piątek, 18 marca 2011

Nie róbcie tego w domu…

Sponsorem dzisiejszego wpisu jest literka D i blogerka Riannon, która zwierzyła się wczoraj, że marzy o pięknym, fryzyjskim źrebaczku, którego będzie mogła wychować od maleńkości – po swojemu. Literka D jak Dar wlkp, syn Dalii wlkp, naszej najstarszej – mojego Wielkiego Strasznego Zwierza.

Albowiem rozmyślając przez cały Boży dzień o tym, jak miałbym to, co mam do powiedzenia opowiedzieć, nie narażając się na słuszną krytykę lepszych ode mnie profesjonalistów, a zarazem nie stwarzając błędnego wrażenia, że kogokolwiek namawiam do naśladowania moich metod – doszedłem do wniosku, że jedyne co mogę zrobić, to opowiedzieć Państwu o wychowaniu Dara. Całkiem, jak sądzę – udanym. Co kilka osób może potwierdzić, albowiem Dara sprzedałem ponad dwa lata temu, nimeśmy się do Boskiej Woli wprowadzili. Jeśli więc ktoś z Państwa chciałby listów referencyjnych, mogę odesłać do kolejnych właścicieli, którzy moje słowa potwierdzą.

Drodzy moi parafianie zatem – nie róbcie tego w domu! Róbcie tak, jak Wam doświadczenie i serce podpowie. Za żadne skutki wynikłe z naśladowania naszej epopei – nijakiej odpowiedzialności nie biorę!

Dar zmuszony był przyjść na świat w Zagościńcu pod Wołominem na skutek interwencji wybitnego specjalisty rozrodu koni i położnika, dr Macieja Witkowskiego. Wcale się bowiem na ten łez padół nie spieszył – ustalony termin porodu przekraczając o tydzień. Przy czym, gdyby nie ta interwencja, Dara by w ogóle nie było, bo wody płodowe zaczęły już zmieniać barwę. Jego matka po prostu miała zbyt słabe skurcze, aby go urodzić. Dlatego zresztą dostał na imię tak, jak dostał: „Dar“. Pierwszym zatem, bardzo ważnym szczęśliwym trafem w historii Dara, był wybór pensjonatu w którym postawiliśmy na kilka miesięcy przed porodem jego matkę. Nie było to takie proste: Zagościniec był wtedy bardzo oblegany jako jedyna prawie że, dostępna dla szerszej publiczności, stajnia hodowlana w okolicach Warszawy. Pan dr Witkowski, człowiek przesympatyczny i wybitny fachowiec – ale też: bardzo zajęty i stąd trudny do uchwycenia w razie potrzeby – był tu istotnym atutem stajni. Jako że przez przyjaźń dla jej właścicielki, do Zagościńca przyjeżdżał. Choć nie było mu po drodze. Teraz przyjeżdża do nas, do Boskiej Woli. Tak informuję w ramach autoreklamy, gdyby ktoś tu chciał klacz na wyźrebienie wstawić J.

Same okoliczności przyjścia na świat Dara sprawiły, że został przy narodzinach imprintowany. Istnieją sprzeczne opinie na temat imprintingu. Czy rzeczywiście jakoś to działa pozytywnie – nie umiem powiedzieć. Dar był w porównaniu do poprzedniego syna Dalii, Dżygita (już nieżyjącego) odważniejszy i lepiej zrównoważony. Czy jednak wynikło to z imprintingu? A kto to może wiedzieć..? W każdym razie – na pewno, to mogę z całą pewnością powiedzieć – fakt dokonania imprintingu nie wywołał żadnych negatywnych skutków. A i takie opinie tu i ówdzie krążą. Że to niby zaburza relacje między matką a potomkiem, że matka może odrzucić źrebię itd. Nic takiego nie miało miejsca. Jedyny właściwie problem jaki miał Dar tuż po urodzeniu był taki, że aby zassać cycka, na co miał ochotę bardzo szybko, bo wstał w jakieś 10 minut po wyciągnięciu z łona matki (to ważna informacja, na całe życie przesądzającą o wigorze i sile życiowej konia!) – musiał się schylić. Był bowiem tak duży, że koniec cycka znajdował się poniżej jego kłębu. Trochę trwało, zanim tę sztukę opanował (i właśnie wtedy dokonaliśmy imprintingu). Niestety, bystrość umysłu niekoniecznie idzie w parze z wigorem i gabarytem…

