cokolwiek studiowac. Czasy te opisane sa przez Zeromskiego (Silaczka, Popioly) , Prusa (Placowka, Lalka), Lozinskiego i wielu innych pisarzy "zaangazowanych". Wedlug wielu pisarzy (Konopnicka, Rodziewiczowna) uwlaszczenie bylo strasznym bledem i krzywda zrobiona chlopstwu, ktore do stanu samodecydowania o swoim losie nie bylo przygotowane ekonomicznie i umyslowo. Nie mowiac juz o tym, ze byl to cios ekonomiczny w podstawy polskiego eksportu zywnosci.

    OdpowiedzUsuń
  4. Rzecz działa się w Galicji, nie w Kongresówce. Jak najbardziej było to możliwe i, co więcej - zdarzyło się naprawdę. Pan dr Bryk istniał i rzeczywiście na Jagiellonce wykładał. Nawet założył "Przegląd Lekarski" - pismo, zdaje się, istniejące po dziś dzień..?

    A jak mu się udało studia skończyć..? Cóż: musiał być rzeczywiście młodzieńcem bardzo uzdolnionym i niezwykle upartym.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Bo nie „za darmo“ jego ojciec i dziad rozrzucał gnój na polach hrabiego Krasickiego. Tylko za to, że jak przyszedł nieurodzaj, zaraza na bydło, czy przemarsz wojsk – to im hrabiowie Krasiccy życie od śmierci głodowej ratowali."

    O, to to. I tak właśnie był feudalizm prawdziwą "trzecią drogą", zapewniającą chłopom państwo opiekuńcze, ale bez nieefektywności ekonomicznej związanej zawsze z własnością publiczną, bo to państwo prywatne było - państwo Krasiccy, na przykład :P

    Być może słusznie podnoszą socjaliści argument, że przeciętny człowiek nie poradziłby sobie z wolnością i odpowiedzialnością za siebie. Błąd ich tkwi w przekonaniu, że trudność tę może pokonać tylko instytucja publiczna.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie chciałbym być tu wulgarny, ale i tak niestety będę...

    Otóż kilku znajomych mi ludzi na pozycji powyżej przeciętnej z uporem powtarza (w ramach coachingu młodego ambitnego?) pamiętaj chłopcze "Ludzie to bydło, i będą postępować jak bydło".

    i coś w tym jest!

    OdpowiedzUsuń
  7. @Iulius

    Pisałem o możliwości takiej interpretacji tego systemu rok temu: http://boskawola.blogspot.com/2010/04/niebezpieczenstwa-bezpieczenstwa.html

    OdpowiedzUsuń
  8. Przepraszam, że tak na szybko, ledwo przyjechawszy i ledwo przeczytawszy klecę odpowiedź, ale Rabacja (zwana niebezpodstawnie "Rzezią Galicyjską") jest moim "konikiem" i poruszyło mnie, że Poważni Panowie Historycy wzięli ją sobie na ząb. Więc dwie uwagi początkowe. ! Nie istnieją moim zdaniem ogólne opracowania wyczerpujące temat "pańszczyzny". Zwyczajnie - Pańszczyzna w Galicji (I chyba nie tylko ) (przynajmniej do czasów reform terezjańskich i józefińskich opierała się niemal wyłącznie na prawie zwyczajowym i brak dziś materiałów do badania tematu- "Ksiąg Powinności" (czego chłopi w Rabację nie spalili to zakopali pod tzw kapliczkami pańczyźnianymi w 1848 )sprawia, że niewiele istotnych rzeczy ponad to co zebrał prof Burszta da się ustalić.
    2. Proszę zwrócić uwagę na sposób pobierania rekruta Był to dla "urzędników dworskich" - mandatariuszy znakomity sposób na pozbycie się ze wsi na bodajże 14 lat niewygodnych pyskatych chłopów. Później tacy wracali i nie dość że zostali zdemoralizowani w wojsku to jeszcze wierzyli, że cesarskie jest święte i umieli się posługiwać bronią.
    Temat wart przynajmniej jeszcze jednaj książki.