Dar urodził się 10 czerwca – na pastwiskach była piękna trawa – drugiego dnia po porodzie Kasia, właścicielka stajni, wypuściła przy nas Dalię z Darem na wydzielony padoczek, nie chcąc ryzykować dopuszczenia ich do stada – że jednak Dalia była wcześniej tego stada szefową, to po prostu… rozmontowała dzielącą jej padoczek od padoku pozostałych matek ze źrebiętami przegrodę. Na naszych oczach zresztą. Od tej pory wszystkie matki chodziły razem. Można więc powiedzieć, że Dar był prawie od początku hartowany zimnym wychowem, bo żadnego chuchania, dmuchania i wypuszczania z matką góra na kilka godzin nie przechodził. Oczywiście, nie miało to większego znaczenia o tej porze roku. Gdyby urodził się w marcu – inaczej bym do tego podchodził zapewne.

W dziesięć dni po narodzinach, małego konia po raz pierwszy spotkał gwałt ze strony człowieka. Założyłem mu kantarek. Bardzo to śmieszne było, bo ganiałem za nim po całym padoku dobre dwie godziny. Lepsza Połowa słusznie jednak zauważyła, że jeśli teraz sobie z nim nie poradzę, to potem nie mam już po co próbować. W końcu się udało.

Miał ten kantarek na sobie kilka razy w ciągu tygodnia. W linki do prowadzania źrebiąt już się nie bawiłem. Skoro zaakceptował kantarek i fakt prowadzania przez człowieka (oczywiście obok matki) – dałem mu spokój na pięć następnych miesięcy. Tym się tylko przez te pięć miesięcy odznaczył, że wymusił na mnie zaprzestanie wychodzenia z matką w teren. Wcale się jej bowiem nie trzymał. Z początku było to w miarę niegroźne – ot, mały konik wskoczył sobie do rowu obok którego przechodziły duże konie i było dużo śmiechu, nim się z tego rowu wykaraskał.

Aż pewnego wczesnojesiennego, niedzielnego poranka napotkaliśmy na ustronnej łączce samochód marki Fiat 126p. W którym jakaś para ćwiczyła akrobatyczne (w tak ciasnej przestrzeni!) pozycje seksualne. Co młodego tak wystraszyło (maluch podskakiwał i wydawał dziwne odgłosy), że nawiał nam w las. Matka – ze mną na grzbiecie – rzuciła się oczywiście za nim, ale że szybko zginął nam z oczu, zrobił się z tego cwał na oślep przez chaszcze, zakończony sliding stopem tuż przed wysokim, betonowym murem okalającym pobliski cmentarz. Mały się w końcu znalazł – w stajni. Od tej pory jednak, albo go zamykałem w czasie jazdy z jego matką w boksie, albo pozostawałem na ogrodzonej ujeżdżalni.


Gdy skończył pięć miesięcy, przyszła pora poćwiczyć z nim wchodzenie do przyczepy. Że takowa akurat stała przy stajni, zrobiliśmy to kilkukrotnie. To był drugi brutalny gwałt na naturze konia. Bardzo się przydał, choć nie mogę powiedzieć, żeby Dar wchodził do przyczepy potem jakoś strasznie ochoczo. Czynnego oporu zwykle nie stawiał, ale też i nie wskakiwał z ochotą. Kiedy wracaliśmy ze Służewca po kastracji, potłukł lampkę w wypożyczonej przyczepie (swojej wtedy jeszcze nie mieliśmy) – a gdy go odwoziłem do nowego właściciela, urwał mi, szarpnąwszy linką, której nie zdążyłem puścić, środkowy palec u lewej ręki. Poniekąd są to skutki jego gabarytu. Miał chłopak, gdy już dorósł problem z rozróżnieniem, gdzie jeszcze jest on sam – a gdzie już go nie ma i zaczyna się otoczenia. Duzi mężczyźni też tak mają. Jest to też dowód na to, że wchodzenia do przyczepy uczyć nie umiem.

W każdym razie pierwszą podróż – od razu dość długą: spod Wołomina aż za Przemyśl – zniósł bardzo dzielnie. I z punktu zrobił dobre wrażenie.

Dlaczego za Przemyśl? Dlatego że tam, we wsi Stubno, mieściła się – rozsypująca się już z biedy i zaniedbania – państwowa stadnina koni pełnej krwi angielskiej. Jestem fanatycznym wręcz zwolennikiem wychowu odsadków w takich właśnie warunkach. I doświadczenie tego konkretnego przypadku jest jednoznacznie pozytywne.


Dlaczego stadnina? Dlatego, że tam takich półrocznych odsadków jak Dar było 30 – samych tylko chłopców, z którymi potem kolejne półtora roku wspólnie biegał. Nie było zatem innego wyjścia – młody koń chował się z innymi końmi w warunkach możliwie najbliższych warunkom naturalnym.

Dlaczego stadnina państwowa? Bo biedna – więc konie nie będą wychuchane, rozpieszczone, a przy 1 stajennym na 50 koni, choćby ten stajenny był zapijaczonym sadystą (a nie jest – bo przy takich pensjach, zostają tam zapijaczeni i owszem, ale wyłącznie pasjonaci: trudno bowiem inaczej wytłumaczyć trzymanie się tego zajęcia, gdy wypłata przychodzi raz na kwartał…), krzywdy młodemu koniowi zrobić nie zdoła. Zwyczajnie nie będzie miał na to czasu.

Dlaczego wreszcie – stadnina koni pełnej krwi angielskiej? Dlatego, że jak już miał chłopak biegać – to z lepszymi od siebie przecież, a nie z gorszymi! Dostał też niezłą szkołę w tym Stubnie od małych folblucików. One były od niego szybsze, więc on musiał nadrabiać sprytem (trochę w ten sposób ćwicząc swój z natury nie najlotniejszy dowcip) i skocznością, w której kolegów przewyższał. Skarżyli mi się też stajenni, że im ciągle ogrodzenia (jak to na folbluty, na wysokości 130 cm zawieszone…) przeskakiwał, do dziewczynek uciekając. Jakoś mu ta cała nieśmiałość przeszła, czy co..? No i mam wrażenie, że skoro – jak słyszałem jakiś czas temu, nie wiem czy to jeszcze aktualne – startuje już chłopak w jakichś zawodach skokowych w PGR Bródno, gdzie podobno stoi – to właśnie dzięki tej zaprawie, jaką w szczenięcych latach przeszedł.

Żaden wychuchany, wypieszczony, możliwości rozciągnięcia stawów i mięśni przy szczupłym terenie pozbawiony i licznych, czasem też i bolesnych stosunków z rówieśnikami nie znający koń – dobrym, dzielnym koniem być nie może.

Odwiedziliśmy Dara w Stubnie dwa razy. Przez 18 miesięcy. Wredni z nas „rodzice“ prawda? I to jednak bardziej mu pomagało niż szkodziło. Dość powiedzieć, że gdy go w końcu ze Stubna zabrałem – chłopak marchewki nie chciał jeść, bo nie wiedział, że cokolwiek poza trawą, sianem i owsem może do jedzenia koniowi służyć. Pierwszy raz też się przeziębił gdy go po przywiezieniu zimą w stajni postawiłem – a miał już dwa lata.

Cały kolejny rok zajęła nam praca na roundpenie i stopniowe przyzwyczajanie konia do ludzi, z którymi do tej pory niewiele miał do czynienia. Niemal dokładnie w chwili gdy skończył trzy lata – wsiadłem na niego po raz pierwszy. Był to pierwszy koń naszej hodowli i pierwszy zarazem koń, którego sami ujeżdżaliśmy. Wbrew jednak potocznej intuicji związanej z tym słowem, cały ten proces, bardzo powolny, stopniowy i łagodny, nie miał w sobie ani chwili gwałtu czy choćby – dramatycznego napięcia. Najpierw założyliśmy mu ogłowie, potem pas do lonżowania, potem w miejsce pasa siodło, potem się przez kilka miesięcy (a tak, przez kilka miesięcy!) raz lub dwa razy w tygodniu przez to siodło przewieszałem – aż wreszcie wsiadłem i w sumie: mogłem sobie jechać. Na koniu nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Od początku też reagował na podstawowe pomoce – łydki, dosiad, wodze. Około miesiąca zajęła nam nauka przejść między trzema chodami – i po tym miesiącu koń był w zasadzie, jak chodzi o moje umiejętności: gotowy. Więcej już go nauczyć nie byłem w stanie.