    Niezwykłym przyczynkiem do dyskusji na temat pańszczyzny w Galicji jest "Katechizm poddanych galicyjskich o prawach i powinnościach ich względem Rzadu, Dworu i samych siebie. Przez Konstantego Leliwa Słotwinskiego. Przełożonego Zakładu nar im Ossolińskich, Pana w Głobikowy, Komisarza niegdyś cyrkułowego, Członka Towarzystwa naukowego w Krakowie," wydany w Krakowie w 1832 r.
    Nie od rzeczy będzie dodać że Konstanty Leliwa Słotwiński zginął był na progu swojego dworu w Głobikowej w 1846 poniewąż nie chciał się ukryć. Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dodam jeszcze że z relacji, które zebrał dr J. Fierich właściciel Broniszewa wynika, że chłopi w 1846 roku straszyli się "że Polaki idą!". (Powiat Ropczycki !!! a nie żadna Ruś na której akurat było spokojnie.) Chłopi galicyjscy byli cesarscy bo tylko "cysorz" i cyrkuł mogli wziąć ich stronę w sporze z Dworem! Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  10. Cyrkuł i "cysorz" brał stronę chłopa w sporze, który sam wywołał. To jest właśnie mechanizm który przez 70 lat (3 pokolenia! Jednak silna to musiała być więź wcześniej...) zdołał tak zerodować stosunki między dworem a wsią, że do Rabacji doszło... Klasyczna polityka "divide et impera" - nieprawdaż?

    OdpowiedzUsuń
  11. Ba! To, że Austriacy mistrzowsko wykorzystali swoje (mniej czy bardziej wydumane) atuty jest zgoła poza dyskusją. Jestem tym niezmiennie wstrząśnięty, ale i pełen mimowolnego podziwu. To, czy klasyczna Pańszczyzna jako wymiana usług i towarów między Dworem a wsią straciła na pocz. XIX w. ekonomiczną rację bytu jest rzeczą do dyskusji - moim zdaniem, tak właśnie się stało, gdy samowystarczalność Majątku przestała być celem samym w sobie. Jednak to, że Austriacy MIELI CO wykorzystywać, jest inną sprawą. Owszem, gdy trafiali się Ziemianie - potworni sadyści, ich ekscesy były nagłaśniane i kolportowane zarówno w ulotkach, jak i w stugębnej plotce, potęgując i tak dojmujące poczucie krzywdy, ale to, że łańcuch teleologiczny u ówczesnego chłopa był tak krótki, że praktycznie nie sięgał poza jutrzejszy dzień, nie było ich winą, tylko zaniedbaniem właścicieli. (Nie chce mi się grzebać w notatkach, ale w okolicach właśnie Pilzna był majątek, gdzie właściciel jeszcze przed Rabacją założył Szkołę i tam krwawe ekscesy miejsca nie miały.)Jedna jeszcze tylko cytata, która koresponduje z historią Antoniego Bryka (z notatek Seweryna Goszczyńskiego, który naonczas podróżował po Galicji i w 1832 roku notuje relację starego konfederata barskiego, Romualda Prus Lisickiego: „Kościuszko był wówczas dyktatorem i odbywał przegląd swego wojska. Zjechało się wiele szlachty z okolicy, jeden z nich postrzega w szeregu powstańców poddanego ze swojej wsi, który tajemnie uciekł do wojska; bez żadnego względu na cokolwiek wyciąga go z szeregu, uderza kilka razy w twarz i każe natychmiast powrócić do wsi, gdzie mu jeszcze zapowiada chłostę za zbiegostwo. Kościuszko jakby tego nie widział, odwrócił się i odjechał w inną stronę. "
    Ani tej, ani innych podobnych historii, niestety, nie można zrzucić na karb demoralizującego wpływu zaborcy na harmonijną wcześniej symbiozę Pana z Chłopem Pzdr.
    Rado

    OdpowiedzUsuń
  12. Gwoli ścisłości pozwolę sobie jeszcze na dwie uwagi.
    @Anonim Z zasady nie dyskutuję z Anonimami chcę jednak uzupełnić (z całym szacunkiem dla Wańkowicza i Sz.P.) przytoczoną cytatę,której figura retoryczna pochodzi z listu Zygmunta Krasińskiego do Trentowskiego z 3 listopada 1846r i brzmi: „(…)Zetnij głowę narodu, o której mówię, wyrżnij szlachtę, a zostanie lud bitny ciemny, rozpasany na chwilę, który nie mając przeszłości, obecność swoją za pewien byt dobry odda w ręce pierwszego lepszego Atylli”
    @Bobola. Uwłaszczenie chłopów w Galicji to rok 1848. (Wcześniejszych manifestów nieudanego powstania nie liczę). Również w literaturze sporo postaci które kończą Nauki zarabiając na nie korepetycjami.
    Pozdrawiam z szacunkiem.
    Rado

    OdpowiedzUsuń
  13. Przyznam się, że niedawno niemal identycznie (negatywnie) oceniłem przypadek rodziców pewnej dziewczyny ze wsi. Rodzice nie chcieli dać/pożyczyć jej (plotka nie jest tu precyzyjna) na studia zaoczne, bo woleli kupić dodatkowe hektary. Czy ta decyzja okaże się dla niej dobra... zobaczymy. Pewnie jeśli nie pójdzie na studia a zostanie na gospodarce, to może mieć do końca życia wyrzuty względem rodziców, przez których nie spełniła życiowych marzeń/zachcianki? Wieść gminna nie precyzuje co chciała studiować owa dziewczyna.