Dlatego też go sprzedałem. Sprzedałem go też, nie ma co kryć, z dwóch jeszcze powodów. Po pierwsze dlatego, że mieliśmy już wtedy Glusia młp – naszego emeryta. Którego Dar strasznie prześladował. Próbowałem wymyślić jakiś sposób podziału padoków w Boskiej Woli tak, aby ci dwaj nie musieli ze sobą przebywać – ale przy tak małym stadzie bardzo to przypominało drapanie się w lewy pośladek przez prawe ucho. A poza tym, potrzebowałem pieniędzy na przeprowadzkę. I tak Dar, w międzyczasie wykastrowany, w wieku lat trzech i pół, trafił najpierw do zaprzyjaźnionej stajni w Wilczowali, a potem do PGR Bródno. Mam nadzieję, że jeszcze o nim usłyszymy.

Wnioski? Koniecznie chcecie wnioski..?

No cóż. Riannon jest drugim znanym mi hodowcą psów, który koniecznie chce małego źrebaczka, ludzką ręką nie dotykanego wychować po swojemu. Dwa przypadki to już prawidłowość.

Riannon sama podejmie decyzję, gdy będzie do tego gotowa. Jestem przekonany, że będzie to decyzja racjonalna i w pełni licząca się z dobrem zwierząt. Wszystko co mogę, to wskazać na pewne różnice między koniem a psem (czy kotem – w temacie kocim czuję się o wiele pewniej niż w psim!).

Po pierwsze – żaden człowiek nie zastąpi koniowi stada innych koni. To niemożliwe. Mały kociak, nawet najbardziej rozbrykany, i tak śpi przez nie mniej niż 2/3 doby – i nie ma najmniejszego problemu, żeby przebywał z człowiekiem 24 godziny na dobę, śpiąc z nim w jednym łóżku i jedząc przy jednym stole. Z koniem to niemożliwe. Już choćby ze względu na gabaryty – a mały konik rośnie bardzo szybko… Przy tym: nie wiem jaki poziom ADHD musiałby sobą przedstawiać piesek czy kotek, żeby ruchliwością małemu konikowi dorównać?

Po drugie – wszystkie metody naturalnego treningu koni o jakich wiem – zostały stworzone dla koni dorosłych. Od których człowiek czegoś chce. Żeby np. biegały co sił, wysoko i elegancko podnosiły nogi, albo skakały. Albo chociaż – jak w PNH – chodziły za człowiekiem i ustępowały mu z drogi. Na Newzorowcach wzorować się nie zamierzam, więc ich tu nie liczę. W każdym razie – od źrebiąt niczego takiego się nie wymaga. Wskazówki Monty Robertsa odnośnie wychowu źrebiąt ograniczają się do tego, co myśmy – ze skutkiem jak opisałem – zastosowali na Darze. Generalnie zaś, mały koń ma mieć spokój, do szóstego miesiąca życia matkę, a potem wielu kumpli. Im więcej kumpli – tym lepiej. Małych koni niczego się nie uczy i niczego od nich nie wymaga.

Są zresztą – i jest ich coraz więcej – stajnie wyspecjalizowane w odchowie odsadków. Jeśli nie państwowej stadninie koni pełnej krwi – to którejś z takich stadnin najrozsądniej jest, jak chodzi o wychów młodego konia – zaufać. Nic lepszego niż wielka przestrzeń i wielka liczba rówieśników, nie może młodego konia spotkać…

19 komentarzy:

  1. Bardzo przyjemna gawęda :) - dodam ze np u Indian Amerykańskich prerii źrebakami i konmi zajmowali sie chłopcy - miedzy 8 a 14 rokiem zycia, ktorzy te konie w wielkich stadach pilnowali i na nich od zrebaka jezdzili. Dzieki temu źrebce, mimo ze jeżdżone pod doroslymi po 3-4 roku zycia, byly juz oblaskawione przez tych chlopcow, tak ze wojownikom pozostawal trening bojowo-lowczy wybranych walachow i ogierow/zrebcow

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za ciekawą historię, nie spodziewałam się, że tak szybko dasz się na nią namówić :-) Tak sobie właśnie wyobrażam pracę z młodym koniem- nic na siłę, wszystko w przeciągu kilku lat.
    To jasne, że nie utożsamiam psa z koniem i mam świadomość zupełnie innej natury tych zwierząt. Na pewno moja decyzja będzie racjonalna i powodowana dobrem zwierzęcia, o czym świadczy to, że najpierw chcę sobie zrobić i zapewnić całe zaplecze, zgromadzić jak najwięcej wiedzy od hodowców i właścicieli koni, wyrobić własne zdanie i dopiero wtedy zabrać się za praktykę na własnym koniu. Za dużo naoglądałam się takich ludzi, którzy dla fanaberii zakupili sobie konia, po czym temat ich przerósł, koń się męczył, po czym szedł w inne ręce. Tego typu fanaberię mogłabym sobie spełnić w każdej chwili, bo zwykły źrebak (koniki polskie są u nas popularne), kosztuje tyle samo, co u mnie jedno rodowodowe szczenię. Mnie jednak chodzi o coś zupełnie innego. Z resztą, pracując na co dzień ze zwierzętami, prowadząc hodowlę, nabywa się też specyficznej wrażliwości, która nie pozwala schodzić poniżej pewnego poziomu. Mimo, że pies to nie koń, to jednak filozofia podejścia do zwierząt jest podobna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Acha, zapomniałam dodać. To przypadek (nie lubię wpisywać się w schematy :-), że akurat ja, jako hodowca psów, myślę o koniu. To wina Chłopa, który jest wnukiem przedwojennego kwalerzysty. Cała jego rodzina jeździ i skacze na koniach. Na randki, przed laty, Chłop zabierał mnie na wystawy psów i do szkoły jeździeckiej :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie dobierałabym tak sobie do głowy metod naturalnych, a przynajmniej tego całego misterium z tym związanym. Ze źrebakiem pracować można (tylko z głową i doświadczeniem), nie szkodzi jeśli się wie co ro robi. Są ludzie zajmujący się źrebakami. Nasz po sprzedaży został określony mianem "ujeżdżony w brzuchu matki". I była to pochwała nie nagana :-) . Z młodziakiem wystarczy kilka minut dziennie, a efekty są oszałamiające.
    Wracając do tzw. "naturalu". Jedna ze szkół naturalnych nie zaleca pracy z ogierami. Między innymi szkoła, której przedstawicielką w Polsce jest niejaka Pani Jasińska. Czyli co? Ze źrebakami nie pracować, z ogierami też nie... Zostają dorosłe klacze i wałachy. Czyli natural nie dla każdego? Dziwna praca z końmi ;-) Wolę chyba własne wyczucie, zdobytą wiedzę i doświadczenie podparte przy okazji wiedzą innych trenerów klasycznej jazdy czy hodowców. Jak to mówią "cudze chwalicie, swego nie znacie..." Polscy koniarze znani są na całym świecie. Mają opinię ludzi "czujących" konie i są poważani. Tylko ten "PR" u nas kuleje. Chyba się dobrze "sprzedawać" nie umiemy ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. A teraz pytania do tekstu:
    Rozumiem potrzebę socjalizacji młodego konia w stadzie z innymi, gdy będzie on w przyszłości wykorzystywany do szkół jeździeckich, na wyścigach, będzie miał ciągły kontakt z innymi końmi, czy będzie na co dzień przebywał w stadninie poza okiem właściciela. Z resztą mam tak samo z psami, aby móc jeździć na wystawy, między ludzi, do miejsc, gdzie są inne psy, muszę je socjalizować od szczenięcia, na szczęście w trochę inny sposób, bo nie muszę nigdzie go oddawać w cudze ręce.
    Jeśli natomiast mam źrebię tylko i wyłącznie dla własnych potrzeb w gospodarstwie- funkcja reprezentacyjna (tzw. szpan na wsi :-), pod siodło i do bryczki w przyszłości, to czy mogę ominąć punkt programu: oddanie go do obcej stadniny w celu zaznajomienia się i nabrania nawyków konia? Czy nie będzie mi to raczej przeszkadzało? Wolałabym, aby koń nauczył się (a mądre to bestie) relacji w stadzie w gospodarstwie, właściwego zachowania w stosunku do ludzi, psów, swojego codziennego towarzystwa. Nie zależy mi, aby koń miał właściwe relacje z innymi końmi, gdy rzadko będzie je raczej widywał, ale by umiał współpracować z nami i swoim otoczeniem. Czy mój tok rozumowania jest w tym wypadku właściwy?