    Na studiach oprócz zdobycia wiedzy i znajomość przecież mogła również poznać męża.

    OdpowiedzUsuń
  14. Co do "głębszej prawdy" z tej sytuacji, to chyba potwierdza się to co już kilka razy pisałeś. W przypadku państwa (jako tworu formalnego) nie ma tego "dobrego" co by na złe nie wyszło.

    OdpowiedzUsuń
  15. @ Go i Rado

    Ta historyjka przede wszystkim bardzo źle świadczy o Kościuszce. Już za sarmackich czasów każdy kto przysięgę złożył był pod hetmańską władzą, nie żadną inną i choćby był zbiegłym przestępcą a nie tylko - zbiegłym chłopem - bez woli wodza wydanym być nie mógł. A tu Kościuszko udaje że deszcz pada, gdy mu jakiś szlachetka w twarz pluje...

    Dla odmiany podam historyjkę całkiem przeciwną z 1812 roku z powiatu wileńskiego. Tamże zamieszkała obywatelka Horainowa nie tylko przedstawiła 4 chłopów - ochotników ze swoich dóbr do wojska litewskiego, które miało walczyć u boku Napoleona, ale też, cytuję: "zaręczyła im, że jeżeli wrócą po 6 latach z dobrym świadectwem z pułku, otrzymają pół włóki ziemi na 15 lat bez opłat, a w razie nagrodzenia krzyżem wojskowym - całą włókę dożywotnio" (Dariusz Nawrot, "Litwa i Napoleon w 1812 roku", Katowice 2008, str. 523

    OdpowiedzUsuń
  16. @Go i Rado Barłowscy
    "...pozbycie się ze wsi na bodajże 14 lat niewygodnych pyskatych chłopów. Później tacy wracali..."

    Czy sa jakies szacunki, ilu z tych rekrutow wracalo z wojska?

    Browning

    OdpowiedzUsuń
  17. @Boska Wola. Można by rzec, że Kościuszko wykazał się tak wysoko cenionym przez Ciebie -pragmatyzmem. :D
    Przytoczoną anegdotę znajdziesz w "Dzienniku podróży do Tatrów" Goszczyńskiego, na str 58 wydania wrocławskiego z 1958 r.

    Poleconą przez Ciebie dyskusję przeczytałem z zainteresowaniem i z przykrością zauważyłem, że abstrahując od kwestii rzeczywiście, moim zdaniem, dyskusyjnych, zbyt wielu Sz. Dyskutantów bierze swoje własne "widzimisię" za Prawdę i z zapałem godnym lepszej sprawy przytacza argumenty "z księżyca". Sprawia to, niestety, wrażenie, jakby nie bardzo wiedzieli o czym mówią.
    @Browning. Nie mam niestety pojęcia jaka była skala tego zjawiska. Nie umiem też powiedzieć czy ktoś temat pod tym kątem badał. Sądzę że można by dojść do konkretnych liczb prześlęczawszy wiele godzin w austriackich archiwach. Natomiast to, że tzw "urlopnicy" byli prowodyrami i aktywnymi uczestnikami powstawania "czerniaw" (band chłopskich chodzących w "krwawe zapusty" od dworu do dworu) powtarza się w niemal wszystkich relacjach rabacyjnych jakie znam.
    Pzdr.
    Rado

    OdpowiedzUsuń
  18. @Go i Rado

    Kościuszko wykazałby się pragmatyzmem i odpowiedzialnością, gdyby nie robił powstania.

    Jak już je zrobił, to na pragmatyzm było za późno i należało się wykazywać bezwzględnością. Również w obronie własnych żołnierzy przed warcholskimi szlachetkami.

    Przypuszczam, że gdyby Chodkiewiczowi czy Żółkiewskiemu (obaj straszni cholerycy byli!) ktoś próbował żołnierza z szeregów wyciągnąć, choćby i ostatniego ciurę, to by taki odważny szybko się dowiedział, jak smakują hetmańskie baty na goły zadek. W najlepszym razie!

    Żeby było śmieszniej: w przyszłym tygodniu mamy "próbny" objazd z ziółkami w ramach nowej firmy. Kończymy w... Maciejowicach! Oby na szczęście :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...