    OdpowiedzUsuń
  6. @Riannon

    Jestem całkowicie przekonany że podejmiesz najsłuszniejszą decyzję, gdy będziesz do niej gotowa. Inaczej bym tej historyjki w ogóle nie opisywał.

    Zaś co do prawidłowości: nie o to mi chodziło, że w ogóle chcesz mieć konia - tylko o to, że koniecznie: źrebaka "ludzką ręką nie dotykanego". Na co ja bym się np. nigdy w życiu nie odważył - nie mając wcześniej koni dorosłych...

    @Anonimowy

    Nie stosuję, nie propaguję i nie zalecam metod żadnej konkretnej szkoły NH. Radzę sobie jak umiem i tylko o tym jest ten wpis, o niczym innym.

    Nie znam też żadnej pani Jasińskiej.

    Zaś co do polskich "koniarzy" - to nigdy nie spotkałem się z żadną dobrą o nich opinią zagranicą. Polacy są niezdyscyplinowani, chaotyczni, nie mają tradycji (a tak! Bo w siodle, jak we fraku, dobrze się wygląda dopiero w trzecim pokoleniu!), łatwo spoczywają na laurach, woda sodowa uderza im do głowy - i stąd jak do tej pory: od II wojny światowej niczego w sportach jeździeckich nie osiągnęli. W każdym razie: niczego, co mogłoby być zauważalne na świecie. I przez najbliższe dwa - trzy dziesięciolecia nie osiągną. W ogóle nie ma o czym mówić.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Riannon

    Jak napisałem - nie odważyłbym się na coś takiego. To co zrobiłem było po prostu o wiele łatwiejsze. Młody koń nauczył się tworzyć prawidłowe relacje z innymi końmi (więc to od innych koni obrywał kopytem i zębem przy tej nauce, a nie ode mnie batem...). Ja to potem tylko wykorzystałem.

    Nie umiałbym "zsocjalizować" konia w inny sposób, tj. niejako "od razu" do ludzi. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. Może można, ale mnie o to nie pytaj - za "krótki" jestem na taką magię!

    Znam wyłącznie negatywne przykłady takich działań. Np. w Zagościńcu stał w tym samym czasie, gdy się tam Dalia wyźrebiała ogierek, którego jego szczęśliwy właściciel w źrebięctwie nauczył wskakiwać sobie na ręce - bo było to bardzo zabawne. Niestety: konik dorósł, a dalej chciał swojemu panu na rączki wskoczyć... I jego pan był w rezultacie stałym klientem miejscowego oddziału ortopedycznego. Szczęście w nieszczęściu, że mąż właścicielki był jego ordynatorem!

    OdpowiedzUsuń
  8. @ Wszyscy

    Czy zdjęcia które tu zamieściłem (właśnie próbuję dodać kolejne - trochę mi to zajmie...) widzicie Państwo poprawnie, czy zniekształcone? Bo u mnie jakoś dziwnie się wydłużają na ekranie...

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozumiem. Na szczęście mam wysoko rozwiniętą wyobraźnię, a z tego, jakie niektórzy ludzie popełniają błędy wychowując szczenięta, mogę książkę napisać. Potrafię więc wyobrazić sobie tego typu historie z końmi.
    Pisząc socjalizacja w stosunku do człowieka miałam na myśli nie przytulanie się do konia, a uczenie go prawidłowych relacji i współpracy z człowiekiem, niekoniecznie batem. Ale to życie zweryfikuje moje wyobrażenia.

    OdpowiedzUsuń
  10. Drugie i trzecie jest wydłużone. Ja wiem, że konie wielkopolskie to takie trochę w sylwetce "kwadraciaki", ale bez przesady :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Dlatego napisałam, że ze źrebakami pracuje się z głową i tym podobne. Doświadczenie jest potrzebne, a nawet niezbędne.

    Nie pisałam o głupawych sztuczkach ze źrebakami i to niebezpiecznymi tylko o konkretnych zajęciach. Opiszę je na życzenie :-)

    Pani Jasińska Katarzyna. W google można znaleźć.

    Nie zgadzam się opinią o Polakach. Zwłaszcza, że pisałam o koniarzach, a nie o domorosłych obecnie jeźdźcach, którzy nic nie mają wspólnego z wiedzą hodowlaną, chowu czy prawdziwym jeździectwem. To nowoczesny "twór" naszej epoki :-)Tradycje posiadamy. I to duże. Proponuję pogrzebać w zapiskach hodowli polskiej. Mamy sporo sukcesów hodowlanych sięgających kilka ładnych lat wstecz :-). No... znam rodziny, które hodowały konie jeszcze dla Cara podczas gdy Polska miała troszkę inny "rysunek" na mapie.

    OdpowiedzUsuń
  12. @Anonimowy

    Toś miał szczęście takie rodzynki spotkać. Choć, swoją drogą - dlaczego takich osób jakoś na olimpiadę nie wysyłamy..?

    OdpowiedzUsuń
  13. Miałam raz w życiu do czynienia z "konioczłowiekiem" wychowywanym od urodzenia przez ludzi (matka padła przy porodzie). Jeżeli koń może mieć zaburzenia tożsamości, to ten bez wątpienia je miał. Nie był agresywny, ale trudny w kontakcie i mało przewidywalny.
    Riannon, jeżeli mogłabym coś doradzić? Rozumiem, że nie chciałabyś tracić kontroli i kontaktu z maluchem, więc może spraw mu towarzysza. Choćby konika polskiego wypożyczonego od sąsiadów. Źrebak Ci się zdrowo wychowa i nie zdziwaczeje w samotności. Będzie wyszalany na pastwisku z kumplem/kumpelką i chętny do współpracy z Tobą.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. @ M.

    Oczywiście, towarzystwo jest w planach uwzględnione. Wszystko zależy, jak to się zgra z czasem, ale moi przyjaciele, wkrótce bliscy sąsiedzi, również myślą o koniu. Być może plany nam się zbiegną. Jeśli nie, na pewno coś wymyślimy i dostosujemy się do warunków. Jak nie będzie inaczej- kupimy mu kozę do towarzystwa ;-)

    OdpowiedzUsuń
  15. Riannon
    Koza może być towarzyszem tylko dorosłego konia, bo źrebak może ją zabić, zwłaszcza jeśli np. na noc zamknęłabyś je razem w ograniczonej przestrzeni. Nie demonizuję. I muszę dodać rzecz za którą niektórzy mnie zjedzą, ale w porównaniu z psem, koń jest po prostu głupi. Człowiek dodaje koniom rozumu z powodu ich urody.

    OdpowiedzUsuń
  16. Panie Jacku, Nie wysyłamy bo to właśnie "stare" rodziny i tradycje :-) Ich młodzi potomkowie robią wernisaż i pokazy kolorowych czapraków, owijek i czego tam jeszcze, a co znaleźć można w najnowszych katalogach jeździeckich. Ważne jest wpychanie się gdzie inny nie może, włażenie do .......... ( w miejsce kropek proszę wstawić odpowiednie słowo ;-) ) i ogólne jakieś wypaczenie priorytetów. Obserwuję ostatnio coraz niższy poziom narybku jeździeckiego, niższą jakość wytrenowania koni i ich umiejętności choć niby materiał koński się poprawił. Zresztą.... Jak Państwowe Stada i Stadniny cierpią nawet na brak dobrych jeźdźców, jak trenerzy (ta garstka tych dobrych co została) sami zauważają, że z młodzieżą gorzej pracuje się niż przed laty, jak zmieniły się priorytety i młodociany jeździec nie wie i nie chce wiedzieć, że sam, bez zrozumienia konia i zasad jeździectwa daleko nie zajedzie.... No o czym tu mówić.... Na Olimpiadę to my chyba na razie za wielu Polaków nie wyślemy. A na pewno nie takich co jadą o medal walczyć.

    Hodowla w Polsce ma dobry potencjał. Niestety skutecznie o tym zapominamy i nie dbamy o dalszą jakość i dokształcenie nowych hodowców (teraz prywatnych). Tworzą się nowe stadninki i stadniny (czasami pseudo). Często nowi nie sięgają do wiedzy innych i hodują karykatury danej rasy. Niestety i na takiego konia znajdzie się nabywca. bo każdy szuka konia za 5 tys. Nikt natomiast nie zapłaci normalnej kwoty czyli takiej, która w większej części pokrywa wyhodowanie i wychowanie konia. Jak ktoś nie wierzy to niech sam policzy. i najlepiej zacząć od utrzymania klaczy matki, ceny nasienia ogiera lub jego utrzymania jeśli się go ma, a następnie pozostałe koszta. Jedzenie, szczepienia, weterynarze, kowale, prąd, woda, siano, słoma, treściwe (owies jest najtańszy choć to mało trochę na dobrego sportowego konia), wywóz obornika (paliwo) własną pracę (własna praca też kosztuje. Jak nie hodowałby koni to w godzinę na budowie ma 10 zł ;-) )itp...

    Co do źrebiąt. Źrebak kontakt z końmi musi mieć i to bez dyskusji. Natomiast praca z maluchem nie jest szkodliwa. Musi to oczywiście robić znawca tego tematu i wiedzieć po co i jak to robić. Pisząc "praca" mam tu na myśli takie podstawy jak brak lęku przed zabiegami pielęgnacyjnymi, ustępowanie od nacisku, podążanie na uwiązie (prowadzi się malucha przy boku matki na przykład), dotykanie całego ciała, unoszenie (niskie) nóżek, a nawet grzebanie w d.... (przyda się przy mierzeniu temperatury w razie co). Można różne rzeczy w 5 minut dosłownie zrobić. Mały to zapamiętuje, a te parę minut nie są dużą presją. Wystarczają za to w zupełności, aby maleństwo gdy podrośnie mogło być bardziej ufne i łatwiej przyswajało nowości, które człowiek mu funduje :-)

    Riannon - Fryzy są piękne :-) > Życzę spełnienia twojego pragnienia. A może kiedyś nie tylko w siodle będzie Cię nosił ale też pojedziesz z mężem na romantyczny spacer saniami :-) Dobrze w zaprzęgu wyglądają. Bardzo dostojnie

    OdpowiedzUsuń
  17. Łucjo :-) Ja Cię "zjem". Żartuję. Konie nie są głupsze, podobnie jak nie jest głupsze czy mądrzejsze inne zwierzę od drugiego. po prostu to czysta natura. Takie miały być, tak się przystosowały i taki, a nie inny umysł i cechy były potrzebne lub wystarczające do przetrwania danego gatunku. Są inne. To roślinożercy. Nie można tak odmiennych gatunków do siebie przyrównywać. W sumie na jakiej podstawie mamy prawo tak twierdzić? Co daje nam takie prawo? Oceniać to co stworzyła natura. bez sensu.... Całość jest ważna. Nie jednostka. Każdy gatunek to ogniwo łańcucha. Co by było gdyby roślinożerne miały taki sam sposób myślenia jak drapieżniki? Ja już sobie wyobraziłam. nie podoba mi się. :-)

    Pozdrawiam :-)

    P.S. Moje konie są trochę jak psy. Dobrze, że tylko trochę bo by mi koty goniły ;-)

    OdpowiedzUsuń
  18. @ Łucja
    O! Nie wiedziałam o tym niebezpieczeństwie z kozą, wezmę pod uwagę. Jak widać, wiele się jeszcze nauczyć muszę w kwestii przewidywania reakcji konia.

    @anonimowy/a
    Dziękuję :-) Teraz, jak już tyle się tu nagadałam, będzie obciach, jak moje plany nie wypalą. Podróże saniami są uwzględnione, szczególnie, że zimy tu mamy coraz cięższe i autem ciężko wyjeżdżać z domu. Nawiasem mówiąc sanie, takie z duszą (do gruntownej renowacji) leżą w stodole i czekają na lepsze czasy.
    Acha, i grzebanie w d... mamy opanowane w przypadku psów, gdyż sami je inseminujemy, to i koński zadek nie zrobi na mnie wrażenia :-)

    Dziękuję wszystkim za sugestie, rady i życzenia, Szczególnie Jackowi za wpis.
    Pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń
  19. Riannon
    Oczywiście źrebak może zrobić krzywdę przypadkiem, nie z wyrachowania. Jest jak duże, bardzo silne dziecko z ADHD. Widziałam jak na pastwisku padła jak długa ogłuszona krowa, wokół której ułamek sekundy wcześniej brykał radośnie słodki źrebaczek, aż w końcu trafił ją kopytkiem między rogi.
    Dorosły, zrównoważony koń nie zrobi krzywdy ani człowiekowi ani zwierzęciu.
    Sama mam tak łagodne konie, że czasami się trochę zapominam, ale do cudzych koni nigdy nie podchodzę i nie próbuję ich dotykać bez pozwolenia i obecności właściciela (zrównoważonego:)).

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...